Cze 202016
 
Stanisław Laudański

Stanisław Laudański

Przyjechaliśmy pociągiem na stację do Krosna Odrzańskiego, gdzie następnie furmanką z częścią naszych rzeczy dotarliśmy do tzw. PUR-u. Niektóre rzeczy musieliśmy zostawić na stacji, bo nie było jak ich zabrać, np. piękne sanie, które przywieźliśmy ze wschodu. Przywiozłem z Wilejki także pszczoły. Jak płonęła nasza obora w Wilejce to ule z pszczołami stały za oborą. Obora spłonęła całkowicie. Została tylko kupka popiołu a mi na następny dzień udało się złapać 3 roje pszczół, które przywiozłem do Brodów. I to w zimie udało się je przewieźć, co jest wbrew wszelkim reguło, pszczelarstwa. Ale taka była sytuacja. Byłem w brodach pierwszym, który po wojnie zajął się pszczelarstwem.
Następnie z PUR-u traktorem z przyczepą z pełnymi gumami, zawieźli nas do Brodów. Jak przyjechaliśmy do Brodów to było jeszcze kilka niemieckich rodzin. Nasza rodzina zajęła dom, w którym mieszkała też stara Niemka. Zmarła w 1946 roku i nie zdążyli jej wysiedlić.
Niemcy mieszkali jeszcze w domu, który później zajął Kieć i w domach za starą remizą. Pamiętam, że jeszcze w lecie 1946 roku Niemcy byli, bo dwóch niemieckich chłopaków chodziło z nami nad Odrę. Chyba wyjechali jesienią 1946 roku.

Kiedy przyjechaliśmy w styczniu 1946 roku to w Brodach już tworzyła się namiastka normalności. Była poczta, piekarnia, posterunek milicji i komendantura Wojska Polskiego. Organizowano zabawy taneczne.
W tym czasie Brody były w okolicy prężną wioską. Na początku to nawet dzieci z Pomorska i niektóre z Nietkowic chodziły do szkoły właśnie w Brodach. Na pewno rodzeństwo Mokrzeckich z Nietkowic a z Pomorska pamiętam Bajurnego, który chodził do nas do szkoły.
Nietkowice były odcięte od świata, bo most kolejowy był zerwany. W Pomorsku natomiast nie mieszkało jeszcze za dużo ludzi. Dopiero jak w Nietkowicach naprawili most to one właśnie przejęły główną rolę wśród okolicznych wiosek. Brody wtedy zaczęły upadać. Gminę i parafię przenieśli do Nietkowic.

Jako pierwszego sołtysa w Brodach pamiętam Ciborka.
W styczniu 1946 roku pamiętam, że w brodach byli już na pewno Waszkiewicz, Ciborek, Trojanowscy, Pikuła, Kamole, Łotyszonek, Łukowski, Bytniewski, Jankowscy i Zadrapy.
Z Wilejki przywieźliśy konia, krowę, byka i drobny inwentarz przez co byliśmy uważani za bogatych. Jednak tak nie było, bo nasze zapasy jedzenia właśnie się skończyły i musieliśmy iść na pole, gdzie podczas wykopków jesienią nie za dobrze wybrano ziemniaki. Nakopaliśmy zmarzniętych ziemniaków i matka piekła nam na piecu z nich placki zgniełuszki. Przypominały taką pieczoną galaretę. Wtedy do naszego domu wszedł sołtys Ciborek i zobaczył co musimy jeść. Po chwili przyniósł nam worek zboża. Człowiek był głodny to takie placki jadł.

Pierwsze lata powojenne upłynęły w Brodach w dobrej atmosferze. Ludzie cieszyli się, że przetrwali 6 lat wojny. Jednak zmorą minionej wojny były praktycznie wszędzie leżące niewypały. Kilkoro dzieci zginęło przez nie. My natomiast jako już starsza młodzież niewypałami głuszyliśmy ryby. Mój brat zajmował się tym „profesjonalnie”.

Jako młody chłopak będąc jeszcze w brodach chciałem zarobić jakieś pieniądze. Kupiłem malutki aparat fotograficzny a w pokoju na górze, gdzie teraz mieszka trojanowski zrobiłem ciemnię. Zacząłem robić ludziom zdjęcia po 2 zła za sztukę. Później jak się wyprowadziłem to młodszy brat ze Zdzichem Kociembą przejęli po mnie interes i ciemnię. Dlatego teraz nie mam zdjęć z młodości, bo mi nikt nie robił zdjęć tylko zawsze ja komuś.

Wracając jeszcze do pszczół to przy wyjeździe na Bródki po lewej stronie było zniszczone duże gospodarstwo. Jedynie w całości ocalał i stał tam pawilon pszczelarski. Niemcy mieli inne ule niż my. Nasze otwierane były z góry a oni mieli otwierane z tyłu i składały się z dwóch szuflad. Ramki mieli o 3 cm węższe. Pamiętam to ze względu na moją pasję pszczelarską. W tym pawilonie jak przyjechaliśmy to pszczół już nie było, ktoś je musiał wcześniej zabrać.
Oprócz mnie w Brodach pszczołami zajmowali się Radziuszko, Karpik i Winiarczyk. Ja byłem prekursorem pszczelarskim w Brodach. Zresztą do tej pory mam pszczoły. Już nie tak dużo jak kiedyś ale ciągle się nimi zajmuję.

Jesienią 1946 roku w brodach otworzono szkołę, w której skończyłem 4 klasy w dwa lata. Chodziłem rano do szkoły jako uczeń a wieczorami na kursy wieczorowe dla starszej młodzieży jako kursant. Kierownikiem szkoły a zarazem nauczycielem był Wacek Pluto a drugim nauczycielem Liszyk. W 1948 roku skończyłem w Sulechowie 7 klasę i poszedłem następnie do szkoły w Zielonej Górze. Do liceum a konkretnie nazywało się to gimnazjum przemysłowe. Przed maturą zachorowałem i to dosyć poważnie, a dowiedziałem się o tym na komisji wojskowej. Stwierdzili u mnie suchoty. Nie powiedzieli gdzie się z tym zgłosić, jak to się leczy a tamtym czasie suchoty były uważane za ciężką i praktycznie śmiertelną chorobę. Napisali tylko, że nie jestem zdolny do służby wojskowej, chociaż w ogóle nie czułem się chory. Prowadziłem normalny tryb życia a nawet pływałem.
Poszedłem do innego lekarza. Osłuchał mnie i stwierdził, że jestem zdrowy.
Za namową mamy poszedłem do poradni przeciwgruźliczej. Kolega pracował tam w rejestracji i mi załatwił skierowanie. Lekarz zrobił prześwietlenie płuc. Wyszła odma wielkości 5-groszówki. Dostałem się do szpitala. Ze szpitala wyszedłem już jako chory. Przez kilka lat musiałem co tydzień chodzić do szpitala. Wbijali mi szpilkę i wpompowywali około litra powietrza. Potem już mój stan zdrowia się poprawił i wyzdrowiałem. Przez chorobę ominęło mnie wojsko.

Na początku lat 50-tych poznałem moją późniejszą żonę, która pracowała w Brodach w przedszkolu. Żona przyjechała do Brodów z Rąpic za Kłopotem w 1951 albo w 1952 roku. Panieńskie nazwisko żony to Kossakowska. W 1953 roku wzięliśmy ślub w Nietkowicach, bo tam była parafia. Wesele było natomiast u żony w Rąpicach. My orkiestra i goście jechaliśmy z kościoła w Nietkowicach pociągiem o 23:00 do Rzepina, później przesiadka i o 4:20 nad ranem dalej do Cybinki pociągiem. W Cybince byliśmy o 6 rano. Z Cybinki już jechaliśmy furmankami. W Rzepinie na dworcu orkiestra zaczęła grać a goście tańczyć. Podróżni nie wiedzieli co się dzieje. Trzeba jednak pamiętać, że to była strefa przygraniczna i trzeba było posiadać przepustki. Nam się jakoś w nocy udało przejechać bez przepustek.

Całe moje życie zawodowe pracowałem w biurze projektów. Dokładnie to w dwóch biurach. Najpierw w wojewódzkim biurze projektów a potem w miejskim biurze projektów.
Teraz na starość to zdrowie znowu mi się posypało. W sumie przeszedłem 14 operacji, jednak dalej optymistycznie patrze w przyszłość.

Mama zmarła w 1988 roku a ojciec w 1970 roku. Z naszego rodzeństwa zmarł najmłodszy brat, który zawsze był najzdrowszy z nas wszystkich. Najmłodsza i najstarsza siostra mieszkają w brodach. Środkowa Leokadia wyprowadziła się do Pobiedzisk. A ja mieszkam w Zielonej Górze.
Razem z żoną przeżyliśmy już ponad 60 lat wspólnego małżeństwa i jak będzie zdrowie to doczekamy kolejnych rocznic. Urodziły nam się trzy córki.

Dużo czytam, rozwiązuję krzyżówki i poświęcam się mojej pasji – pszczołom.

Adam

Cze 132016
 
 Od lewej brat Stanisław Laudański, Stanisława Mackiewicz, bratowa Barbara - żona Stanisława, szwagier Stanisław Pikuła, siostra Leokadia Łotyszonek, siostra Maria Pikuła, Bratowa Zofia - żona Jana, i (nieżyjący już) brat Jan Laudański

Od lewej Stanisław Laudański, Stanisława Mackiewicz, Barbara – żona Stanisława, szwagier Stanisław Pikuła, siostra Leokadia Łotyszonek, siostra Maria Pikuła, Bratowa Zofia – żona Jana, i (nieżyjący już) brat Jan Laudański

W 1940 roku za panowania Rosjan chodziłem z siostrą Stanisławą do rosyjskiej szkoły. Zaczęliśmy chodzić do trzeciej klasy ale nauczyciel zrobił nam dyktando. Umiałem alfabet rosyjski, bo nauczyła nas tego mama, która sama do szkoły nigdy nie chodziła. Jednak to dyktando było w języku białoruskim i mój zeszyt był cały czerwony od błędów. Przez to cofnęli mnie do drugiej klasy. Siostra miała mniej błędów i ona została w trzeciej klasie.

W 1941 roku weszli Niemcy. Ojciec początkowo nawet się cieszył, że nie będziemy pod panowaniem Rosjan. Wróciliśmy na naszą gajówkę.
Pamiętam jak kiedyś przyjechali do nas na gajówkę ciężarówką Niemcy i zabrali nam maciorę, która karmiła prosiaki. Pomylili się, bo mieli zabrać wieprzka a nie maciorę. Udało nam się jednak wykarmić butelką małe prosiaki.

Zmorą gajówki były wilki i partyzanci. Z partyzantami nie było łatwo. Trzeba było im pomagać, bo mogli nas za odmówienie pomocy zabić. Głównie to kazali chleb upiec jak mąkę przynieśli, sól przynosić, w bani napalić, żeby mogli się wykąpać a nowym oddziałom wskazać drogę w lesie. Nas nawiedzali rosyjscy partyzanci. Z kolei bliżej Wilna byli polscy partyzanci.
Później Niemcy posadzili ojca do więzienia za pomoc partyzantom. Ojca aresztowali w zimie, bo pamiętam, że był śnieg. Spędził w więzieniu 4 miesiące i 17 dni. Jak go aresztowali to my z gajówki przeprowadziliśmy się do Wilejki. W Wilejce wynajmowaliśmy kawałek pola i praktycznie przez całą okupację, czy to radziecką, czy niemiecką utrzymywaliśmy się z pracy na gospodarstwie, bądź drobnych pracach dorywczych. Siostry pracowały dla Niemców. Najstarsza w mleczarni, średnia sprawdzała jajka a najmłodsza w kuchni szpitalnej.
Nasza wyprowadzka do miasta była wielkim problemem dla partyzantów, ponieważ nie mieli już pomocy na gajówce. Na szczęście nie zemścili się na nas.
Pamiętam tylko jedną egzekucję wykonaną przez Niemców w Wilejce. Raz ktoś podłożył pod drewniany budynek gimnazjum w Wilejce bombę, która znacznie zniszczyła budynek. Nie wiem, czy to byli winni, czy tylko przypadkowo ukarani ale powiesili za to na słupie elektrycznym dwóch studentów.

Podczas hitlerowskiej okupacji nie chodziłem do szkoły, bo właściciele, u których mieszkaliśmy w Wilejce, mieli krowę, do tego nasze krowy i ktoś je musiał paść. Padło na mnie. Młodszy brat chodził do niemieckiej szkoły.

W lecie 1944 roku zaczęli uciekać Niemcy. Dostaliśmy od jakiegoś kolegi ojca cynk, że będą wywozić niektórych Polaków i dlatego uciekliśmy do znajomego gajowego na jego leśniczówkę. Nie był to dobry pomysł, bo spaliło się całe mieszkanie w Wilecje a partyzanci spalili naszą poprzednią gajówkę. Została tylko obora, chlewik i poddasze. W Wilejce spaliło się wszystko, a w ziemi mieliśmy zakopane skrzynie ze zbożem, które ktoś wykradł.

Wróciliśmy na starą gajówkę i przystosowaliśmy oborę do zamieszkania. Zrobiliśmy z niej jeden pokój, gdzie się spało, jadło i gotowało. Siostry zaczęły pracować u Rosjan a ja ze względu, że byłem jeszcze za młody to zrobiłem dach i podłogę w tej oborze.
Gdy Rosjanie drugi raz nas „wyzwolili” to byli już przyjaźnie nastawieni. Dawali nam nawet swoje gazety do czytania.

Walka o Wilejkę była zażarta ale front szybko się przesunął i Niemcy się wycofali. Późną jesienią 1945 roku dowiedzieliśmy się, że wkrótce Wilejka będzie włączona do Związku Radzieckiego a my mamy możliwość albo wyjechać, albo przyjąć radzieckie obywatelstwo. W międzyczasie siostrzeniec mamy Wacek Jagiełło dał znać, że on będzie się osiedlał w brodach i możemy do niego przyjechać. Moja mama i mama Wacka to były siostry. Osiedlił się w Brodach jako osadnik wojskowy.
Mama zaczęła załatwiać papiery do wyjazdu i czekaliśmy na transport.
W lecie 1945 roki wojsko radzieckie w Wilejce kosiło łąki i prasowało siano taką specjalną prasą na duże bele tak jak się robi to teraz. Dostaliśmy kilka takich bel na podróż i pierwsze dni w Brodach.

Tuż przed samymi Świętami Bożego Narodzenia pojechaliśmy na stację do Wilejki, gdzie 3 dni musieliśmy czekać na pociąg, więc Święta przesiedzieliśmy na stacji. W końcu załadowano nas do jednego wagonu. Naszą rodzinę Laudanskich, Jagiełlo i Mackiewicz (późniejszy mąż mojej najmłodszej siostry Stanisławy). Docelowo nasz pociąg miał jechać tylko w olsztyńskie i tam też rozładowano wszystkie wagony oprócz naszego. Nasz wagon doczepili do pociągu osobowego i tak dojechaliśmy do Krosna Odrzańskiego, chociaż mogliśmy jechać pociągiem bezpośrednio do Pomorska skąd jest bliżej do Brodów, ale taki adres posłał nam Wacek Jagiełło.
Wyjeżdżaliśmy pociągiem pod koniec 1945 roku a do Brodów dotarliśmy jak dobrze pamiętam 9 stycznia 1946 roku.

Adam

Cze 052016
 
Herb Wilejki (źródło zdjęcia wikipedia.pl)

Herb Wilejki (źródło zdjęcia wikipedia.pl)

W sierpniu 2014 roku udało się porozmawiać z Panią Stanisławą Mackiewicz (wspomnienia zamieszczone na stronie w kwietniu 2015 roku). Pani Stanisława wspomniała, że w Zielonej Górze mieszka jej młodszy brat Stanisław Laudański. Pomysł rozmowy z Panem Laudańskim chodził nam po głowie przez ponad rok i w końcu się udało.
Znowu dzięki pomocy Piotrka Olejnika udało się załatwić adres i zaanonsować swoją wizytę u Pana Stanisława. W upalne popołudnie 17 września 2015 roku, w zielonogórskiej dzielnicy domków jednorodzinnych drzwi otwiera nam starszy, smukły Pan. Cechą charakterystyczną rodzeństwa Laudańskich jest uśmiech na twarzy. Jeżeli uśmiech jest sposobem na długowieczność to w rodzinie Laudańskich się on sprawdza. Czworo rodzeństwa i wszyscy są już grubo po 80-tce. Siadamy do stołu, zaczynamy rozmawiać – przenosimy się na Wileńszczyznę.

Urodziłem się w lutym 1931 roku na gajówce o nazwie Pająk między miejscowościami Mołodeczno a Wilejka w dawnym powiecie wilejskim, w województwie wileńskim należącym przed wojną do Polski. Teraz te tereny znajdują się w granicach dzisiejszego terytorium Białorusi. Moi rodzice Natalia (1899 i Albin 1896 mieli jeszcze trzy córki: Marię (1926), Leokadię (1927) i Stanisławę (1929) oraz syna Jana (1936).
Moje miejsce urodzenia i dzieciństwa to był rejon, gdzie po wojnie Polsko-bolszewickiej osiedlali się osadnicy wojskowi. Dostawali kawałek ziemi i jakiś budulec na dom. Takim osadnikiem był mój ojciec. Niestety później w 1940 roku tych ludzi z rodzinami wywozili na Sybir a ich domy, najczęściej drewniane rozbierali do gołej ziemi. Wywieźli takie rodziny jak Stachura, Hura, Golec czy Joniec. Powodem wywózki było to, że w czasie wojny Polsko-bolszewickiej walczyli przeciwko Rosji.

Ojciec był gajowym w prywatnym lesie u Pana Horodyńskiego, w majątku leśnym Wiazyń. Dokładnie jaki był areał tego lasu nie wiem ale było na nim około 6-7 gajówek. Jeździł autem co na tamte czasy było nie lada luksusem. Raz była okazja, żeby się przejechać jego samochodem ale jako małe dziecko wystraszyłem się i nie pojechałem.
Ojciec dostawał od Pana wypłatę ale nie było tego za dużo. Do tego otrzymywał deputat w życie lub mące. Zawsze też przy gajówce był kawałek ziemi to można było trzymać świnię, krowy i uprawiać zboże. Ojciec także miał pszczoły i po nim odziedziczyłem pasję do tych pożytecznych owadów. Oceniając, nam źle się nie żyło, chociaż inni ludzie w okolicy żyli w biedzie albo nawet w nędzy. Jak to się mówi przednówek był.
Tereny Wileńszczyzny były przez 123 lata pod najbiedniejszym zaborem rosyjskim. Zaborca przez cały czas tylko brał a nic nie inwestował. Do tego nie było żadnego przemysłu i fabryk więc ludziom żyło się bardzo ciężko.

Przed wojną skończyłem dwie klasy polskiej szkoły i miałem iść do trzeciej, gdy wybuchła wojna. Chodzenie do szkoły dla nas to była trudna sprawa, bo z gajówki mieliśmy do szkoły 30 km. Mieszkałem z siostrą Stanisławą na stancji w wiosce oddalonej od Młodeczna około kilometra. Z gajówki do Mołodeczna było 30 km suchą drogą, którą można było przejechać. Droga tzw. po błocie, czyli taka, którą można tylko pieszo przejść była krótsza. Komunię przyjąłem także z najmłodszą siostrą w Mołodecznie jeszcze przed wojną. To nie była taka uroczystość jak teraz. Nie było nawet rodziców na tej uroczystości.

Dla nas wojna wybuchła 17 września 1939 roku. Wybuch wojny pamiętam tak. Byliśmy na gajówce w lesie. Ojciec został powołany do wojska, lecz nie zdążył się nigdzie zgłosić, bo Polskę zaatakował Związek Radziecki.
W tym dniu na niebie pojawiły się nisko lecące rosyjskie samoloty. Były pomalowane na zielono z czerwonymi gwiazdami. Zrzuciły w środek lasu bomby. Czemu do lasu zrzucali bomby nie wiem. Prawdopodobnie nie mogli wylądować z tymi bombami i musieli je gdzieś zrzucić. Poszliśmy później zobaczyć to miejsce, gdzie wybuchły bomby. Leje miały kilkanaście metrów średnicy a jakie głębokie to nie wiem, bo była w nich woda. Tyle widzieliśmy wojny w 1939 roku.
Po paru dniach przyjechało na gajówkę 40 żołnierzy i 4 oficerów rosyjskich. Robili rewizję i szukali broni. Ojciec przed wojną posiadał legalnie Nagana ale jak wybuchła wojna to musiał go zdać i miał na to wszystko papiery. Jednak Ruscy nie wierzyli i przyjechali zrobić rewizję. Byli wrogo nastawieni. Powiedzieli nam wtedy Polski już nie będzie a z Polaków skórę zedrzemy i łapcie podszyjemy (łapcie – to buty na kształt sandałów plecione z łyka).

Później zaczęły się wywózki na Syberię. Gajowych z rodzinami też wywozili. Na nasze szczęście jak wybuchła wojna to ojciec dostał wypowiedzenie z gajówki i nie mieliśmy gdzie mieszkać. Wyjechaliśmy na wieś o nazwie Kuty obok Mołodeczna, do kuzyna ojca. Kuzyn ulokował na na gospodarstwie swojej matki, która była już w podeszłym wieku i mieszkała sama. Przez to, że się przenieśliśmy na wieś to Rosjanie nie znali naszego adresu i nie mogli na wywieźć. Jednak później, gdy już ustalili, gdzie jesteśmy to spóźnili się dosłownie o dzień, bo zaatakowali ich Niemcy. Tak uniknęliśmy wywózki na Sybir. Niektórym rodzinom tak się udało. Jednego brata mamy Rosjanie wywieźli na Sybir a drugi został dosłownie na dworcu i nie zdążyli go załadować do wagonu, bo przyszli Niemcy.
Można było przewidzieć kto będzie wywożony, bo przed samą wywózką Ruscy zabierali ziemię. To była oznaka, że niedługo pojedzie się na Sybir.

Na gospodarstwie w Kutach też nie było dobrze, bo było to niby gospodarstwo 40-hektarowe a w rzeczywistości było to tylko 3 hektary ziemi ornej. Reszta to był co dopiero wycięty las – nigdy jeszcze nie uprawiany jako pole. Gdy trzeba było zapłacić podatek to policzyli nas jak za 40 hektarów a zyski były żadne, bo tylko z tych 3 hektarów.

Adam

Translate »