Lis 292015
 
Mikołaj Zubik

Mikołaj Zubik

Rozmawialiśmy po polsku, to przynosiło nam wielką radość, bo przypominało Ojczyznę. Każdego dnia było nas coraz więcej, rodacy przybywali z różnych stron w pojedynkę i grupami, ci którzy chcieli walczyć za Polskę. W polskiej armii!
W Riazaniu na stacji kolejowej Diwowo, gdzie zatrzymał się nasz pociąg, zobaczyliśmy ku ogromnej radości polskich żołnierzy w rogatywkach i nowych mundurach. Zrobiło się gwarno: powitania, radość, pytania o pochodzenie – „Chłopaki! Może ktoś z was jest z Białegostoku? Albo z Lublina?!” Były to bardzo radosne spotkania – po powitaniu.
Skierowano nas do obozu nowo formowanej dywizji im. Tadeusza Kościuszki. Dotarliśmy tam na drugi dzień w południe. Po obiedzie rozlokowaliśmy się w namiotach „przejściowych”. Tu spośród nas oficerowie wybierali sobie żołnierzy do poszczególnych kompanii. Ja trafiłem do drugiego batalionu, drugiej kompanii fizylierów. Dostałem umundurowanie i „pepeszę”.
O zachodzie słońca ogłoszono alarm w pełni bojowej gotowości. W jednostce pancernej zaryczały silniki czołgowe, dodawały nam one odwagi, a w boju były naszą osłoną. Po wydaniu komendy, kompania za kompanią, ruszyliśmy na południe. Na skraju lasu powitała nas dziarskim marszem dywizyjna orkiestra. Maszerowaliśmy całą noc, a o świcie zatrzymały nas strzały artylerii i karabinów maszynowych, odpowiedzieliśmy na nie zdwojonym ogniem, po godzinnej strzelaninie nieprzyjaciel wycofał się. Strat w ludziach nie było, wroga goniliśmy aż do południa. Koło południa zarządzono przerwę na odpoczynek. Kuchnia polowa wydała obiad, a śniadanie kucharze mówili, że „spisali na straty”. Wkrótce opuściliśmy nasz obóz w Siedlcach nad Oką. Tym razem już na zawsze. Podróż na front odbywaliśmy pociągami i pieszo. Nocami pokonywaliśmy 30 do 40 km, a dniami odpoczywaliśmy w lasach. W międzyczasie rozchorowałem się i miałem wysoką temperaturę. Mój kolega Józef Sypko powiadomił o tym porucznika Aleksandra Trofimowicza. Ten zabrał mnie do szpitala polowego. Po zbadaniu przez lekarza i zaaplikowaniu leków umieszczono mnie na noszach w leśnym szpitalu. Od tej pory Aleksander został moim przyjacielem, aż do ostatniego dnia pamiętnej walki pod Lenino.
W drodze na front mój przyjaciel Aleksander Trofimowicz cierpiał na bóle reumatyczne, radziliśmy mu udać się do lekarza, ponieważ bóle były tak silne, że często musieliśmy go prowadzić pod obie ręce jak małe dziecko. Aleksander nie zgadzał się na pójście do lekarza tłumacząc, że musi zemścić się na wrogu za rodzinę głodującą w oblężonym Leningradzie. Pochodził on z Leningradu, należał do grupy oficerów polskiego pochodzenia przydzielonych nam z Armii Czerwonej. Polskiego pochodzenia był również dowódca kompanii por. Siminowicz. Po przybyciu do naszej dywizji oficerowie ci bardzo intensywnie uczyli się języka polskiego. Ja w tym czasie miałem już opanowany język rosyjski, którego nauczyłem się jeszcze na Uralu. W związku z tym byłem często tłumaczem i pośrednikiem, a często nauczycielem.
Zbliżaliśmy się do frontu. Coraz częściej spotykaliśmy się ze skutkami wojny: zgliszcza, świeże mogiły. Przy szosie Smoleńsk – Warszawa zobaczyłem po raz pierwszy zabitego niemieckiego oficera. Słychać było odległe strzały armatnie. W jednej z mijanych wsi widzieliśmy jeńców faszystowskich. Trzęśli się oni z zimna, a może i ze strachu. Rosjanie wskazując na nas mówili: Wot fricy, eto Polaki, oni wam toże datut za swojo.
Dotarliśmy do jakiejś wsi. Po krótkim odpoczynku o trzeciej nad ranem był alarm. Około godziny jedenastej 10 października 1943 r. nastąpił wymarsz na front. Czuliśmy, że jest on bardzo blisko, niemal „czuło się proch”, wystrzały były już bardzo wyraźne. Ale niepisane było nam pójść od razu w bój. Przenocowaliśmy jeszcze jedną noc pod osłoną chłopskich chałup we wsi Mojsiewo.
11 października o godz. 10-tej grupami ruszyliśmy przez płytki wąwóz na linie wyjściowe do natarcia. Po godzinnym, bardzo ostrożnym marszu zatrzymaliśmy się. Przed nami na niewielkim wzgórzu widniała wyludniona wieś Sysojewo, po której gdzieniegdzie wałęsały się wyjące ze strachu psy. Okopaliśmy się po dwóch, trzech w jednym okopie i czekaliśmy na rozkazy. Po południu gen. Berling i płk. Czerwieński wizytowali naszą kompanię. Szli spokojnie nie zwracając uwagi na pojedyncze wystrzały karabinowe. Wkrótce po tym jakaś zabłąkana kula trafiła i przeszyła hełm siedzącego tuż obok mnie kolegi. Była ona jakby ostrzeżeniem, że na froncie wszędzie czyha śmierć.
O zachodzie słońca dowódca kompanii wezwał dowódcę plutonu i kilku żołnierzy. Rozkazał im wykopać i zamaskować na pobliskim wzgórzu transzeje, które miały być punktem obserwacyjnym. Przed północą rozkaz był wykonany. Noc z 11 na 12 października 1943 r. była stosunkowo spokojną, tyle że nam żołnierzom wydawała się nieskończenie długa. Wiedzieliśmy, że o świcie 12 października czeka nas „chrzest bojowy” – tu na ziemiach Lenino.
Rankiem rozpętała się strzelanina, która po kilku godzinach przycichła, zrobiło się spokojnie. W gęstej zasłonie kurzu w czasie strzelaniny nie było widać nawet sąsiada w okopie. Pozostawała jednak świadomość, że wróg jest przed nami, na co wskazywały błyski wystrzałów skierowanych w naszą stronę.
Około godziny 10-tej tegoż samego dnia zawyły nasze katiusze. Ogniste pociski katiusz, ogłuszający, nieprzerwany huk artylerii i karabinów maszynowych, sprawiał wrażenie, że na ziemi rozpętało się piekło. Po huraganowym ogniu artylerii padł rozkaz: „Do ataku”. Rozsypaliśmy się w tyralierę, wbiegliśmy na wzgórze. Tutaj znaleźliśmy się jak na dłoni w stosunku do linii ognia nieprzyjaciela. Przed nami znajdowało się pochyłe zbocze wzgórza. Dalej w odległości 100 m bagnisty brzeg i ta cholerna Miereja, w której każdy z nas musiał się kąpać przed śmiercią. Za Miereją było drugie wzgórze, tam okopali się Niemcy i strzelali nie szczędząc nam ołowiu. Porucznik Trofimowicz ranny w nogę ze słowami na ustach „Naprzód! i Naprzód!” zwalił się na ziemię, a potem bezwładnie osunął się na dno głębokiego leja.
Sforsowaliśmy Miereję, dopadliśmy niemieckich okopów, wielu z nas zginęło w tym szturmie. Prawe skrzydło wroga osłabło, ale z lewego bili niemiłosiernie. Nasi wypatrywali gniazda nieprzyjaciela i likwidowali je. Na polu boju krzyki rannych z prośbami o pomoc. Czołgając się spytałem kolegów czy wszyscy żywi, okazało się że porucznik Siminowicz zabity, innego towarzysza broni pocisk przeszył wyrywając mu kawał szczęki.
Z prawej strony obok mnie podniósł się Józek Sypko, skierował się w moją stronę mówiąc: „Żebyśmy tu mieli chociaż jeden czołg”, gdy pociski lecące jak świetliki trafiły go. Zdążyłem tylko krzyknąć: „Padnij, biją do ciebie!!!” Józek upadł dwa metry ode mnie. Żył jeszcze, prosił o pomoc.
Wyczołgałem się z przekopanej bruzdy i ciągnąłem go, odpiąłem mu płaszcz i marynarkę, wtem nieopodal rozległ się wybuch pocisku artyleryjskiego. Poczułem szarpnięcie za plecak. Jak się potem okazało odłamek pociął mi tylko odzież w plecaku.
O zmroku opatrzyłem jeszcze jednego kolegę, który dostał z tyłu obok nerki. Kula wylatując wyrwała mu kawał ciała w brzuchu. Wieczorem posuwaliśmy się nadal do przodu, w okopach niemieckich leżało pełno trupów. Wskakując do głębokiej niemieckiej transzei pod stopami poczułem martwe ciało. Niemcy wycofali się. Wschodząca jasna tarcza księżyca pomagała nam dojrzeć wroga. Rozlegały się pojedyncze strzały i krótkie serie automatów. To nasi poganiali uciekających, klnąc półgłosem, ci z kolei powtarzali bez przerwy: Hitler kaput! Hitler kaput.
Nasi przeszukali okopy główne i ich odgałęzienia prowadzące diabli wiedzą dokąd. Znaleźli jeszcze jednego faszystę, który ukrywał się w jakiejś dziurze myśląc, że tam przeczeka krytyczne godziny. Uważał widać, że głowa jest droższa od honoru „wielkiego firera”. Walka ucichła, odpoczywaliśmy po ciężkim boju, tylko wiatr od wschodu przenosił jęki konających i wołania lżej rannych: Sanitariusz! Sanitariusz!. Wtedy nikt z nas nie myślał o tym, czy przyszłe pokolenia będą pamiętały o tym, co się rozegrało 12 października pod Lenino. Myślałem o piosence, którą śpiewaliśmy jeszcze nad Oką:

Taki los przypadł nam,

że dzisiaj tu, a jutro tam.

Taki los dał nam Bóg,

Że nie wiemy gdzie nasz grób”.

Klęcząc w okopie dzieliliśmy się jednym papierosem. Nadszedł czas, aby zastanowić się, co robić z jeńcami. Jedni radzili wypuścić ich, inni posłać na tamten świat strzałem z pepeszy, ktoś rozsądniejszy poradził odprowadzić ich do sztabu. Odprowadziliśmy jeńców, rozmawialiśmy cicho. Wtem kapral z pierwszego batalionu zaczął nas zwoływać do siebie, dając tajemnicze znaki. Zebrało się nas około dziesięciu. Powiedział nam: Chłopaki, należy ostrożnie przeszukać każdy zakamarek, wszystkie odgałęzienia transzei – one prowadzą do punktów obserwacyjnych i bunkrów, w których na pewno będą jeszcze fryce. Wybrał kilku z nas i wskazał, którędy mamy iść. Ja z kolegą poszedłem na lewo od miejsca naszego zebrania. Transzeja biegła w kierunku, gdzie księżyc chylił się ku zachodowi. Kolega szedł przodem, ja z tyłu. Uszliśmy kawał drogi, w pewnym momencie wyszedłem na róg załamującej się transzei i oto zobaczyłem: kilku Niemców szamotało się z moim kolegą. Podjąłem błyskawicznie decyzję – nad głowami tej grupy puściłem serię z pepeszy. Nagle ujrzałem błysk, usłyszałem wybuch i nic już więcej nie pamiętałem.

Lis 202015
 
Mikołaj Zubik

Mikołaj Zubik

Po czasie w głodzie i chłodzie przed zachodem słońca pociąg zatrzymał się na polach Baszkirii, gdzie nas wyładowano. Poszczególne kompanie ruszyły pieszo po zasypanych śniegiem drogach do niedalekiego miasteczka Iszynbajew, rozbudowanego na prawym brzegu rzeki Białej u stóp gór Uralskich. Jest to Baszkirska ASRR, stolica Ufa. Tu o zmroku wprowadzono nas do wielkiej klubowej sali, z której wywoływano poszczególne kompanie do pobliskiej łaźni. Z powodu tak licznej grupy ludzi do kąpieli, kolej na moją drużynę wypadła około godziny 4-5 następnego dnia. Po tej kąpieli wyprawiono nas do tatarskiej wioski Ałagwat, gdzie dotarliśmy o wschodzie słońca. Tu porucznik wyznaczył mi jedną z ulic, na której miałem zakwaterować swą drużynę. Wieś Ałagwat oddalona była o ok. 12 km od miejsca, gdzie miała powstać rafineria i tą trasę musieliśmy pokonywać co dnia. Tu była mordercza praca, odległość do miejsca pracy, słabe odżywianie, wysokie normy pracy, mróz dochodzący do minus 55 stopni, śniegi, słabe umundurowanie – to wszystko razem wzięte obniżało wydajność pracy. Za niewykonanie normy obniżano i tak niską normę chleba z 600g do 500g, a przy tym znowu pojawiły się wszy, a na kwaterach pluskwy nie dawały spokojnie odpocząć. Po pewnym czasie ogłoszono, że roboczy batalion zostaje rozwiązany (to jest zdemobilizowany). Wielu z nas było zadowolonych z tej decyzji, że uwolniono nas spod żelaznego rygoru dyscypliny wojskowej. Słowa „wolno-najomny” zrozumieliśmy dosłownie, ze my pozostajemy przy tej pracy nadal z własnej i niewymuszonej woli, a jeśli ta praca nam nie odpowiada, mamy prawo podjąć pracę, gdzie uważamy za wskazane. Było to nasze rozumowanie poszczególnych ludzi, jednakże z punktu prawa władz Kraju Rad, jak się potem okazało w praktyce, wyglądało to inaczej. Tu każdy obywatel był pozbawiony prawa dysponowania swoją osobą wedle własnego rozumu, nawet w cywilu. Na tym tle znaleźliśmy się w kolizji z prawem, a konsekwencje dla nas były bardzo dotkliwe. Po rozwiązaniu RB wielu pracowników rozpoczęło poszukiwania innej pracy, i nie chodziło tu o zarobek, lecz tylko o możliwie większy kawał chleba, ażeby nie umrzeć z głodu przy tej morderczej pracy. Za namową kolegi Pawła Bebki, rodem z Wołynia, postanowiliśmy wyjechać do miejscowości, gdzie pracowaliśmy krótko w kołchozie, poprzednio obok Bezenczuka, we wsi Wasylówka. Tu karmiono nas do syta, a wielu chłopaków nasuszyło sobie sucharów na czarną godzinę. W tym celu pewnego dnia na początku marca 1942 ruszyliśmy w drogę pieszo do miasta Czkałowa, skąd pociągiem mieliśmy dojechać do zaplanowanego miejsca pracy. Kiedy znaleźliśmy się na ulicach miasta, spotkała nas przykra niespodzianka – spotkanie z milicjantem, który nakazał nam iść za nim w „raj-NKWD”, celem wyjaśnienia sprawy. Tu spisano nasze oświadczenie, dokąd w jakim celu itd. Po tym wyprowadzono nas do innego pomieszczenia, przeprowadzono rewizję naszych kieszeni, a plecaki nasze zatrzymano, nas zaś zaprowadzono do aresztu. Kiedy przyniesiono nam plecaki okazało się, ze zabrano od nas połowę chleba, tytoń i jeszcze inne drobnostki. Tu nas trzymano przez dwa tygodnie. Na śniadanie dostawaliśmy 0,5 litra zagotowanej wody, na obiad miseczkę zupy, a na kolację 300 gram chleba i gotowaną wodę. Po dwóch tygodniach przewieziono nas do więzienia powiatowego do miasta Sterlitomock, gdzie trzymano nas 3 miesiące. Po tym okresie zawieziono nas samochodem do Iszynbajewa, jako więźniów i umieszczono w JJK, co oznaczało poprawczy obóz pracy. Prowadzono nas do pracy pod bronią i co rusz czytano regulamin „krok w lewo czy prawo liczy się jako ucieczka, w tym wypadku będziemy strzelać”. Wyżywienie pogorszyło się, a norma wykonywanej pracy zwiększyła się. Tłumaczono nam, że my jesteśmy tylnym frontem, a lotnictwo kraju czeka na benzynę z rafinerii, którą budujemy. Maszyny do wspomnianej rafinerii przychodziły, jak mi wiadomo, z Ameryki do Murmanska statkami, a stamtąd pociągami na Ural. Tu potężne skrzynie z maszynami wyładowywaliśmy ręcznie. Przy tej morderczej pracy ludzie masowo zaczęli chorować na szkorbut i dyzenterię. To było straszne – ludzie padali, jak przysłowiowe muchy, dziennie ginęło kilkanaście osób. Nagie trupy wynoszono na kocach i poprzez otwarte drzwi wrzucano do ziemianki. Tutaj te zwłoki czekały na wywiezienie ich na cmentarz, a odbywało się to w następujący sposób: przeważnie nocą specjalna brygada ładowała tych ludzi (były to tylko skóra i kości) na sanie tyle, ile koń mógł pociągnąć, przywiązywano sznurem i w drogę na cmentarz, gdyż z powodu zasp śnieżnych nie dawało się podjechać blisko wykopanej jamy. Brygada brała ze sobą drut, po środku drutu wiązano zmarłego za szyję czy też nogi i stojący przy jamie ludzie ciągnęli umarłego, tu odwiązywali i wrzucali do grobu. Straszny widok – ja mając 32 lata nie słyszałem o czymś podobnym. Ja pracując jako więzień nie wiedziałem za jakie przewinienie. Ale w końcu dowiedziałem się, jak pewnej nocy około północy obudzono mnie na sąd. Kiedy doprowadzono mnie do komendantury tu siedziało dwóch „enkawudzistów”, oni to właśnie odczytali mi wyrok: „za samowolne opuszczenie pracy dnia tego to, skazuje się tego to na karę 5 lat pobytu w JJK” z rosyjskiego isprawitelnaja trudowaja kołona. Tak wyglądały prawa kraju sprawiedliwości społecznej. Wielu ludzi mówiło sobie: „nie o takie prawa walczyli rewolucjoniści 1917 roku”. Ale Ojciec Narodów i jego poplecznicy tego chyba nie rozumieli. W tej sytuacji w swoim czasie piszę pismo do Moskwy z prośbą o zwolnienie i skierowanie mnie na front. Po czasie otrzymałem odpowiedź negatywną – rzekomo Moskwa nie decyduje w tej sprawie, jest to sprawa stolicy Baszkirii czyli Ufy. Po zwróceniu się do wskazanych mi władz Ufy tu załatwiono sprawę pozytywnie i nakazano skierowanie mnie na komisję poborową do miasta Sterlitomak. Komisja uznała, że jestem zdolny do służby wojskowej i skierowano mnie na punkt zborny do Ufy. Stąd po kilku dniach oczekiwania odjechaliśmy do Kielc nad Oką, do 1 Dywizji im. Tadeusza Kościuszki. Takie przeżycia miałem w Kraju Rad.

Lis 132015
 
Mikołaj Zubik

Mikołaj Zubik

Tu zastaliśmy setki tysięcy takich tułaczy jak my. Byli tu ludzie z tarnopolskiego, lwowskiego, stanisławowskiego, Białorusi a też Bukowiny i Besarabii. Tu dowiedzieliśmy się, że ojciec narodów – Stalin – określił nas jako element „nienadiozny” i nakazał zdjąć nas z wojsk frontowych. Dotyczyło to również niektórych oficerów, którzy brali udział w kampanii wrześniowej, zajmując wyżej wspomniane tereny. Tutaj pod gołym niebem dwie doby koczowaliśmy bez kawałka chleba, czy chociażby garnuszka herbaty – o tak to zaciskała się pętla głodowa na naszej Bogu ducha winnej szyi. Trzeciego dnia zebrano nas ok. 30 chłopa i skierowano do jednego z kołchozów odległego o ok. 15 km do roboty przy sianie. Osłabiony i głodny nie byłem w stanie tam dojść, upadłem pod płotem, ażeby zebrać siły a tu podeszła do mnie jakaś staruszka z płaczem mówiąc „a może i mój syn gdzieś tak leży”. Pamiętam – pierwszy raz w swoim życiu poprosiłem o kawałek chleba. Po spożyciu wskazała mi drogę, którędy poszła nasza grupa, a gdy dowlokłem się na miejsce koledzy jedli już zupę z kołchozowego kotła. Karmiono nas tu niezgorzej, a pracowaliśmy przy zbiorze siana. Szkoda, że nie na dłużej tu trafiliśmy, bo po kilku dniach telefonicznie wezwano nas z powrotem do Pryłuk. Tu już byliśmy wpisani na długiej liście roboczego batalionu, któremu nadano numer 757. Powiadomił nas o tym na zbiórce dowódca kompanii, niejaki porucznik Bakun, który wyznaczył drużynowych i nadał stopnie sierżanta. Ten zaszczyt spotkał i mnie. Przydzielono mi 19 chłopa, a ja byłem dwudziesty. W mojej drużynie było kilku z Bukowiny. Pouczono nas jak mamy się opiekować podwładnymi, a wieczorem podstawiono pociąg, w który się załadowaliśmy i ruszyliśmy w drogę. O wschodzie słońca zatrzymaliśmy na pewnej stacji kolejowej, a raczej na byłej stacji kolejowej. Tu zanosiło się na kilkugodzinny postój naszego transportu, toteż mieliśmy nieco czasu by zwiedzić ruiny wczorajszej jeszcze stacji. A widok był to straszny. Wagony, armaty, różne uzbrojenie, cegły, belki ze zburzonej stacji były porozrzucane w promieniu 300 metrów, a leje spowodowane wybuchami były głębokie na 3-4 metry. Szyny kolejowe rozerwane i powyginane razem z podkładami wisiały na starych drzewach wysoko nad ziemią. Jak dowiedzieliśmy się od pracowników kolejowych, którzy uwijali się przy naprawie torów kolejowych, nocą stało tu kilka transportów z uzbrojeniem przeznaczonym na front. Nocą niemieckie samoloty dwukrotnie bombardowały ten obiekt i oto właśnie były skutki tych bombardowań. Tu właśnie my, podróżni w nieznane, pierwszy raz w życiu widzieliśmy, co może i do czego jest zdolna wojna w naszych czasach. Po jakimś czasie naprawiono przejazd i pociąg ruszył w dalszą drogę. W czasie tej długiej podróży nie spotkaliśmy więcej tak tragicznego widoku. Pewnego dnia po południu pociąg zatrzymał się na podmiejskiej stacji i dano nam rozkaz „wysiadać”, co oznaczało, że jesteśmy na miejscu przeznaczenia. Obok po prawej stronie na wzgórzu widniało miasto Uljanowsk. Moja tułaczka wraz kolegami niedoli była tym tragiczniejsza i dawała się we znaki, że przeplatana była ciągłym przerzucaniem nas z miejsca na miejsce, na których czekały na nas co raz to gorsze i trudniejsze warunki życia. Tu w Uljanowsku byliśmy daleko od działań wojennych, bombardowań itp. Dawał się za to we znaki głód i ciężka praca. Tu rozmieszczono naszą kompanię roboczego batalionu w namiotach opuszczonych przez aresztantów, na co wskazywało ogrodzenie z drutu kolczastego. W namiotach stały prycze z materacami. Następnego dnia wyprowadzono nas na obszerny plac rysującej się, gigantycznej budowy jakiegoś zakładu fabrycznego. Tu kopaliśmy rowy dwumetrowej głębokości, w które układane były rury wodociągowe. Po kilku dniach, w dniu wolnym od pracy zorganizowano nam wycieczkę do Uljanowska do domu „Muzeum W. I. Lenina”. Po zwiedzeniu tego zabytku chłopaki rozeszli się po mieście chcąc je zobaczyć. Jak się potem okazało, nie pozwalało na to prawo, a Milicja Ludowa złapała kilku z nich, zabierając im wszelkie dokumenty, sprowadzała w wyznaczone miejsca i odprowadzono do namiotów. Zabrano i moją książeczkę wojskową wypisaną jeszcze w dalekich Zaleszczykach. W Uljanowsku pracowaliśmy około 3 tygodni. Pewnego popołudniowego dnia zaczęły przybywać kompanie do portu rzecznego na Wołdze, a tu pod wiekowymi płaczącymi wierzbami stał zakotwiczony statek parowy, do którego wprowadzano ludzi. Trwało to dość długo tak, że dopiero o zmroku statek ruszył w drogę. Następnego dnia przed obiadem przybyliśmy do Kujbyszewa, do miasta, które kiedyś nosiło miano Samara. Tu wyładowaliśmy się, w pewnej jadłodajni zjedliśmy obiad, po czym załadowano nas do pociągu i dalej w drogę. Tym razem na wschód, a była to linia Kujbyszew – Syzrań. Przed zachodem słońca pociąg zatrzymał się w małym miasteczku Bezynczuk. Po opuszczeniu pociągu skierowano nas do nowo wybudowanego dwupiętrowego klubu. Był to budynek bez okien i drzwi, a wszystko przemawiało za tym, że dopiero przed kilkoma dniami murarze zakończyli tutaj swe prace. Wewnątrz tego budynku masa pobitych cegieł, połamane rusztowania, rozsypany cement, wapno i piasek W te brudy zapędzono nas i każdy tu drzemał do następnego ranka. Rano zarządzono zbiórkę i wówczas wybrano z ogółu potrzebną grupę: tynkarze, stolarze, zduni i wszelkich innych specjalistów do wykończenia tego obiektu, gdyż zanosiło się na to, że tu właśnie będziemy zimować. Pozostałych ludzi odprowadzono do miejsc, gdzie w przyszłości będą pracować. Spora więc grupa kończyła ten obiekt, niektórzy pracowali w elewatorze przy zbożu, inni budowali bocznicę kolejową (w kierunku północnym) doprowadzając tory do odległej o ok. 15-20 km przyszłej bazy naftowej, która miała powstać w lesie za wioską, której nazwy już nie pamiętam. Wypadło mi pracować ze swoją drużyną w odległości ok. 12 kilometrów. Praca nasza polegała na kopaniu fundamentów pod zbiorniki metalowe o przekroju 20 metrów. Tychże 12 kilometrów musieliśmy pokonywać każdego dnia pieszo, bez względu na pogody – latem i zimą, a był to rok 1941. Późną jesienią tego roku budynek został ukończony i tu zimowaliśmy. Wilgotne mury oraz świeże tynki, a także nadmiar ludzi tu umieszczonych na trzypiętrowych pryczach wkrótce dały o sobie znać. Brak higieny, brak łaźni spowodował, że mnożyły się wszy, i to tak dorodne, jak siemię lniane. Tyle namnożyło się tego świństwa, że aż trudno określić jak wiele sztuk żywiło się krwią jednego człowieka. Na zażalenia nasze w tej sprawie „Kom-bat” (Komendant batalionu) pocieszał nas, że na dniach dostaniemy samochody, które wytwarzaną przez nie parą wyniszczą wszy, co do jednej sztuki. Ale te samochody nie nadchodziły, a ta szarańcza mnożyła się strasznie. W tych brudach doczekaliśmy Bożego Narodzenia. Gorzkie były te święta – ze łzami w oczach wspominaliśmy lata pokoju. Długo po świętach otrzymaliśmy jeden wóz dezynfekcyjny, co było stanowczo za mało na tysiąc chłopa, bo tyle liczył nasz roboczy batalion. Z braku bielizny i pościeli na zmianę, po naszych okryciach robactwo to łaziło pieszo. Po pewnym czasie udało się nieco wyniszczyć tych krwiopijców. W międzyczasie część ludzi naszego batalionu delegowano z miasteczka Bezynczuk do Kujbyszewa – tu budowaliśmy fabrykę łożysk kulkowych. Tejże zimy niemieckie samoloty zaczęły się pojawiać i kontrolować linię kolejową Syzian-Kujbiszew. Władze odgórne podjęły decyzję, ze nasz batalion składający się z ludzi „nienadziejnych” należy przerzucić w inne, bardziej spokojne miejsce. Ale był i inny powód naszego wyjazdu, bardziej prawdopodobny. Kiedy Niemcy zajęli Baku, odcięli te naftowe tereny od Kraju Rad, powstała pilna potrzeba budowy rafinerii naftowych na Uralu. Na taką to budowę przerzucono nasz roboczy batalion. I tak pewnego mroźnego wieczora załadowano nas do towarowych wagonów i ruszyliśmy w nieznaną nam drogę.

Lis 072015
 
Mikołaj Zubik

Mikołaj Zubik

Moja tułaczka wojenna była dla mnie tym boleśniejsza, że nigdy do dnia dzisiejszego nie opuszcza mnie myśl o ojczystych stronach, gdzie mijały me beztroskie lata. A tą drogą dla mnie miejscowością było powiatowe miasto Zaleszczyki. Miasteczko Zaleszczyki to słynne uzdrowisko – tu w swoim czasie wypoczywał marszałek Piłsudski Tu morele, winnice, pomidory, winobrania, piękne plaże na brzegach Dniestru. Należy wspomnieć, że do Zaleszczyk trzy razy w tygodniu z Warszawy biegała tzw. „Lux Torpeda”. A pensjonaty jak i plaże były zapełnione wczasowiczami. A wszystko to zburzyła bezpowrotnie wojna. Moja tułaczka, jak wielu innych, rozpoczęła się dopiero w 1941 roku.

Po napadzie Niemiec hitlerowskich na Związek Radziecki zostałem powołany do Armii Czerwonej już w Zaleszczykach. W Kampanii Wrześniowej nie dane mi było brać udziału, gdyż posiadałem kategorię „C”, czego nie brała pod uwagę komisja tzw. „Raj-Wojen-Komatu”. W tym samym dniu obok koszar wojskowych na placu ćwiczebnym zabierano od wieśniaków tu zwołanych konie dla wojska. W godzinach popołudniowych wojskowi podoficerowie wyprowadzili sporą grupę nas nowo zmobilizowanych na plac, gdzie każdemu z nas przydzielono po 2 konie i nakazano jechać do miasta Czortkowa, oddalonego o ok. 30 km. Tu właśnie stacjonowała jednostka łączności do której byliśmy wcieleni.

Opuszczając me ukochane uzdrowiskowe miasto Zaleszczyki, nigdy nie myślałem, że oto ostatni raz na długie lata opuszczam tak miłe sercu memu strony, a tym bardziej, że życie nakaże mi pozostać w świecie do końca moich dni. Po wielu latach gorzkiej tułaczki i tragicznych przeżyciach wojennych, okaleczony w bitwie pod Lenino 12-13.10.1943 roku też nie przyniosło końca mej tułaczki i gorzkich cierpień. Jak pokazało życie, cierpienia przynosił ze sobą każdy dzień następny, coraz bardziej ciężki do zniesienia. Los sprawił, że tu na pobojowisku, za rzeczką Mireją i wsią Połzuchy, ja kontuzjowany dostaję się do niemieckiej niewoli.

Pisząc te wspomnienia z bólem w sercu i ze łzami w oczach przychodzą mi na myśl samowolnie zakodowane gdzieś tam myśli o latach beztroski, tam daleko w Zaleszczykach.

Wróćmy jednak do Czortkowa, gdzie był początek wszystkiego zła w moim życiu. O zmroku tegoż dnia przybyliśmy do Czortkowa, tu zabrano od nas konie, na pożegnanie mego „siwka” poklepałem po karku, nie wiedząc, że spotkamy się obydwaj dopiero w Połtawie. Po zdaniu koni zaprowadzono nas do pomieszczenia znajdującego się w podwórzu wielkiego kościoła Rzymsko-katolickiego w śródmieściu. Pomieszczenie to nie było oświetlane, gdyż tu obowiązywało już prawo wojenne – zaciemnianie. Tu nakazano nam, że nie wolno palić papierosów nawet w pomieszczeniach. Tu odczuliśmy, że jesteśmy w kleszczach prawa wojennego. Następnego dnia ostrzyżono nas i umundurowano w stare drelichy. Po kilkunastu dniach nocą ogłoszono alarm: „zbiórka i wymarsz”, ciemnymi ulicami dotarliśmy na stację kolejową Biała Czortkowska. Pamiętam że padał wtedy drobny deszcz, a my staliśmy na murawie, gdy padła komenda „Kładnij się”. Pomyślałem, że moskale zwariowali – gdzie tu się kłaść, jeśli pod nogami wszędzie woda i mokro. Ale w praktyce okazało się, że rozkaz sierżanta był święty. Po kilku dniach pobytu tutaj, naszą jednostkę załadowano do wagonów towarowych i nocą ruszyliśmy w nieznaną nam drogę. Kiedy obudziłem się następnego dnia poczułem, że mam gorączkę – to dawały o sobie znać noclegi na stacji w Czortkowie, a za oknami widniały kołchoźne łany zbóż, co oznaczało, że jedziemy na wschód. Moją gorączką nikt się nie przejmował, a sanitariusz dopiero na drugi dzień dał mi jakieś tabletki, które pomogły i gorączka ustąpiła. Nasz pociąg wlókł się bardzo powoli, gdyż na drogach kolejowych panował wielki ruch i zamieszanie. Zdarzało się, że w czystym polu staliśmy do kilkunastu godzin, gdyż stacje kolejowe były zatłoczone w obu kierunkach. Po jakimś tam czasie, nocą w ciemnościach wjechaliśmy na nieznaną nam stację kolejową, zabitą transportami do ostatniego miejsca. Był to Koziatyń. Tu w niedługim czasie syreny oznajmiły alarm przeciwlotniczy. Było to straszne, gdyż świadomość podpowiadała, a raczej przemawiała do wyobraźni, co będzie, jeśli bomby spadną na setki wagonów załadowanych amunicją, które kierowano na front. Złowrogi warkot samolotów wroga spotkały nasze potężne reflektory i artyleria przeciwlotnicza, rozlokowana gdzieś tam za miastem. Słychać było wiele eksplozji na peryferiach miasta od strony wschodniej – to było pierwsze bombardowanie, które przeżyłem ale nie ostatnie. Następnego dnia około południa wyjechaliśmy z Koziatyna w dalszą drogę, na dwutorowej drodze, coraz wolniej poruszaliśmy się do przodu, gdyż na wschód ewakuowano wiele ludności, maszyn itd. A w kierunku zachodnim szły transporty dla frontu. Po jakimś czasie dotarliśmy do Postawy. Tu skierowano nasz transport na bocznicę do rampy i rozpoczęto wyładunek naszego ekwipunku: kuchnie polowe, dokardy dwukołowe ze sprzętem telefonicznym, konie itp. Tu też oddano mi siwka, na którym opuszczałem drogie mi Zaleszczyki. Po uformowaniu się jednostki ruszyliśmy w drogę w kierunku wschodnim i tak dostaliśmy się w lasy Darnicy po lewej stronie Dniepru. Tu rozlokowano poszczególne roty – kompanie, rozbito namioty. Kuchnie wydały co było do zjedzenia i czekamy co będzie dalej. Po 3-4 dniach pobytu w lasach Darnicy ogłoszono zbiórkę poszczególnych kompanii, a po sprawdzeniu stanu osobowego pada komenda „baczność – zapadniaki wystąpić 3 kroki naprzód, a pozostali rozejść się”. Nam podano komendę „dołączyć, w prawo zwrot i naprzód marsz”. Zaprowadzono nas, mieszkańców przedwojennej Polski, na polanę gdzie stało kilku oficerów. Jeden z nich oznajmił, ze mamy złożyć broń, dodając że taki jest rozkaz „z góry”. Po złożeniu broni odprowadzono nas (ok. 17 chłopa) na bok. Po jakimś czasie doszli do nas ludzie z innych kompanii tak, że było nas około 60-75 chłopa. Było to dla nas wielkie zaskoczenie, a też i znak zapytania, co to ma wszystko znaczyć. Nikt nie potrafił na to odpowiedzieć, a wiadomo, że działania wojenne przybierają na sile, a nas rozbrajają. Jeszcze niedawno zabierali nas do wojska, a tu okazuje się, że jesteśmy zbędni. Po tym, co zaszło długo nie mogliśmy usnąć w oddzielnych namiotach, wreszcie ktoś tam rzekł „Chłopaki co Bóg dał to i będzie”. Następnego dnia rano wydano nam śniadanie i również suchy kawał chleba na drogę, po czym podoficer zrobił zbiórkę i ruszyliśmy pieszo w nieznane. Na czele z tymże podoficerem na pytanie „dokąd nas prowadzi”, początkowo nie chciał zdradzić tejże tajemnicy, lecz po jakimś czasie dowiedzieliśmy, ze droga przed nami jest dość daleka. A więc maszerowaliśmy przez pola i lasy, a też i jakże ubogie wsie, w stosunku do tych, które zostawiliśmy na kresach wschodnich. Nocowaliśmy pierwszą noc w klubie w jednej z większych wiosek – tu nasz przewodnik zadbał w kołchozie, że ugotowano dla nas zupy, a też i kilka bochenków chleba przygotowano. Następnego dnia po spożyciu tego, co kto miał w swoim plecaku, ruszyliśmy w dalszą drogę ciągle w kierunku na wschód. Drugą noc nocowaliśmy w jakiejś cerkwi, która na zewnątrz zachowała swój majestatyczny wygląd, a wewnątrz wszystko wskazywało na to, że służyła ona kołchozowi za magazyn. Tu moim kolegom niedoli (w niedługim czasie raz zmobilizowanym, następnie zdemobilizowanym) udało się dowiedzieć od przewodnika, że prowadzą nas na punkt zborny do Koziatyna. Po całodniowym marszu wypadło nam nocować w bardzo biednej z wyglądu wiosce, na skraju której stała nowo zbudowana stajnia, a obok stara stodoła na pewno pamiętająca czasy Mikołaja II na której poszycie słomiane dożywało swoich dni – tu wypadło nam nocować. A była to noc z przygodami. Otóż część chłopaków postanowiła rozlokować się w pustej stajni końskiej, gdyż konie były na pastwisku, ale tu było niezbyt czyste powietrze. Inni woleli spać w stodole, skąd można było obserwować niebo, gwiazdy, księżyc – lecz tej nocy niebo było pochmurne i zanosiło się na słotę. Ja „nie w ciemię bity” ulokowałem się w koncie stajni w żłobie. Około północy zerwała się niesamowita burza z piorunami i leje jak z przysłowiowego cebra. Konie spłoszone na pastwisku postanowiły uciekać do stajni i kiedy wbiegały przez otwarte drzwi poczęli deptać i tratować lokatorów. Ci z kolei w ciemnościach zaczęli krzyczeć „co za bezprawie, nie dać rekrutom odpocząć”. Do tego chaosu dołączyli się Ci ze stodoły zmoknięci – konie nie chciały swej własności opuścić, a my z kolei nie mieliśmy się dokąd wyprowadzić. W końcu konie zbiły się na jedną połowę stajni, a nam zostawili drugą. Kiedy sytuacja zmusza, to i kompromis się znajdzie. Następnego dnia, przed zachodem słońca dotarliśmy do Koziatyna

Translate »