Paź 182017
 

Na tle tablicy miejscowości od lewej stoją: Holger, D., Ilka, ja i Volker. (zdjęcie robiła Regina)

Do jakże miłej niespodzianki doszło w poprzedni weekend 7-8 października 2017. Brody odwiedziła pewna niemiecka rodzina, której przodkowie przed II Wojną Światową zamieszkiwali obecne Brody… Ale może od początku.

Na początku września skontaktował się z nami pewien Polak pracujący i mieszkający w Niemczech – Miłosz informując, że jego kolega D.(prosił żeby nie podawać jego imienia), a właściwie jego przodkowie zamieszkiwali przed wojną w Gross Blumberg (Brody) i chciałby wraz z krewnymi zobaczyć miejscowość swych przodków. Miałaby być to sentymentalna podróż w przeszłość do korzeni rodzinnych. Miłosz poszukiwał więc kogoś, kto zechciałby opowiedzieć i oprowadzić po miejscowości, ale… ktoś posługujący się językiem niemieckim lub angielskim. I tak po wymianie kontaktów zaskoczył mnie, gdy byłem pewnej wrześniowej niedzieli w lesie na grzybach, telefon od Niemca D. (prosił żeby nie podawać jego imienia) i pierwsza rozmowa w języku niemieckim. Choć język ten dawno nieużywany i już zapomniany przeze mnie, to udało nam się jednak umówić na początek października. D. powiedział, że znajdą jakiś hotel w Zielonej Górze i będą od piątku do poniedziałku. Ze względu na pracę powiedziałem, że dysponuję czasem w sobotę po pracy i niedzielą, gdyż w pozostałe dni wracam do domu, gdy jest już ciemno. Umówiliśmy się więc, że w sobotę spotkamy się po pracy w Zielonej Górze i pojedziemy razem do Brodów na wycieczkę.

Jako że życie niesie niespodzianki, przez ostatni miesiąc (czyli od momentu umówienia do chwili przyjazdu gości) wpadła mi bardzo ważna wyjazdowa rodzinna uroczystość, która odbywała się akurat w sobotę. Jadąc na tę uroczystość około południa zadzwonił w sobotę telefon, a w słuchawce usłyszałem niemieckie słowa wypowiadane przez D., że są w Zielonej Górze – dotarli w piątek wieczorem. Pozostało mi wytłumaczyć zaistniałą sytuację informując jednocześnie, że w nocy wracam do domu, więc w niedzielę będę dyspozycyjny. Gdy w niedzielę rano odsypiałem jeszcze sobotni wyjazd obudził mnie SMS z informacją, że za chwilę nastąpi wyjazd z Zielonej Góry na prom w Brodach. Więc zerwany na równe nogi spojrzałem w okno, a tam znów siąpi deszczyk – jak co dzień. Wskoczyłem więc do auta i jazda na prom. Na skrzyżowaniu ulic Czerwieńskiej i 3 Dywizji (w okolicach krzyża) mijałem samochody jadące z promu – patrzałem więc na rejestracje. Wszystkie były „nasze”. Dojechałem do promu, który akurat stał po tej stronie i żadnego auta z „obcymi numerami rejestracyjnymi” nie było, więc wjechałem na prom. Z promu podczas przeprawy przez Odrę zobaczyłem grupkę ludzi stojących na wierzchołku tamy, do której dopływa prom. Po dopłynięciu na drugi brzeg zjeżdżając z promu uchyliłem szybę w drzwiach samochodu i w stronę grupki stojących osób rzuciłem zapytanie: „D.”? I tu powitały mnie uśmiechy na twarzach i potwierdzenie. Zawróciłem więc na drodze – tamie swe auto i wjechałem ponownie na prom, a za mną kilka oczekujących na przeprawę aut – w tym goście z Niemiec. Podczas przeprawy przedstawiliśmy się sobie i tak zaczęła się nasza znajomość w bardzo przyjacielskiej atmosferze. Była to 5-cio osobowa rodzina: D., jego ok. 60-letnia mama i jego kuzyni, którzy na pierwszy rzut oka byli moimi rówieśnikami. Po przyjeździe do Brodów pojechaliśmy najpierw do mojego domu na kawę i ciasto, gdyż siąpiący deszcz deprymował mnie co nieco do rannych spacerów. Tam cichutko (niemalże chodząc na paluszkach) usiedliśmy przy kawie w pokoju do rozmów, gdyż reszta niedzielnych domowych gości (pół-domowników, którzy przyjechali z nami z sobotniej uroczystości) jeszcze spała zmęczona po nocnej podróży, a po pobudce zaczęła się krzątać po domu i kuchni. Tak więc, jak dom codziennie świeci niemalże pustkami, tak tego dnia było w nim aż 10 osób! Ja rozmawiałem z jedną grupą gości w pokoju, a żona z drugą w kuchni.

Ja dzieliłem się z nimi swoimi informacjami o przedwojennych Brodach, a oni opowiadali i pozwolili zeskanować swoje dokumenty rodzinne i materiały, które mieli ze sobą. Po tej wymianie poszliśmy na pieszy spacer po Brodach, gdyż na zewnątrz przestało już padać, a nawet wyszło słońce. Obraz wsi był bardzo niekorzystny po czwartkowym (5 października) przejściu przez nasz region orkanu Ksawery i ciągłych opadach deszczu. Połamane drzewa i leżące odłamane konary drzew, uszkodzone słupy i wszechobecne na drogach kałuże – rozlewiska, gdzie pomiędzy nimi trzeba było przedostawać się wręcz slalomem. Prąd został w wielu domach przywrócony dopiero w sobotę po południu. Kilka dni bez elektryczności to w dzisiejszych czasach tragedia. I w takim krajobrazie „po burzy” odbył się nasz spacer. Jak się okazało goście ci zwiedzali również (pod moją nieobecność) Brody poprzedniego deszczowego dnia. Pewnie zmoknięci i uszargani powrócili do hotelu w Zielonej Górze, by następnego dnia zwiedzać już w moim towarzystwie. Spacerując po Brodach obejrzeliśmy 2 domy – jeden ich pradziadków, którzy mieli w nim sklep – drogerię i drugi wybudowany przez ich dziadków tuż przed wojną. W jednym z nich zostaliśmy miło przyjęci przez ich obecnych mieszkańców, a w drugim nie zastaliśmy nikogo z domowników. W każdym z tych domów mieszkają dziś po dwie rodziny. Zdjęcia tych budynków sprzed lat różnią się znacznie od ich wyglądu obecnego, ale historię ich budowy i wcześniejszych domowników wraz ze zdjęciami opiszę w kolejnych częściach.

Jak udało się dowiedzieć rodzina Rudolfa i Marty opuszczała w 1945 roku Gross Blumberg z czwórką dzieci: Gerhard (ur. 1931), Günter (1936), Helga (1938) i Werner (1940). Najmłodsza z rodzeństwa Regina urodziła się już po wojnie na nowej ziemi w Niemczech w 1947 roku i właśnie to jest ta Pani, którą powitałem na promie dając jej wcześniej ok. 60 lat. No cóż wygląd i kondycja mnie mocno zmyliły. Wszystkie wymienione wyżej osoby żyją, a do Brodów przyjechały ich dzieci, będące dla siebie kuzynami. Liczę, że w komentarzach poniżej podzielą się swoimi wrażeniami z odwiedzin w krainie swych przodków. Dotychczas z tej piątki, która obecnie przyjechała, tylko 2 osoby były wcześniej w Brodach: Regina z mężem z 3-4 lata temu będąc na urlopie gdzieś na terenie wcześniejszego DDR zrobiła sobie wypad do miejscowości swych rodziców i dziadków, oraz jeden z tego kuzynostwa Holger, który był tu jeszcze jako „łepek” z rodzicami i dziadkami pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Co nieco z tamtej wizyty jeszcze pamiętał i opowiadał, lecz nie wszystko udało się zrozumieć. Liczę, że w korespondencji emaliowej uda się jeszcze wiele dowiedzieć. Wspomniał coś o młynie – wiatraku pomiędzy Brodami a Pomorskiem, jakieś przeżycie jego ojca, które nie do końca zrozumiałem, więc wybraliśmy się po południu w to miejsce, gdzie przed laty stał wiatrak. Ponieważ czas był już napięty (około godz. 17-tej) udaliśmy się stamtąd samochodami na przeprawę promową. Po drugiej stronie rzeki czekali już na nas, umówieni wcześniej zarządcy Skansenu Fortyfikacyjnego Czerwieńsk – Paweł i Robert, którzy oprowadzili gości po bunkrach w wale i którzy uraczyli ich widokiem swych zbiorów i opowieści. Ja już tam pożegnałem się z gośćmi i ostatnim kursem promu (kursuje w tym miesiącu do godz. 18-tej) powróciłem do domu, by po spakowaniu „tobołków” do auta odwieźć na dworzec PKP do Sulechowa pozostałych w domu gości – półdomowników, którzy mieli pociąg przed godz. 19-tą.

Cudowna niedziela. Nie wszystko wyszło tak, jak miesiąc wcześniej planowałem, ale to postarałem się wyjaśnić gościom dnia następnego, gdy spotkaliśmy się już w Zielonej Górze po godz. 10-tej. Przy kawie i pączku wymieniliśmy się jeszcze materiałami, adresami, kontaktami i nastąpiło miłe pożegnanie, po którym goście odjechali już dwoma autami do miejsc swego zamieszkania. Tuż po wyjeździe gości, mając już ich adresy, postanowiłem sprawdzić na mapie Niemiec, gdzie mieszkają. I tu doznałem prawie szoku. Każdy z piątki gości mieszka w innym rejonie Niemiec! Każdy przebył drogę, by dotrzeć do miejscowości Brody od ok. 470 do 730 km! Odległość zaś najkrótsza, jaką mają do siebie to ok. 170 km, zaś najdłuższa to 700 km! A przecież każdy z nich ma już własną rodzinę, małżonka, dzieci, rodziców. Każdy z nich jest osobą pracującą, więc w grę wchodzą urlopy. Jak więc udało się im to zgrać, porzucić własne rodziny, by w gronie kuzynostwa rozsianego w dalekich odległościach od siebie wybrać się wspólnie do krainy przodków? Pełen szacunek – ja jestem pod całkowitym wrażeniem. Na dowód załączę mapkę, jaką każdy przebył do Brodów (z rozrysowanymi kreskami w linii prostej).

Na koniec nieskromnie pochwalę się niespodziewanym prezentem, który otrzymaliśmy z żoną od gości. Był to rulonik zrobiony z kartki papieru formatu A3 zawiązaną tasiemką. Po rozwinięciu okazało się, że jest to wykupiony i opłacony przez Nich bilet na obiad do nowej, wystawnej zielonogórskiej restauracji, mieszczącej się przy „deptaku” – już zrealizowany w kolejną niedzielę po wizycie gości. Było cudownie, więc i za pomocą tego medium dziękuję Wam drodzy przyjaciele. Liczę, że jeszcze Was w swym życiu spotkam, być może nie w takim składzie, ale zapraszam Was ze swymi rodzinami również do odwiedzin, a i nawet gdyby Wam przyszło choćby tylko tędy przejeżdżać.

Andrzej

Lip 232017
 

Sala blumbergowskiego „Alten Schenke” w czasie remontu we wczesnych latach 80-tych

Historia „Alten Schenke” w Groß-Blumberg – Wszyscy gospodarze byli potomkami Schulzów

Po dłuższej przerwie postaramy się wrócić do regularnej publikacji artykułów na naszej stronie internetowej.
Przedstawiamy artykuł Kurta Kupscha opublikowany w „Crossener Heimatgrüße” opowiadający o budynku w Brodach, który przed wojną służył Niemcom jako miejsce spotkań towarzyskich i zabaw. Natomiast po wojnie podobną rolę spełniał dla Polaków jako miejsce spotkań, występów, zabaw tanecznych czy imprez rodzinnych. Niestety ów budynek ostatecznie skończył jako fabryka obuwia zwana potocznie „kapciarnią”, który po pożarze sprzed kilku lat straszy zaroślami i resztkami pogorzeliska. Stąd także nasza prośba. Może ktoś posiada, a na pewno dużo ludzi w swoich albumach rodzinnych ma zdjęcia z lat świetności owego budynku, który tak bardzo przysłużył się Brodom i zechce się nimi podzielić.


Historia „Alten Schenke” w Groß-Blumberg zasługuje by być ukazana w druku, a tym samym zachowana. Na pewno był to jeden z najstarszych budynków w wiosce, a także niezwykle ciekawy architektonicznie. W latach 30-tych dobudowano salę, co pozostało w pamięci rodaków jako centrum towarzyskie (zabaw) także dla sąsiednich miejscowości. W budynkach gospodarskich znajdowała się kiedyś wiejska kuźnia, później stacja hodowlana państwowej stadniny Neustadt/Dosse. Nie powinno pozostać niewypowiedziane to, że gospodarze, chociaż dość szybko się zmieniali (autor poznał jeszcze trzech z nich), ale wszyscy należeli do rozgałęzionej blumbergowskiej rodziny Schulzów. „Schulze” według lokalnych rejestrów kościelnych pojawili się w 1774 roku. Pierwszy Schulze był określony jako grenadier i nazywał się Gottlob. Być może pozostał tu po wojnach Fryderyka Wielkiego nad Odrą. Jego syn Wilhelm Schulze, urodził się w 1801 i w księdze kościelnej został zapisany już jako właściciel gospody i kowal. Nie ma żadnych dokumentów czy kupił „Alten Schenke” lub sam ją wybudował. Zmarł w 1851 roku na zapalenie płuc, mając zaledwie 50 lat. Syn Wilhelma Johann Heinrich Schulze, który żył w latach 1833-98, był rodzicem obecnego byłego Blumberganina, o którym mowa. Ożenił się z Johanne Auguste Lange (przypuszczalnie o przezwisku Mirus). Z siedmiu dzieci tej pary, dwóch chłopców zmarło bardzo wcześnie. Jednak pięć córek było istotnie związanych z historia gospody w dużej wsi. Troszczyli się w takim stopniu, że pomimo wszelakich występujących trudności zajazd pozostał w rodzinie do 1945 roku. Dwie z nich zajmowały się ze swoimi mężami drobnym i kolonialnym handlem w miejscowości: Dohrmann i Zinke. W związku z tym, mogą one być wymienione z nazwiska ich mężów a lata urodzeń w nawiasach: Berta Vietzke (1861), Agnes Kirsch (1863), Anna Dohrmann (1865), Marta Kessler (1872) i Alma Zinke (1879).
Johann Heinrich Schulze nie miał męskiego potomka i przekazał posiadłość jednej z córek. Dlaczego była to druga najstarsza Agnes Kirsch, autor nie ma pojęcia. Jej mąż Johann Heinrich Kirsch zmarł już w 1904 roku a sama przeżyła go zaledwie pięć lat. Jej córka, Käthe, która później wyszła za mąż za (właściciela) kierownika poczty Bruno Voerkela, była jeszcze zbyt młoda, by przejąć gospodę. Tak Wilhelm Kessler zajął się gospodą. Przybył do Groß-Blumberg na przełomie wieków jako stajenny, wziął sobie drugą najmłodszą córkę Schulza – Marthę i mieszkał wraz z żoną na działce, na której stał później dom Kuchlingów (poczta). Był prawnym opiekunem Käthe Kirsch, zarządzana przez niego lub dzierżawiona gospoda i gospodarstwo kupił w 1911 roku za 72 000 marek w złocie. Wilhelm Kessler był prawdopodobnie bardziej rolnikiem niż karczmarzem. Utrzymywał kontakty ze stadniną Neustadt i postarał się o to, że za jego czasów – zawsze były dostępne do rozmnażania dwa wspaniałe ogiery z Prignitz – i tak pozostało aż do 1944 roku. Armia cesarska, a nawet Wehrmacht byli wdzięcznymi odbiorcami dwuletnich młodych koni.
Restauracja Wilhelma Kesslera zajmowała przestronną salę jadalną, która leżała tuż za drzwiami, niektóre przylegające pokoje oraz tylne sąsiednie budynki gospodarcze. Zapewne w latach 1910-1912, prawdopodobnie znacznie więcej, bo mieściła się w niej poczta. W jadalni później tańczono, kiedyś raz się tam znalazłem, odbywały się tam spektakle teatralne. Duży zielony piec kaflowy ogrzewa pomieszczenie. Na stole przed piecem dla gości były do picia ćwiartki lub achtelki wódki, gdzie opowiadano świetne historie lub „wymyślone”. Na środku pokoju stał duży bilard z pięcioma kulami, a na ścianie można zobaczyć uchwyt do kiji bilardowych i tablicę do pisania. Pod oknem było sześć lub osiem stolików, gdzie odbywały się turnieje w skata i Schafskopfturnier (to rodzaj gry w karty). Bar był tak wysoki, że średniej wysokości osoba musiała mocno unosić podbródek i nos. Ale to była przytulna gospoda Wilhelma Kesslera, pod którego nazwą na zewnątrz domu prześwituje jeszcze nazwa Schulze.
W środku światowego kryzysu gospodarczego 1932/33, Wilhelm Kessler zrobił głupstwo. Postanowił dobudować dużą salę do zabudowań gospodarczych, a tym samym pogrążył się w ogromnych długach. Poza tym salą jest dopiero teraz, po tym, jak Polacy podnieśli ją do rangi domu kultury, tj. została oczyszczona. Ale w środku były od początku wielkie bale marynarzy, piosenkarzy i weteranów wojennych. Scena była dla Benno Schmulinsky i jego zespołu w sam raz. Kiedy Benno pogłaskał jak mały Paganinii struny skrzypiec z kokardą, to tańczyło się oszałamiająco na pięknym parkiecie. Ale Wilhelm Kessler stał finansowo bardzo słabo i musiał prawdopodobnie już w pierwszym rok po inauguracji sali opuścić to miejsce. W przerwie znów ktoś wyskoczył z rodziny: George Vietzke, najstarszy syn pierwszej córki Johanna Heinricha Schulza – Berthy. Stracił w wypadku jako elektryk dłoń i stopę, a dzięki dużej kwocie odszkodowania mial dużo pieniędzy pod ręką. Przejął gospodę i wszystko, co należało do niej, ochrzcił ją mając w pamięci swoje zawodowe lata w Berlinie „Zur Molle” i prawdopodobnie nie żyło mu się za dobrze. Bo już w 1935 roku splajtował. W celu ratowania tego, co jeszcze można było uratować, posiadłość rodzinną odziedziczyła Käthe Voerkel, z domu Kirsch, córka Agnes – córki Schulza. Więc rodzina Voerkel otrzymała od Wilhelma Kessler pożyczone pieniądze. Żyli skromnie i oszczędnie i mieli nawet perspektywy na to, co zrobić, gdy wojna dobiegnie końca – chcieli modyfikacji, renowacji i naprawy. Dla nas, „nastolatków” z połowy lat 30., którzy „Alte Schenke” – obecnie nazywają go na pewno solidną firma i prawdziwym klubem tanecznym. W 1945 podczas podpaleń rosyjskich żołnierzy w Groß-Blumberg „Alte Schenke” pozostał w dużej mierze oszczędzony. Karczma jest rzeczywiście trochę z dala od głównej drogi. Ale detonacja wcisnęła część dachu budynku głównego. Wilhelm Kessler w tym czasie już nie żył, a rodzinę Voerkel pochłonęła fala uchodźców i uciekinierów. Nowa polska administracja nie zajęła się uszkodzonym budynkiem. Tak więc w całej restauracji hulał wiatr. W końcu polski rząd zrobił inwentaryzację, które zniszczone i uszkodzone budynki w pierwszej kolejności rozebrać, a które wyremontować. Centralny budynek, który służył Schulzom i ich potomkowie jako budynek mieszkalny i budynki gospodarcze oraz sala pozostały. Kiedy po 1980 roku, rolnik Ernst Becker w październikowym numerze z 1985 „Heimatgrüße” poinformował, że lokal stał się miejscem zebrań. Ściana szczytowa „Alte Schenke” została otynkowana. Odwiedzający i obserwujący mogą tylko w marzeniach zobaczyć ciepły piec kaflowy oraz ćwiartki i achtelki które kiedyś tu pili.

Tłumaczenie Adam i Janusz

Mar 052017
 

Kurt Kupsch

Przedstawiamy krótką biografię Kurta Kupscha, który dzięki wielu swoim artykułom przybliżył nam historię naszych miejscowości.
Kurt Kupsch urodził się 11 kwietnia 1918 roku w Groß-Blumberg nad Odrą w domu numer 57 a obecnie zamieskałym przez Państwa Szarota. Został ochrzczony w ówczesnym Kościele Ewangelickim. Po nauce w szkole podstawowej pracował przez kilka lat w gospodarstwie zanim ukończył kurs żeglugi po Odrze, a następnie został zatrudniony jako marynarz w Śląskiej Dampferkompanie. W 1938 roku został powołany do służby w RAD. Po wybuchu II wojny światowej, od 1939 służył jako strzelec w lotnictwie aż w 1940 roku został zestrzelony w bombowcu nad Wielką Brytanię.
Po sześciu latach niewoli wrócił do pływania na barkach. Gdy jego statek cumował w 1949 roku na Küstenkanal w Esterwegen to Kurt Kupsch poszedł na festyn myśliwski do pobliskiego Neuvrees i wtedy poznał tam swoją przyszłą żonę Katharinę Brinkmann. W 1950 para pobrała się i zamieszkała w Friesoythe. Mał
żeństwu urodził się syn. Kurt Kupsch pływał dalej jako kapitan na barkach i transportował głównie rudę żelaza i węgiel z Rotterdamu do Zagłębia Ruhry i z powrotem. W 1963 roku zrezygnował z żeglugi i rozpoczął pracę w urzędzie gminy w Fiesoythe oraz dalej się kształcił w szkole zarządzania administracyjnego w Oldenburgu. Do czasu przejścia na emeryturę w 1981 roku Kurt Kupsch pracował w różnych działach administracji miasta, ale najdłużej w wydziale budownictwa.
W Friesoythe Kurt Kupsch zaangażował się także w kościele protestanckim, gdzie przez wiele lat jako wolontariusz działał w radzie parafialnej. Interesował się też swoim rodzinnym Groß-Blumberg. Napisał książkę o żegludze na Odrze, która wywołała wielkie zainteresowanie.
Po tym jak jego żona zmarła w 1998 roku, Kurt Kupsch spędzał emeryturę sam w Friesoythe. Jednak nuda nie była mu znana. Nawet mając 90 lat jeszcze regularne robił wycieczki po okolicy za kierownicą swojego samochodu. Zmarł w 2009 roku w wieku 91 lat pozostawiając po sobie bogata spuściznę historyczną części powiatu Crossen.

Adam

Lut 262017
 

Edith w 70-tą rocznicę opuszczenia Brodów (rok 2015)

W końcu, w 1946 roku Georg Scholz i Siegfried Storm wrócili do domu z rosyjskiej niewoli. Teraz to naprawdę było zbyt ciasno dla 11 osób. Musieliśmy znaleźć sobie nowe miejsce do życia. Od rolnika Haberechta otrzymałyśmy pokój z małą komórką, którą mogliśmy używać jako kuchni. A więc babcia, mama i ja. Mogłam także dalej chodzić do Ahrensdorf do szkoły. Były dwa pomieszczenia, w jednym klasy 1 – 4 a w drugim klasy 5 -8. Naszym nauczycielem w klasach 1-4 była panna Schwarz a w klasach 5-8 nauczyciel Jäger. W 1953 przeskoczyłam 2 klasy i dostałam się do 8. Ale w południe po szkole, miałam problem gdzie się podziać. Habrechtowie byli w polu, babcia w gospodarstwie w Sputendorf a mama w pracy na cmentarzu w Stansdorf. Tak więc nie mogłam iść do domu.
Mogę dziękować Bogu że poszłam do Geishirtów jako niania. Jeden chłopiec Klaus 3 lat, a Paul był nadal w wózku. Nie było to dla mnie łatwe, bo sama też byłam jeszcze małym szkrabem. Rodzina mówiła o mnie bardzo dobrze. Byłam dobrze traktowana, dostawałam jedzenie a wieczorem jedzenie, które mogłam zabrać do domu. Tak mogłyśmy się we trzy posilić. Na święta lub na specjalne okazje dostawałam nową sukienkę lub cokolwiek do ubrania. Zostałam tam aż skończyłam szkołę. Gdzie zadania były również trudne. Około 1950 roku szukałyśmy we trójkę nowego domu. Samotna staruszka mieszkała w domu. Były tam dwa pokoje, jeden dla Pani Kielemann i jeden dla nas oraz wspólna kuchnia. Nie było bardzo przestronnie, ale dostaliśmy piwnicę do prania, stajnię, gdzie można było trzymać kozę, króliki, kury i gęsi. Za podwórzem był ogród, który mogliśmy uprawiać. No i na podwórku był także prawdziwy wychodek, z którego był nawóz .
W 1952 roku zacząłem praktykę jako ekspedientka w pierwszym sklepie HO w Ludwigsflde. Dwa lata praktyk zawodowych bardzo szybko minęły. Moja mama dostała pracę w zakładzie przemysłowym w Ludwigsdelde. Teraz życie było trochę łatwiejsze. Po mojej praktyce pracowałam jako ekspedientka, a zdając dodatkowe kursy i szkolenia zdobyłam kwalifikacje na kierownika sprzedaży. Funkcję tą praktykowałam w wielu branżach od tekstyliów, sprzętu sportowego do artykułów papierniczych.
Moja młodość była już wtedy przyjemna, z przyjaciółmi i dobrą zabawą. Poznałam mojego męża, w czerwcu 1957 r. zaręczyliśmy się, a w maju 1959 wzięliśmy ślub. Teraz moje życie zaczęło się we dwoje. W dniu 7.08.1960 urodziła się nasza córka Angela. A 10.07.1961 przenieśliśmy się jako nowa rodzina Ziermann do AWG-mieszkania (to nazwa spółdzielni mieszkaniowej, która istnieje do dzisiaj) w Ludwigsfelde. Otworzył się nowy rozdział w moim życiu. Moja mama i babcia pozostały aż do 1964 w Ahrensdorf. Potem także one dostały AWG-mieszkanie w Ludwigsfelde. Po krótkiej przerwie w pracy, gdy dziecko poszło do żłobka i przedszkola to ponownie pracowałam jako sprzedawca, a także jako kierowniczka sprzedaży. 21.04.1967 roku urodził się nasz syn René. Po roku urlopu macierzyńskiego, zaczęłam pracę w domu towarowym Flink jako asystentka w biurze i w 1972 roku z całym personelem przeniesiono nas do nowo wybudowanej hali na Clara Zetkin Str., gdzie pracowałam do mojej emerytury w sierpniu 1990 roku.
Około roku 1965 wynajmowaliśmy tutaj w Ludwigsfelde ogród, który następnie w 1970 roku kupiliśmy i mieliśmy własną ziemię. Nasza babcia była bardzo dumna, że teraz znowu mamy coś na własność. Niestety, jej radość była krótka. Zmarła 21.12.1969 roku. Zbudowaliśmy garaż z pokojem mieszkalnym, i mieliśmy duży ogród (1045 m2), gdzie uprawialiśmy owoce, warzywa i kwiaty. Wkładaliśmy w to wiele pracy, ale było też dużo radości z tego. Także dla mojej matki i babki. Mogliśmy sobie pozwolić nawet na samochód, małym Trabantem robiliśmy z dziećmi piękne wyjazdy urlopowe. Także dzieci otrzymały staranne wykształcenie, Angela skończyła studia, aby zostać nauczycielem, René studiował i został inżynierem. Byliśmy dumni. W 1987 przejęliśmy weekendową(rekreacyjną) działkę ciotki Marty w Ziegenhals. Nie potrafiła jej już sama utrzymać. Po jej śmierci stała się naszą największą radością w lecie. To nasza oaza od maja do września. Możemy cieszyć się latem z naszą mamą i wieloma przyjaciółmi.
Działkę w Ludwigsfelde przekazaliśmy naszej córce Angeli, aby mogła wybudować swój dom. Mieszka tam teraz z dwójką dzieci Nancy i Svenem. Nasz syn René poznał bardzo miła i kochającą żonę pochodzącą z Rosji i mieszka w Berlinie.
Oboje z mężem Erwinem staramy się jak najlepiej wykorzystać życie na emeryturze. Również trochę podróżujemy. Mamy nadzieję, że będziemy mogli przeżyć jeszcze wiele wspaniałych lat z rodziną.

Lut 192017
 

Edit ze swoją mamą Margarete i mężem Erwinem

Przedstawiamy wspomnienia Niemki Edit Ziermann, córki Margarete Lehmann, której wspomnienia już publikowaliśmy. Obie Panie urodziły się w przedwojennym Groß-Blumberg.

Ja, Edit Ziermann urodzona 1 listopada 1938 roku w Groß-Blumberg w powiecie krośnieńskim, jako córka Willego Lehmanna i jego żony Margarete Lehmann z domu Möbus. Moje dzieciństwo było sielsko-wiejskie. Moim ulubionym miejscem był warsztat stolarski mojego ojca. A tam ostrużyny drewna, duże i małe wióry. Kiedy miałam 2 lata, mój ojciec mógł mnie ostatni raz trzymać na kolanach, ponieważ został powołany do Wehrmachtu . Już 1 stycznia 1943 przyszła wiadomość, że zginął pod Stalingradem. Więc dorastałam z mamą i dziadkami, bez ojca . Bywałam często u dzieci z sąsiedztwa u Schulzów lub Kirschów, a latem był obowiązek wypędzania gęsi na odrzańskie wały, to był czas pilnowania.
Ale nas też dosięgło straszne cierpienie wojny. 31 stycznia 1945 moi dziadkowie i matka razem spakowali najcenniejszy dobytek oraz mienie i załadowali na zaprzęg konny od Kirschów. Nasz siedemdziesięcioletni dziadek, który był już bardzo chory, Edith i Brigitte Kirsch i ja mogłyśmy jechać z nimi na wozie. Moja babcia – 64 lata, matka – 32 lata, a także ludzie od Kirschów biegli obok wozu. Było bardzo zimno, z dużą ilością lodu i śniegu . Nasz woźnica, dziadek Kirsch (Fimmel) był zaniepokojony, żeby konie się nie zmęczyły i nie pośliznęły. Ale poszło dobrze i przyjechaliśmy w nocy po kilku przystankach do Gubina na Odrą. Wyruszyło też bardzo wielu mieszkańców Groß-Blumberg z saniami lub ręcznymi wózkami. Był śnieg i zamarzła Odra, to Hitler kazał wysadzić mosty na Odrze, wielu próbowało przyjść przez Odrę po lodzie, ale przyszła odwilż, a nurt Odry stał się ich grobem. Gdy zniknął śnieg to Ci z sankami nie mogli dalej iść. To wszystko było straszne.
Odyseja zakończyła się 1 marca 1945 roku w Ahrensdorf. W miejscowości Ahrensdorf dostaliśmy miejsca noclegowe. Moja matka i ja zostaliśmy przyjęci przez rodzinę Storm/Lüdtke a babcia i dziadek znaleźli schronienie u sąsiadów Raufuß. Obie rodziny podzielił się z nami mimo, że były to duże rodziny i było bardzo ciasno. Tutaj w Ahrensdorf doświadczyłam nawet nalotu i ataku na zakład Deimlera w sąsiednim Ludwigsfelde. A także wkroczenia Armii Czerwonej. Dla nas dzieci żołnierze nie byli źli, ale moja matka i inne kobiety musiały się chować. Z końcem maja skończyła się wojna i można było wracać do domu. I my też biegliśmy co sił w nogach, matka, babcia dziadek i ja. Tylko z najważniejszym bagażem. Storm zaproponował nam, że powinniśmy najpierw zobaczyć nasz dom. A pozostałe rzeczy możemy później sprowadzić. I to był dobry pomysł. Oczywiście cieszyliśmy się, że jesteśmy znowu w domu. Rozpoczęły się zaraz uprawy na polach, zbieranie jagód i owoców w ogrodach i urządzaliśmy się. Ale nasze zadowolenie było krótkotrwałe. Armia Czerwona miała duży obóz konny w Groß-Blumberg, które sprowadzili z Meklemburgii. Do tego odprowadzenia transportu koni zostali wciągnięci wszyscy obecni mężczyźni i kobiety. Nawet moja matka. Po odejściu Rosjan Polacy tu rządzili. Polacy byli rozgoryczeni wojna i dawali to po sobie poznać – nie byli mili dla Niemców. Był wrzesień, chcieliśmy coś zebrać ze żniw, ale niestety. Z końcem września, kazano nam znowu opuścić dom. To było bardzo fatalne, od mojej matki nie mieliśmy żadnych oznak życia, czy jest jeszcze w Niemczech lub już w Rosji albo czy w ogóle jeszcze żyje. Babcia, dziadek i ja mieliśmy półgodziny na spakowanie najważniejszych rzeczy, oczywiście pierzyny i coś do jedzenia załadowaliśmy na taczkę a nadzorca pilnował czasu, szybko, szybko. Miałam swoją walizkę z moimi osobistymi rzeczami nadal w pokoju, długo musiałam błagać, żeby ponownie wejść do domu, ale byłam dzieckiem i zamiast cennej walizki, wzięłam dużą lalkę a walizkę zostawiłam. Polacy nie mieli litości, musieliśmy iść na miejsce zbiórki. Stamtąd był horror do Frankfurtu nad Odrą. Byliśmy kijami wypędzeni i wielokrotnie okradzeni. Kto miał walizkę był natychmiast kompletnie ogołocony obojętnie co miał w środku. Worki zostały rozdarte i okradzione, co im się podobało.
Moja babcia miała najważniejsze dokumenty i zdjęcia w małej torbie, która kilka razy wysypywali. Na szczęście byłam bardzo zwinna i co wiatr rozwiał to z powrotem pozbierałam. Polacy mieli też wóz drabiniasty i od czasu do czasu podwozili starych i słabych, ale mój dziadek, choć bardzo słaby, to obawiał się, że mogą go gdzieś zostawić i straci kontakt z nami. Z tego powodu zawsze trzymał mnie za rękę, żebym go nie zostawiła. Nawet gdy musieliśmy odpocząć to byłam z nim. Noce spędzaliśmy pod gołym niebem lub w stodołach.
Ponadto, musiałam nosić moją wielką lalkę, bo moja babcia miała zbyt wiele rzeczy na taczce na tak wiele kilometrów. Byliśmy z ponaglającymi za plecami Polakami jak z polnym kamieniem na ramionach. Poza tym była również zdenerwowana, że nie wzięłam mojej walizki. Kiedy przekroczyliśmy we Frankfurcie Odrę, Polacy nas zostawili. Teraz mogliśmy po raz pierwszy wziąć głęboki oddech. I dalej iść po krajowych drogach. Wypędzony z nami był także wujek Bernhard ze swoją dużą rodziną: żona, 4 własnych dzieci i dwie dziewczyny jego szwagierki, która także jak moja matka i jego teściowie musieli iść z Rosjanami. Tak więc 10 osób i my troje, i wszyscy byli głodni. Teraz zaczęło się wielkie żebractwo. Najbardziej zaczął chodzić od drzwi do drzwi mój kuzyn Heinz, jedni coś dali inni nie, gdy doszliśmy do naszych ludzi to zostało to podzielone. Spaliśmy głównie w stodołach lub w stogach siana. W nocy w stodole mój kuzyn Günter ukrył moja lalkę i musiałam dalej iść bez niej. I tak dotarliśmy wychudzeni i zawszeni 24.10.1945 znowu do Ahrensdorf prosząc tam o pomoc. Zapomnieliśmy o wszystkim złym, gdy nam powiedziano, że moja matka w drodze od Rosjan była już w Ahrensdorf. Ona i Marta Weizert, matka dwóch dziewczynek Renate i Heather, które szły z wujkiem Bernardem w czasie naszej wędrówki dowiedziały się, że nie ma powrotu do Blumbergu. Były jeszcze na kartoflisku kiedy ja byłam już w jej ramionach. Moja matka i ja zostaliśmy u Stormów. Babcia i dziadek u Lüdtke, Lieschen Storm ze swoimi synami Dieterem i Wolfgangiem i siostrą Friedchen z synem Horstem oraz my obie. Tak więc 9 osób. Na niewielkiej przestrzeni. Ale rodzina zrobiła wszystko, co możliwe, aby zintegrować się z nami. Ja miałam bardzo źle wyglądającą ropną wysypka na całym ciele, nic dziwnego, niedożywienie, zła higiena i wszy. Ale babcia Storm zabrała mnie do lekarza do Lichterfelde i zapłaciła jedzeniem. Na moje pierwsze Boże Narodzenie w Ahrensdorf dostałam nową sukienkę. Granatową z białym kołnierzykiem, wiedziałam dokładnie, że była uszyta ze starej sukni od babci Storm. I dostałam lalkę własnej roboty, wprawdzie miała twardą głowę ale oczy były z materiału. To była radość.
Z drugiej strony, mój dziadek miał ochotę w Boże Narodzenie na ciasto z kruszonką. Gdy je dostał to powiedział: moja matka i ja powinniśmy iść na pasterkę, a on położył się, żeby trochę odpocząć i zasnął na wieki. Kiedy wróciliśmy do domu to odszedł z tego świata.

Sty 092017
 

Browarnik Karl Schubert

Przedstawiamy wspomnienia  Siegfrieda Heidera, który w latach 70-tych XX wieku odwiedził swoją rodzinną miejscowość Groß-Blumberg a swoje odczucia opisał w artykule  zamieszczonym w czasopiśmie  „Crossener Heimatgrüße”. Niestety Siegfried opisuje budynki wsi, które nie przetrwały zawieruchy wojennej i powojennej.

Mój dziadek od strony matki – browarnik Karl Schubert z Prus Wschodnich, wziął ślub w 1880 w Berlinie z moją babcią Caroline z Turyngii, a następnie udali się na siedem lat do Rosji. Dziadek pracował w Jekaterinoslawiu nad Dnieprem jako piwowar. Następnie para wróciła do Niemiec i browarnik Schubert nabył koło Groß-Blumberg 7830 mkw ziemi. Obejmujące część dawnej winnicy. Zbudował tam browar z zajazdem, a później dom. Warzył ciemne piwo. Potrzebny chmiel dziadek zbierał na pobliskim polu, „Federecke”. Piwo dostarczał w małych beczkach lub także „luzem” w wielkiej beczce na konnym zaprzęgu bezpośrednio do konsumentów w okolicznych wioskach. Z sześciorga dzieci małżonków Schubert, troje urodziło się w Rosji, a troje młodszych w tym moja matka, przyszło na świat w Groß-Blumberg. Najstarszy syn Ernst nauczył się także warzenia piwa, ale poległ w pierwszej Wojnie Światowej. Po śmierci dziadka w 1916 roku browar został zamknięty. Zajazd dalej prowadzili moi rodzice, o którym mieszkańcy Groß-Blumberg mówili „Beim Bräuer”. Także mnie nazywano jeszcze „Bräuersch Siegfried”.
Kiedy w roku 1974 wraz z żoną i córką odbyłem pierwszą podróż do ojcowizny, to szukałem naturalnie mojego dawnego domu, który był z boku wioski na skraju z lasu. Musiałem stwierdzić, że tam, gdzie kiedyś stał nasz dom jest tylko płaski teren, z dziko porośniętymi krzewami i drzewami wzgórzem. W ogóle, wszystkie budynki, które stały poza Groß-Blumberg, zostały zrównane z ziemią. Dotyczy to na przykład domu naszych sąsiadów Heißmannów, jak i wiatraku i całego „Dürre Katze”. Pełen entuzjazmu pokazałem żo
nie i córce, z zewnątrz miejsca w których spędziłem dzieciństwo i młodość, moją piękną szkołę, drogę do szkoły, którą kiedyś chodziłem boso a teraz spróbowaliśmy razem. Ale to było zabawne! Prowadziłem moją rodzinę dalej na naszą posesję z ogrodem, w której nawet jabłoń jeszcze stoi, i nasze wzgórze z lasem. Małe sosenki zasadzone niegdyś przez mojego dziadka, a teraz jest to okazały las. Mieliśmy zaplanowane, aby wziąć jakieś pamiątki z obecnego domu. Kopaliśmy w gruzie, i moja żona faktycznie odkryła ku radości wszystkich małe miedziane miski. Wprawdzie były pokryte patyną, ale od razu sobie przypomniałem, że kiedyś należały do mojej matki. Poza tą najpiękniejsza pamiątką z podróży spakowałem też kilka wyszukanych kamieni, i niektóre pędy dzikiego wina, które rosły już za czasów dziadka od strony południowej browaru i obecnie zarastają sklepienia dawnych piwnic. Przewiezione pędy rosną teraz w naszym ogrodzie w Rüsselsheim.
La
s obok naszego dawnego majątku i teren parafialny zostały wykarczowany do drogi do Klein-Blumberg, ale w międzyczasie ponownie obsadzony. Udaliśmy się wzdłuż do Federmühle, który znajdował się tuż przy granicy powiatu koło Hammer i był kiedyś popularnym miejscem wycieczkowym. Ale z młyna nie zostało nic. Również naprzeciwko mały dom, stara siedziba młynarza Hermanna, jest tylko kupą porośniętych krzaków. Tak samo nie ma trzeciego budynku od sędziego. Tylko stary most nad strumykiem Heidemühle nadal istnieje, tak że dzisiaj z Groß-Blumberg do Hammer można przejechać autem. Od wschodniej części mostu znajdował się się staw młyński, gdzie była spiętrzana woda i my jako dzieci podziwialiśmy jak zasila duże młyńskie koło, teraz nie widać prawie nic. Czasami wiosłowaliśmy łódką młynarza na krzyż i w poprzek po idyllicznej wodzie. Dziś jest to w dużej mierze zamulone przez liczne rośliny bagienne i otaczające wysokie drzewa liściaste. Tylko w środku przeciska się potok, któremu kierunek wody nadaję gąszcz brzóz.
Przy naszej drugiej wizycie w powiecie Crossen w 1976 wędrowaliśmy w osiem osób – moje dwie siostry i ich rodziny i tym razem byliśmy także w Rollmühle. Stary kamienny drogowskaz stoi jeszcze dzisiaj na rozwidleniu do Federmühle i Rollmühle. Napis jest wyblakły. Ponowne znakowanie jest bezcelowe, ponieważ obydwóch grup budynków już nie ma. Na tyłach tego kamienia są kamienne schody, które były bardzo przydatne w dzieciństwie do wspinania się. Ponownie nie mogłem się oprzeć wspiąć i skoczyć. Zrobiliśmy małą wycieczkę, w drodze do Rollmühle odbiliśmy w kierunku Luch, bagienne wrzosowiska, w otoczeniu lasu sosnowego. Niegdyś ten teren był piękny a dzisiaj niestety suchy i stepowy. Prawdopodobnie zostało to spowodowane przez rozległy wyrąb lasu w okolicy.
W Rollmühle nie stoi już żaden budynek, oprócz ogromnej tamy. Położony na północ ten ogromny zbiornik został utworzony w trakcie wznoszenia niemieckich umocnień granicznych, obecnie jest zamieszkały przez liczne gatunki ptaków wodnych, w pięknej, spokojnej naturze. Tam gdzie kiedyś był młyn i duża posiadłość rolna Frahnsa z budynkami gospodarczymi teraz znajdziemy tylko niewielkie kupki porośnięte krzakami.
Przeszliśmy brzegiem wzdłuż wspaniałego strumienia w kierunku Klein-Blumberg. Po lewej stronie stronie drogi na polu przywitał nas miło pracujący tam Polak. Z powodzeniem zbierając grzyby docieramy z powrotem lasem przez Hunde-Bergen do punktu wyjścia Groß-Blumberg.

Tłumaczenie Adam i Janusz

Lis 142016
 
Jest to parowiec kołowy "Johannes" mieszkańca Groß-Blumbergu Heinricha Damschke z akwenu Berlin (przedmieścia Rummelsburga). Holownik został zbudowany w stoczni Schichau w 1877roku w Elblągu i wysadzony przez Wehrmacht w Kostrzynie na początku 1945 roku.

Parowiec kołowy „Johannes”

Holowniki rodziny Damschke/Zaube z Groß-Blumberger – dwa do 1963 roku popłynęły dla NRD

W artykule „Właściciele parowców z Klein- i Groß-Blumbergu” Kurt Kupsch wspomniał tylko pokrótce o rodzinie Damschke , ponieważ miał o nich nie pełne informacje. Kurt Kupsch jednak miał okazje na spotkaniu byłych mieszkańców powiatu Crossen w czerwcu 1994 w Rödinghausen zasiąść przy stole z braćmi Manfredem i Arno Zaube – wnukami Heinricha Damschke, którzy przeczytali artykuł i i byli trochę rozczarowani, że jest tak mało o ich rodzinie. Kurt Kupsch obiecał wtedy, że poprawi swoje zaniedbanie i w tym czasie zgłębił swoją znajomość przez telefon i przez przyjacielską korespondencje. Efektem tego był kolejny artykuł uzupełniający informację o rodzinie Damschke zamieszczony w czasopiśmie „Crossener Heimatgrüße”.

Żegluga odrzańska rozwijała się i bogaciła gospodarczo region. Nawet mieszkaniec Groß-Blumbergu Heinrich Damschke w tym uczestniczył. Kupił w 1902 roku, mając zaledwie 32 lata, parowiec kołowy „Johannes” i przyjmował każde zlecenie. Pływał po Odrze i po innych brandenburgskich drogach wodnych. W rodzinnej miejscowości holował prom z jednego brzegu do drugiego, jeśli podczas powodzi prom nie mógł normalnie pływać. Heinrich Damschke zbudował z żoną, synami Alfredem i Rudolfem oraz córką Ella i zięciem Siegfriedem Zaube interes, pływający zakład. Podczas II wojny światowej „Johannes”, zbudowany w 1877 roku w stoczni Schichau w Elblągu, którego wygląd był rozpoznawalny jako weterana z XIX wieku, pływał najpierw dla urzędu ds. budowy dróg wodnych. W 1943 roku był nawet włączony do służby dla Wehrmachtu ze względu na niskie zanurzenie i używany na Wiśle i Bugu. Jego właściciel i kapitan udał się w wieku 73 lat na zasłużoną emeryturę. W zimie 1944 /45, przetrwał ruchy wojsk i był zacumowany w państwowym budynku stoczni w Kostrzynie. Tam żołnierze niemieccy wysadzili go, kiedy musieli cofnąć się przed sowieckim naporem. Polacy później zezłomowali wrak. „Johannes”, który z pewnością nigdy nie był poważnym konkurentem dla dużych holowników z przełomu XIX i XX wieku w śląskiej spółdzielni żeglugowej i innych przedsiębiorstwach żeglugowych, ale karmił rodzinę do 1943 roku kiedy państwo położyło na nim „łapę”. Najstarszy syn, Alfred Damschke kupił w 1926 roku swój własny mały holownik, który nazwał „Rudolf Alfred”. Również na tym statku załoga składała się zwykle z członków rodziny. Pod spodem na starym przedrukowanym zdjęciu wyraźnie widać jak ojciec Heinrich Damschke pomaga synowi lub zięciowi(o którym jeszcze wspomnę), kiedy jego „Johannes” doświadczył złych czasów i nie holuje. Parowiec ” Rudolf Alfred ” przetrwał zawieruchę wojenną oraz wczesny okres powojenny i został wycofany z użytku, ponieważ holowniki zostały zastąpione pchaczami. W 1963 poszedł na „złom” . Został wycofany ze służby i zezłomowany w 1970 roku w Eisenhüttenstadt. Córka Heinricha Damschke Ella i jej mąż marynarz Siegfried Zaube w latach 20-tych również dążyli do samodzielności. Para kupiła w1928 roku dobrze wyglądający statek, wybudowany w 1923 roku przez szczecińską stocznię dla przedsiębiorstwa żeglugi Retzlaff. Statek początkowo nazwano „Mimi”, wysoko postawiony poprzedni właściciel zmienił na „Kurt”, a mieszkaniec Groß-Blumbergu Siegfried Zaube z „Manfred ” zmienił jego nazwę na „Narwa”. Z tą nazwą parowiec przybył do przedsiębiorstwa państwowego Binnenreederei w NRD . Siegfried Zaube zmarł w 1953 roku w skutek wypadku, którego doznał na pokładzie. Następnie „powinności” wobec zleceń wykonywali jego synowie Manfred i Arno a statek został upaństwowiony w NRD i synowie mogli nim pływać jako jego pracownicy. Również ten holownik – ostatni z rodzinnego Groß-Blumbergu został wyłączony z eksploatacji w 1963 roku. Marynarze – syn i zięć byli jeszcze kilka lat po II wojnie światowej powiązani z założycielami blumbergowskiej dynastii armatorów, Heinrichem Damschke. Kiedy rodzina opuszczała dom w 1945 roku zadała oczywiście pytanie: „Dokąd?” Parowiec „Manfred”, który teraz nazywał się „Narwa”, był pierwszym schronieniem. 75-letniego i bogatego w doświadczenia Heinricha Damschke, który został znowu kapitanem. Trwało to, aż do 1949 roku. Potem pracował na tym samym stanowisku na „Rudolf Alfred” do 1953 roku. Wreszcie wypuścił stery z rąk i spędził ostatnie lata swego życia u swojego syna Rudolfa, który był właścicielem tartaku drewna opałowego w Werndorf koło Erkner. Heinrich Damschke tam zmarł w 1959 roku w wieku 89 lat. Pamięć o nim i o parowcach zachowała rodzina, zwłaszcza jego wnuki Manfred i Arno Zaube, od których ja również otrzymałem kawałek żeglarskiej historii powiatu Crossen i przykładowe zdjęcia.

Tłumaczenie Adam i Janusz

Paź 092016
 
Margarete Lehmann w wieku 100 lat

Margarete Lehmann w wieku 100 lat

To miały być 3-4 dni, a następnie powrót z maszynami. A trwało to całe 7 tygodni. Zawsze 4 konie były połączone ze sobą a my dostaliśmy lejce w ręce i poszliśmy w nieznane. Z dala od rodziców i dzieci. Nasz pierwszy postój był w Kostrzynie, a nasza kwatera do spania była pod gołym niebem. Położyłam się koło dziadka Fimmels. Rano patrzę a to miejsce było puste. Uciekł potajemnie w nocy i doszedł do domu. Niektórzy mężczyźni, którzy też później próbowali uciekać, zostali częściowo schwytani albo wpadali na miny.
Potem szliśmy dalej wzdłuż Odry. Jeszcze dobrze pamiętam przez jakie duże miasta przechodziliśmy: Eberswalde, Bad Freienwalde, Wriezen i przez Schrfheide w kierunku Demmin. Kilka kilometrów za miastem przeszliśmy przez małą, romantyczną miejscowość Vorbein, gdzie wszystkie małe domy z muru pruskiego były pokryte słomą, co było dla nas czymś nowym.
Potem szliśmy do Duwir i tam osiągnęliśmy nasz cel. W zaledwie 14 dni przeszliśmy drogę 400 km. Z Groß-Blumberg(Brody) w Brandenburgii nad Odrą do Meklemburgii. Spaliśmy tylko pod gołym niebem. Przyprowadziliśmy konie do ogrodzonego pastwiska, a my byliśmy zakwaterowani w gospodzie w dużej sali na słomie. Leżeliśmy bardzo blisko siebie jak sardynki ale z dachem nad głową. Nasz posiłek składał się tylko z kawałka suchego chleba i grubej kaszy, więc nas również dręczył głód. Rosjanie w domu piekli, gotowali i dusili, ponieważ po raz pierwszy chyba usłyszeli o wieprzowinie, którą jedli codziennie ale tylko oficerowie.
Ale to co nas zaskoczyło po drodze, to to że spotkaliśmy wiele osób z ręcznymi wózkami z odrobiną swojego dobytku. Wszyscy pochodzili z Pomorza; szeptali do nas, że nie możemy wrócić do domu. Polak teraz wszystkich wygania. Z jedzeniem było tak źle, że byliśmy zmuszeni do żebrania.
Ja i Martha Weizerm – bratowa mojego brata Bernharda poszliśmy szukać jedzenia i przybyłyśmy do ustronnego gospodarstwa. Przy bliższej rozmowie z gospodynią zdziwiła się i powiedziała bardzo cicho
w naszym sąsieku są 2 dziewczyny i myślę, są one także z Groß-Blumberg(Brody).
Wspięłyśmy się po drabinie i okazało się, że obie dziewczyny są córkami Steinbachów, dziewczyny z „kolorowych taksówek”. Radość była wielka kiedy spotkałyśmy kogoś z ojczyzny. Mogłyśmy przynajmniej o czymś porozmawiać. Wiedziały, że moi rodzice i Edith, a także Bernhard z rodziną i obie córki Marthy są jeszcze w Brodach. Niektóre zwierzęta zostały zabrane. Więc mieliśmy już nieco mniej zmartwień. Ale co będzie z nami – to było pytanie. Musiałyśmy wytrwać i pocieszać jedna drugą. Zawsze miałyśmy złe myśli. Co z nami zrobią? Zabiorą nas do Rosji albo pozwolą odejść? Myśli miałyśmy też zajęte naszymi krewnymi w domu.
Po 5 tygodniach, które musieliśmy spędzić na tym gospodarstwie, Rosjanie wycofali się pod osłoną nocy i zostawili nas swojemu losowi. Ubranie zniszczone, prawie bez obuwia na nogach, zero higieny osobistej, całkowicie ubrudzona i prawie umierająca z głodu.
Byłyśmy wolne i mieliśmy silną wolę aby przetrwać, wędrowaliśmy dalej. Najpierw 30 km do Greifswaldu. Stamtąd przejechaliśmy pociągiem towarowym do Neubrandenburg, gdzie przenocowaliśmy w budynku stacji. Co dalej? Nie wiem z czego się faktycznie żyło. Tylko strach był naszym towarzyszem. Szliśmy na piechotę w kierunku Berlina. Nasza gromadka już się tak rozeszła, że tylko Weizers Martha, ja i bliscy Bernharda byliśmy razem. Bernhard przyprowadził nas w Stralau do knajpki na rogu, którą żeglarz znał. Ten lokal miała Else Pfeifer z domu Hoffmann. Była siostrzenicą dziadka Rademacher, teścia naszego Otta. Tam mogliśmy się pierwszy raz umyć, dostać coś do jedzenia i przenocować. Moja odzież była rozdarta od góry do dołu, od tygodni się nie myłam. Jedyną rzecz jaką miałam to koński koc.
Wstaliśmy bardzo wcześnie i dalej wędrowaliśmy przez zbombardowany Berlin w kierunku Ahrensdorf, mając nadzieję, że znajdziemy tam naszych krewnych. Przyszliśmy tam wieczorem – mnie przyjęli znowu rodzina Strom. Pani Strom dała mi świeże ubranie. Jeden raz się ktoś o mnie zatroszczył. Przenocowaliśmy i następnego dnia poszłyśmy do Thyrow, też znowu do ludzi, u których już byliśmy.
To była podróż, która rozpoczęła się w dniu 3 czerwca 1945 roku w Groß-Blumberg(Brody) a skończyła w lipcu 1945 roku w Ahrensdorf. Teraz zaczęły się okropne dnie i noce ze strachem i czekaniem. Co stało się z rodzicami i Edith? Czy kiedykolwiek znowu razem się spotkamy?

Tłumaczenie Adam i Janusz

Wrz 302016
 
Widokówka Brodów przedstawiająca wioskę z wieży kościelnej

Widokówka Brodów przedstawiająca wioskę z wieży kościelnej

Wśród znanych nam obecnych i byłych mieszkańców Brodów (Groß-Blumberg) mamy okazję przedstawić wspomnienia 102-letniej Margarete Lehmann, która do 1945 roku mieszkała w Groß-Blumberg. Wspomnienia dotyczą roku 1945, gdy niemieccy mieszkańcy Groß-Blumberg opuszczali swoją ojczyznę.

To było 30 stycznia 1945 roku, gdy wszyscy musieliśmy zostawić naszą rodzinną miejscowość. Był jeszcze śnieg, tak więc wielu ludzi transportowało swoje najważniejsze rzeczy na sankach. Jednak błyskawicznie przyszła odwilż i śnieg znikł, a sanie nie były już zdatne do transportu. Wielu ludzi przybyło do Będowa i tam zostali zaskoczeni przez Rosjan; z powrotem wypędzeni, a mężczyźni zabrani i wywiezieni. Także kobiety i dzieci zostali ponownie wypędzeni z naszej miejscowości (Brody), aż do Kalska i Nietkowic. Tam musieli pracować dla Rosjan. Po pewnym czasie nasi sąsiedzi Kirsch i Vimmels zabrali ze sobą konia, wóz i nas. Wyjeżdżaliśmy, ponieważ mówiono, że nasi Niemcy wysadzają most na Odrze w Krośnie Odrzańskim. Na szczęście jeszcze do tego nie doszło.
Naszym pierwszym miejscem odpoczynku był Rusdorf (Połupin) koło Krosna. Wieczorem przybyliśmy wyczerpani do jakiegoś gospodarstwa rolnego ale ci ludzie byli już spakowani na furmankę i odjechali jeszcze w nocy. Następnego dnia rano znowu jechaliśmy dalej chociaż w innym kierunku – do Neuendorf (Czarnowo). Zatrzymaliśmy się tam na kilka dni, aż zaczęły wybuchać pierwsze rosyjskie pociski.
Następnie przeszliśmy w Guben przez Nysę. A potem prawdopodobnie było najgorsze. Dalsze kilometry pędziliśmy, przyjechaliśmy wieczorem do miejscowości lecz nikt nas nie chciał, wymyślali nam. Zawsze tylko na jedną noc. Kontynuowaliśmy naszą drogę w kierunku Luckenwalde. Do Woltersdorf przybyliśmy wieczorem, nocowaliśmy w stodole – także tam nie znaleźliśmy schronienia. Więc musieliśmy przebyć drogę kilku kilometrów. Następnego dnia udaliśmy się ponownie dalej. Wieczorem, gdy było już ciemno przybyliśmy na główny plac we wsi a Ahrensdorf koło Ludwigsfelde. Dotąd i nigdzie dalej. Moja 64-letnia matka i ja 32-letnia musieliśmy przebyć cały dystans na piechotę. Ojciec w tym czasie miał 70 lat i był bardzo chory i moja córka Edith – 6 lat mogli jechać na furmance sąsiadów.
Byliśmy u burmistrza, jak dobrze pamiętam nazywał się Otto Kuhlmai; przydzielił i ulokował wszystkich w prowizorycznym schronieniu ale mieliśmy dach nad głową. Spędziliśmy noc w katolickim domu. Następnego dnia rano nasza babcia poszła i znalazła nowy dom – rodzinę, która nas zabrała. Mieliśmy się bardzo dobrze u naszych nowych gospodarzy (Lüdke, Storm). Natomiast babcia i dziadek mieszkali naprzeciwko u Raufuß. Jednak nasze myśli były tylko w domu.
W Ahrensdorf często uciekaliśmy do schronu przeciwlotniczego. To było dla nas straszne kiedy przybyli pierwsi Rosjanie. Także z miejscowości Ahrensdorf musieliśmy jeszcze raz uciekać, lecz nasi gospodarze nie zostawili nas na lodzie.
Gdy Berlin został zdobyty, to chyba 5 maja 1945 roku rozpoczęliśmy kolejną drogę do domu, znowu wiele kilometrów na pieszo. W czwórkę: dziadek, babcia, Edith i ja ale w kierunku do domu było lepiej. Na rowerze transportowaliśmy nasz mały bagaż. Szliśmy, szliśmy zawsze z wielkim ryzykiem.
Znowu przeszliśmy w Guben Nysę ale w kierunku domu. Nie wiem co i gdzie jedliśmy, nie mieliśy przecież nic. W Nowym Zagórze koło Krosna stał jeszcze dom rodziców dziadka, gdzie spędziliśmy ostatnią noc przed przybyciem do domu. Leżeliśmy jak śledzie, ponieważ była tam także 11-osobowa rodzina mojego brata Bernharda. W Nowym Zagórze był jeszcze w domu mój wujek – brat dziadka. Tam najedliśmy się pierwszy raz do syta. Były upieczone placki ziemniaczane. Następnego dnia ostatnie 33 km by znowu być w domu.
To już nie była ta sama ojczyzna, którą opuściliśmy. Wiele domów zostało spalonych, w tym także dom mojego brata Bernharda. Nasz dom na szczęście wciąż stał, więc wszyscy w nim zamieszkaliśmy. Bernhard ze swoją rodziną i Weizert Martha z domu Auch. Wszystko u nas zostało opróżnione, wszystkie maszyny z warsztatu stolarskiego. Jako pierwsze staraliśmy się uprawiać nasz ogród, żeby mieć coś do jedzenia. Również udaliśmy się za Odrę do ogrodu Lehmannów, do domu rodziców mojego męża Willego, gdzie było dużo jagód i owoców do zbioru. A moi teściowie rzeczywiście opuścili swoją miejscowość i nie wiem, gdzie się udali.
Rosjanie założyli w naszej wiosce wielki szpital dla koni. Wiele mężczyzn i kobiet musiało tam pracować; także mnie natychmiast wykryli i musiałam tam iść. A ja tak bardzo bałam się koni. Po krótkim czasie koński szpital został rozwiązany i wszyscy mieliśmy iść razem z końmi, ciągnąc w nieznane.

Tłumaczenie Adam i Janusz

Lip 252016
 
Bródki

Bródki

Przedstawiamy tłumaczenie artykułu zamieszczonego w czasopiśmie Crossener Heimatgrüße w roku 1965 wyrażający tęsknotę autora za swoją utraconą ojczyzną oraz jak wyglądają miejscowości 20 lat po wojnie.


To co planowałem od lat i marzyłem było już niedaleko. Miałem odwiedzić miejsce mojego dzieciństwa. Dość często w przeszłości moje myśli tam wędrowały, i dość często w moim młodzieńczym, lekko poszarzałym entuzjazmie deklarowałem: jadę znowu do Małego Kwiatowca!
W jakim stanie zastaniemy nasza ojczyznę? Rozczaruje nas? A może ta wyprawa otworzy stare rany? Takie były nasze myśli, gdy wyjeżdżaliśmy. A jeśli będzie tak, ze przez te 20 lat, które minęły i były pełne nowych doświadczeń, wrażeń – także pełne walki o nowe życie- nasza wspaniała ojczyzna okaże się czymś nierealnym?
Wiec nasza ojczyzna jest czymś realnym. To twarda rzeczywistość. Oto ona – trochę zmieniona w porównaniu do przeszłości, ogólnie znajoma i żywa jak poprzednio. Przyjazd dał nam nowe siły, ale również pytania, na które obecnie brak odpowiedzi. Udaliśmy się do Czechosłowacji, nieporównywalnie pięknej Pragi i przekroczyliśmy granicę w Kudowie i z chęcią podziwialiśmy pierwsze wrażenia: pola starannie uporządkowane, równo rozciąga się bruzda od bruzdy a ludzie na polach są jeszcze do późnego wieczora. Jest to obraz rolnictwa, jaki został nam w pamięci. Rolnik z koniem i pługiem, z kosą określa obraz – bez ciągnika, bez zachodniej mechanizacji, bez kołchozów ze Wschodu. Gdyby nie byłoby polskich nazw miast i wsi, zapomnielibyśmy, że jesteśmy tylko odwiedzającymi, tylko gośćmi. Na ulicy bawią się dzieci, są schludnie ubrane: są prawdopodobnie wielkim kapitałem politycznym Polski. Wydaje się, że starsze pokolenie – głównie przesiedleńców – nie ma prawdziwego poczucia przywiązania do tej ziemi, ale dzieci dorastają w tym kraju i mają wewnętrzne powiązanie z nim.
Późnym wieczorem dotarliśmy do sąsiedniej Zielonej Góry. W pierwszym hotelu nie było wolnych pokoi. Propozycja: moja żona z jedna Polką a ja z Polakiem dzielimy pokój, co odrzucamy. Podjęliśmy próbę znalezienia innego zakwaterowania. Udało się potem jak nam powiedziano w hotelu drugiej kategorii. Pojawiają się trudności, bo nie mówią po niemiecku a trzeba wypełnić wiele formularzy.
Następnego dnia rano wita nas jasne słońce, a zatem niniejszy piękny dzień jest punktem kulminacyjnym naszej podróży. Pierwszym celem dzisiejszego dnia jest Krosno Odrzańskie. Krosno nie jest reprezentacyjnym miastem Poznańskiego. Na próżno w Zielonej Górze szukamy drogowskazu z tą nazwą. Tylko po za obrębem miasta Zielonej Góry, który jest niezwykle nienaruszone, jest znak CROSNO. Dobrymi drogami docieramy do siedziby powiatu. Dla osoby, która nie mieszkała w Krośnie, jest więcej niż trudno się zorientować. Krosno jest bardzo zniszczone. Zadane rany są jeszcze otwarte. Rynek taki jaki miałem w pamięci nie istnieje. Jako jedyny centralny punkt odniesienia pozostaje kościół Mariacki. Nie pozostajemy zbyt długo w tym mieście, w którym nie ma życia, ciągnie nas dalej. Przechodzimy przez most nad Odrą, Radnicę, Będów do Nietkowic.
Drogi nie stwarzają trudności, i tutaj gdzie bardziej natura niż człowiek charakteryzuje obraz otoczenia czujemy się swojsko. Jest wiele miejsc po drodze, które są pełne wspomnień. Przeżyłem coś czego nie da się opisać.
Wysoki poziom wody w Odrze trzyma w Krośnie całe rzędy barek przed mostem nad Odrą, sięga do domów na ulicy w Będowie i Radnicy. Tutaj także są wszędzie ludzie na polach. Ubogie gleby wymagają całkowitego zaangażowania i trudu – lecz wydaje się że nie oddaje z powrotem tego wysiłku i pracy. Szary obraz domów, szary obraz ludzi w nich zamieszkujących pomimo głębokiej zieleni wczesnego lata chcącego wiele zakryć.
W Nietkowicach (Nietkowice) robimy pierwszy większy postój. Fotografujemy wszystkie kierunki, nic nie zakłóca spokoju. Kilkoro dzieci jest świadkami naszego przyjazdu. Odwiedzamy miejsce urodzenia mojego ojca. Rozmowa z gospodarzami jest trudna, ponieważ nie potrafimy mówić po polsku. Ale chętnie bez wrogości pokazuje nam dom i stajnię.

Odwiedzamy cmentarz bardziej zniszczony przez naturę niż przez ludzi. Są wciąż fundamenty grobów, ale nie ma kamieni, które świadczą kto tu jest pochowany.
Zbliżamy się do Małego Kwiatowca (Bródki), gdzie kiedyś był nasz domu. Jak często w przeszłości przechodziliśmy lub przejeżdżaliśmy rowerem tą trasę. Krajobraz lasu się zmienił, jest inny niż go pamiętamy. Ale to jest bez wątpienia ulica mojego dzieciństwa. Mijamy miejsce, gdzie kiedyś stał młyn Stahn’scha i juz stoimy pod znakiem miejscowości. Gospodarstwo mojego wujka G. wita jako pierwsze przyjezdnych. Piec, studnia z żurawiem ciągle istnieją i opowiadają minione dnie. Wszystko jest swojskie i znane.
Dom Vollmar stoi jak zawsze dumny. Naprzeciwko szkoła, w której nauczyciel Waler prowadził ścisły reżim, zniknął. Dom mojej ciotki naprzeciwko mieszkania nauczyciela budzi silne emocje. Brakuje tej znajomej kochanej twarzy w oknie z mirta. Jak często ciotka B. stała w nim ze zmartwioną twarzą i czekała na mnie w swojej niestrudzonej opiece i cieple, gdy po raz kolejny zbyt długo siedziałem nad Odra.
Przyjazne twarze domów stały się szare, a stajnie i stodoła potrzebują naprawy. Ale wszystko jest jak dawniej. Nawet krzaki jagód rosną w starym miejscu. Brakuje mi tylko dużego drzewa gruszy, która tak często pokrzepiało małego chłopca swoimi owocami. Brakuje tez wędki, która stała za altana.
Tutaj też chętnie otwierają się drzwi, znajdują się ludzie umiejący niemiecki i prowadzona jest regularna rozmowa. Grób wuja O’s za stodołą jest nie do znalezienia. Kopiec grobu jest wyrównany. Staruszka pamięta to, ale nie potrafi tego miejsca dokładnie wskazać.
Podwórko Jackels – miejsce narodzin mojej matki – na skrzyżowaniu Landstrasse (Wiejska)i Kowalskiej (od kowala) stoi w swojej eleganckiej, kwadratowej formie jak kiedyś. Napięcie i niepewność, z którą weszliśmy do wsi, rozpływa się. Zrobiło się południe wiec od razu odwiedzamy właściciela. On umie po niemiecku. Bolesne są jego wspomnienia z Niemiec. Był w Buchenwaldzie od 1939 do 1945. Przywitał moją żonę pocałunkiem w rękę i przyjacielsko odpowiadał na pytania jakie mu stawialiśmy. On jest w średnim wieku i prowadzi gospodarstwo ze sympatyczną panią. On nie ma dzieci. Widać to w nim, że ma wiele zmartwień a i widok skromnego posiłku mówi więcej niż słowa. Narzeka na powodzie, przez które zrobiona praca poszła na marne. Jest prawie wszystko tak samo. W kuchni stoi szafa, a także stół na starym miejscu. Zapamiętany obraz mojego dzieciństwa stał się rzeczywistością, wprawdzie szarą, ale jednak stary, znany widok.
Szybko nawiązaliśmy kontakt z obecnymi gospodarzami – to już trzeci gospodarze od czasu wypędzenia. Co mamy odpowiedzieć na proste pytanie zdesperowanej bojaźliwej kobiety czy chcemy wrócić? – Gospodarz z dumą prezentuje jego dwa konie z prawdziwymi świadectwami rodowodowymi, jak sam wielokrotnie zapewniał. W oborze jest 5 krów, świnie i kury uzupełniają stary obraz. Indyki, które już dawniej tu były, są znowu, a także czarny podwórzowy pies przykuty do starej budy, szczeka prawie nieustannie na gości.
Podróż wyprowadza nas powoli z wioski. Dom wuja P już nie stoi, także dom Königs zniknął. Tam, wieś przestała istnieć. Natura z krzakami drzewami tworzy nowe życie i zakrywa ruiny. Zatrzymujemy się na obrzeżach, jeszcze raz stajemy i z powrotem oglądamy pozostawione widoki.
Tak, to stary Kwiatowiec, i jednocześnie nie ten sam! Nie chcemy być sentymentalni, i tak też nie jest. Możemy sobie wyobrazić, że nie będzie to pożegnanie na zawsze, ale w dalszym ciągu, możemy jutro znowu przyjechać. Chyba zawsze byłem za mało mieszkańcem a za dużo gościem, jako że nie mogłem przezwyciężyć bolesnego uczucia.
Na drodze do Dużego-Kwiatowca wszystko wydaje się niezmienione. Na cmentarzu przy wjeździe do wsi, nie można znaleźć grobów. Pojedyncza tablica nagrobna nadal głosi w języku niemieckim, że rolnik Lange jest tutaj pochowany. Drzewa i krzewy obejmują również tutaj łaskawie, to co nie powiodło się człowiekowi w trosce o zmarłych. Jedziemy do promu w Kwiatowcu, który jest nie czynny ze względu na powódź. Tutaj tez nie jesteśmy nachodzeni przez mieszkańców. Utrzymują oni odpowiedni dystans, tylko dzieci są ufniejsze, bo rozdajemy czekoladę. Ale i one są ostrożne, nie są nachalne.
Zamykamy rozdział naszej młodości i jedziemy przez znajome wsie do Sulechowa, gdzie nasz chłopak się urodził. Robimy krótką wizytę w szpitalu, robimy kilka zdjęć a następnie jedziemy w kierunku Poznania.

Tłumaczenie Adam  i Janusz

Translate »