cze 132015
 
Zdzisław Kociemba

Zdzisław Kociemba

Ojciec jako zdemobilizowany żołnierz, w lipcu 1945 roku otrzymał skierowanie do pracy „na zachodzie” na stanowisku kierownika gorzelni w Sycowicach i to było bezpośrednim powodem naszej przeprowadzki. Przyjechaliśmy do Sycowic i zamieszkaliśmy w domu nr 53 znajdującym się naprzeciwko gorzelni w którym dzisiaj zamieszkuje Grażyna Lipińska, a poprzednio jej ojciec Szulc.
Niemieckim właścicielem domu w którym mieszkałem w Sycowicach był Fric Salle . Przed wojną w domu tym na parterze funkcjonował bardzo duży sklep w którym można było kupić praktycznie wszystko. Po wojnie te sklepowe tradycje zostały podtrzymane i sklep funkcjonuje do dnia dzisiejszego.
Przeprowadzka odbywała się po kolei, najpierw w lipcu przyjechał Ojciec, następnie dwaj bracia, a w październiku roku 1945 dojechała moja Matka wraz ze mną. Sycowice były już zasiedlone przez 27 rodzin których nazwiska i miejsca zamieszkania doskonale pamiętam.
Dzisiaj to już historia, ale warto wiedzieć skąd pochodzili pierwsi osadnicy. Otóż Grablisowie, Gąsiewscy Butrymowicze, Piaseccy byli repatriantami z wileńskiego z okolic Lidy, Sobolewscy i Gimonowie również z wileńskiego z okolic Troków, a Żebrowscy z okolic Oszmiany.
Skiba pochodził spod Cybinki, a Walczak spod Berlina. Obaj byli Polakami pracującymi od lat w Niemczech. Baczyński, Błaszczyk i Graczyk pochodzili z poznańskiego, Kociembowie z lubelskiego, Puszkarscy z Warszawy. Byli też Rusieccy, Karpowiczowie, Muchowie, Pietrusewiczowie, Mackiewiczowie, Makowscy i Zubowiczowie.
Sołtys w swoim domu zgromadził ocalałe przedmioty codziennego użytku i całą stertę pierzyn. Wszyscy przesiedleńcy z chwilą pojawienia się w Sycowicach „obdarowywani” nimi byli na „dobry początek”.
W październiku roku 1945 zamieszkiwało w Sycowicach jeszcze kilka rodzin niemieckich. Byli skoszarowani w trzech budynkach naprzeciwko leśniczówki przy drodze do Nietkowic, ponadto w gorzelni mieszkał aparatowy Engel wraz z żoną. W jednym z domów /obecnie własność rodziny Kiszków/ zamieszkiwał wraz z młodą Niemką i jej matką młody Jugosłowianin który był tzw. robotnikiem przymusowym.
W dworku tuż przy gorzelni kwaterowali żołnierze Rosyjscy z jednostki wojskowej stacjonującej w Ciborzu. Wśród nich byli zarówno mężczyźni jak i kobiety nadzorujący stada zagrabionych owiec, krów i koni. Ich zadaniem było zaopatrywanie macierzystej jednostki w mięso i mleko. Zwierzęta te były łupami wojennymi i w większości wybijano je na bieżąco.
Ciekawie przedstawiały się w roku 1945 na terenie Sycowic obiekty użyteczności publicznej i bez wątpienia dzisiejszy wizerunek wsi jest znacznie uboższy. Otóż były dwie restauracje, kawiarnia /w centrum wsi w pobliżu obecnego domu Państwa Góreckich/, sklep wielobranżowy /Fric Salle/, sklep kolonialny aktualnie dom Państwa Gryszków/, dwie piekarnie, z których jedna zlokalizowana była na narożniku po prawej stronie przy skrzyżowaniu drogi wojewódzkiej i drogi gminnej prowadzącej do Państwa Bakalarskich.
W drugim narożniku skrzyżowania tych dróg po przeciwnej stronie znajdowała się poczta, był również zakład produkcji mebli /obecna remiza strażacka/, stolarnia /Krug/, stacja benzynowa /koło posesji Pana Czepukojcia/ i kuźnia /obok domu Państwa Kusiowskich/ .
Należy przyznać, że Niemcy mieli dosłownie wszystko co potrzebne było do codziennej, wygodnej egzystencji. Warto również wiedzieć o czym powiedzieli nam przebywający jeszcze we wsi Niemcy, że Sycowice pełniły również funkcję wsi letniskowo wczasowej dla mieszkańców Berlina. Było wielu berlińczyków którzy pobudowali tu swoje domy na okres urlopowo wakacyjny. Dwa razy w tygodniu przyjeżdżał z Berlina samochód ze świeżymi warzywami i zaopatrzeniem.
W tych pierwszych dniach wolności nie obyło się też bez tragicznych i nie wyjaśnionych do dzisiaj wydarzeń. W dniu 7 listopada 1945 roku zginął w swoim mieszkaniu od postrzału z pistoletu, pochodzący z poznańskiego pierwszy sołtys Sycowic o nazwisku Baczyński. Warto wspomnieć w tym miejscu, że wszyscy sołtysi w sąsiednich wsiach pochodzili również z poznańskiego Baczyński zamieszkiwał w sąsiadującym z nami domu który teraz zajmuje wiele rodzin, między innymi Pani Józefa Kosowicz, Jan Danielewicz i Grażyna Lipińska. W okresie przedwojennym i w czasie wojny był to dom pastora zwany pastorówką.
Jest rzeczą zrozumiałą, że w tych czasach sołtys musiał mieć ścisły kontakt z UB, Milicją Obywatelską, czy lokalną władzą administracyjną, ale był to człowiek uczynny, bardzo spokojny i zrównoważony, nie wtrącał się niepotrzebnie w sprawy zwykłych ludzi i wydawać by się mogło, że nie może mieć jakichkolwiek wrogów.
Tym bardziej nagła i niespodziewana jego śmierć była dla wszystkich wielkim zaskoczeniem. Urząd Bezpieczeństwa prowadził w tej sprawie dochodzenie, a Ojciec miał z tego powodu nawet nieprzyjemności, ale nic i nikogo nie wykryto, jednak nasze przypuszczenia w tej sprawie były następujące.
Dzień 7 listopada obchodzony był bardzo hucznie przez Rosjan jako rocznica Rewolucji Październikowej i jak to było u nich we zwyczaju, wszyscy byli kompletnie pijani. Jeden z nich prawdopodobnie udał się do domu sołtysa który był naprzeciwko dworku w którym stacjonowali Rosjanie, po to aby coś ukraść i wszedł do małej spiżarni przylegającej do kuchni. Kiedy Baczyński zaniepokojony dochodzącymi stamtąd odgłosami udał się do kuchni zaskoczył intruza, a ten frontowym zwyczajem oddał błyskawiczny strzał.
Ten strzał usłyszał mój Ojciec i natychmiast pobiegł się do pastorówki. Kiedy tam wszedł, Baczyński leżał na podłodze w kałuży krwi i właśnie umierał. Wyciągnął jeszcze do Ojca rękę i uścisnął ją, nic jednak nie zdążył już powiedzieć… .
Dwa dni później doszło do następnej tragedii ponieważ w dniu 9 listopada zginęło dwoje dzieci: Zbyszek Gąsiewski lat 7 i dziewczynka o nazwisku Zubowicz lat 9. Szukaliśmy zaginionych bezskutecznie przez kilka dni, aż w końcu na zapleczu budynku gospodarczego za domem w którym obecnie mieszkają Państwo Grzybowie pod szeroką deską takim jakby wiekiem, znaleziono chłopca Zbyszka Gąsiewskiego.
Prawie równocześnie w ruinach stolarni, dzisiejszej remizy strażackiej odnaleziono dziewczynkę. Były to czasy kiedy nie wykonywano żadnych obdukcji, a jak sobie przypominam dzieci nie miały jakichś wyraźnych śladów obrażeń.
Na początku roku 1946 miało miejsce jeszcze jedno niezwykle przykre zdarzenie. Do domu w którym jak już wspominałem u Niemek pracował Jugosłowianin, wtargnęli Rosjanie i zgwałcili młodą Niemkę w jego obecności. Napastników było kilku i biedny chłopak nic nie mógł na to poradzić. Usiłował zapalać zapałki aby rozpoznać gwałcicieli, ale trzymali go pod pistoletem i grozili zastrzeleniem.
Tuż koło kuźni obok domu w którym dzisiaj zamieszkują państwo Kusiowscy był mały ogrodzony obóz w którym przebywali robotnicy przymusowi. Z tego obozu Jugosłowianin dochodził do pracy u obu Niemek przez okres wojny. Młoda Niemka zakochała się w nim i razem z matką opiekowała w czasie okupacji, po wyzwoleniu z kolei on opiekował się Niemkami.
Rosyjska komendantura w Ciborzu przeprowadziła w tej sprawie dochodzenie, a sprawców ukarano jakimiś łagrami. Po tym wypadku zarówno Niemki jak i zaprzyjaźniony z nimi Jugosłowianin wyjechali na zachód.

Wspomnienia udostępnione dzięki życzliwości autora Cezarego Wocha

(opublikowane na sycowice.net oraz w książce autorstwa Cezarego Wocha Drogi do domu)

cze 072015
 
Zdzisław Kociemba

Zdzisław Kociemba

Dzięki uprzejmości Cezarego Wocha przedstawiamy wspomnienia Zdzisława Kociemby, którego pamiętają starsi mieszkańcy. Pan Zdzisław Kociemba był przez pewien czas w latach 50-tych nauczycielem i kierownikiem szkoły w Brodach a także amatorsko zajmował się wywoływaniem zdjęć w ciemni, którą sam urządził. Natomiast jego ojciec był wójtem gminy w Nietkowicach.

Praca nauczyciela i motocykle były moją życiową pasją. W pracę pedagogiczną którą traktowałem jak powołanie, wkładałem wszystkie swoje umiejętności i serce po to, aby dobrze przeżyć życie. Dzisiaj z perspektywy lat mogę powiedzieć, że było ono ze wszech miar udane i spełnione. Jest koniec czerwca 2012 roku. Czerwieńsk

Nazywam się Zdzisław Kociemba i urodziłem się 3 czerwca 1932 roku w Chełmie Lubelskim. Jak łatwo policzyć kilka dni temu ukończyłem właśnie lat 80 i jak Pan widzi, jestem trochę „wiekowy”… . Moja rodzina wywodzi się jednak z poznańskiego, bo zarówno Ojciec Franciszek rocznik 1900 jak i Matka Władysława rocznik 1902 urodzili się i wychowali w Kościanie.
Moi dwaj bracia Aleksander rocznik 1928 i Jerzy rocznik 1929 również urodzili się w Kościanie, ja natomiast już na wschodnich terenach Polski czyli w Chełmie Lubelskim. Historię swojego życia dobrze pamiętam, a szczególnie pierwszy dzień mojego pójścia do szkoły, który przypadł na 1 września 1939 roku.
Pamiętam, że był to piękny słoneczny dzień wrześniowy i cieszyłem się jako pierwszoklasista z uroczystego rozpoczęcia roku szkolnego. Niestety alarm lotniczy zmienił nasze plany ponieważ nadleciały niemieckie samoloty i musieliśmy w pośpiechu opuścić teren szkoły.
Wszyscy uczniowie i nauczyciele skryli się w przygotowanych wcześniej okopach rozciągających się w pobliżu koszar. Po odwołaniu alarmu udaliśmy się do domów i tak zakończyła się dla mnie i moich kolegów inauguracja roku szkolnego w szkole podstawowej. W następnych dniach kontynuowaliśmy jednak naukę szkolną, ale była ona przerywana nalotami niemieckiego lotnictwa.
Celem tych ataków były głównie transporty kolejowe. Niemcy atakowali konwoje wojskowe oraz wojskowe transporty zaopatrzeniowe. Taka sytuacja utrzymywała się w miesiącu wrześniu przez 2-3 tygodnie, po czym nastąpiła cisza. Naloty ustały, żadne wojska do miasta nie wkraczały, a wojska polskie całkowicie opuściły Chełm i udały się na front.
W ostatnią niedzielę września nadleciał radziecki samolot transportowy, prawdopodobnie Li-2 który na małej wysokości tak, że można było dostrzec znaki rozpoznawcze, krążył dość długo nad miastem i poligonem wojskowym. Najprawdopodobniej rozpoznawał teren dla swoich wojsk, które wkrótce po tej „wizycie” wkroczyły do miasta.
Wojska sowieckie nie zajmując chwilowo koszar rozlokowały się na terenach poligonowych, co umożliwiło rodzinom wojskowym dalsze zamieszkiwanie w wojskowych blokach.
Na czas pobytu Rosjan w naszym mieście nauka szkolna została zawieszona. Wznowiono działalność naszej placówki szkolnej dopiero po opuszczeniu wojsk rosyjskich i wkroczeniu wojsk niemieckich. Niestety nauka nie trwała długo, bowiem Niemcy nakazali opuszczenie budynku szkolnego. W ciągu kilku godzin trzeba było wywieźć wyposażenie szkoły w której Niemcy urządzili dom wypoczynkowy dla swoich żołnierzy.
Kierownik szkoły Pan Germata uzyskał od Niemców pozwolenie na nauczanie, lecz bez zagwarantowania odpowiedniego lokalu. W powyższej sytuacji w różnych punktach miasta nauczanie zorganizowano u osób prywatnych. Uczniowie różnych klas nie mieli ze sobą kontaktu, bowiem każda klasa spotykała się w odrębnym lokalu. Nawet przez pewien czas uczęszczaliśmy na lekcje co drugi dzień.
W tych nienormalnych warunkach w Chełmie ukończyłem cztery klasy szkoły podstawowej. Pomimo różnych przerw w nauczaniu te cztery klasy ukończyłem w ciągu trzech lat, bo wobec dobrych postępów w nauce opuściłem drugą klasę przechodząc od razu z klasy pierwszej do trzeciej. Po przeprowadzce do Siedlisk powiat Krasnystaw kontynuowałem naukę w klasie piątej i szóstej.
Przez pierwsze pięć lat zakres przedmiotów nauczania został zawężony do języka polskiego, rachunków, przyrody, rysunków, śpiewu i religii. Wyeliminowano naukę historii i geografii, natomiast wiadomości z tych przedmiotów poznawałem na zorganizowanych tajnych kompletach .
Z podręczników szkolnych do języka polskiego, przyrody i śpiewników, Niemcy nakazali usunąć wszystkie treści i znaki patriotyczne takie jak: godło, orzeł, hymn i wiersze patriotyczne. Odtwarzanie treści patriotycznych w jakiejkolwiek formie było surowo zakazane.
Niemcy do szkół wprowadzili odpowiednio zredagowane pismo „STER”. Było ono wybitnie propagandowe, w sposób zakamuflowany propagujące niemiecką kulturę i osiągnięcia, zawierało też w ograniczonym zakresie informacje przyrodnicze i geograficzne, ale słowo polskie nigdy tam miejsca nie znalazło.
Dopiero po wyzwoleniu naszych terenów w lipcu 1944 roku, klasę szóstą ukończyłem w normalnej szkole z pełnym zakresem treści i przedmiotów nauczania.
Jak to się stało, że znaleźliśmy się na wschodzie? Otóż Ojciec w roku 1917 wziął udział w Powstaniu Wielkopolskim w którym walczył do końca za co został odznaczony Medalem Rodła. Następnie rozpoczął zawodową służbę wojskową w czasie której brał udział w kampanii roku 1920, walczył i stacjonował w okolicach: Podbrodzia, Oszmiany, Wilna i Troków.
Po zakończeniu działań wojennych jego jednostka została skierowana do Chełma Lubelskiego w której służył do roku 1939, czyli praktycznie do wybuchu wojny z Niemcami. Dosłużył się stopnia starszego sierżanta i był szefem 4 kompanii 7 Pułku Piechoty Legionowej. Dowódcą Pułku był pułkownik Dąbek późniejszy słynny dowódca obrony wybrzeża, a po jego odejściu dowódcą Pułku został major Muzyka.
Ojciec ze swoim Pułkiem we wrześniu 1939 roku wyruszył z Chełma na wojnę niemiecko-polską. Jego Pułk stoczył ciężkie boje w słynnej bitwie nad Bzurą. Była to jedyna przeprowadzona na tak dużą skalę operacja zaczepna przeciwko III Rzeszy, aż do roku 1941.
Polscy żołnierze wykazali się prawdziwym bohaterstwem, ale niestety ulegli przeważającej sile wroga któremu w pierwszej fazie bitwy zadali bardzo duże straty. Około 50 tysięcy żołnierzy wyrwało się z okrążenia i przedostało do Puszczy Kampinoskiej w rejon Warszawy, a około 100 tysięcy dostało się do niewoli.
Ojciec z żołnierzami swojej kompanii przez dwie doby ukrywał się na bagnach zanurzony w błocie po szyję. Uszedł z życiem i uratował kolegów dzięki znajomości języka niemieckiego, co pozwoliło na tłumaczenie zasłyszanych niemieckich rozmów i rozkazów.
Po powrocie do domu cudem uniknął Katynia dzięki przytomności umysłu mojej Mamy która widząc, że Rosjanie aresztują wszystkich wojskowych ostrzegła Ojca i zorganizowała skuteczne opuszczenie koszar na terenie których zamieszkiwaliśmy do czasu wkroczenia wojsk rosyjskich.
W cywilnym ubraniu i chłopskiej baranicy Ojciec przekroczył bramę koszar na konnym wozie wywożącym nasz dobytek. Dzięki temu kamuflażowi i pomocy znajomych gospodarzy którzy użyczyli konnej podwody, nie wpadł w ręce rosyjskich najeźdźców.
Na mocy porozumienia Ribbentrop – Mołotow Rosjanie opuścili wcześniej zajęte tereny Lubelszczyzny i wycofali się za Bug, a do Chełma wkroczyły oddziały niemieckie i zaczęły się ich krwawe rządy.
Ponieważ Ojcu cały czas groziło aresztowanie, wyprowadził się do Siedlisk w gminie Fajsławice powiat Krasnystaw, gdzie pracował w tamtejszym młynie jako buchalter. Jako pochodzący z poznańskiego znał dobrze język niemiecki, a właściciele młyna traktowali ten fakt jak błogosławieństwo z powodu licznych niemieckich kontroli.
Ja z Matką i braćmi do jesieni 1943 roku zamieszkiwaliśmy w Chełmie. W tym czasie zupełnie przypadkowo, po zamachu na szefa miejscowego gestapo, w czasie ulicznej łapanki został złapany i aresztowany jako zakładnik mój Ojciec, który przebywał właśnie u nas z krótką wizytą.
Po aresztowaniu osadzono Go w więzieniu na Lubelskim Zamku. W tym czasie na szefa gestapo miał miejsce ponowny zamach po którym zamachowców ujęto, a aresztowani zakładnicy zostali zwolnieni. W tej grupie był również mój Ojciec.
W roku 1944 po wyzwoleniu spod niemieckiej okupacji Ojca powołano do zawodowej służby wojskowej w szkole podoficerskiej w Lublinie. Jego wojskowa kariera została jednak przerwana z powodu tragicznego przypadku.
Otóż Polacy obejmowali koszary po wycofujących się Rosjanach którzy masowo kradli wszystko co tylko się dało. Ojciec otrzymał rozkaz zatrzymywania złodziei włącznie z użyciem broni palnej. Kiedy nadjechał samochód z łupami i Rosjanie nie chcieli się zatrzymać, Polacy otworzyli ogień i rykoszetujący pocisk uderzył Ojca w lewe ramię w którym praktycznie stracił władzę. W ten sposób została zakończona jego wojskowa służba.

Wspomnienia udostępnione dzięki życzliwości autora Cezarego Wocha

(opublikowane na sycowice.net oraz w książce autorstwa Cezarego Wocha Drogi do domu)

maj 082015
 
Nietkowice

Nietkowice

Pan Kazimierz Pluto w klasie VI i VII uczył historii. Młody nauczyciel, pracę w szkole podjął po zakończeniu służby wojskowej. Wysoki, postawny mężczyzna z blond czupryną, bardzo lubiany przez młodzież. Zawsze pogodny, wesoły, zawsze uśmiechnięty, potrafił szybko nawiązać świetne relacje z młodzieżą, przy zachowaniu – z ich strony – pełnego szacunku i podziwu dla Jego osoby. Bardzo życzliwy, służył pomocą w każdej sytuacji. Mieszkał w Brodach. Do szkoły w Nietkowicach dojeżdżał rowerem, podśpiewywał sobie wówczas lub gwizdał wesoło. Bywało, że jadąc widział mnie idącą w drodze do szkoły i proponował podwiezienie
Tragiczna śmierć tego nauczyciela była ogromnym szokiem i wstrząsem dla całej szkoły i okolicy. Oddał swoje życie ratując tonącego ucznia naszej szkoły. Sam jednak nie zdołał się uratować. Tragedia miała miejsce 1 czerwca 1959 roku – w Dniu Dziecka. Dzień ten był dniem wolnym od zajęć. Zorganizowano różne gry i zabawy. Część uczniów z klasy VI i VII wybrała się na wycieczkę do lasu i nad kanał przy tzw. „starym, spalonym młynie”. Opiekunem tej grupy był Pan Kazimierz Pluto. Na miejscu okazało się, że na taką samą wycieczkę wybrała się grupa uczniów młodszych klas, której opiekunką była inna nauczycielka – Pani Maria Urbańska. W pewnej chwili jeden z uczniów tej grupy /Lebel/, poślizgnął się i wpadł do wody. Miało to miejsce tuż przy wodospadzie. Na ratunek pośpieszył mu Nasz Pan. Uratował go, niestety – sam utonął. Miał 23 lata. Szok i wielka rozpacz. Straciliśmy na zawsze najbardziej lubianego nauczyciela. Zawsze pozostanie w mojej pamięci, jako człowiek wielkiego serca, oddany do końca sprawie wychowania młodzieży, którą lubił i ona Jego z wielką wzajemnością.
Na zdjęciu poniżej stoi przy grupie przedszkolaków, którzy odwiedzili naszą szkołę z własnym programem artystycznym, bo od nowego roku szkolnego mieli rozpocząć naukę w tej szkole. Natomiast na drugim zdjęciu – stoi w środku, obok p. Biernackiego.

1a

W scence przedstawionej na zdjęciu, chłopiec z tornistrem na plecach – to mój brat Eugeniusz (kandydat na ucznia „pierwszaka”). Wśród „widzów” jest też siostra Alicja (stoi w drugim rzędzie z białą wyróżniającą się kokardą ), a obok w pobliżu stoi p. Ostrycharczyk.

W scence przedstawionej na zdjęciu, chłopiec z tornistrem na plecach – to mój brat Eugeniusz
(kandydat na ucznia „pierwszaka”). Wśród „widzów” jest też siostra Alicja (stoi w drugim rzędzie
z białą wyróżniającą się kokardą ), a obok w pobliżu stoi p. Ostrycharczyk.

Mieliśmy także w szkole lekcje religii. Raz w tygodniu do szkoły przychodził proboszcz miejscowej parafii ks. Stefan Hura. Na początku i na końcu lekcji zawsze odmawialiśmy modlitwę „Ojcze Nasz”.
W tamtych czasach wyposażenie klas stanowiły dość wygodne, choć bardzo twarde dwuosobowe ławki, połączone na stałe z miejscami do siedzenia. Ławki miały skośnie ustawione pulpity, często pomalowane na zielono. Niektóre nawet miały te pulpity podnoszone Pod nimi było miejsce na zeszyty, książki i inne drobiazgi. Po środku pulpitu w górnej jego krawędzi, był otwór na kałamarz z atramentem. Wówczas nie było jeszcze długopisów, ani wiecznych piór. Pisaliśmy piórami tzw. „zwykłymi piórami”. maczanymi w atramencie. Takie pióro składało się z drewnianej obsadki i metalowej stalówki. Początkowo były to stalówki tzw. rondówki albo redisówki. Dość szerokie, na środku miały wycięcie w kształcie krzyżyka, pisały grubo i robiły kleksy. Z czasem pojawiały się ulepszone, lepiej piszące, ale nadal wymagały atramentu. Konieczność korzystania z atramentu była bardzo niewygodna. Kałamarze nosiliśmy codziennie w teczkach. Zdarzało się, że atrament wylał się, zalewając i brudząc zawartość teczki czy tornistra. Dopiero pojawienie się tzw. „wiecznych piór”, które posiadały gumkę lub tłoczek umożliwiający napełnienie ich atramentem spowodowało, że noszenie kałamarzy stało się praktycznie zbędne. Także wówczas pojawiły się „automatyczne ołówki” – takie, do których wkładany był rysik. Na tamte czasy posiadanie takiego ołówka to był dopiero „szpan” ! Pamiętam doskonale, że po raz pierwszy otrzymałam go od Mikołaja, jako prezent gwiazdkowy. Bardzo ważnym sprzętem w klasie była tablica. Zazwyczaj stała w rogu klasy. Była to duża czarna deska ustawiona na stojaku, przypominającym dziś sztalugi malarza. Na jednej stronie miała namalowane linie, na drugiej kratki, co ułatwiało pisanie. Z czasem te oznaczenia wymazały się .Tablica i stojak służyły również do zawieszania map na lekcjach historii i geografii. Pomieszczenia klasowe były ogrzewane piecami i zdarzało się, że nie były dostatecznie dogrzane. Musieliśmy wówczas siedzieć w kurtkach i płaszczach. W tamtych czasach zimy były ostre i mroźne. Te „niedogodności” rekompensował nam za to czas wolny po lekcjach, kiedy mimo mrozu, zabawom na śniegu nie było końca. Zimą, powrót ze szkoły zawsze wiązał się z „zaliczeniem” wszystkich górek i ślizgawek, jakie po drodze były. Skutek był taki, że w przemoczonych butach i odzieży zmarzniętej na „kość” wracało się do domu, często z płaczem „na wyrost”, żeby nie oberwać jeszcze bury i lania za taki stan. Dziś z rozrzewnieniem wspominam okres szkoły podstawowej, czas beztroskich, dziecięcych młodych lat, pełen przygód radosnych, dobrych i pewne tych mniej dobrych, które także były. Niedoskonała i ulotna pamięć zatarła je i usunęła ze wspomnień. Może to i dobrze, że tak jest, bo w życiu winny liczyć się tylko miłe i bliskie sercu wspomnienia, zwłaszcza te z lat młodości, kiedy zaczęło się dopiero zdobywać wiedzę, kształtować charakter i poznawać „uroki” życia, które były jeszcze przed nami i czekały nas w przyszłości, w dorosłym już życiu. Te wspomnienia to nie tylko nostalgia za bezpowrotnie mienionymi dzieciństwem i młodością, to też nostalgia za jakością. Myślę i mam taką nadzieję, że dziś owa jakość nie jest bezpowrotnie utracona. To moja historia, moje życie. Myślę, że takie spojrzenie „ w lustro” każdy z nas, choć kilka razy w życiu, powinien wykonać, aby przypomnieć sobie swoje źródło życia…. taką ławeczkę z kałamarzem, bo to ona miała ogromną moc poznawczą Szkoły są ważne, ale chyba zawsze najcenniejszy jest pierwszy nauczyciel, nauczycielka. Bo to oni potrafili zaszczepić w młodym człowieku prawdziwą żądzę wiedzy, nie tylko tej z podręczników. Jakże adekwatne do tego są poniżej cytowane myśli:

….. Szkoła powinna dążyć do tego, by młody człowiek opuszczał ją jako harmonijna osobowość, umiejąca żyć z ludźmi i światem…”

oraz

… Nauka w szkołach powinna być prowadzona w taki sposób, aby uczniowie uważali ją za cenny dar, a nie za ciężki obowiązek…”

/Albert Einstein/

Rok szkolny 1958/59 był zakończeniem mojej nauki w szkole podstawowej, tej starej szkole. Nowa szkoła była już w budowie i następny rok najprawdopodobniej rozpoczynał się już w murach nowej szkoły. W tamtych latach obowiązywała 7-klasowa szkoła podstawowa. Na zakończenie szkoły odbyło się uroczyste pożegnanie.
A oto poniżej fotografie z zakończenia pierwszego etapu edukacji.

Grupa dziewcząt VII klasy. Od prawej w I rzędzie stoją: Czesława Andrzejewska /z warkoczem/, Teresa Żyża, Maria Darul, Janina Soroka, Helena Herc, w II – Regina Wojewoda, Wanda Woźniakowska, Halina Szczurówna /to ja !/ i Alicja Kulicka

Grupa dziewcząt VII klasy. Od prawej w I rzędzie stoją: Czesława Andrzejewska /z warkoczem/, Teresa Żyża,
Maria Darul, Janina Soroka, Helena Herc, w II – Regina Wojewoda, Wanda Woźniakowska, Halina Szczurówna /to ja
!/ i Alicja Kulicka

Grupa chłopców, poczynając od prawej, od „małego” - to Franek Kolasiński, Zbigniew Bykowski, Bronisław Mulawa, Stefan Słonecki. W drugim rzędzie za „małym” stoi Jan Bajtus, Eugeniusz Soszyński, Aleksander Żyża i Mieczysław Harwat.

Grupa chłopców, poczynając od prawej, od „małego” – to Franek Kolasiński, Zbigniew Bykowski, Bronisław Mulawa, Stefan
Słonecki. W drugim rzędzie za „małym” stoi Jan Bajtus, Eugeniusz Soszyński, Aleksander Żyża i Mieczysław Harwat.

Klasa VII z nauczycielami: Alicja Sammler,Janina Sawlewicz,Antoni Biernacki i Gabriela Ostrycharczyk A to szkoła w budowie. Tutaj na zdjęciu są siódmioklasiści, nauczyciele i komitet rodzicielski.

Klasa VII z nauczycielami: Alicja Sammler, Janina Sawlewicz, Antoni Biernacki i Gabriela Ostrycharczyk
A to szkoła w budowie. Tutaj na zdjęciu są siódmoklasiści, nauczyciele i komitet rodzicielski.

Pierwsza od lewej to ja, obok p. Halina Stanek, p. Sawlewicz, p. Sammler , pomijam panienkę w środku bo to nie klasa, dalej p Ostryczarczyk i moja Mama – Helena Szczur , obok grupa dziewcząt VII klasy. W drugim rzędzie w środku p. Biernacki oraz p. Wacław Borkowski z komitetu rodzicielskiego.

Pierwsza od lewej to ja, obok p. Halina Stanek, p. Sawlewicz, p. Sammler , pomijam panienkę w środku
bo to nie klasa, dalej p. Ostryczarczyk i moja Mama – Helena Szczur , obok grupa dziewcząt VII klasy.
W drugim rzędzie w środku p. Biernacki oraz p. Wacław Borkowski z komitetu rodzicielskiego.

Nietkowice

Nietkowice

Po zakończeniu pierwszego etapu edukacji w Szkole w Nietkowicach, kontynuacja nauki odbywała się przez kolejne 4 lata w Liceum Ogólnokształcącym Nr 2 w Zielonej Górze. Zakończyła się w egzaminem dojrzałości w maju 1963 roku. Kolejny etap – to studia na Uniwersytecie Wrocławskim we Wrocławiu, na Wydziale Prawa i Administracji, podjęte w dojrzałym już wieku – bo w 1977 roku, ukończone w 1982 roku dyplomem z wynikiem „bardzo dobry” i uzyskaniem tytułu magistra. A oto życiowe motta:

Nie płacz, że to się skończyło, tylko ciesz się , że mogłaś to przeżyć”

Żadne studia nie pomogą Ci poznać prawdę. Pomogą jedynie zrozumieć, dlaczego jej nie poznasz ”

Wykształcenie to dobro, którego nic nie jest w stanie nas pozbawić ”

Halina Węgrzyn

maj 022015
 
Nietkowice

Nietkowice

Drugi szkolny budynek znajdował się niedaleko. Piętrowy obiekt o pałacowym charakterze z pięknymi szerokimi schodami. Obok pomieszczeń zajętych przez szkołę, była tam również siedziba Nadleśnictwa i mieszkanie nadleśniczego – Pana Mariana Majorka. Pałac, albo też dwór, jak nazywano ten obiekt, był położony centralnie w stosunku do pozostałych bardzo obszernych zabudowań gospodarczych, takich jak magazyny, stajnie i kuźnia, zlokalizowanych na rozległym terenie na planie czworoboku. Stanowił siedzibę i część składową majątku ziemskiego przedwojennego właściciela. Wokół było dużo zieleni, drzew i wolnej przestrzeni, na której odbywały się różne zabawy i uroczystości szkolne. Otoczenie tego budynku było wspaniałe, choć mocno zaniedbane. Cała posiadłość i otaczający ją park w okresie swojej świetności była ogrodzona. Prowadziły do niej trzy bramy wjazdowe, wykute z prętów o pięknych ornamentowych wzorach. Główna brama wjazdowa i brama wejściowa, tak jak i pozostałe bramy były osadzone pomiędzy solidnymi słupami murowanymi, wykończonymi czworobocznymi stożkami, na szczycie których znajdowały się betonowe kule. Od bramy głównej, aż pod wejście do pałacu, prowadził dość długi podjazd, wysadzany starymi kasztanowcami. Po wojnie, widoczny na zdjęciu budynek parterowy był zrujnowany, pozostały tylko szkielety murów. W latach następnych teren został uporządkowany. Cegły, podobnie jak z innych zrujnowanych i zburzonych budynków z terenu Nietkowic, były wywożone koleją na odbudowę zniszczonej Warszawy – zgodnie z hasłem: CAŁY NARÓD BUDUJE SWOJĄ STOLICĘ” Jako ciekawostkę dodam to, że i w przypadku tej szkoły, w jej pobliżu znajdował się również drugi cmentarz niemiecki, niemalże przylegający do bramu wyjazdowej z parku od strony zachodniej. Dziś teren ten obejmuje istniejący aktualnie cmentarz, jednak brak na nim śladów z przeszłości, teren został uporządkowany. Za „moich czasów” były tam groby i grobowce zachowane w dobrym stanie. Na wprost głównego wejścia z szerokimi kamiennymi schodami rosło potężne drzewo, wokół którego były ławeczki. Miło było spędzać wolny czas w cieniu tego drzewa. Najbliższa okolica umożliwiała wszelkiego typu gry i zabawy, także szkolne zawody sportowe. Sąsiedztwo sosnowych lasów dodawało szczególnych uroków i zapachów. Właśnie tam odbywały się często zajęcia z wychowania fizycznego, poznawania topografii terenu czy zabaw w tzw. „podchody”, prowadzonych przez Pana Antoniego Biernackiego. Do naszych ulubionych zabaw z piłką należała gra „w dwa ognie”, ” w „siatkówkę” i w „palanta”. Poza tym – nie tylko w szkole – graliśmy w tzw. „kiczkę” /albo inaczej „klipę”/, „wojnę” i „chłopa”. Do tych gier piłka była zbędna, wystarczył kawałek patyka lub kamyka. Ulubioną grą chłopców był „cymbergaj”. W budynku, który teraz wspominam odbywały się lekcje dla klas starszych. Przez krótki okres wykorzystywane było również jego piętro, jednak ze względu na stan techniczny, zwłaszcza stropów, zaprzestano prowadzenia tam lekcji. Pomieszczenia klasowe były przestronne i widne. Tylko w jednym, w którym okna były po stronie zachodniej, było zbyt ponuro. Słońce pojawiało się tam po południu tj. wtedy kiedy w zasadzie lekcje już się skończyły. To pomieszczenie w roku szkolnym 1958/59 zajmowała VII klasa, stąd dobrze pamiętam tamtą atmosferę. Nam to jednak nie przeszkadzało, ponieważ nasze gorące i żywiołowe temperamenty radziły sobie ze wszystkim. Dwa mniejsze pomieszczenia przy wejściu, po prawej stronie, zajmowało kierownictwo szkoły i nauczyciele /pokoje nauczycielskie/. Zlokalizowanie klas w dwóch budynkach stanowiło duże utrudnienie zarówno dla nauczycieli jak i uczniów, zwłaszcza w zimie. W trakcie przerw międzylekcyjnych musieliśmy się przemieszczać z budynku do budynku, przy czym znaczna część drogi prowadziła wąską ścieżką przez wspomniany już cmentarz, wydeptaną wśród krzaków i zarośli. W roku, w którym rozpoczęłam „legalną” naukę, nauczycielką młodszych klas i opiekunem mojej klasy była `Pani Natalia Kisiel. Kierowniczką szkoły była wówczas Pani Michalina Jurewicz. W kolejnych latach niektórzy nauczyciele odchodzili inni przychodzili. Ale byli też tacy, którzy przez cały 7-letni okres „mojej” szkoły pracowali z nami zawsze, to nasi wychowawcy. Byli to mądrzy, życzliwi ludzie, powołani do wychowywania zarówno tych zdolnych , jak i tych ociężałych. Ci najlepsi, a było ich wielu, nauczyli mnie jednego: możesz nie wiedzieć, ale musisz wiedzieć, jak się dowiedzieć. To ciągle jest we mnie. Wspominam ich z wielkim sentymentem, serdecznie i bardzo ciepło. Byli to:

– Pani Janina Sawlewicz – Pani od języka polskiego, przez jakiś czas była też kierowniczką szkoły. Pamiętam doskonale jej niewysoką, drobną sylwetkę. Wspaniała osoba, spokojna, życzliwa, cierpliwa i wyrozumiała. W znakomity sposób starała się skierować nasze zainteresowania na piękno polskiej literatury w różnych jej formach, proza, poezja, dramat. Mickiewicz i Wilno, skąd pochodziła, to były bliskie jej sercu tematy. Prowadziła z nami szkolny teatrzyk, w którym mogliśmy próbować swoich sił „aktorskich”. Pamiętam, że graliśmy „Balladynę” Słowackiego, w której grałam rolę Aliny oraz „Świteziankę” Mickiewicza. Naszymi występami były urozmaicane szkolne akademie, a także święta państwowe oraz inne lokalne uroczystości. Z przedstawieniami wyjeżdżaliśmy też do okolicznych szkół.
Pod wpływem i pieczą Pani Sawlewicz jeden z uczniów mojej klasy – Franek Kolasiński, kilkakrotnie brał udział w różnych konkursach recytatorskich, zdobywając liczne nagrody.
Poniżej zamieszczam zdjęcie „aktorów” naszej szkoły, wykonane w czasie jakiejś uroczystości szkolnej

 

Foto z przedstawienia „Książę i żebrak” Królem jest moja siostra Krysia, królewną Urszula Lebel, obok Hela Kisiel i Cecylia Andrzejewska , po drugiej stronie Janka Szyluk, Krysia Majewska i Ludka Kmita

Foto z przedstawienia „Książę i żebrak” Królem jest moja siostra Krysia, królewną Urszula Lebel, obok Hela
Kisiel i Cecylia Andrzejewska , po drugiej stronie Janka Szyluk, Krysia Majewska i Ludka Kmita

– Pani Alicja Sammler /panieńskie nazwisko Szrefel/, uczyła nas języka rosyjskiego. Wysoka, z pozoru wyniosła, zachowująca się zawsze z wielką godnością i elegancją. Budziła w nas respekt i posłuszeństwo. Lekcje z Nią przebiegały w skupieniu i uwadze. Poza nauką rosyjskiego, objętego programem, uczyła nas też śpiewania rosyjskich piosenek, grając na mandolinie i bałałajce. Było wówczas radośnie i wesoło. Mieliśmy do Niej wielki szacunek i uznanie. We wczesnej młodości, wraz z rodziną, była przez kilka lat na Syberii. Bywało, że czasem opowiadała nam, jakie mieli tam ciężkie życie.

– Pan Antoni Biernacki – Pan od matematyki, fizyki, chemii, śpiewu, w-fu. i często prac ręcznych. Przez jakiś okres był kierownikiem szkoły. Młody, stanowczy, wymagający, ale z charakteru łagodny. Najczęściej widać Go było z dziennikiem w ręku, dużą drewnianą ekierką i takim też kątomierzem. Bardzo dbał i starał się o to żeby lekcje w-fu były urozmaicone różnymi grami, zabawami na boisku i w tzw, „terenie”. Lubiliśmy to bardzo, było wesoło i fajnie. Przygotowywał nas na różne zawody sportowe, ale też i artystyczne występy okolicznościowe i akademie. Uczył nas śpiewu piosenek patriotycznych, partyzanckich i ludowych. Był naszym dyrygentem i dyrygował zawsze „na trzy”. Sztandarową piosenką była „Hej żeglujże żeglarzu”.

– Pani Gabriela Ostrycharczyk – była wychowawczynią przez 2 lata tj. 1954/55 i 1955/56, uczyła nas biologii i geografii. Była jedną z młodszych nauczycielek również sympatyczna i miła.

Halina Węgrzyn

kwi 192015
 
Stanisława Mackiewicz

Stanisława Mackiewicz

Gdy front rosyjski był już blisko Wilejki to Niemcy powiedzieli wszystkim, że każdy może uciekać gdzie tylko chce. My posłuchaliśmy kolegi ojca, żeby uciekać do lasu w inne miejsce niż my chcieliśmy. Ale najgorzej jest słuchać kolegów. Najlepiej robić coś samemu. Ojca też prawdopodobnie podkablował kolega, gdy go zamknęli do więzienia. Teraz też z tym kolegą źle na tym wyszliśmy. A tam gdzie chcieliśmy my uciekać to było bezpieczniej. Rosjanie albo to byli Ukraińcy zabrali nam konia. Zresztą zabrali nam wszystko. Mieszkanie w Wilejce to spaliło się i zostaliśmy z niczym. Spaliło się mieszkanie i chlewik w którym trzymaliśmy zwierzęta. W tym chlewiku zakopaliśmy też swoje rzeczy, które także spłonęły. Za płytko je zakopaliśmy. W lesie też zakopaliśmy cenne rzeczy i jak po nie przyjechaliśmy to zastaliśmy tylko pusty dół. Ktoś musiał widzieć gdzie zakopywaliśmy. Po tym wszystkim gdy front przeszedł siedziałyśmy na drodze we trzy (siostry), idzie ruski lejtnant i się pyta co wy dziewuszki tak siedzicie? a my na to mieszkanie się spaliło i nie mamy gdzie mieszkać i nie wiadomo gdzie pójść. A on na to chodźcie ze mną, ja wam dam mieszkanie i robotę od razu. Poszłyśmy z nim. Było to nawet nie daleko od tego mieszkania, które się nam spaliło. Faktycznie miał duże mieszkanie – nie wiem po kim. Powiedział że tu będziemy mieszkać, w zamian będziemy mu sprzątać i do tego pracować na stołówce wojskowej. Lejtnant mieszkał w jednym pokoju a nasza rodzina dostała dwa pokoje. Mnie nie chcieli przyjąć do pracy na stołówkę, bo byłam za młoda ale starsze siostry poszły. Ja sobie za to zrobiłam pokoik na strychu. Posprzątałam ładnie i postanowiłam, że tam będę mieszkać. Tydzień tylko mieszkaliśmy na tym mieszkaniu. Przyszli partyzanci i powiedzieli myśmy mieszkali całą wojnę w lesie a wy w mieszkaniu to się teraz wynoście. Zajęli nam mieszkanie. Nie pomógł nawet lejtnant. Ojciec po tym powiedział gdzie my teraz mamy iść? Idziemy zobaczyć jak wygląda nasza gajówka w lesie.

Przyszliśmy na miejsce ale gajówka była spalona. Została tylko spora stajnia gdzie trzymaliśmy konia. Ojciec wyciął okna i drzwi w ścianach tej stajni i zrobił tam mieszkanie. Brat naciął takich nie za grubych drzew które połupał na pół i zrobił z tego podłogę. Mieliśmy owce i jedną dużą świnię, które nam się ostały. Tą świnię pędziliśmy z Wilejki i nie chciała wejść na most. Nie umieliśmy jej przegonić na drugą stronę. Mówiliśmy mamie zostawmy tą świnię ale mama kazała ją przepędzić na drugą stronę rzeczki. Namęczyliśmy się niemiłosiernie ale ją przepędziliśmy. Gdy była już na drugiej stronie patrzymy a tu partyzanci idą. Mówimy pewnie nam teraz tą świnię zabiorą i faktycznie chcieli nam ją zabrać ale jeden z nich był dobrym człowiekiem i mówi do reszty tych partyzantów po co wam teraz ta świnia jak jest upał i mięso zaraz się zepsuje. Zostawili nam tą świnię.

Brat z kolei kiedyś poszedł paść owce do lasu a u nas wilków było mnóstwo. I jakoś tak te wilki krążyły, że odłączyły owce od brata a było ich chyba z 18. Chodziliśmy po lesie i szukaliśmy owiec kilka dni ale znajdywaliśmy tylko gdzieniegdzie pogryzione skórki z owiec. Wszystkie wilki zjadły. Ruscy żołnierze mówili że oddaliśmy owce polskim partyzantom do zjedzenia, a my przecież przez całą wojnę polskich partyzantów nie widzieliśmy tylko samych ruskich.

W międzyczasie rozpoczęły się zapisy na wyjazd do Polski. Nawet te zapisy prowadził jakiś dalszy kuzyn ojca. Chcieliśmy wyjechać do Polski, bo mieliśmy już dosyć tych Ruskich a ojciec w szczególności. Ojciec zapisał się zaraz w pierwszej turze żeby przygotowali nam papiery do wyjazdu. Niestety nie wyjechaliśmy z główną grupą repatriantów, bo w Brodach był już mój kuzyn. Od siostry mamy syn. Mama była z bliźniaczek, więc to był taki bliski kuzyn. Nazywał się Wacław Jagiełło.

Byliśmy już spakowani w wagonie do wyjazdu ale postanowiliśmy że chcemy jechać do Wacława. Nasz wagon odłączyli, bo cały transport jechał gdzie indziej.

Przez to bardzo długo jechaliśmy do Brodów. Co chwilę nas gdzieś odłączali i stawiali na bocznicę. Jak wyjechaliśmy w połowie grudnia 1945 roku to w połowie stycznia 1946 roku byliśmy w Brodach. Święta spędziliśmy w wagonie. Do tego jak wyjeżdżaliśmy z Wileńszczyzny to tam już zaczęła się ostra zima i dużo śniegu było a tu przyjechaliśmy to śniegu nie ma i ciepło. W 1946 roku w Brodach była lekka zima. A my z Wilejki piękne sanie przywieźliśmy. Pociąg przyjechał do Krosna i ojciec mówi śniegu tutaj nie ma, wozu nie mamy a sani koń nie będzie ciągnął jak nie ma śniegu. Zostawiliśmy sanie w Krośnie na stacji, co cięższe włożyliśmy na konia i pieszo z Krosna przyszliśmy do Brodów. Później bardzo żałowaliśmy, że te sanie zostawiliśmy, bo jak śnieg spadł to nie mieliśmy sani. A naprawdę były to piękne sanie. Ładnie zdobione. Przywieźliśmy je aż do Krosna i tam je na stacji zostawiliśmy. Później szwagier Pikuła zrobił sanie i na nich robiliśmy kuligi.

W Krośnie poszliśmy do PURu gdzie udzielano pomocy repatriantom takim jak my. Tam dostaliśmy paczki UNRowskie. Mogliśmy też zostać w Krośnie, bo tam też było dużo pustych mieszkań i domów. Nie wszystko było jeszcze pozajmowane. Ale mama się uparła, że chce jechać do siostrzeńca. Ojciec z kolei nie był taki, że się przeciwstawiał matce. Zajęliśmy w Brodach dom i gospodarkę 10-cio hektarową i tak pracowaliśmy. Mogliśmy po jakimś czasie się przenieść gdzie indziej ale rodzice jakoś się już przyzwyczaili i tak zostaliśmy w Brodach.

Razem z nami przyjechała do Brodów także moja przyszła teściowa z synem, który później został moim mężem. Moja teściowa była też teściową Wacka Jagiełły. Przywieźliśmy ze sobą konia, byka, krowę, owce i świnie a teściowa nie miała nic i ich dołączyli do naszego wagonu.

Gdy przyjechaliśmy to nie mieliśmy co zwierzynie dać jeść. Niemcy mieli dużo stodół z sianem i zbożem ale większość była spalona. Te co zostały to pełne były snopków żyta. Nasza rodzina poszła do jednej z takich stodół, żeby namłócić trochę żyta dla konia. Nawet cepa nie mieliśmy tylko tak ręcznie uderzaliśmy snopkami o co popadnie, żeby coś wymłócić. Namłóciliśmy dwa worki i przyszedł sołtys, który nam zabrał te worki.

W Brodach poszłam także do szkoły na kurs wieczorowy, żeby mieć skończone 7 klas. Ten kurs trwał tylko kilka tygodni. Wacek Pluto był kierownikiem. Liszyk nauczycielem ale świadectw tutaj nie wystawiali. Po świadectwo trzeba było jechać do Krosna Odrzańskiego.

Ludzie po wojnie byli bardziej zżyci ze sobą. Często organizowano potańcówki. Na początku chodziliśmy też nad Odrę na salę. Marynarze na Odrze się zatrzymywali i przychodzili tańczyć. To były potańcówki. Jak muzyka zagrała to nogi same do tańca szły.

Moja mama została akuszerką i w latach 50 i 60-tych wielu dzieciom „pępki zawiązała”. Nie uczyła się nigdy odbierania porodów, ale kto ją poprosił to szła i odbierała dzieci.

1 sierpnia 1948 roku jako pierwsza wzięłam ślub w kościele w Brodach. Ślubu udzielił mi ksiądz Hura.

Mąż, jeszcze gdy był kawalerem to wstąpił do partii a ja powiedziałam, że nie chcę mieć męża partyjnego. Wtedy poszedł na zebranie, gdzie rzucił przewodniczącemu na głowę legitymację i powiedział zapisałem się do partii, bo mieliście dać mi krowę a daliście kozę. Rzucił tą legitymacją i poszedł. Po tym przewodniczący oskarżył go i za to wzięli go do wojska do kompanii karnej. Dwa lata służył w tej kompanii karnej. A byliśmy już wtedy małżeństwem. Pojechałam do niego na przysięgę do Kamiennej Góry i ci mężczyźni co byli w normalnym wojsku to załatwiali żoną noclegi i mogli spędzić z rodzinami trochę czasu a tych z kompanii karnej to zaraz po przysiędze zapakowali na samochody i wywieźli do Miroszowa.

Później życie dalej płynęło. Urodziłam dzieci. Zmarli moi rodzice, mąż i najmłodszy brat. Teraz mieszkam otoczona dziećmi i wnukami. Spotykam się też z rodzeństwem i czasami lubimy powspominać stare czasy.

Adam

kwi 112015
 
Stanisława Mackiewicz

Stanisława Mackiewicz

Pewnego razu przyszli do nas na gajówkę dwaj Niemcy. Byli żołnierzami, którzy pilnowali gdzieś w lesie ludzi pracujących przy wyrębie drzewa. Pobłądzili i zgubili się. Zaczęli z nami rozmawiać. Jeden nawet wyciągnął różaniec i zaczął mówić, że jest katolikiem i zaczęli prosić żeby ich odprowadzić, bo zgubili się i przyszli po błocie. Ja z siostrą kawałek ich odprowadziliśmy. Czułyśmy się dziwnie, bo przez tą drogę nie wyszedł z lasu żaden partyzant. Zaprowadziliśmy ich do sąsiedniej miejscowości i tam dalej poprowadził ich znajomy pan Proniewicz. A my z siostrą udaliśmy się w drogę powrotną. Gdy wróciliśmy do domu to przyszli do nas partyzanci i zaczęli się wypytywać skąd wracamy. Wytłumaczyliśmy im, że dwaj Niemcy się zgubili i ich odprowadziłyśmy. Wtedy partyzanci na to odpowiedzieli, że przyszło tu stu Niemców i my im pokazywałyśmy, gdzie partyzanci mają swoje kryjówki. Wstawiła się za nami matka i powiedziała przyszli po błocie to zobaczcie ile śladów zostawili. Są ślady tylko dwóch Niemców. Po tym partyzanci odpuścili i nas więcej nie przepytywali. Teraz gdy patrzę na tą sytuację z perspektywy czasu to miałyśmy bardzo dużo szczęścia bo partyzanci mogli zabić Niemców i nas dwie za to, że pomagamy hitlerowcom.

Musieliśmy ciągle pomagać partyzantom czy tego chcieliśmy czy nie. Pewnego dnia przyszło do ojca zawiadomienie, że na drugi dzień ma się zgłosić w Wilejce do Niemców. Ojciec podejrzewał, że któryś kolega go podkablował Niemcom, że pomaga partyzantom. Ojciec długo się zastanawiał co ma zrobić. Wyjścia z tej sytuacji były trzy. Czekać na Niemców aż przyjdą po ojca, co równałoby się ze śmiercią. Samemu się zgłosić do Niemców i liczyć, że nie będzie aż tak źle. Lub trzecie wyjście wstąpić do partyzantki. Ale jak wstąpić do partyzantki jak się ma tak dużą rodzinę. Niemcy zapewne zemściliby się na rodzinie. Ojciec postanowił, że zgłosi się do Niemców. Na drugi dzień pojechał do Wilejki i tam zamknęli go w więzieniu. Czasami z tego więzienia gonili więźniów gdzieś do pracy to starsza siostra jak zobaczyła ojca to podbiegła do niego i wcisnęła mu kawałek chleba pod pachę żeby coś zjadł. W tym więzieniu siedział około 5 miesięcy. Mamusia jeździła do więzienia, żeby wypuścili ojca. Zaniosła swoje złoto ale nic to nie pomogło. Było nawet jeszcze gorzej, bo wsadzili ojca do karceru. Z miesiąc siedział w tym karcerze aż zachorował tak mocno, że zaczął wzywać lekarza. Lekarz przyszedł zbadał ojca i powiedział Niemcom dla niego to nawet kuli szkoda, bo mu dużo życia nie zostało. Niemcy wypuścili ojca. Lekarz prawdopodobnie specjalnie tak powiedział, bo wiedział że ojciec może jeszcze wyzdrowieć, a Niemcy może nie chcieli trzymać konającego w więzieniu. Gdy ojciec wychodził na wolność to Niemcy dali mu nawet wiązkę jakiś ciuchów – chyba żydowskich i powiedzieli masz dasz to dzieciom żeby miały w co się ubrać. Ojciec był taki słaby, że odcinek kilkuset metrów z więzienia szedł pół dnia. Tak go wykończyli w tym więzieniu.

My w międzyczasie przeprowadziliśmy się do Wilejki, ponieważ baliśmy się bez ojca mieszkać w lesie. Ta przeprowadzka nie była taka prosta jak się to może wydawać. Baliśmy się śmierci ze strony partyzantów, za to że poszliśmy mieszkać do miasteczka. Na szczęście partyzanci się zgodzili i i mogliśmy bez przeszkód zamieszkać w Wilejce. Przenieśliśmy cały nasz inwentarz i zwierzęta do miasteczka. Kiedy ojciec wyszedł z więzienia to też nie wróciliśmy do lasu. Zostaliśmy w Wilejce. Dalej musieliśmy oddawać nałożone limity mleka, zbóż i mięsa. Do tego znajomi przyprowadzili nam swoje krowy na przechowanie i z tych krów też musieliśmy oddawać mleko Niemcom. Na wsiach nie było za dużo krów, bo prawie wszystko partyzantka zabrała. Kiedyś byliśmy zobaczyć kryjówkę partyzantów i ujrzeliśmy na sosnach 5 krów powieszonych. Zaschnięte były już te krowy i całe mięso się zmarnowało – nie zjedli go.

W Wilejce partyzanci dalej przychodzili do nas. Czy to kamuszków do zapalniczek przynieść, bo używali takich zapalniczek na kamuszki, czy sól załatwić. Partyzanci przynosili do nas listy z tym co potrzebują i gdzie to dostarczyć. Listy te nosili w bucie pod stopą, żeby w razie kontroli Niemcy nic nie znaleźli. Często partyzanci kazali przynosić rzeczy na drugą stronę rzeki Wilii (Neris), która przepływała przez Wilejkę. Było to bardzo niebezpieczne, bo Niemcy stali na moście. I jak to przenieść? Niemcy skontrolują, znajdą i zabiją. Uzgodniliśmy z partyzantami miejsce nad rzeką gdzie kazali zostawiać rzeczy, które później zabierali. Tak było aż do wejścia Rosjan.

W Wilejce Niemcy zrobili getto dla Żydów. Tam ich z okolicy wszystkich spędzili i zabili.

Gdy przenieśliśmy się do Wilejki to siostry zaczęły pracować co nam bardzo pomogło w przetrwaniu a nawet bardzo poprawiło naszą sytuację. Najstarsza siostra Maria pracowała u Niemców w mleczarni. A my, że mieliśmy krowę to musieliśmy odstawiać do tej mleczarni mleko. Dzięki temu że siostra tam pracowała to ja nosiłam puste kany a siostra zapisywała, że odpowiednią ilość litrów mleka przyniosłam. Z powrotem zwykli ludzie dostawali część chudego mleka a nam siostra nalewała śmietany. W domu zrobiliśmy masła i biedy nie odczuwaliśmy. Czasami siostra dawała też znać i przychodziłam do mleczarni po taki duży okrągły żółty ser. Na początku jak go jedliśmy to nam śmierdział ale później jak się przyzwyczailiśmy to nawet nam zasmakował. Teraz bym sobie zjadła takiego sera. To był prawdziwy żółty ser z dziurami a nie to co teraz same podróbki.

Z kolei druga starsza siostra Leokadia także pracowała u Niemców ale przy prześwietlaniu jajek. Jak zobaczyła, że na jajku jest jakaś malutka plamka, kropka czy pęknięcie to je odkładała na bok. Chodziłam do niej z koszykiem i przyniosłam do domu tych jajek, których Niemcy nie chcieli. Tym jajkom nic nie brakowało ale Niemcy musieli mieć „idealne jajka”.

Po krótkim czasie ja też poszłam do pracy. Załatwił mi ją jakiś znajomy rodziców, bo nigdzie nie chcieli mnie przyjąć ze względu na to, że byłam za młoda żeby pracować. Jakoś się udało i przyjęli mnie do niemieckiego szpitala, gdzie leczono choroby skóry u niemieckich żołnierzy. Pracowałam w kuchni w tym szpitalu.

Chorzy niemieccy żołnierze często wyglądali jakby skóry nie mieli. Takie rany, plamy, wrzody i Bóg wie co mieli na sobie. Najczęściej chodzili nago. Nie wiem co to były za choroby, czemu chodzili nago, pewnie tak lekarze zalecali ale widok był straszny. W szpitalnej kuchni pracowałam z dziewczyną rok albo dwa lata starszą ode mnie, która była sierotą i kilkoma starszymi kobietami a szefem był Niemiec, który zaraz na początku mi powiedział, że nie muszę się go bać, bo on też chce przetrwać wojnę, a w domu ma córki w moim wieku. Pozwalał mi i mojej koleżance, żebyśmy oczywiście w granicach rozsądku mogli jeść w kuchni i wynosić trochę jedzenia do domów. Czasami cukier przyniosłam, a czasami nawet cukierki.

My dwie młode dziewczyny czyściłyśmy chleby. Niemcy świeżego chleba nie jedli tylko taki kilkutygodniowy a nawet trzymiesięczny. Tylko taki chleb jedli i mówili, że czerstwy jest zdrowszy niż świeży. To były takie małe chlebki i miały prawie zielony kolor. Myśmy je szczotkami czyścili i szorowali. Po takim czyszczeniu chleb nabierał ładnego żółtego koloru.

Natomiast starsze kobiety w kuchni obierały kartofle. Zobaczyły, że my wynosimy jedzenie i nas podkablowały. Przyjechali żandarmi w takich dziwnych wysokich czapkach. Szef kuchni udawał, że o niczym nie wie co się działo w kuchni. Żandarmi nas dwie młodsze postawili po jednej stronie a starsze kobiety po drugiej stronie. Po chwili powiedzieli że mi nic nie mogą zrobić, bo jestem za młoda i jedynie wyrzucą mnie z pracy w kuchni ale ta moja koleżanka była starsza trochę ode mnie i dali jej wybór, albo jedzie na roboty do Niemiec, albo plewi przyszpitalny ogród. Zgodziła się na plewienie ogródka. Po wyrzuceniu mnie ze szpitalnej kuchni zaczęłam znowu nosić od siostry jajka. To zaniosłam jakiemuś Niemcowi i w zamian mi nasypał do koszyka cukierków. Także w domu głodu podczas niemieckiej okupacji nawet w mieście nie odczuwaliśmy.

Adam

kwi 042015
 
Mołodeczno na przedwojennej widokówce (źródło zdjęcia wikipedia.pl)

Mołodeczno na przedwojennej widokówce (źródło zdjęcia wikipedia.pl)

Wybuch wojny we wrześniu 1939 roku pamiętam bardzo dobrze. Nie poszliśmy do szkoły we wrześniu, bo trzeba było pomagać rodzicom przy pracach na gospodarce. W międzyczasie 17 września wybuchła wojna. Pamiętam, że samoloty latały po niebie jak szalone ale żadnych walk nie było. My dzieci w tym dniu akurat krowy paśliśmy i przyglądaliśmy się samolotom. Po jakimś czasie do nas na gajówkę przyszli rosyjscy żołnierze. Siostra Leokadia jak zobaczyła żołnierzy to ze strachu do szafy się schowała. Żołnierze weszli do nas do domu i zaczęli robić rewizję mieszkania. Otworzyli też szafę i siostra im z tej szafy prosto w ręce wpadła. Z boku mogło to wyglądać śmiesznie ale za takie ukrywanie się mogli ją zastrzelić i całą rodzinę też.

Ale czego szukali i po co przyszli to nie wiem. Przeszukali dom, trochę bałaganu zrobili i poszli. Do szkoły w 1939 roku już więcej nie poszliśmy. Miałam skończone tylko dwie klasy z polskiej szkoły.

W zimie 1940 roku zaczęły się wywózki polskich rodzin na Sybir. Nas też mieli wywieźć i czekaliśmy na ten makabryczny dzień. Ale cud sprawił, że nas nie wywieźli. Dokładnie nie pamiętam co było tego powodem. Jechali już po nas ale po drodze spotkali znajomego Żyda, który pilnował ludzi albo sam pracował w lesie. Zapytali się go o naszego ojca, co to za człowiek? A on odpowiedział, że to bardzo dobry człowiek. Zawrócili i nie przyjechali po nas. Opatrzność nad nami czuwała. Może też dlatego, że mieszkaliśmy w lesie daleko od wioski nie chciało się Rosjanom po nas jechać. Po tym ojciec dalej był gajowym. Nie pamiętam czy pracował dalej dla Pana czy dla Rosjan. Wiem tylko, że Pan nie przeżył wojny, mogli go zabić Rosjanie, albo później Niemcy. Wielce prawdopodobne także, że mogli go wywieźć na Sybir i tam zginął.

Po za tym za Rosjan nie widziałam rozstrzeliwań polskiej czy białoruskiej ludności ale w lesie czasami było pełno trupów. Były nie pochowane albo tylko lekko ziemią przysypane, tak że wilki je zaraz wyciągały. Ojciec często jeździł i chował te ciała, których wilki nie rozszarpały. Kto zabił tych ludzi i co to byli za ludzie – tego nie wiem.

W czasie wojny chciałam chodzić do szkoły. Kiedyś w lesie z bratem Stanisławem spotkaliśmy mężczyznę, który pilnował ludzi przy wyrębie drzew. Zaczęliśmy z nim rozmawiać. Napisał nam litery ale nie ruskie tylko białoruskie. Po tym z bratem postanowiliśmy iść do szkoły. Rodzice chyba nawet o tym nie wiedzieli. Sami się wybraliśmy do szkoły do Poniatycz. Nikt nas nawet nie odprowadził. Przyszliśmy z bratem do szkoły. Nauczyciel zapytał się, do której klasy idziemy. Powiedziałam że do trzeciej. Ja miałam dwie klasy w polskiej szkole skończone a brat tylko jedną . Nauczyciel przyjął nas do trzeciej klasy. Akurat w ten dzień dzieci pisały dyktando (diktioszka). My z bratem też musieliśmy napisać to dyktando. Oczywiście dyktando było po białorusku. Ja jak nie wiedziałam gdzie jaką literę wstawić z białoruskiego alfabetu to pisałam polską. A brat w ogóle nie umiał białoruskiego i napisał całe dyktando po polsku. Gdy nauczyciel sprawdził dyktanda to jego było całe czerwone od błędów. Po tym nauczyciel zostawił mnie w trzeciej klasie a brata przesadził do drugiej. I tak skończyłam trzecią klasę w białoruskiej szkole.

Panowanie Rosjan trwało ponad 1,5 roku i po nich wkroczyli Niemcy. Walk także nie pamiętam, bo Niemcy zaatakowali Związek Radziecki z zaskoczenia i Armia Czerwona na naszych terenach szybko się wycofała. Po paru dniach na gajówkę przyjechali Niemcy. A my mieliśmy przy gajówce świnie. Takiego dużego (rabe) wieprza i maciorę co się dopiero oświniła z malutkimi prosiakami. W lato nie trzymaliśmy świń w chlewie tylko mieliśmy zrobioną zagrodę na dworze. Były to duże czarno-białe świnie. Niemieccy żołnierze przyjechali ciężarówką. W rękach trzymali karabiny gotowe do strzału. Weszli do zagrody ze świniami i zamiast tego wieprza to zabrali maciorę od tych małych prosiaków. Musieli się pomylić. Wsadzili na samochód i odjechali, a prosiaki zostały bez matki. Nikt z naszej rodziny nie miał odwagi wytłumaczyć Niemcom, że pomylili świnie. Musieliśmy karmić prosiaczki smoczkiem ale udało się wszystkie uratować. Żal nam było, że Niemcy nam zabierają świnię ale mogli przynajmniej zabrać tego wieprza. Mniej problemów by było. Po tym Niemcy bardzo rzadko do nas przyjeżdżali ze względu na odległość. Oczywiście Niemcy nałożyli na nas przymusowe dostawy mięsa, zboża, mleka i jajek, które trzeba było za darmo oddawać. Podczas okupacji niemieckiej nie chodziliśmy do szkoły.

Początkowo oprócz tych przymusowych dostaw nie odczuwaliśmy szczególnie przykro niemieckiego panowania. Nawet ojciec po wkroczeniu Niemców dalej był gajowym.

Gajówka schowana głęboko w lesie uchroniła nas od częstych wizyt Niemców ale za to zachęcała partyzantów do odwiedzin. Partyzanci przywozili nam mąkę, żeby im chleb upiec. Na gajówce mieliśmy też parową łaźnię. Partyzanci przychodzili do naszej łaźni się kąpać.

Nasza rodzina znalazła się między młotem a kowadłem. Partyzanci kazali sobie pomagać. Gdyby ojciec się na to nie zgodził to by zabili całą naszą rodzinę. Partyzanci byli bezwzględni. Z drugiej strony natomiast groziła nam śmierć ze strony Niemców, gdyby dowiedzieli się, że udzielamy pomocy partyzantom.

Adam

mar 292015
 
Herb Wilejki (źródło zdjęcia wikipedia.pl)

Herb Wilejki (źródło zdjęcia wikipedia.pl)

Sierpniowe ciepłe popołudnie. Siadamy w altanie ogrodu. Pani Mackiewicz – wydaje się, że tej kobiecie nigdy nie schodzi uśmiech z twarzy – zaczyna opowiadać o swoim przedwojennym dzieciństwie. Brody. 19 sierpień 2014 rok.

Nazywam się Stanisława Mackiewicz i urodziłam się 13 sierpnia 1929 roku na Wileńszczyźnie. A dokładnie na gajówce około 6 km od wioski Poniatycze w dawnym powiecie wilejskim w województwie wileńskim należącym przed wojną do Polski. Teraz te tereny znajdują się w granicach dzisiejszego terytorium Białorusi. Z naszej gajówki do najbliższego miasta Wilejki albo Mołodeczna było około 30 km suchą drogą. Drogą „po błocie” było trochę bliżej ale nikt tamtędy nie przeszedł ani nie przejechał. Wioska Poniatycze była akurat na suchej drodze do Wilejki. Zmorą tamtych terenów były duże watahy wilków.

Mieszkaliśmy na gajówce, ponieważ mój ojciec pracował u Pana w lesie jako gajowy. Był to Pański las przed wojną. Moi rodzice Natalia (1899) i Albin (1896) mieli jeszcze dwie córki Marię (1926) i Leokadię (1927) oraz dwóch synów Stanisława (1931) i Jana (1936). Moje panieńskie nazwisko to Laudańska.

Przy gajówce mieliśmy trochę pola, gdzie sialiśmy zborze i trzymaliśmy zawsze krowy, konia, świnie i owce. Żyło nam się dobrze przed wojną. Ojciec nieźle zarabiał jako gajowy. Mogło nawet lepiej ale nasza mama oszczędzała pieniądze, bo chciała na starość kupić własne mieszkanie. Dopóki ojciec pracował jako gajowy to mieszkanie na gajówce mieliśmy zagwarantowane ale gdyby przeszedł na emeryturę to musielibyśmy się wyprowadzić. Moja mama była sierotą i wychowywała się przy macosze. Nauczyło ją to bardzo oszczędności. Jak chodziliśmy do szkoły i trzeba było kupić nowy zeszyt to musieliśmy matce pokazać, że stary już jest cały zapisany. Dopiero wtedy dała pieniądze na nowy. Pamiętam jak mama zawsze w niedzielę siadała na łóżku po turecku i liczyła pieniądze. Nie miała banknotów tylko srebrne monety. Wszystkie poukładane na kupki i porulowane jak dropsy. My jako dzieci zawsze się temu po kryjomu przyglądaliśmy.

Mama zresztą całe życie oszczędzała i nigdy nie skorzystała z tych pieniędzy, nawet po śmierci, bo zawsze coś jej przeszkodziło. Najpierw przed wojną, gdy miała już trochę pieniędzy uzbieranych to ojciec pożyczył swojemu kuzynowi na budowę domu. Kuzyn wybudował piękny duży dom, wręcz willę. Gdy wojna się zbliżała to kuzyn powiedział ojcu nie mam za bardzo pieniędzy, żeby oddać ale za to możesz z rodziną się przeprowadzić i mieszkać w moim domu. Nie poszliśmy tam mieszkać, bo wybuchła wojna, a kuzyna niedługo po tym albo Niemcy albo partyzanci zabili i pieniądze oraz willa przepadła.

Pamiętam jak Pan przyjeżdżał samochodem do gajówki i tam przesiadał się na taki dwukołowy wóz, który nazywaliśmy liniejka (przyp. fachowa nazwa linijka – oryginalna polska konstrukcja powozowa. Lekki, jednokonny, czterokołowy pojazd z deską, na której siedzi się okrakiem lub bokiem) i jechał oglądać las. Samochodem nie wszędzie mógł w lesie dojechać a koń nawet przez błoto zaciągnie tą liniejkę. Któregoś razu gdy Pan zostawił swoje auto u nas na gajówce matka wysłała mnie gdzieś z młodszym bratem. Kierowca, który przywiózł Pana mówi wsiadajcie do auta to was podwiozę. Ja bardzo chciałam jechać, bo nigdy autem nie jechałam ale młodszy brat Stanisław miał wtedy 3 może 5 lat i bardzo się wystraszył jak kierowca odpalił silnik. Zaczął płakać i krzyczeć, tak że nie dało się go uspokoić. Moje marzenie o przejażdżce autem prysło i musiałam iść z bratem pieszo.

Przed wojną nasza szkoła była czteroklasowa. Do pierwszej klasy chodziło się rok, do drugiej też rok, do trzeciej dwa lata a do czwartej klasy trzy lata, żeby było w sumie 7 lat nauki. W sali po jednej stronie siedziała jedna klasa a po drugiej druga klasa, a nauczyciel chodził środkiem i uczył obie klasy naraz. Najczęściej było tak, że te łobuzy z czwartej klasy już się nie uczyli na lekcjach tylko przeszkadzali młodszym. Nasze rodzeństwo miało utrudniony dostęp do nauki, bo do najbliższej szkoły mieliśmy 6 km. Przez to nigdy nie szliśmy do szkoły we wrześniu tak jak pozostałe dzieci tylko zawsze później. Najczęściej po Bożym Narodzeniu, gdy pomogliśmy przy wykopkach i innych pracach gospodarskich jak chociażby pasienie krów. Potem musieliśmy nadrabiać w szkole zaległości. Przed wojną chodziłam już do szkoły. Do wybuchu wojny skończyłam dwie klasy. Dokładnie nie pamiętam ale chyba jak byłam w drugiej klasie to matka oddała nas do szkoły do miasta Mołodeczna. Mama wynajęła nam kwaterę i tam mieszkałam z dwiema siostrami i bratem, gdzie chodziliśmy do szkoły.

Przed wojną zdążyłam jeszcze razem z moim młodszym bratem Stanisławem przyjąć Pierwszą Komunię Świętą. Najmłodszy brat Jan do Pierwszej Komunii poszedł dopiero po wojnie.

sty 232015
 
Ksiądz Ludwik Walerowicz

Ksiądz Ludwik Walerowicz

W czasie pracy kapłańskiej też ciągle rzucano księżą kłody pod nogi. Pamiętam jak w Nietkowicach nachodził mnie major SB i namawiał do współpracy. Było tak, że ja sam nie wiedziałem, że będę jechał na drugi dzień do Zielonej Góry albo nawet nie miałem tego w planach to on już wiedział wcześniej, że będę musiał tam jechać. Faktycznie na drugi dzień coś mi wyskoczyło i musiałem jechać do Zielonej Góry a on tam już czekał na mnie i mnie obserwował. Podejrzewam że dostawał cynk od kogoś na dworcu. Raz było tak że mnie śledził i myślał że go nie widzę ale ja się zorientowałem że chodzi za mną. Na szczęście szły moje parafianki – 4 kobiety i im mówię zobaczcie jak mnie SB śledzi. A było to na Placu Pocztowym w Zielonej Górze. Na tym placu stoi taki budynek wokół którego można chodzić dookoła. Poszliśmy z parafiankami i nagle zawróciliśmy i idziemy prosto na niego. Major nie miał się gdzie schować i się mu ukłoniliśmy Ooo dzień dobry panie majorze. A on nie wiedział co powiedzieć to odpowiedział jak się tak spotkaliśmy w Zielonej Górze to może pójdziemy gdzieś pogadać na kawę. A ja mówię do parafianek patrzcie jak pilnują waszego proboszcza.

Na plebanię dzwoniły głuche telefony, albo dzwonił ktoś, nie przedstawiał się tylko pytał czy jest proboszcz. Później robiliśmy im na złość i odbierała moja gospodyni i mówiła, że proboszcz gdzieś poszedł a ja siedziałem na plebani. Myśleli, że gdzieś chodzę i spiskuję przeciwko władzy.

W czasie stanu wojennego nie odczułem żadnych większych utrudnień. Jeśli chciałem gdzieś pojechać służbowo np. do Gorzowa to zawsze dostałem przepustkę. Miałem wtedy Poloneza i jeździłem do Gorzowa po dary żywnościowa dla ludności. Za Międzyrzeczem są rogatki gdzie zawsze stało wojsko. Wszystkich tam zatrzymywali do kontroli. Ale jak żołnierze zobaczyli u mnie koloratkę to od razu kazali jechać dalej. Żołnierze byli grzeczni i szanowali księży i stan duchowny. Gorzej było trafić na milicjantów.

Trzeba było mieć zezwolenie na pasterkę albo inne nabożeństwa po godzinie policyjnej. Napisałem podanie do władz i dostałem zezwolenie.

Po przewrocie w 1989 roku za bardzo się nie zmieniło. Zniknęły stare problemy a pojawiły się nowe. Trzeba było dalej robić swoje.

Pracę w Nietkowicach wspominam bardzo dobrze, można powiedzieć że nawet wspaniale. Nie wiem jak ludzie mnie wspominają ale myślę że dobrze bo jak mnie spotykają w Sulechowie to z daleka się kłaniają. Starsi na pewno mnie jeszcze pamiętają.

Ile razy mnie biskup chciał przenieść. Ale ja nie chciałem, bo mi się w Nietkowicach bardzo podobało. Proponował mi chyba z 3 albo 4 razy przeniesienie na inną parafię. Aż się chyba na mnie pogniewał. Jeździłem też później na dodatkowe studia na Akademię Teologii Katolickiej im. Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie. Biskup załatwił nam, że często wykłady były w kurii biskupiej a tylko na niektóre wykłady i na egzaminy jeździliśmy do Warszawy. Ile razy staliśmy na korytarzu i czekaliśmy na wykłady a biskup schodził ze schodów i kłanialiśmy się mu to on udawał że mnie nie widzi. W końcu poszedłem się go zapytać czy jest na mnie obrażony a on powiedział że trzy razy powiedziałem mu żeby mnie nie przenosił. A dlaczego nie chcesz?. Odpowiedziałem że tutaj zostawiłem tyle swoich myśli i spraw że żal mi to wszystko zostawiać. I to chyba jest najlepszy dowód że w Nietkowicach czułem się bardzo dobrze. A odszedłem w 1995 roku bo miałem jeden zawał, potem drugi i poprosiłem o przeniesienie. Potem zaraz mnie zoperowali i dostałem by-passy i wtedy musiałem już odejść ze względu na stan zdrowia. Ze względu na moje zdrowie biskup zgodził się na moją wcześniejszą emeryturę. Teraz na emeryturze mieszkam w Sulechowie. Gdy tylko na mieście spotkam jakiegoś mojego byłego parafianina to zaraz się wypytuję co tam słychać. Ciągle staram się być na bieżąco. W końcu w parafii Nietkowice spędziłem 34 lata.

Adam

sty 032015
 
Pleszew na starej widokówce

Pleszew na starej widokówce

Wielu starszych mieszkańców pamięta księdza Ludwika Walerowicza, proboszcza, który przez 34 lata pracował i mieszkał w parafii Nietkowice. Ksiądz Ludwik jest osobą, która przez ponad trzy dekady współtworzyła historię tych miejscowości. Jak sam mówi wiele osób ochrzciłem, udzieliłem Pierwszej Komunii, przygotowałem do bierzmowania, udzieliłem ślubu a niektórych niestety musiałem też pochować.

Sulechów, sobotnie popołudnie 8 listopada 2014 roku.

Nazywam się Ludwik Walerowicz i urodziłem się 18 lipca 1928 roku w Pleszewie, należącym wtedy do powiatu pleszewskiego i województwa wielkopolskiego.

Miałem jednego brata i trzy siostry. Brat i jedna siostra byli starsi a dwie siostry młodsze.

Rodzice zajmowali się handlem. Mieli przed wojną sklep w centrum Pleszewa z konfekcją damską i męską. Pamiętam jeszcze w domu taki stempelek, na którym było napisane „Maria Walerowicz – konfekcja damska i męska”.

Do wybuchu II wojny światowej żyło nam się bardzo dobrze. Sklep przynosił niezłe zyski. Jednak 1 września 1945 roku do Pleszewa weszli Niemcy i zajęli nasz sklep.

Rozpoczęcie wojny pamiętam bardzo dobrze. W 1939 roku uzyskałem promocję z czwartej do piątej klasy i szykowaliśmy się 1 września do pójścia do szkoły. Rano nad Pleszew nadleciały niemieckie samoloty i zaczęły bombardować głównie pleszewskie koszary wojskowe ale cywilne budynki też zostały zniszczone. Do Pleszewa zaczęto zwozić rannych z okolicznych bitew. Mam przed oczami widok jak po ulicy, na której mieszkałem, która nazywała się przed wojną Marszałka Józefa Piłsudskiego a teraz Daszyńskiego, wieźli pierwszych rannych polskich żołnierzy.

Po tym rozpoczęła się niemiecka okupacja przez ponad 5 lat. Pleszew wszedł w skład Kraju Warty, który włączono do III Rzeszy.

Pierwszą zbrodnią Niemców było rozstrzelanie maturzystów, którzy zdali maturę w 1939 roku. Na cmentarzu w Pleszewie jest pomnik upamiętniający tą zbrodnię. Później były ciągłe represję i zbrodnie ze strony Niemców. Co chwilę kogoś rozstrzelali, wywieźli na roboty przymusowe albo do obozu koncentracyjnego.

Najbardziej w pamięci utkwiło mi jedno zdarzenie, które mam ciągle przed oczami. Niemcy wydali zakaz zbijania świń bez zezwolenia i zdarzyło się tak, że jeden z polskich gospodarzy spod Pleszewa zbił świnię bez pozwolenia. Ktoś doniósł na niego i go aresztowano. Przywieziono go na rynek do Pleszewa, gdzie zgoniono też pozostałych Polaków. Odczytano wyrok i publicznie rozstrzelano tego człowieka.

Podczas niemieckiej okupacji nie chodziłem do szkoły. Chodziły tylko dzieci z rocznika 1930 i młodsze. Ja według Niemców byłem za stary na szkołę i musiałem pracować. Na szczęście ojciec miał znajomego Niemca o nazwisku Nutt, który załatwił pracę w szwalni. Przed wojną w Pleszewie mieszkało sporo Niemców i żyliśmy z nimi w zgodzie. Nie pamiętam już dokładnie za co ale Niemiec Nutt był dłużny ojcu przysługę. W szwalni pracował mój ojciec, brat i ja, gdzie szyliśmy niemieckie mundury. Byliśmy po prostu krawcami. Natomiast starsza siostra pracowała jako fryzjerka. Musieliśmy pracować, bo po pierwsze z czegoś trzeba było żyć a po drugie wywieźli by nas na roboty przymusowe. Tak było z wieloma moimi rówieśnikami – kto nie pracował w Pleszewie to jechał do Niemiec. To znaczy dobrowolnie nie jechali tylko ich wywozili.

W styczniu 1945 roku, gdy Niemcy szykowali się do ucieczki to spędzili mężczyzn z Pleszewa na rynek i ustawili naprzeciwko czołgów. Wśród tych mężczyzn byłem z bratem i ojcem. Padł na nas wszystkich strach, że zaczną strzelać do nas albo nas rozjadą tymi czołgami. Zrobiło się spore zamieszanie i kilkunastu albo kilkudziesięciu Polaków rozbiegło się po ulicach. Ja z bratem i ojcem też uciekliśmy z rynku. Mieliśmy klucze do szwalni i tam się schowaliśmy. Z tego co mi wiadomo to wtedy nikt nie zginął. Niemcy nikogo nie zabili na rynku. Główne siły Wehrmachtu uciekły zanim wkroczyli Rosjanie.

Później do Pleszewa od strony Kalisza wjechała kolumna sowieckich czołgów. Niemcy strzelili do pierwszego czołgu z kolumny i go zniszczyli. Ciała Rosjan z tego czołgu wisiały na drutach i gałęziach a wrak czołgu stał jeszcze długo na poboczu drogi. Na ulice Pleszewa wyszli ludzie z kwiatami, żeby powitać wyzwolicieli. Po chwili jednak zaczęły się pierwsze gwałty na kobietach oraz kradzieże rowerów i zegarków. Ludzie zniknęli z ulic ukrywając się po piwnicach i mieszkaniach. Później w nocy Rosjanie spalili jeden dom w Pleszewie i tylko tyle było walk o miasto. Jeden zniszczony czołg i jeden spalony dom.

Adam

Translate »