Paź 232016
 
Stanisław Naosad

Stanisław Naosad

Te wspomnienia przeleżały w przysłowiowej szufladzie ponad dwa lata. Dlaczego?

Jest ciepłe popołudnie 15 sierpnia 2014 roku. Wielkie święto zarówno kościelne jak i państwowe.
Byłem wcześniej umówiony na rozmowę. Wchodzę do domu Pana Stanisława Naosada. Jednak dziarski siwy Pan chce się rozmyślić i nie chce rozmawiać kwitując wszystko słowami o czym będziemy rozmawiać, ja taki stary a ty taki młody. Nie ma o czym. Z pomocą przychodzi jednak córka Pana Stanisława i zaczynamy rozmawiać. Na początku trochę o współczesnym życiu a później już o historii.

W tle gra telewizor, gdzie na kanale sportowym pokazywana jest walka bokserska. Pan Stanisław zaczyna rozmowę od słów o widzisz, boks to jest to co lubię oglądać i na czym się znam. Gdybym miał warunki fizyczne to bym był kiedyś bokserem, a tak mam tylko 161 cm wzrostu i zawsze miałem kompleks, że jestem niski. Ale nigdy się też nie dałem. Zawsze jak ktoś mnie zaczepił to się postawiłem. Rosłem do 13 roku życia. Później przestałem rosnąć i taki wzrost mi został. Bóg nie dał mi wzrostu ale dał długie życie i piękną żonę, która niestety już zmarła.

Nazywam się Stanisław Naosad i urodziłem się 1 stycznia 1928 roku we wsi Skudzawy, w gminie Skrwilno, w powiecie rypińskim. A dzisiaj Skudzawy leżą w województwie kujawsko-pomorskim. Były to tereny przygraniczne, na których mieszkało sporo Niemców. Było niekiedy tak, że jedna kolonia wsi była zamieszkała przez Polaków, a druga przez Niemców.
W domu było nas 3 braci i jedna siostra. Starszy brat Czesław był rocznik 1922, siostra Anna 1925, najmłodszy brat Gienek 1935..
Rodzice mieli około 5 hektarów ziemi, lecz była to ziemia VI klasy i mało co na niej rosło.
Żyło nam się bardzo ciężko. Nie było fabryk ani innych zakładów, gdzie można by było pracować. Bieda była straszna. My dzieci musieliśmy dużo pomagać w polu, żeby jakoś związać koniec z końcem. Na naszych nieurodzajnych polach zboże szybciej dojrzewało przez co wcześniej robiliśmy żniwa niż w innych miejscowościach i przez to mogliśmy najmować się do pracy przy żniwach u innych aby wspomóc nasz domowy budżet.
W zimę nakopaliśmy torfu, który później sprzedawaliśmy. Można zażartować, że w stodole było więcej torfu w sąsieku niż snopków namłóconych. Do tego ojciec palił tabakę i uprawiał trochę tytoniu a ja mu pomagałem to pozwalał mi nieraz sprzedać tabakę, żebym miał coś swoich pieniędzy.
Ojciec „za Wilhelma” był 10 lat w Niemczech, gdzie pracował zarobkowo. Później sprzedawał już w Polsce Niemcom warzywa. Znał bardzo dobrze niemiecki a znajomi przezywali go nawet szkop, bo miał taki niemiecki akcent jak mówił po polsku.
Do szkoły chodziłem tylko przez dwie zimy, bo w 1939 roku wybuchła wojna i podczas niemieckich rządów nie chodziłem do szkoły. Do szkoły chodziłem tylko w zimę kiedy nie było prac w polu. A tak to głównym moim zajęciem było pasienie krów. Od 1939 roku zacząłem pracować w niemieckim gospodarstwie za darmo. 5 lat tak pracowałem, żeby tylko mieć co zjeść.
We wrześniu 1939 roku miałem 11 lat i pamiętam uciekające nasze polskie oddziały a niemiecki Wehrmacht je gonił. Na niebie latały pojedyncze polskie samoloty a za to niemieckie bombowce leciały grupkami w stronę Warszawy z wielkim charakterystycznym dudnieniem. Z daleka można było usłyszeć nadlatujące niemieckie bombowce.
Natomiast 10 km od nas stał oddział kawalerii i porucznik mówi musimy uciekać a jeden ze zwykłych żołnierzy powiedział nie po to szable ostrzyłem, żeby teraz jej nie wypróbować i pojechali z szablami na czołgi. Polacy oczywiście wtedy przegrali ale Hitler później przyjechał na defiladę i chciał, żeby Polacy wstępowali do Wehrmachtu ale Polacy nie chcieli u „Gebelsów” walczyć. Pod koniec wojny Niemcy brali nawet mój rocznik. Mnie jednak nie wzięli, bo brali tych co podpisali volkslistę
Gdy maszerowali niemieccy żołnierze to śpiewali dużo piosenek. Ja nie rozumiałem co oni śpiewają i zapytałem się ojca, bo znał niemiecki. A on mi mówi, że oni śpiewają Hitler złoty nauczył roboty, a Śmigły-Rydz nie nauczył nic.

W październiku 1939 roku nasze tereny włączono do III Rzeszy jako okręg Gdańsk-Prusy Zachodnie.
Jako że mieszkaliśmy na terytorium przygranicznym to w 1939 roku doszły na słuchy, że mają mordować Polaków w naszych okolicach. W związku z tym ojciec za stodołą przygotował taki mały schron. Przykrył go gałęziami. Do środka przyniósł bety a uzbrojeni byliśmy w siekierę i widły. Ludność niemiecka poprosiła o pomoc wojskową, żeby się z nami Polakami rozprawić ale Hitler się na to nie zgodził, bo nie chciał spowalniać swoich wojsk w marszu naprzód. A sami cywile bali się nas. W tym schronie ukrywaliśmy się 2 a nawet 3 miesiące.
Inne rodziny zbierały się po dwie lub trzy i tak wyczekiwali. Ojciec jednak tego nie chciał. Miał trochę doświadczenia z wojska, ponieważ walczył w I Wojnie Światowej i w wojnie polsko-bolszewickiej.

Zostaliśmy włączeni do Rzeszy ale nas Polaków obowiązywało bardziej rygorystyczne prawo. Były przypadki rozstrzeliwań Polaków. Często za błahostki, jak za spóźnienie do pracy.
Niemcy wywozili także Polaków na roboty przymusowe. Brata Cześka wywieźli i przez 5 lat był na robotach. Dostał tam porządnie w kość. Ojca i siostrę też wywieźli ale nie na długo. Siostra pracowała przymusowo w fabryce w Elblągu, szyjąc niemieckie ubrania wojskowe. Powróciła do domu po kapitulacji Niemiec. Natomiast ja już byłem zapędzony w stodole, z której brali na roboty ale udało mi się uciec.
Później Niemcy z wiosek zganiali Żydów do miast powiatowych i stamtąd pędzili ich pod Warszawę, gdzie ich wykańczali.

W 1945 roku wyzwolili nas Rosjanie. Tylko przez jedną noc była strzelanina. Więcej walk nie było. Niemcy się szybko wycofali. Chociaż mówili że 500 Niemców zginęło.
Pamiętam też takie zdarzenie. Jak Niemcy weszli to metalowy krzyż z figurą też metalową przewrócili i zakopali. Natomiast my tuż przed wyzwoleniem wiedzieliśmy, że zaraz Ruscy wejdą i poszliśmy w nocy odkopać ten krzyż a tu nagle Ruscy się pojawiają. Stanęli nad nami i mówią ach Bóg, ach Bóg, cóż Germańcowi przeszkadzał?

Adam

Sie 212016
 
Pocztówka z Pomorska

Pocztówka z Pomorska

Rosjanie od razu otworzyli też swoją szkołę i nas uczniów cofnęli o klasę do tyłu. Jak ktoś chodził do piątej to szedł wtedy do czwartej klasy. Sowieci uważali, że w Polsce był niski stopień nauczania. Ze starej kadry nauczycieli została tylko Pani Krystyna Sztuliga, żona dyrektora szkoły, która uczyła nas niemieckiego. Resztę nauczycieli wywieziono na Sybir. Nie wywieziono tylko państwa Sztuligów.
Mojego ojca też chcieli wywieźć na Syberię, bo jakiś Ukrainiec twierdził, że ojciec przed wojną miał broń. A po co ojcu karabin jak strzelać nie umiał? Przesłuchiwali go i bili. Kazali się pożegnać z żoną i dziećmi, bo pojedzie na „białe niedźwiedzie”. Jednak dali mu ultimatum, że jak przyniesie broń to darują mu karę. Ale skąd tu wziąć karabin jak się go nie ma? Matka pobiegła do znajomego Żyda, którego nazywaliśmy Szymko i powiedziała ratuj Franka, bo chcą go wywieźć na Sybir za to że przed wojną miał niby karabin. Żyd odpowiedział idź do domu i o nic się nie martw ja to wszystko załatwię. Szymko poszedł na gminę i poświadczył za ojca. Wypuścili tatę i już go więcej nie przesłuchiwali.
Ruscy powywozili gajowych, pocztowców i kolejarzy na Sybir. Nasz gajowy z Ułaszkowców nie pojechał na Syberię bo w 1939 został powołany do wojska i walczył w Kampanii Wrześniowej. Wywieźli też dwóch policjantów. Tą sytuację dobrze pamiętam, ponieważ widziałem jak wieźli ich skutych na wozie konnym.

W 1941 roku, gdy Niemcy zaatakowali ZSSR to Armia Czerwona od razu się wycofała bez żadnego strzału a do naszej miejscowości weszły węgierskie wojska. Madziary. Więc było bardzo spokojnie. Dopiero po paru dniach przyszli Niemcy. Założyli swój urząd a policjantem został niejaki Schulz. Zaczęły się rządy Niemców. Wprowadzono przymusowe dostawy, świnie zaczęto kolczykować, skupywać a w zasadzie odbierać bydło za śmieszne wartości oraz zabierać ludzi na roboty przymusowe do Rzeszy. Kazali ojcu zaprowadzić do rzeźni w Czortkowie krowę za co dostał dwie butelki wódki.

Na początku nie zabierali siłą ludzi na roboty, tylko brali ochotników. Polacy nie chcieli jechać. Jedynie Ukraińcy jechali jako ochotnicy. Myśleli, że będzie tak jak przed wojną. Bardzo dużo ludzi przed wojną wyjeżdżało do pracy do Kanady i przyjeżdżali z pieniędzmi, żeby na przykład się wybudować. Tak było z bratem i siostrą mojego ojca, którzy wyjechali do Kanady ale już nie wrócili i tam poumierali. Ukraińcy dali się nabrać, że w Niemczech będzie jak w Kanadzie. Gdy zaczęli pisać pierwsze listy z robót to skończyły się zapisy ochotników. Zaczęły przychodzić wezwania do wyjazdu ale nikt nie chciał jechać i zrobili wyjazdy na zasadzie rejestracji. Wzywali do urzędu i tam rejestrowali. Po takiej rejestracji każdy musiał jechać. Tak wyjechało dwóch moich kuzynów. Pracowali podczas wojny w Bawarii a jak ich w 1945 roku wyswobodzili Amerykanie to pojechali do Belgii i obaj pracowali w kopalni. Józek, starszy zmarł wcześnie a drugiego, Adolfa, 2 albo 3 lata temu odnalazłem przez Czerwony Krzyż, bo przez cały czas nie miałem z nim kontaktu. Niestety zmarł parę miesięcy temu.

Później Niemcy także robili łapanki i wywozili na roboty. Tak złapali moją matkę z dwoma czy trzema młodymi dziewczynami. Matka była dużo starsza od nich. Niemcy zamknęli je w suterynie a matce powiedzieli przyjdzie córka to ona pojedzie a nie przyjdzie to Ty pojedziesz do Niemiec. Siostra przepłakała całą noc. Rano się ubrała i pojechała za matkę do Niemiec. Moja siostra była na robotach w Austrii – 50 km od Wiednia. Pracowała u bauera, który w tej miejscowości był sołtysem. Tam też poznała swojego przyszłego męża a mojego szwagra. Za czasów Polski Ludowej pojechali kilka razy odwiedzić „swojego” bauera.
Za czasów niemieckiej okupacji nie chodziłem do szkoły.
Rozstrzeliwań w naszej miejscowości nie było ale więzienie było w Czortkowie i na pewno tam były egzekucję, bo świadczyły o tym ślady krwi na murach.
Żydów u nas nie było zbyt wielu. Z jednym żydowskim kolegą siedziałem w szkole w jednej ławce. Niemcy dostali, któregoś dnia „dzień wolności”, a że broni mieli pod dostatkiem to zlikwidowali Żydów w jeden dzień.

Zmorą naszych terenów były bandy UPA. Musieliśmy się ukrywać a Ukraińcy całe wioski palili. Na Boże Narodzenie 1943 roku przybili Polakom na drzwiach kartki z życzeniami Polacy uciekajcie, nie szukajcie szczęścia, bo przy szczęściu to się w ogniu będziecie piekli.

Sami spaliśmy przeważnie u ciotki a wśród sąsiadów i znajomych była pogłoska, że wyjechaliśmy całą rodziną do Niemiec na roboty. Ciotka była wdową, bo wujo, zresztą mój chrzestny, którego nie pamiętam, wcześnie zmarł i wyszła drugi raz za mąż za Grekokatolika. Dlatego u niej było w miarę bezpiecznie. Ciężkie to były czasy. Cztery razy nas obrabowali. Przychodzimy rano do domu a tam wszystko splądrowane. Za trzecim razem zabrali już praktycznie wszystko. Natomiast za czwartym razem matce buty zabrali, bo już nie było co ukraść.

Przybycie Rosjan w marcu 1944 roku pamiętam tak. Przez Ułaszkowce łukiem przepływa rzeka Seret. Na zachodniej stronie rzeki było strome wzgórze z pięknym lasem dębowo-grabowo-jesionowym, gdzie Niemcy się okopali i mieli bardzo dobrą obronę. Do tego spalili most na rzece a sam Seret przez wiosenne górskie roztopy bardzo wezbrał. Rosjanie szturmowali drugi brzeg Seretu wpław lub na pontonach z okrzykiem HURA. Dwa albo trzy razy próbowali forsować rzekę a z zachodniego brzegu Niemcy ich skutecznie odrzucali karabinami maszynowymi. Dopiero przedarli się około 30 km w górę Seretu i zdobyli Ułaszkowce. Na Serecie była też taka mała wysepka, którą Ukraińcy nazywali Zarinok i tam było pochowanych 78 czerwonoarmistów. My podczas tego natarcia byliśmy w domu, ponieważ rosyjska artyleria waliła daleko za naszymi domami. Dopiero, gdy się przedarli w innym miejscu to zaszli Niemców z boku i ich pokonali. Rosjanie zachowywali się przyzwoicie. Było jak w każdym wojsku czy to niemieckim, polskim czy rosyjskim. Zawsze znalazł się jakiś złodziej czy morderca.. Ja o przypadkach gwałtów czy morderstw nie słyszałem.

Ojca 11 maja 1944 roku zabrali do Wojska Polskiego. Nie było tak jak teraz, że listonosz przywozi kartę mobilizacyjną. Wyszedł woźny z obsługi gminy w centrum miejscowości, na bębenku wybił jakiś rytm, żeby wszyscy słyszeli i wykrzyczał jutro rano o 8 wszyscy mężczyźni w wieku 18 do 50 lat mają się stawić ze swoimi tobołkami przed gminą, bo będzie wymarsz do Czortkowa. Na drugi dzień wszyscy się z płaczem i lamentem żegnali.

Do Czortkowa szli razem Ukraińcy i Polacy. Natomiast w Czortkowie podzielili ich według narodowości. Następnie Polaków wywieźli do Sum na szkolenie. A Ukraińców podzielili na 3 grupy. Pierwsza – chorzy, drudzy – starzy a trzecia – zdrowi i młodzi. Trzecią grupę wywieźli do Władywostoku na szkolenie i walczyli później z Japończykami. Pierwszą grupę, gdzie byli głównie cwaniaczki, którzy udawali chorych a nie chcieli walczyć to przeszkolili w dwa tygodnie i pojechali na front. Z kolei drugą grupę wywieźli do Azji Średniej zbierać „krowie placki”. Polaków w Sumach przeszkolono i wysłano na front. Tata walczył pod Puławami i gdy doszedł do Warszawy to był już chory na serce, a do tego miał wiek zwalniający ze służby i go zdemobilizowali. Reszta żołnierzy poczekała aż Wisła zamarznie i poszli aż do Berlina.

 

Adam

Wrz 082014
 
Wacława Dobroczyńska

Władysława Dobroczyńska

Z czasem stałam się „nadliczbowa” ponieważ nie karmiłam świń, a sytuacja na froncie wymagała rąk do pracy, dlatego też mój Bauer musiał mnie oddać do pracy przy kopaniu okopów. W dniu 24 listopada 1944 roku wywieziono mnie na pogranicze Austrii, Węgier i Czech. O ile pamiętam było stamtąd około 15 kilometrów do Bratysławy. Jest tam jakieś duże jezioro na którym obecnie rozgrywane są sportowe zawody.

Na początku pracowałam w kuchni. Było tam 9 kotłów w których gotowałyśmy posiłki dla kopiących okopy. Szefową była Węgierka czy Serbka, kucharką taka starsza pani i nas dziesięć dziewcząt do pomocy. Był też chłopak który nalewał wężem wodę do kotłów i palił pod nimi. Po ugotowaniu nakładałyśmy posiłek do termosów. Pięć wanienek skręconych na maszynce ziemniaków wchodziło do jednego kotła . Na obiad najczęściej była zupa kartoflanka, a na śniadanie i kolację czarna kawa i chleb z malutkim kawałeczkiem margaryny.

Później dali mnie na oddział zakaźny bo Niemka odmówiła tam pracy. Na tym oddziale mówiono , że był to świerzb, ale faktycznie były to wszy ponieważ ludzie żyli w skrajnie trudnych warunkach i o kąpieli nie mogło być mowy. Ja miałam pod swoim nadzorem dwa baraki gdzie donosiłam chorym wodę, jedzenie i leki. Lekarz przyjeżdżał z Wiednia.

Całe leczenie polegało na tym, że mężczyźni myli się, prali, suszyli odzienie i smarowali jakimś przypisywanym im olejem. Do pomocy miałam dwie Rosjanki które nosiły wiadra z jedzeniem, a chorzy dzielili się nim sami pomiędzy sobą.

W wielki czwartek przed Wielkanocą o piątej rano zaczął się wielki raban. Nadchodzili ruscy i trzeba było uciekać, nastąpiło gwałtowne pakowanie i pośpieszna ewakuacja do najbliższej stacji. Kiedy do niej dotarliśmy okazało się, że jest ona zbombardowana, a pociąg towarowy wywrócony. Ludzie zaczęli zabierać z tych wywróconych wagonów co się dało. Jedna Polka nabrała różnych ciuchów, a ja wzięłam parę paczek tytoniu dla swojego Bauera.

Przeszliśmy na piechotę do następnej stacji, tam podstawiono wagony towarowe i tak ruszyliśmy do Wiednia. Kiedy do niego dojeżdżaliśmy nawet nas tam nie wpuszczono bo akurat dworzec był bombardowany. Pouciekaliśmy z wagonów i schowaliśmy się pod betonowe kręgi które leżały w pobliżu. Widzieliśmy stamtąd wesołe miasteczko które było tuż koło dworca.

Po bombardowaniu podstawiono nowy pociąg i do Mauthausen przyjechałam o jedenastej w nocy. Do gospodarstwa Bauera dotarłam bardzo późno ale miałam szczęście bo wracałam ze znajomym który podprowadził mnie pod sam dom i niósł moją walizkę.

Któregoś dnia późno wieczorem, a było to po Wielkanocy usłyszałam jakieś pukanie. Wychodzę przed dom, a tu najstarszy syn Bauerów Frantz z plecakiem i karabinem stoi przed drzwiami…. . Dwa tygodnie przed zakończeniem wojny uciekł z frontu. Szybko przeszedł przez mieszkanie do swojego pokoiku i przez dwa tygodnie nikt oprócz rodziny nie wiedział, że się tam znajduje.

Amerykanie wkroczyli do nas 5 maja i w tych okolicznościach dla mnie wojna została zakończona. Wróciłam do Polski pierwszym transportem wiozącym więźniów z obozu w Mauthausen który wyjeżdżał w dniu 16 czerwca 1945 roku. Mogłam jechać do Ameryki bo miałam tam dziadka, ale bardzo tęskniłam za domem i moimi rodzicami. Najlepsze młode lata straciłam na tej zsyłce i tęskniłam za domem, dlatego chciałam jak najszybciej być wśród rodziny i swoich.

Kiedy jednak wróciłam do rodziców wszystko było zniszczone, ponieważ w czasie wojny trzykrotnie ich przesiedlano i faktycznie nie było gdzie się zatrzymać. Panował wtedy taki „bum” na wyjazdy „na zachód” w rejon Zielonej Góry. Wielu znajomych namawiało rodziców aby tak uczynili.

Koledzy mojego Ojca załatwili dla nas nawet mieszkanie w Zielonej Górze i nadszedł taki dzień w końcu października, że w trójkę to znaczy Ojciec, moja siostra i ja wyruszyliśmy do tej „ziemi obiecanej” czyli na „zachód”.

Nie dojechaliśmy jednak do Zielonej Góry ponieważ czasy były niepewne i chodziły pogłoski, że granica będzie na Odrze, dlatego też postanowiliśmy wysiąść w Pomorsku. W podjęciu tej decyzji pomogło stanowisko Matki która mówiła, że ma dość miasta, że w czasie wojny było w nim niezwykle ciężko przeżyć, a na wsi jest zawsze lżej. Weźmiemy gospodarkę i będziemy niezależni.

Ojcu nie bardzo to się uśmiechało, a to pewnie z tej przyczyny, że na gospodarowaniu nie bardzo się znał, w każdym bądź razie wysiedliśmy zupełnie „w ciemno” w Pomorsku i poszliśmy szukać szczęścia… .

W Brodach mieliśmy znajomego wójta który przyjął nas bardzo ciepło i serdecznie, poczęstował obiadem i zaproponował osiedlenie się w Małym Kwiatowcu czyli dzisiejszych Bródkach, ponieważ Brody które z kolei nazywały się Dużym Kwiatowcem przeznaczone były dla osadników wojskowych.

W czasie tego obiadu był obecny urzędnik z Krosna Odrzańskiego, którego po charakterystycznym „łagrowym” obcięciu włosów rozpoznałam jako więźnia któregoś z obozów koncentracyjnych. Podzieliłam się swoimi spostrzeżeniami które okazały się być bardzo trafne, co z kolei stworzyło jeszcze bardziej miłą i ciepłą atmosferę tej wizyty.

Urzędnik zaproponował abyśmy wybrali sobie dowolne gospodarstwo w Bródkach i zgłosili się do urzędu powiatowego w Krośnie Odrzańskim celem dopełnienia wszystkich formalności.

W ten sposób trafiliśmy do Małego Kwiatowca i wybraliśmy wysoki drugi dom po lewej stronie przy wjeździe od strony Brodów w którym przed wojną była restauracja. Na piętrze mieszkała tam jeszcze jakaś Niemka, a na dole kilku Polaków w tym milicjant z poznańskiego który dojeżdżał do posterunku w Brodach. Ojciec zostawił nas tam i wrócił po Mamę.

Jesień była ciepła ale bardzo deszczowa, wcześnie zapadał zmrok i było bardzo ciemno, nie świeciły się żadne światła bo nie było prądu. Wieczorami paliłyśmy jakieś poniemieckie znicze i miałyśmy z siostrą niezłego stracha, bo spałyśmy same w pokoju na dole.

Tuż przed Świętem Zmarłych ktoś przyszedł nas straszyć i zaczął szurać jakąś gałęzią po oknach. Wyskoczyłyśmy przerażone z łóżek i w samych tylko koszulach pędem przez korytarz do milicjanta Antka po ratunek. Ten złapał swój karabin i jak dał serię to do dzisiaj są ślady w szczycie sąsiedniego domu, takie to były początki… .

Wkrótce wrócił Ojciec z Mamą i zaczęliśmy gospodarowanie. Po pewnym czasie wyszłam za mąż i założyłam własną rodzinę. Wzięliśmy z mężem oddzielną gospodarkę i zaczęliśmy urządzać się „na swoim”, a siostra i brat również się usamodzielnili.

Po pewnym czasie wróciliśmy jednak do domu rodziców bo zaszła konieczność opiekowania się nimi na stare lata, w ten sposób musieliśmy obrabiać dwie gospodarki. Ziemia rodziców była bardzo dobra, a ta która dostał mąż raczej słaba. W każdym bądź razie jakoś to wszystko godziliśmy.

Mijały lata, wychowałam swoje dzieci, moi rodzice poumierali, a mąż zaczął chorować. Musieliśmy zdać gospodarkę razem z domem bo taka była ustawa i przeprowadziliśmy się do innej miejscowości.

Wspominam nieraz stare czasy i trudną młodość z której na całe życie pozostała mi nerwica i dziesięć euro miesięcznie austriackiego odszkodowania za pracę przymusową, z którego po odliczeniu wszystkich obowiązujących kosztów bankowych i potrąceń pozostaje mi do dyspozycji cztery euro na miesiąc…. .

Z pogodą ducha znoszę to wszystko ciesząc się, że nowe powojenne pokolenia nie musiały przeżywać koszmaru wojny i często tego nie doceniając, mogą cieszyć się pokojem i wolnością, czego ja niestety w swojej młodości nie doświadczyłam…

Wspomnienia udostępnione dzięki życzliwości autora Cezarego Wocha

(opublikowane na sycowice.net oraz w książce autorstwa Cezarego Wocha Drogi do domu)

Sie 312014
 
Wacława Dobroczyńska

Władysława Dobroczyńska

Punktualnie o godzinie 12 tej i o godzinie 19 tej wtedy kiedy schodziliśmy z pola, rozlegały się eksplozje w kamieniołomach. Niemcy wysadzali kolejne granitowe bloki które były następnie obrabiane przez więźniów. W każdym gospodarstwie widać było ślady ich katorżniczej pracy, były to między innymi krawężniki, baseny, zbiorniki na wodę.

Na terenie obozu funkcjonował też młyn mielący granitowe odpady z przeznaczeniem na materiały budowlane. Na dno kamieniołomu schodzono po 183 czy 186 stopniach schodów.

Obóz ze wszystkich stron był pilnie strzeżony i otoczony zasiekami z drutu kolczastego na którym widniały tabliczki z napisem „Halt”. Przekroczenie tych drutów z ostrzegającymi napisami było równoznaczne z zastrzeleniem. Wzdłuż całego ogrodzenia bardzo gęsto rozlokowano wieżyczki strażnicze pilnowane przez SS-manów z psami.

Może to być zaskakujące, ale przez środek obozu przechodziła droga która istniała już przed wojną i którą mieszkańcy naszej wsi mogli przechodzić skracając sobie znacznie podróż do Mauthausen. Teren tam górzysty i idąc naokoło i omijając obóz, należało nadłożyć co najmniej z pięć kilometrów, a przez obóz było bliziutko.

Wyglądało to tak, że przy wejściu do obozu była strażnica w której przebywali SS-mani z psami. Należało podejść w pobliże tej strażnicy i zatrzymać się, wychodził wtedy SS-man z karabinem i przeprowadzał zainteresowane osoby przez cały obóz. Z tego przejścia korzystali głównie miejscowi rolnicy.

Nie wolno było jednak odzywać się i przejawiać zbytniego zainteresowania tym co się tam dzieje. Przechodząc przez obóz widziałam pracujących więźniów ubranych w pasiaki i okrągłe czapki. Wielokrotnie słyszałam polską mowę, słyszałam też rozmowy Hiszpanów których było tu bardzo wielu.

Ja nie nosiłam żadnego oznakowania, zawsze byłam ładnie i czysto ubrana, włosy uczesane, a w razie czego po niemiecku też potrafiłam zagadać to wielokrotnie z tego przejścia korzystałam, bo kto by tam poznał, że jestem Polką? Natomiast Rosjanie czy Polacy ze wschodu byliby rozpoznani natychmiast… .

Z czasem obóz w Mauthausen powiększono o usytuowany w odległości 4,5 km podobóz Gusen zlokalizowany przy zakładach zbrojeniowych. Następnie założono podobóz Gusen II, a nawet Gusen III położony w Lungitz. Obozy te połączone były wspólną administracją i kierownictwem. Wtedy kiedy tam byłam nie miałam o tym żadnej wiedzy, bo wszystko było pilnie strzeżone.

Po wojnie dowiedziałam się, że z niewolniczej pracy więźniów korzystało wiele niemieckich i austriackich firm zbrojeniowych takich jak: Messerschmitt, Heinkel, Bayer, Steyr i inne. W końcówce wojny system obozów koncentracyjnych Mauthausen-Gusen liczył 56 podobozów które były najcięższymi obozami III Rzeszy.

Od samego początku mojego pobytu, nad Mauthausen unosiły się dymy z dwóch krematoriów. W Gusen krematorium nie było, ale stamtąd dowożono ciała do spalenia. Bywało też tak, że wieziono żywych ludzi i po drodze gazowano ich samochodowymi spalinami, a po przybyciu na miejsce nikt już nie żył i byli „gotowi” do spalenia.

Kiedy weszli Amerykanie udałam się do obozu i widziałam cały bezmiar skrywanego tam okrucieństwa. Widziałam rozpalane do temperatury 1200 st. C piece krematoryjne, komorę do gazowania ludzi, stanowisko pseudo lekarzy którzy przed zagazowaniem sprawdzali czy więźniowie przeznaczeni do spalenia mają złote zęby.

Jeśli mieli, malowali im na piersiach czerwony krzyżyk po to, aby po zagazowaniu jak najszybciej ich odszukać i wyrwać zęby pokryte złotem. W komorach w których gazowano ludzi upychano ich tak ciasno, że umierali stojąc.

W piecach krematoryjnych palono po dwie osoby naraz jeśli były mocno wycieńczone, jeśli zdarzali się ludzie większych rozmiarów to pojedynczo. Po obozie oprowadzał mnie jakiś Bułgar który przeżył ten koszmar.

Zaprowadził mnie również do „biur” obozu gdzie „pracował” między innymi komendant i jego żona. W jednym z gabinetów leżało ogromne czarne psisko i stała lampa z wielkim abażurem zrobionym z ludzkiej skóry! Jezu, co oni tam z ludźmi wyprawiali, co oni wyprawiali, niech Bóg broni… .!

Siostra mojej Bauerki miała pole pod samym obozem, a nawet część jej gruntu zabrano pod obóz. Od tej strony były miejsca do suszenia bielizny i kojce owczarków niemieckich których mieli tam całą armię. Zajmowali się nimi specjalnie wyszkoleni SS-mani.

Kiedyś siostra ta przyszła do nas i poprosiła żeby Władek przez cały tydzień popracował u niej i między innymi aby zaorał to pole położone na granicy obozu. Moja Bauerka oczywiście wyraziła zgodę i w najbliższą sobotę wysłała tam Władka.

Po tygodniu Władek wrócił i w tajemnicy zaproponował mi abyśmy przeszli się pod sam obóz w rejon pola które orał, bo dzieją się tam jakieś dziwne rzeczy. Mówił, że co chwilę podjeżdżają tam ciężarowe samochody i przy okrzykach huu ruk, huuu ruk, coś jest z nich wyrzucane do jakichś dołów, później sypany jest tam biały proszek… .

Z perspektywy minionego czasu oceniam, że oboje wykazaliśmy się daleko idącą lekkomyślnością, bo wycieczka ta mogła się skończyć dla nas po prostu zastrzeleniem przez SS-mana który wraz ze swoim szatanem-psem dyżurował na wieżyczce strażniczej.

Kiedy podeszliśmy bliżej zauważyłam trzy potężne doły-mogiły w których pod plandekami w pięciu rzędach „schodami” układano ludzi. Jedna plandeka była nieco rozchylona i z przerażeniem zauważyłam rękę i głowę człowieka.

W jednym dole mieściło się podobno około dwóch tysięcy ciał. Pierwszy dół był wypełniony ludźmi całkowicie, drugi w połowie, a trzeci był zaczęty. Po powrocie do domu straszne krzyczałam z przerażenia i bezsilności, a bauer krzyczał znowu na Władka, że mnie tam zaprowadził i wszyscy za to możemy źle skończyć łącznie z nimi…!

Nie wszyscy Austriacy kochali Hitlera. W każdym domu obowiązkowo musiał jednak na widocznym miejscu wisieć jego portret. Kiedy 5 maja wkroczyli do nas Amerykanie portret zniknął… . Zapytałam Bauera co się stało z Hitlerem, a Bauer wskazał mi palcem, że leży tam pod piecem gdzie jest jego miejsce i zaraz kazał mi wywiesić białą flagę…

Pod koniec wojny zabrakło koksu do krematoriów i na placach wewnątrz obozu leżały stosy trupów. Po wejściu Amerykanów naliczono ich tam podobno 17 tysięcy, to możemy sobie wyobrazić ilu spalono tam ludzi i ile ludzkich istnień uśmiercono. Amerykanie na boisku sportowym gdzie SS-mani grali w piłkę, czołgami wyryli potężne doły i pochowali tam te trupy z placu apelowego.

Mój Bauer miał obowiązek dostarczania do obozu pięciu wozów pszennej słomy która pewnie służyła do wykładania prycz do spania. Oprócz tego musiał dostarczać mleko, jaja i inne spożywcze produkty. Ja co miesiąc robiłam takie rozliczenie do gminy z ilości dostarczonych do obozu produktów.

Pakując na wozy słomę zawsze wsypywaliśmy tam parę koszyków gruszek czy jabłek. Władek jadąc do obozu wieszał na kłonicy swoją kurtkę do której w kieszenie wtykaliśmy pajdy chleba, a więźniowie którzy szybko zorientowali się o co chodzi , w czasie rozładunku mieli okazję pojeść sobie chociaż trochę owoców i tego chleba.

Władek kiedy dojeżdżał do obozu, pozostawał na strażnicy, a SS-man brał konie i wwoził słomę do wewnątrz. Pewnego razu kiedy SS-man wrócił z pustym wozem zaczął okropnie bić Władka krzycząc, że w kurtce był chleb dla więźniów! Władek z kolei udawał głupiego, że Bauerka dała mu właśnie śniadanie i teraz będzie chodził głodny… . Jakoś mu to uszło na sucho, ale zapowiedział Bauerowi, że więcej do obozu nie pojedzie i od tego czasu wysyłali tam Serba.

Władek opowiadał mi, że w styczniu 1945 roku kiedy byłam na kopaniu okopów pod węgierską granicą, przywieziono do Mauthausen kilka tysięcy rosyjskich jeńców wojennych. Na „powitanie” zrobiono im na placu apelowym zimną kąpiel, to znaczy polewano tych nieszczęśników zimną wodą która natychmiast na nich zamarzała.

Ludzie marli jak muchy i kiedy z kilku tysięcy pozostało około ośmiuset, zdesperowani żołnierze widząc, że nadeszła dla nich godzina ostatnia, rzucili się na druty ogrodzenia narzucając na niego swoje odzienie. Wielu uciekło, ale wielu zostało zastrzelonych lub wyłapanych przez SS-manow z których każdy miał bardzo dobrze wyszkolonego i agresywnego owczarka niemieckiego.

Po wojnie dowiedziałam się z gazety, że jednego Rosjanina przechował znany mi Edek który służył w sąsiedniej miejscowości. Znałam go bo nieraz bywał u nas, grał trochę na harmonii i był lekko garbaty. Rosjanin poszukiwał go po wojnie pisząc o tym w gazetach, ale nie wiem czy te poszukiwania zakończyły się szczęśliwie.

Wspomnienia udostępnione dzięki życzliwości autora Cezarego Wocha

(opublikowane na sycowice.net oraz w książce autorstwa Cezarego Wocha Drogi do domu)

Sie 242014
 
Rodzina „moich” Bauerów

Rodzina „moich” Bauerów

Bauer był inwalidą ze sztywna nogą, a miał tą „pamiątkę” I Wojny Światowej. Do moich obowiązków należało zakładanie mu butów, bo sam nie mógł sobie z tym poradzić. Jak byłam na niego zła to jak najszybciej wychodziłam w pole aby mu tych butów nie zakładać. On z czasem zorientował się o co chodzi i odgrażał się „żebym uważała…”.

Oboje byli wyznania rzymsko-katolickiego i szczególnie Bauerka była bardzo religijna. Codziennie rano chodziła do kościoła, ale zawsze pamiętała o przygotowaniu dla służby śniadania. Pamiętam, że na Boże Ciało musiałam obrazami i kwiatami dekorować okna, bo ulicą miała iść procesja. Nam nie wolno było chodzić do kościoła, ale ja i tak chodziłam wślizgując się na chór… . Chodziłam również z moją koleżanką na nabożeństwa majowe na godzinę dziewiątą wieczorem…. .

Bauer nieraz mówił do żony aby została w domu ale ona odpowiadała, że musi się modlić aby jej obaj synowie wrócili z wojny, a robota w tym czasie nie jest najważniejsza. Ta jej wiara i żarliwe modlitwy musiały zostać wysłuchane, bo obaj synowie z wojny szczęśliwie powrócili.

Jeden z nich był z rocznika 1919 i przed wojną przez trzy lata studiował medycynę. W czasie wojny służył w stopniu kapitana, a po wojnie został profesorem i wykładał na uczelni w Linzu. Młodszy syn z mojego rocznika, po skończeniu 18 lat został powołany do wojska i był czołgistą.

Nie wszyscy jednak mieli tyle szczęścia. Syn brata Bauerki zginał w Warszawie, najstarszy brat mojego Bauera który miał bardzo duże gospodarstwo, przed wojną był wójtem i sołtysem. Jak Hitler zajął Austrię wsadzili go do więzienia, a po wyjściu z niego człowiek ten zmarł. Miał dwóch synów z których jeden uczył się na inżyniera, a drugi miał pozostać na gospodarce. Obaj zginęli w Rosji

Starszy syn Bauerów służył najpierw we Francji, później przerzucili go na front wschodni. Tam pod Orłem ruscy dali im takiego łupnia, że ratując życie całą pięcioosobową załogą uciekli z czołgu i schronili się u jakiejś Rosjanki.

Tam namierzyli ich sowieci ale kiedy zbliżali się do domu gdzie przebywali, Rosjanka ostrzegła ich o tym. Sama wyszła do szukających ich żołnierzy, a oni przedostali się w tym czasie na strych, wyjęli kawałek strzechy i z drugiej strony domu uciekli do lasu. W ten sposób dotarli do swoich.

W czasie tej dramatycznej ucieczki pozdejmowali mundury, ale poodmrażali ręce i nogi. Kiedy po różnych przygodach jako „cywile” dotarli do Warszawy syn moich Bauerów miał na jednej nodze walonka na drugiej gumowca, a zamiast spodni nosił tylko kalesony.

Mówił , że polskie kobiety śmiały się z nich nie wiedząc, że są Niemcami. Przez miesiąc leżał w niemieckim szpitalu w Warszawie, a później w Wiedniu. Po wyjściu ze szpitala dostał miesiąc urlopu i wtedy przebywał w domu, później dali go na Grecję.

Kiedy zabrakło młodszego syna Bauerów, przeniesiono mnie od pracy przy świniach do pomocy w kuchni i „na posyłki”, czyli do załatwiania różnych spraw. Być może dlatego, że dość szybko nauczyłam się po niemiecku i potrafiłam dość swobodnie rozmawiać.

Miałam już pewne „podstawy” ponieważ jak tylko w 1939 roku weszli Niemcy to moi bracia musieli chodzić do szkoły i uczyć się niemieckiego języka. Kiedy przychodzili do domu powtarzali słówka, a ja razem z nimi to teraz było mi już znacznie łatwiej.

Po tej zmianie miałam o wiele lepiej, bo nie musiałam już dźwigać tych ciężkich kubłów z karmą. Załatwiając poza gospodarstwem różne sprawy pomimo, że praca była od godziny piątej do dziewiętnastej, mogłam chociaż wtedy trochę odpocząć.

Wykonując różne polecenia moich gospodarzy swobodnie poruszałam się po okolicy, jeździłam rowerem, pociągiem, byłam w cyrku i w kinie. Rowerami nie wolno było jeździć Polakom, ale ja w razie czego tłumaczyłam, że Bauer kazał mi wziąć rower żeby szybko załatwić sprawę, bo robota czeka w polu… .

Kiedyś kiedy jechałam na rowerze złapał mnie w Mauthausen żandarm i zażądał 5 marek grzywny. Odpowiedziałam mu, że nie mam żadnych pieniędzy i muszę szybko wracać do domu bo Bauer będzie na mnie krzyczał, że się gdzieś włóczę zamiast pracować… . Wtedy żandarm powiedział : no to jedź sobie… .

Gospodarze płacili mi 19 marek na miesiąc, służąca Niemka dostawała 40 marek, a Władek pracujący przy koniach 22 marki. On był z 26 rocznika czyli dwa lata młodszy ode mnie ale ja pisałam mu listy do domu, pamiętam jak dziś: nazywał się Władysław Graca wieś Kosowa, poczta Brzeźnica. Wieś ta leżała niedaleko Wadowic, a jego ojciec przed wojną był wojskowym.

W okolicy Mauthausen obowiązywał ciekawy zwyczaj gotowania takich samych potraw w tym samym dniu. Na przykład w poniedziałek we wszystkich domach gotowano knedle, we wtorek było danie mięsne, we środę zupa, w czwartek i w niedzielę znowu dania mięsne. Czyli trzy razy w tygodniu dania mięsne, a w pozostałe dni jakieś zupy czy knedle i we wszystkich domach to samo…. .

W gospodarstwie było bardzo dużo sadów z których owoce przerabiano na przechowywany w beczkach moszcz będący bardzo dobrym i zdrowym napojem. Nie było zwyczaju picia zwykłej surowej wody, a nawet było to nie do pomyślenia.

Na śniadanie była zupa mleczna, czarna kawa, „szpek” i dowolna ilość chleba, kolacja o dwudziestej. Co jak co, ale głodu to ja tam nie zaznałam. Brakowało mi tylko ubiorów, bo sukienki darły się szybko, a buty miałam tylko jedne. Jak przemokły jednego dnia wieczorem to na drugi dzień takie mokre trzeba było założyć.

Były ogromne kłopoty z zaopatrzeniem się w ubrania. Sukienki i pończochy darły się szybko, a obowiązujący przydział na materiały był bardzo skromny. Moja Matka przysyłała mi paczki i ratowała jak mogła i to mi bardzo pomagało. Miedzy innymi przysłała mi bardzo dobre skórzane buty z cholewkami które były dla mnie bezcenne.

Jedna zaprzyjaźniona Niemka, żona rymarza który dostawał przydział wełny do wypełniania chomąt „załatwiła” mi kilogram tej wełny z której na drutach zrobiłam sobie ciepłe skarpety. Austriacy byli w podobnej sytuacji i co z tego, że mieli marki kiedy nie było co gdzie kupić.

Moja Bauerka miała kawał płótna własnej roboty, to farbowała go na czarno, a ja jej szyłam bluzki i spódnice. W pokojach nie było ogrzewania i zawsze tam marzłam, ale taki był sposób budowania tamtejszych domów.

Jak już wspomniałam gospodarstwo leżało w pobliżu Mauthausen. Z biegiem czasu coraz więcej informacji docierało do nas z obozu koncentracyjnego położonego na jego skraju.

Wspomnienia udostępnione dzięki życzliwości autora Cezarego Wocha

(opublikowane na sycowice.net oraz w książce autorstwa Cezarego Wocha Drogi do domu)

 

Sie 102014
 
Wacława Dobroczyńska

Władysława Dobroczyńska

Niech Pan nie wierzy w „braterstwo” z Niemcami, oni zawsze byli dla nas katami, od wieków nas gnębili i wykorzystywali… . Co oni z ludźmi wyprawiali, co oni wyprawiali… Widział Pan abażur z ludzkiej skóry…? Boże zmiłuj się, to nie jest nawet do pomyślenia… Połowa sierpnia 2011 roku. Nietkowice.

Nazywam się Władysława Dobroczyńska i urodziłam się 14 kwietnia 1924 roku we wsi Pilich w gminie Skulsk w powiecie konińskim. Miejscowość ta obecnie położona jest na terenie województwa poznańskiego, trzy kilometry od Gopła i 20 kilometrów od Kruszwicy, a do Konina około 33 km.

Mój Ojciec urodził się pod zaborem rosyjskim koło Łodzi. Dziadowie posiadający majątek ziemski w zaborze pruskim uciekli z niego w 1863 roku ponieważ przechowywali powstańców i prusacy odkryli magazyn broni zgromadzony w ich studni.

Mając 14 lat ukończyłam siedmioklasową szkołę podstawową im. Henryka Dąbrowskiego w Skulsku. Ojciec pracował przez pewien czas w gminie, nawet nazywali Go „pisarkiem”, później zajął się handlem, a uzyskiwane przez Niego dochody w zupełności wystarczały nam na przyzwoite życie. Miałam troje rodzeństwa, starszą siostrę rocznik dwudziesty i dwóch młodszych braci: Marcelego rocznik 1927 i Lucjana rocznik 1929.

Kiedy w roku 1939 weszli Niemcy zaczęły się nowe porządki. Zaczęli wysiedlać Polaków i na to miejsce wprowadzać Niemców. Młodzież masowo wywozili na roboty do Rzeszy, najpierw jednak zrobili „porządek” z Żydami którzy stanowili co najmniej połowę mieszkańców miasteczka.

Skulsk był starą miejscowością pamiętającą jeszcze czasy Chrobrego co zapisane zostało w starych kronikach. Jego losy były różne, ponieważ raz posiadał prawa miejskie raz je tracił, w każdym bądź razie był miasteczkiem trochę przypominającym Czerwieńsk, ale lepiej zorganizowanym.

Był tam urząd gminy, lekarz, apteka, szkoła, poczta, trzech listonoszy, posterunek policji którym kierował przodownik, był nawet areszt., cztery rzeźnie, pięć sklepów, pięć piekarni, restauracja, remiza strażacka, duży kościół i cmentarz.

Mnie wywieźli w sierpniu 1940 roku na roboty do Austrii. Wielu znajomych zapytuje jak do tego doszło? Otóż w bardzo prosty sposób, Niemcy po prostu chodzili od domu do domu, od mieszkania do mieszkania i zabierali ludzi według własnego uznania.

Oni stanowili wtedy siłę i „prawo”, a wszelki opór zastraszonych cywilów byłby bezskuteczny. Moją siostrę wywieźli już w październiku czy listopadzie 1939 roku gdzie pracowała w zakładach zbrojeniowych.

Dostarczali ludzi furmankami do Konina, a tam umieszczano ich w wojskowych koszarach. Kiedy skompletowano transport, ładowano do pociągu i rozpoczynała się podróż na zachód. Jechaliśmy przez Poznań, Sulechów, Gubin. W Gubinie jest identyczna stacja kolejowa jak w Czerwieńsku, nawet posiada taki sam „wodociąg” z którego nabieraliśmy wodę.

Bardzo dobrze pamiętam, że byliśmy tam o wpół do dziesiątej wieczorem, a o siódmej rano już w Wiedniu. Tam przed „komisją” złożoną z samych SS-manów zrobiono nam upokarzającą „selekcję” która polegała na tym, że kazano nam rozebrać się do naga i ubranie oddać do dezynfekcji.

Bardzo się wstydziłam, bo szokującym dla mnie był widok tylu nagich starszych i młodych kobiet, a nawet prawie dzieci. Następnie SS-mani oglądali każdą z nas obracając szpicrutą w dowolna stronę. Zwracali uwagę na włosy, wygląd, stan zdrowia i według sobie tylko znanych „kryteriów” przydzielali do różnych grup.

Nasze rzeczy to znaczy ubrania i walizki były w tym czasie „dezynfekowane”. Zabieg ten był z pewnością wykonywany przy zastosowaniu jakichś środków chemicznych w wysokiej temperaturze, bo kiedy każdej z nas oddano nasze własne ubrania, były bardzo gorące i niesamowicie śmierdziały chemikaliami które nas wprost dusiły.

Następnie uformowano nas w kolumny i porozsyłano w różne miejsca. W ten sposób trafiłam do gospodarstwa rolnego położonego tuż pod Mauthausen, malowniczo położonego nad Dunajem.

Wtedy nie wiedziałam jeszcze jaką straszną tajemnicę skrywa to miasto, a właściwie największe w Austrii kamieniołomy granitu położone u jego podnóża. Nie wiedziałam wówczas, że utworzony tam obóz koncentracyjny był miejscem kaźni polskiej inteligencji.

Miałam wtedy siedemnaście lat i powierzono mi w gospodarstwie obowiązek karmienia świń i prace w polu. Przede mną świnie obrządzał młodszy syn Bauerów Willy którego powołano do wojska. Praca była ciężka, ale dawałam sobie radę, a właściwie musiałam sobie dawać radę, bo z takimi którzy byli niepotrzebni mogły się dziać różne rzeczy.

Prace w polu wypełniały cały dzień chyba, że padał deszcz. Niedziela była chwilą wytchnienia od tych codziennych czynności, ale wtedy trzeba było coś sobie uprać, posprzątać, zacerować, zrobić zakupy czy napisać list. Najważniejszym zakupem był papier listowy, koperty i atrament.

Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy poszłam do sklepiku który prowadziły dwie starsze przyjemne kobiety, nie wiedziałam jak tu powiedzieć, że potrzebna jest mi stalówka, papier czy koperty. W końcu jakoś sobie poradziłam, ale zupełnie nie wiedziałam jak nazywa się atrament. Kobieciny starały się jak mogły żeby mi pomóc, ale nic z tego nie wychodziło, wreszcie wpadłam na pomysł, że atrament to „szwarce wesser” i to rozwiązało sprawę… .

Gospodarstwo liczyło 60 hektarów, dziesięć sztuk krów mlecznych, buhaja i trochę cieląt, razem 15-16 sztuk bydła, 30-35 sztuk świń. Trzy świnie były schowane i karmione ekstra z przeznaczeniem na ubój poza obowiązującym limitem.

Wtedy kiedy ubijano te „nielegalne” świnie, Bauer zawsze wysyłał pracującą w gospodarstwie Niemkę w pole, aby czasem gdzieś o tym nie doniosła… . Niemka od czterdziestu lat pracowała u Bauerów i oprócz prac w polu zajmowała się głównie krowami.

Jako siłę pociągową gospodarstwo posiadało dwa konie i traktor. Końmi zajmował się Władek który trafił tu już kilka miesięcy przede mną. Oprócz nich służyła jeszcze bardzo wredna Ukrainka która cały czas mówiła, że Polaków to trzeba tylko rezać i rezać… . Miałam z nią wiele kłopotu bo nagminnie kradła mi wszystko co tylko się dało, a szczególnie odzież.

Bauerka była dla mnie bardzo dobra prawie jak matka, natomiast Bauer niekoniecznie. Potrafił być złośliwy i niesprawiedliwy, często wtedy z opresji ratowała mnie właśnie jego żona. Serbowie których we wsi było osiemdziesięciu dostawali paczki z Czerwonego Krzyża, co miesiąc 5 kilogramów w których była czekolada, masło w puszkach, papierosy, kasza, oliwa, mydło itp. Ja z kolei miałam siostrę której chciałam pomóc ponieważ narzekała na bardzo trudne warunki życia i po prostu głód.

Dla Serbów wykonywałam drobne usługi takie jak szycie, obszywanie koszul czy cerowanie długich wełnianych skarpet bo to byli Czarnogórcy, a w zamian za to dostawałam od nich to co ono otrzymywali w paczkach. Pamiętam amerykańskie mydło „zielony łabędź” które bardzo ładnie pachniało.

W ten sposób skompletowałam pierwszą paczkę którą wysłałam siostrze. Paczka ku wielkiemu jej zadowoleniu doszła i postanowiłam wysłać jej drugą. Kiedy miałam już ją prawie skompletowaną, udało mi się dostać w miejscowym sklepie kilogram kaszki poza obowiązującym przydziałem kartkowym.

Kiedy wstałam rano zauważyłam, że paczka jest rozpakowana, a mój Bauer wrzeszczy, że ukradłam kaszkę i wyśle mnie za to do łagru… . W mojej obronie stanęła Bauerka która powiedziała mężowi, że jest zwykłą świnią skoro posądza mnie o kradzież, ponieważ ja tą kaszkę kupiłam i nie ma powodów aby mi nie wierzyć.

Ja z kolei rozpłakałam się i powiedziałam, że już nic nie chcę z tej paczki i mu ją zostawiam. Ile ja się musiałam napracować, ile skarpet nacerować aby tą paczkę skompletować. Szkoda mi było bardzo i produktów i mojej głodującej siostry, ale mówi się trudno… .

Wspomnienia udostępnione dzięki życzliwości autora Cezarego Wocha

(opublikowane na sycowice.net oraz w książce autorstwa Cezarego Wocha Drogi do domu)

Sie 042014
 
Wacława Dobroczyńska

Wacława Dobroczyńska

Obóz ze wszystkich stron był pilnie strzeżony i otoczony zasiekami z drutu kolczastego na którym widniały tabliczki z napisem „Halt”. Przekroczenie tych drutów z ostrzegającymi napisami było równoznaczne z zastrzeleniem. Wzdłuż całego ogrodzenia bardzo gęsto rozlokowano wieżyczki strażnicze pilnowane przez SS-manów z psami.

Może to być zaskakujące, ale przez środek obozu przechodziła droga która istniała już przed wojną i którą mieszkańcy naszej wsi mogli przechodzić skracając sobie znacznie podróż do Mauthausen. Teren tam górzysty i idąc naokoło i omijając obóz, należało nadłożyć co najmniej z pięć kilometrów, a przez obóz było bliziutko.

Wyglądało to tak, że przy wejściu do obozu była strażnica w której przebywali SS-mani z psami. Należało podejść w pobliże tej strażnicy i zatrzymać się, wychodził wtedy SS-man z karabinem i przeprowadzał zainteresowane osoby przez cały obóz. Z tego przejścia korzystali głównie miejscowi rolnicy.

Nie wolno było jednak odzywać się i przejawiać zbytniego zainteresowania tym co się tam dzieje. Przechodząc przez obóz widziałam pracujących więźniów ubranych w pasiaki i okrągłe czapki. Wielokrotnie słyszałam polską mowę, słyszałam też rozmowy Hiszpanów których było tu bardzo wielu.

Ja nie nosiłam żadnego oznakowania, zawsze byłam ładnie i czysto ubrana, włosy uczesane, a w razie czego po niemiecku też potrafiłam zagadać to wielokrotnie z tego przejścia korzystałam, bo kto by tam poznał, że jestem Polką? Natomiast Rosjanie czy Polacy ze wschodu byliby rozpoznani natychmiast… .

Z czasem obóz w Mauthausen powiększono o usytuowany w odległości 4,5 km podobóz Gusen zlokalizowany przy zakładach zbrojeniowych. Następnie założono podobóz Gusen II, a nawet Gusen III położony w Lungitz. Obozy te połączone były wspólną administracją i kierownictwem. Wtedy kiedy tam byłam nie miałam o tym żadnej wiedzy, bo wszystko było pilnie strzeżone.

Po wojnie dowiedziałam się, że z niewolniczej pracy więźniów korzystało wiele niemieckich i austriackich firm zbrojeniowych takich jak: Messerschmitt, Heinkel, Bayer, Steyr i inne. W końcówce wojny system obozów koncentracyjnych Mauthausen-Gusen liczył 56 podobozów które były najcięższymi obozami III Rzeszy.

Od samego początku mojego pobytu, nad Mauthausen unosiły się dymy z dwóch krematoriów. W Gusen krematorium nie było, ale stamtąd dowożono ciała do spalenia. Bywało też tak, że wieziono żywych ludzi i po drodze gazowano ich samochodowymi spalinami, a po przybyciu na miejsce nikt już nie żył i byli „gotowi” do spalenia.

Kiedy weszli Amerykanie udałam się do obozu i widziałam cały bezmiar skrywanego tam okrucieństwa. Widziałam rozpalane do temperatury 1200 st. C piece krematoryjne, komorę do gazowania ludzi, stanowisko pseudo lekarzy którzy przed zagazowaniem sprawdzali czy więźniowie przeznaczeni do spalenia mają złote zęby.

Jeśli mieli, malowali im na piersiach czerwony krzyżyk po to, aby po zagazowaniu jak najszybciej ich odszukać i wyrwać zęby pokryte złotem. W komorach w których gazowano ludzi upychano ich tak ciasno, że umierali stojąc.

W piecach krematoryjnych palono po dwie osoby naraz jeśli były mocno wycieńczone, jeśli zdarzali się ludzie większych rozmiarów to pojedynczo. Po obozie oprowadzał mnie jakiś Bułgar który przeżył ten koszmar.

Zaprowadził mnie również do „biur” obozu gdzie „pracował” między innymi komendant i jego żona. W jednym z gabinetów leżało ogromne czarne psisko i stała lampa z wielkim abażurem zrobionym z ludzkiej skóry! Jezu, co oni tam z ludźmi wyprawiali, co oni wyprawiali, niech Bóg broni… .!

Siostra mojej Bauerki miała pole pod samym obozem, a nawet część jej gruntu zabrano pod obóz. Od tej strony były miejsca do suszenia bielizny i kojce owczarków niemieckich których mieli tam całą armię. Zajmowali się nimi specjalnie wyszkoleni SS-mani.

Kiedyś siostra ta przyszła do nas i poprosiła żeby Władek przez cały tydzień popracował u niej i między innymi aby zaorał to pole położone na granicy obozu. Moja Bauerka oczywiście wyraziła zgodę i w najbliższą sobotę wysłała tam Władka.

Po tygodniu Władek wrócił i w tajemnicy zaproponował mi abyśmy przeszli się pod sam obóz w rejon pola które orał, bo dzieją się tam jakieś dziwne rzeczy. Mówił, że co chwilę podjeżdżają tam ciężarowe samochody i przy okrzykach huu ruk, huuu ruk, coś jest z nich wyrzucane do jakichś dołów, później sypany jest tam biały proszek… .

Z perspektywy minionego czasu oceniam, że oboje wykazaliśmy się daleko idącą lekkomyślnością, bo wycieczka ta mogła się skończyć dla nas po prostu zastrzeleniem przez SS-mana który wraz ze swoim szatanem-psem dyżurował na wieżyczce strażniczej.

Kiedy podeszliśmy bliżej zauważyłam trzy potężne doły-mogiły w których pod plandekami w pięciu rzędach „schodami” układano ludzi. Jedna plandeka była nieco rozchylona i z przerażeniem zauważyłam rękę i głowę człowieka.

W jednym dole mieściło się podobno około dwóch tysięcy ciał. Pierwszy dół był wypełniony ludźmi całkowicie, drugi w połowie, a trzeci był zaczęty. Po powrocie do domu straszne krzyczałam z przerażenia i bezsilności, a bauer krzyczał znowu na Władka, że mnie tam zaprowadził i wszyscy za to możemy źle skończyć łącznie z nimi…!

Nie wszyscy Austriacy kochali Hitlera. W każdym domu obowiązkowo musiał jednak na widocznym miejscu wisieć jego portret. Kiedy 5 czerwca wkroczyli do nas Amerykanie portret zniknął… . Zapytałam Bauera co się stało z Hitlerem, a Bauer wskazał mi palcem, że leży tam pod piecem gdzie jest jego miejsce i zaraz kazał mi wywiesić białą flagę…

Pod koniec wojny zabrakło koksu do krematoriów i na placach wewnątrz obozu leżały stosy trupów. Po wejściu Amerykanów naliczono ich tam podobno 17 tysięcy, to możemy sobie wyobrazić ilu spalono tam ludzi i ile ludzkich istnień uśmiercono. Amerykanie na boisku sportowym gdzie SS-mani grali w piłkę, czołgami wyryli potężne doły i pochowali tam te trupy z placu apelowego.

Mój Bauer miał obowiązek dostarczania do obozu pięciu wozów pszennej słomy która pewnie służyła do wykładania prycz do spania. Oprócz tego musiał dostarczać mleko, jaja i inne spożywcze produkty. Ja co miesiąc robiłam takie rozliczenie do gminy z ilości dostarczonych do obozu produktów.

Pakując na wozy słomę zawsze wsypywaliśmy tam parę koszyków gruszek czy jabłek. Władek jadąc do obozu wieszał na kłonicy swoją kurtkę do której w kieszenie wtykaliśmy pajdy chleba, a więźniowie którzy szybko zorientowali się o co chodzi , w czasie rozładunku mieli okazję pojeść sobie chociaż trochę owoców i tego chleba.

Władek kiedy dojeżdżał do obozu, pozostawał na strażnicy, a SS-man brał konie i wwoził słomę do wewnątrz. Pewnego razu kiedy SS-man wrócił z pustym wozem zaczął okropnie bić Władka krzycząc, że w kurtce był chleb dla więźniów! Władek z kolei udawał głupiego, że Bauerka dała mu właśnie śniadanie i teraz będzie chodził głodny… . Jakoś mu to uszło na sucho, ale zapowiedział Bauerowi, że więcej do obozu nie pojedzie i od tego czasu wysyłali tam Serba.

Władek opowiadał mi, że w styczniu 1945 roku kiedy byłam na kopaniu okopów pod węgierską granicą, przywieziono do Mauthausen kilka tysięcy rosyjskich jeńców wojennych. Na „powitanie” zrobiono im na placu apelowym zimną kąpiel, to znaczy polewano tych nieszczęśników zimną wodą która natychmiast na nich zamarzała.

Ludzie marli jak muchy i kiedy z kilku tysięcy pozostało około ośmiuset, zdesperowani żołnierze widząc, że nadeszła dla nich godzina ostatnia, rzucili się na druty ogrodzenia narzucając na niego swoje odzienie. Wielu uciekło, ale wielu zostało zastrzelonych lub wyłapanych przez SS-manow z których każdy miał bardzo dobrze wyszkolonego i agresywnego owczarka niemieckiego.

Po wojnie dowiedziałam się z gazety, że jednego Rosjanina przechował znany mi Edek który służył w sąsiedniej miejscowości. Znałam go bo nieraz bywał u nas, grał trochę na harmonii i był lekko garbaty. Rosjanin poszukiwał go po wojnie pisząc o tym w gazetach, ale nie wiem czy te poszukiwania zakończyły się szczęśliwie.

Wspomnienia udostępnione dzięki życzliwości autora Cezarego Wocha

(opublikowane na sycowice.net oraz w książce autorstwa Cezarego Wocha Drogi do domu)

Translate »