Adam

Kwi 142020
 

W drugi Dzień Świąt Wielkanocnych 13 kwietnia 2020 roku zmarł w wieku 92 lat ks. Ludwik Walerowicz, który przez ponad 30 lat był proboszczem parafii Nietkowice. Ksiądz Ludwik służył Bogu przez 65 lat. Wielu parafianom zapadł głęboko w pamięć i serca a sam także z nostalgią wspominał pracę w Nietkowicach. Wspomnienia ks. Ludwika można znaleźć na naszej stronie.

O dokładnej dacie pogrzebu poinformował na swojej stronie zielonogórsko-gorzowski Gość Niedzielny.

Msza św. pogrzebowa w intencji zmarłego zostanie odprawiona w czwartek 16 kwietnia o godz. 10 w kościele pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Sulechowie (ze względu na pandemię koronawirusa bez trumny), a po niej dalsze obrzędy pogrzebowe na cmentarzu komunalnym w Sulechowie o godz. 11.30.
Msza św. w intencji śp. ks. Ludwika Walerowicza z udziałem kapłanów i wiernych zostanie odprawiona w Sulechowie po ustaniu pandemii koronowirusa.

Kwi 062020
 

Miło nam poinformować, że prawybrzegodry.com już kilka razy przyczynił się do zgłębinia poszukiwań genealogicznych jednak tym razem Pani Marzna opisała powiązania swojej rodziny i poszukawania, które budzą podziw determinacji i skrupulatności. Może, ktoś pomoże albo naprowadzi na nowy tropw poszukwaniach genealogicznych.

Basia Rakowski z Wielkiej Brytanii, z którą koresponduję jest żywą, namacalną historią to wiem, natomiast moje poszukiwania genealogiczne chyba nie są aż takim ciekawym tematem.

Co do Basi, to połączyły nas drzewa na Myheritage i Geni. Napisała kiedyś do mnie, że mamy w drzewie te same osoby i od tego zaczęła się nasza korespondencja. Dopiero po wielu mailach okazało się, że łączy nas w pewien sposób Jozef Kancelarczyk, jeden z pierwszych repatriantów w Nietkowicach i mój dziadek Stanisława Greczycho. Zacznę jednak od początku.

Wiem, że w Niedźwiedzicy urodzili się jej dziadkowie, brat Alfons i siostra Jadzia ( rocznik 1924 ), która zresztą jeszcze żyje. Jej mamą była urodzona w Niedźwiedzicy w 1903 r., a zmarła w 1993 r. Maria Wałdoch z d. Kancelarczyk), córka Stefana Albina Kancelarczyka i Ewy z d. Plaskacewicz. Ojcem był Franciszek Wałdoch, który w czasie wojny przybył tu z wojskiem, potem wstąpił do Policji i w związku z tym był przenoszony z miejsca na miejsce ( pochodził z Pomorza). Franciszek poznał Marię w czasie swojej służby w Niedźwiedzicy. W 1921 r. wzięli ślub, a w 1922 r. urodził się Alfons Wałdoch, dwa lata później Jadwiga. W Niedźwiedzicy przebywali do około 1928 r., potem mieszkali w Lachowiczach, Baranowiczach, w końcu w Nieświeżu, gdzie Franciszek został, jak pisała Basia ” przodownikiem Policji”. Myślę, że chodzi jej o komendanta. Basia nie zapomniała polskiego języka, ale niekiedy pewne słowa sprawiają jej niejaką trudność. W 1933 r. na świat przyszedł Ryszard Wałdoch. Franciszek został aresztowany 29.09.1939 r. w Nieświeżu, zabrany do więzienia w Mińsku i skazany prze OSO przy NKWD na 8 lat łagrów. Marię z trójką dzieci wywieziono w kwietniu 1940 r. Jechali dwa tygodnie w pozamykanych wagonach nie wiedząc dlaczego ich zabrano i dokąd ich wiozą. W trakcie tej podróży w wagonie urodziła się Basia. Potem grupami rozwożono poszczególne rodziny do różnych miejscowości. Maria z dziećmi ostatecznie trafiła do posiołka Ilinka,pow. Jawlenka, woj. pietropawłowskie  w północnym Kazachstanie. Nie wiedziała, czy jej mąż żyje.

Dalej fragment z opowieści Basi w oryginalnej pisowni:

30.07.1941 Generał Sikorski i ambasador Iwan Maiski podpisali pakt dając amnestię wywiezionych Polakom i pozwolenie sformować wojsko Polskie na terenie Rosji. Mój tata uwolniony jakoś odnalazł nas, jak nie wiem ale  w podróży szukania tego  wojska odwiedził nas i dopiero dowiedział się że ma jeszcze jedną córkę. Dotarł do Totskoye dołączył się do 6tej  Kompanii żandarmejskiej. Zaraz starał się o przepustkę dla mamy i nas do wyjechania, ale żeby opuścić kołchoz i wyjechać mama musiała dostać udostovierenya od NKWD na podstawie, że ona i jej dzieci idą jako ochotnicy do wojska,dobrze że NKWD nie sprawdzili, że ja miałam nie całe 2 lata a Rysio 9. Starszy brat już miał 19 i uciekł wcześniej sam i dotarł do Polskiego Wojska. Nie będę opisywać jak trudna była droga przez Rosję do Iranu a potem do Indii (cywilni kobiety i dzieci) a wojsko na Środkowy Wschód brać udział w wojnie.Tysiące polaków w tej drodze z obozu do obozu zmarło, już byli wyczerpani chorobą i głodem i ciężką podróżą. 

Chciałam to połączyć z tym Kancelarczykiem co wrócił ale nie został w Polsce. Dużo Polaków któży nie mieli krewnych w tym nowym Polskim Wojsku nie dostali pozwolenia wyjazdu  a do Polski wyjazdy dopiero dużo później po wojnie były dozwolone wtedy Polacy zaczęli wracać z Rosji do Polski, ale wiele z nich już tam się ożenili. Pani która z mamą i córeczką była wywieziona z Nieświeża. Jej mąż był policjantem pod moim ojcem,  był jeden z tych zastrzelonych w Katyniu. Ona dopiero w 1946 roku mogła wrócić do Polski i dowiedziała się o losie męża. 

Jeśli chodzi o Kancelarczyka, który wrócił, ale nie został w Polsce, to Basia ma na myśli brata mojej babci Karoliny Greczycho z d. Kancelarczyk, który był zesłany w czasie wojny na Syberię, tam się ożenił z Rosjanką. W latach 50-tych przyjechał z żoną do Nietkowic, ale ona nie mogła się tu zaaklimatyzować i wrócili do ZSRR. Mówili na niego ” Paborec”, cokolwiek to znaczy i zapewne chodzi o Piotra Kancelarczyka ur. w 1893 r. w Niedźwiedzicy, bo jego akt urodzenia udało mi się zdobyć. Może w Nietkowicach jest ktoś, kto go skojarzy, bo te wiadomości uzyskałam od mojej kuzynki Ireny Frąckiewicz ( Greczycho), ale ona tylko tyle pamięta.

W Niedźwiedzicy urodzili się jeszcze czterej bracia Marii ( mamy Basi) oraz trzy siostry ( przynajmniej o tym rodzeństwie mamy Basia wie). Tutaj pojawia się historia związana z Nietkowicami, bo Józef Kancelarczyk ( brat Marii ur. w 1892 r., zm. w 1972 r. w Nietkowicach) razem z moim dziadkiem Stanisławem Greczycho przybyli po wojnie jako jedni z pierwszych repatriantów do Nietkowic. Józef był świadkiem na ślubie moich dziadków w Niedźwiedzicy w 1923 r. razem z Adamem Kolesińskim. Był też świadkiem na ślubie swojej siostry Marii z Franciszkiem Wałdochem w 1921 r. w Niedźwiedzicy razem z Adamem Chodorem.

Tak więc nazwiska Kancelarczyków jakoś nas z Basią łączą, ale ja ciągle nie mogę znaleźć tego bezpośredniego punktu stycznego.

Tu może trochę opiszę ” swoich” Kancelarczyków i Greczychów. Moja mama Zofia Strawa ( ur. w 1932 r. w Niedźwiedzicy) jest córką Stanisława Greczycho ur. w 1898 r. w Niedźwiedzicy ( syn Józefa Greczycho i Rozalii Lewonow) oraz Karoliny Kancelarczyk ur. w Niedźwiedzicy w 1903 r. (córka Edwarda Kancelarczyka i Anieli Chodor). Mamy rodzeństwo to Kazimierz Greczycho ur. w Niedźwiedzicy w 1930 r. ( ten, który ożenił się po wojnie z Zofią z d. Orzeszko) oraz Józefa Pożeżyńska ( ur. w 1926 r. w Niedźwiedzicy). Ciocia Józia poślubiła w Nietkowicach osadnika wojskowego Edwarda Pożeżyńskiego, fotografa, który przy okazji kino obwoźne w Nietkowicach i okolicy prowadził. Wujek Edek urodził się w 1929 r. w Brześciu nad Bugiem.

Jeśli chodzi o Kancelarczyków Basi, to jej mama Maria miała jeszcze ( tak jak pisałam wyżej) czterech braci i trzy siostry. Karolina zginęła w czasie pierwszej wojny światowej, Józefa została w Niedźwiedzicy, brat Jan osiedlił się w okolicach Górek Noteckich, siostra Anna Taurogińska już jako wdowa osiedliła się z dwoma synami także w okolicach Górek Noteckich. Adam ożenił się w Niedźwiedzicy z Zofią. Po wojnie Zofia została w Niedźwiedzicy z dziećmi Janem i Marysią. Marysia wyszła za mąż za Białorusina. Adam osiedlił się po wojnie w okolicy Górek Noteckich. Tu ożenił się raz jeszcze. Wincenty “Vinek” po wojnie zamieszkał w Karsku koło Barlinka. Ożenil się, ale zmienił nazwisko z obawy przed aresztowaniem. Był jeszcze Stanisław, ale podejrzewano, ze nie jest synem Stefana tylko jego brata. Stanisław wyemigrował i nie wrócił. Pozostawił żonę Marię i syna Jana, którzy osiedlili się w Chociulach. Józef natomiast wyemigrował w 1929 r. do Kanady, ale wrócił do żony Józefy z d. Szwal i dwóch synów Bronka ( 1926 r.) i Staszka ( 1931 r.). Właśnie oni po wojnie zamieszkali w Nietkowicach.

Z dzieciństwa pamiętam wujka Staszka, bo moi rodzice spotykali się z nim i jego żoną dość często w Zielonej Górze. Udało mi się ostatnio zdobyć adres wujka, ale niestety z jego pamięcią jest już bardzo kiepsko. Jego żona ma bardziej sprawny umysł, ale jestem dla nich jakby trochę obca. Wujek wcale mnie nie pamięta, a jego żona coś tam tylko sobie przypomina. Przyjęli mnie w przedpokoju, obiecali zadzwonić i tyle. Myślę, ze to może być dla mnie trop i możliwość znalezienia tego “styku”. Na razie brakuje mi pomysłu jak dotrzeć do ich wspomnień, a Basia ma wielkie oczekiwania z tym związane. Ona ma zdjęcia wszystkich swoich wujów i ciotek, poza właśnie Józefem Kancelarczykiem, ojcem wujka Staszka.

Jeśli chodzi za to o zdjęcia, to właśnie powędrowały do Nietkowic niezwykle okrężną drogą do opisu. Pierwsze ma dopisek Nietkowice, Święto Lasu, 1947 r. Właśnie odebrałam od fotografa trochę podrasowane zdjęcie, ale dalej niewiele widać. Może tam gdzieś jest ten upragniony Józef.

Pozdrawiam

Marzena Strawa

 

 Zamieszczone przez o 20:21
Mar 252020
 

W związku z panującą pandemią koronowirusa chcielibyśmy oderwać chociaż na chwilę ludzi, którzy zaglądają na naszą stronę, od wiadomości, które paraliżują w tym roku niemal cały świat. Większość społeczeństwa spędza teraz czas w domu i ma tego czasu bardzo dużo więc zachęcamy do przejrzenia swoich albumów i zdjęć. Porządki przedświąteczne też sprzyjają przejrzeniu zdjęć, więc można połączyć przyjemne z pożytecznym.

Ogłaszamy konkurs na najlepsze-najciekawsze zdjęcie historyczne z miejscowości Nietkowice, Bródki, Brody, Pomorsko i Brzezie. W zasadzie każde przesłane zdjęcie przedstawia historię tych miejsowości. Tematyka zdjęć dowolna. Mogą to być zdjęcia szkolne, z imprez sportowych, wydarzeń kościelnych, festynów, zabaw czy zwykłych prac oraz przedstawiające układ wsi czy piękno przyrody. Skany zdjęć prosimy przesyłać na e-meil grossblumberg@interia.pl a gdyby ktoś nie miał możliwości zeskanowania to prosimy o kontakt meilowy lub na numer telefonu 518961206, to chętnie pomożemy. Prosimy także w wiadomości napisać, że zgadzają się Państwo na publikację zdjęć na stronie. Zdjęcia prosimy przesyłać do 31.05.2020r. Liczymy na odzew. No i najważniejsze. Z pośród nadesłanych zdjęć jury konkursowe wybierze najlepsze-najciekawsze, które zostaną nagrodzone książkami historycznymi.

Adam i Andrzej

 Zamieszczone przez o 20:51
Mar 222020
 

Z wielkim żalem zawiadamiamy, że 20 marca 2020 roku odszedł Andrzej Toczewski, człowiek, który badał historię Ziemi Lubuskiej. Dla wielu był natchnieniem do polubienia historii a jego dzieła należą do kanonu książek historycznych o Ziemi Lubuskiej.

Andrzej Toczewski (ur. 2 marca 1947 w Zielonej Górze, zm. 20.03.2020) – historyk wojskowości, muzealnik, regionalista, badacz dziejów II wojny światowej, w szczególności zbrodni hitlerowskich oraz problematyki jenieckiej, dyrektor Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze, kustosz dyplomowany.

W 1976 roku ukończył studia historyczne w Wyższej Szkole Pedagogoczne w Zielonej Górze(WSP). Stopień doktora nauk humanistycznych w zakresie historii uzyskał na Wydziale Historycznym Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu w 1983 roku na podstawie pracy zatytułowanej Walki 1 Frontu Białoruskiego o przełamanie linii Środkowej Odry w 1945 roku.

Z WSP był związany zawodowo do 1994 roku, jako m.in. założyciel i pierwszy dyrektor wydawnictwa tej uczelni, adiunkt w Instytucie Historii, wykładowca i twórca Pracowni Badań nad Dziejami Środkowego Nadodrza, którą kierował do 1983 roku.

W latach 1983–1988 pełnił funkcję sekretarza generalnego Lubuskiego Towarzystwa Naukowego. W 1988 roku został pełnomocnikiem rektora ds. rozwoju WSP, jednocześnie w Instytucie Historii był wykładowcą historii powszechnej po 1945 roku. Od roku 2003 do 2010 był zatrudniony jako docent w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Sulechowie, gdzie wykładał muzealnictwo i historię sztuki.

Kilkakrotny laureat stypendiów zagranicznych, m.in. w Niemczech, Wielkiej Brytanii i rocznego stypendium Fundacji Kościuszkowskiej w Stanach Zjednoczonych w latach 1991–1992. Od 1974 roku był członkiem Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce (obecnie Główna Komisja Badanie Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu Instytutu Pamięci Narodowej). W latach 1996–1998 pełnił funkcję dyrektora Okręgowej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Zielonej Górze. W latach 1994–1998 był dyrektorem Wydziału Kultury Sportu i Turystyki Urzędu Wojewódzkiego w Zielonej Górze.

Dyrektor Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze w latach 1998-2015. Twórca stałych ekspozycji Muzeum Wina i Muzeum Dawnych Tortur.

Dorobek naukowy

Ważniejsze publikacje:

  • Rola środkowej Odry w bitwie o Berlin w 1945 roku, Zielona Góra 1985

  • Kostrzyn 1945, Warszawa 1987

  • Międzyrzecki Rejon Umocniony, Zielona Góra 2001

  • (red.) Rola muzeów w turystyce i krajoznawstwie, Zielona Góra 2006

  • (red.) Ziemia Lubuska: studia nad tożsamością regionu, Zielona Góra 2004

  • Tradycje zielonogórskiego winiarstwa /Geschichte des Grünberger Weinbaus, Zielona Góra 2001

  • Zielonogórskie Winobrania, Zielona Góra 2005

  • Historia Ziemi Lubuskiej. Krótki zarys dawnych dziejów, Zielona Góra 2008

  • Oflag II C Woldenberg w Dobiegniewie, Dobiegniew-Zielona Góra 2009

  • Bitwa o Odrę w 1945 roku, Zielona Góra 2010

  • Miejsca zbrodni hitlerowskich na terenie Ziemi Lubuskiej, Zielona Góra 2011

Andrzej Toczewski był twórcą i redaktorem naczelnym czasopisma „Studia Zielonogórskie”

Działalność społeczna

Niektóre pełnione funkcje i członkostwa:

  • przewodniczący Rady Muzeum Woldenberczyków–Oflagu IIC w Dobiegniewie

  • wiceprezes Związku Muzeów Polskich (2002–2004)

  • wiceprzewodniczący Wojewódzkiego Komitetu Ochrony Miejsc Pamięci Narodowej (1976–1980)

  • prezes Zarządu Oddziału Polskiego Towarzystwa Historycznego w Zielonej Górze (1992–1996)

  • założyciel (1994) i pierwszy przewodniczący Komitetu Katyńskiego w Zielonej Górze, przekształconego w stowarzyszenie Lubuska Rodzina Katyńska – obecnie jej członek honorowy

  • członek Rady Naukowej Centralnego Muzeum Jeńców Wojennych w Łambinowicach-Opolu i Rady Muzeum w Międzyrzeczu

  • członek Rady do Spraw Muzeów przy Ministrze Kultury (2002–2006)

  • Honorowy Przewodnik Lubuski(2010)

  • członek nadzwyczajny Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, od 2011 prezes Zielonogórskiego Okręgu ŚZŻAK

  • członek Stowarzyszenia Autorów Polskich (w latach 1986–1990 prezes Zarządu Okręgu SAP)

Odznaczenia i nagrody

  • Lubuska Nagroda Kulturalna I Stopnia (1990)

  • Złoty Krzyż Zasługi(1999)

  • Nagroda Kulturalna Miasta Zielona Góra (1999, 2007)

  • Medal Srebrny Zasłużony Kulturze Gloria Artis (2008)

  • Nagroda Naukowa Miasta Zielona Góra (2011)

  • Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski (2012)

  • Złoty Pierścień Tysiąclecia Diecezji Wrocławskiej (2012)

Andrzej Toczewski jest także Zasłużonym dla Miasta Kostrzyn nad Odrą oraz Honorowym Obywatelem Zielonej Góry

Informacje i zdjęcie zaczerpnięte z https://pl.wikipedia.org/wiki/Andrzej_Toczewski dostęp 21.03.2020

 Zamieszczone przez o 14:54
Lut 272020
 

Po półrocznej przerwie wracamy do publikacji. Może nie będą one z tygodniową częstotliwością jak kiedyś ale niech nie zmyli Was nasz letarg. To jest nasza Pasja a najważniejsze są jednk nasze rodziny i to im poświęcamy czas. Działamy, może poza kulisami ale ciągle „do przodu”.
W Archiwum Państwowym w Zielonej Górze wyszukaliśmy kolejne wspomnienia osadnika wojskowego, tym razem z Nietkowic. Wielka siła Facebooka spowodowła, że mamy zdjęcia od wnuka ów osadnika i mamy ciekawy artykuł z najbardziej mrocznych (według nas) lat 1945-46.

Ogłoziński Władysław s. Stefana, ur. 28.VIII.1921 w Niewierszyn, II Armia 75PAPL (kanonier)

Relacja kombatancka: Organizacja osadnictwa wojskowego przez wydzielony oddział 75 PAL.II-j AWP. w Lesznie WLKp. w pow. Krośnieńskim n/O – w Nietkowicach, Brodach, Bródkach i Pomorsku.

Wspomnienia z przebiegu organizowania osadnictwa wojskowego

Po zakończeniu działań wojennych nasza jednostka wojskowa została wycofana z Niemiec na garnoizon do miejscowości Leszno Wlkp. W miesiącu czerwcu 1945r. wydzielony został z pułku osobny oddział, do którego i ja należałem z zadaniem organizowania osadnictwa wosjkowego na Ziemiach Odzyskanych. Oddział liczył około 30 osób, a dowódcą jego był ppor. Szlapiński. Wyjechaliśmy w te okolice, gdzie jednostka nasza była formowana /Garwolin, Ryki, Dęblin i okolice/, gdyż każdy z żołnierze miał tam rodzinę i znajomych, wśród których rozpoczęliśmy agitację do wyjazdu, opowiadając o tym co sami widzieliśmy nad Odrą i Nysą i czego dowiedzieliśmy się od naszych przełożonych o przyszłości osadnictwa na tych ziemiach. W ciągu tygodnia zebraliśmy około setki osób chętnych do wyjazdu /sam zabrałem ze sobą mojego ojca z Dęblina/ z tym, że w każdej rodziny jechała przeważnie tylko jedna osoba z workiem lub drewnianą walizką, aby jak mówili zobaczyć jak to jest naprawdę na tych Ziemiach Odzyskanych.

Trzema wagonami towarowymi dojechaliśmy w ciągu czterech dni w pierwszych dniach lipca 1945r. do stacji w Czerwieńsku, skąd na piechotę udaliśmy się do wsi Brody /prom na Odrze był już czynny obsługiwany przez Niemców/. Na osadnictwo wojskowe dla naszej jednostki wynaczone były cztery wsie: Pomorsko, Kwiatowiec /dzisiejsze Brody/, Bródki i Nietkowice. Osiedlanie nowoprzybyłych odbywało się w ten sposób, że przyszły osadnik wybierał sobie w którejś z w/w wsi gospodarstwo i otrzymywał natychmiast od dowódcy naszego oddziału przydział na piśmie, natomiast na drzwiach tego domu przylepiana była kartka z napisem: „zajęte – osadnik wojskowy”. Wspólnie z ojcem zajęliśmy sobie gospodarstwo we wsi Nietkowice. Jeżeli w domu, który wybrał sobie osadnik była jeszcze rodzina niemiecka, to zostawiano dla niej tylko połowę domu, a drugą jego część zajmował osadnik. Nasz oddział zajął się tymczasem zabezpieczeniem warunków bytowych przybyłych osadników. Cały pozostały w tych wsiach żywy inwentarz /krowy, kozy, świnie, kury itp./ zgromadzony został w jednym miejscu w Brodach i pilnie przez nas strzeżony przed kradzieżą i różnego typu szabrownikami, którzy już zaczęli pojawiać się w tych okolicach. Wydzielone z oddziału patrole żołnierzy objeżdżały na rowerach cały powierzony nam teren osadnictwa zatrzymując osoby podejrzane i odbierając im przedmioty pochodzące z szabru.

Odbierane przedmioty /najczęściej odzież, pościel, meble, maszyny do szycia, narzędzia i maszyny rolnicze/ składane były do magazynu, skąd następnie wydawane były osadnikom i ich rodzinom. Do opieki i wypasu zgromadzonego inwentarze żywego zatrudniona została część pozostałej ludności niemieckiej. Nikt im za to nie płacił, jednakże było im wydawane np. mleko, szczególnie dla rodzin posiadających małe dzieci. W międzyczasie w odpowiedzi na listy osadników zaczęły przybywać do nich rodziny, które często przywoziły ze sobą swoich znajomych. W tej sytuacji dowódca naszego oddziału uznał, że zgromadzony inwentarz żywy należy rozdzielić wśród osadników. Wspólnie z ojcem otrzymaliśmy m.in. wtedy jedną krowę i jedną świnię.

Był początek sierpnia, kiedy wszystkich wolnych od służby żołnierzy naszego oddziału dowódca skierował do koszenia i przężyta, czemu nie mogli kosami podołać sami osadnicy. W październiku 1945r. odprowadziliśmy pozostałą ludność niemiecką /łącznie kilkaset osób/ do granicy w Gubinie, gdzie przekazaliśmy ich władzom radzieckim. Ponieważ wśród wysiedlanych było wiele dzieci i osób w podeszłym wieku /swój zabrany dobytek wieźli na wózkach i taczkach/ droga do Gubina /około sześćdziesiat kilometrów/ zabrała nam prawie cztery dni. Niektórzy z osiedlonych wówczas żołnierzy /moich kolegów/ mieszkają tam dotychczas np. Stanisław Dąbek i Henryk Gągała w Nietkowicach, Zieliński w Pomorsku, nie żyją już Mieczysław Lasek i Kobusiński, którzy mieszkali w Nietkowicach. Po demobilizacji /20.II.1946r./ mojego rocznika wróciłem z Leszna Wlkp. na gospodarstwo do Nietkowic, gdzie w tym czasie przebywała już cała moja rodzina.

 Zamieszczone przez o 21:25
Sie 192019
 

Przedstawiamy tłumaczenie, które przywiózł do Polski Pan Horst Adam podczas swojej lipcowej wizyty w Brodach i Zielonej Górze. Relacja z wizyty wkrótce.

Było to pewnego słonecznego letniego dnia w roku 1944. Miałem wtedy dziewięć lat i siedem miesięcy. Mieszkaliśmy we wsi Brody nad Odrą (po niemiecku Groß-Blumberg). Jak co dzień szedłem do chłopów Noskego, Kupscha i Mathäe’a, by popędzić ich krowy na łąkę. Droga wiodła obok remizy strażackiej, która miała kraty w oknach i służyła za wioskowe więzienie. Usłyszałem, że ktoś woła moje imię. Głos wydał mi się znajomy. Usłyszałem ponowne wołanie: „Adamie, podejdź tu!”. Jako że Adam jest popularnym imieniem polskim, ciągle wołano do mnie, posługując się moim nazwiskiem. Był to głos Bolka, mojego polskiego przyjaciela, z którym pilnowałem codziennie krów. Podszedłem do remizy i zapytałem zdziwiony: „Co(oni) z tobą zrobili? Czemu cię uwięzili?”. Wściekłym i pełnym napięcia głosem posypały się z jego ust słowa: „Ci zbrodniarze, ci naziści uwięzili mnie bez powodu. Nie wolno ci jednak z nikim o tym mówić. Obiecaj mi!”. „Słowo!” Obiecałem Bolkowi, że coś wymyślę i wieczorem przyjdę, jak tylko odprowadzę chłopom krowy.
Cały dzień myślałem o tej niebezpiecznej sytuacji, w której znalazł się mój przyjaciel. Rozmyślałem o tym, jak by mu pomóc.
Również ja nie mogłem powiedzieć o nazistach dobrego słowa. Odczuwałem wobec nich odrazę, wręcz nienawiść. Szczególnie wobec moich nazistowskich nauczycieli: Kaniga, kierownika szkoły i Ortsgruppenfuehrera NSDAP (partii nazistów) i mojego wychowawcy Rhodego, aktywnego członka SA oddziału kawalerii. Rhode przychodził na lekcje zawsze ze swoją szpicrutą, i to nie dla postrachu, ale i czynnego użycia.
Większość moich kolegów z klasy należała do Jungvolku lub organizacji Hitlerjugend (HJ), na zajęcia przychodzili więc w mundurkach. Ja z nimi nie miałem nic wspólnego. Nie należałem również do grupy dzieci bogatych chłopów, które regularnie przynosiły nauczycielowi mięso, szynkę i temu podobne własne produkty. Dlatego też jako ewakuowany w końcu lutego 1943, wraz z matką i trojgiem rodzeństwa, z bombardowanego wciąż Berlina do mieszkającej w Brodach mojej ciotki, Anny, nie miałem szans na sprawiedliwe traktowanie.
Jedna sytuacja wyryła się szczególnie w mojej pamięci, jakby to było wczoraj. Chodziłem do 3. (trzeciej)klasy. Nauczyciel Rhode zarządził w naszej czterostopniowej klasie – tzn. klasy od 1 do 4 uczyły się jednocześnie w jednym pomieszczeniu (jednoklasowy system nauczania) – naukę kaligrafii, podczas gdy uczniowie innych stopni klasowych otrzymali inne zadania, bądź też byli uczeni ustnie.
Muszę szczerze przyznać, że zawsze miałem bardzo ładne pismo i umiałem pisać stosunkowo szybko. Jednym z zaleceń nauczyciela było, żeby po napisaniu dwóch stron pokazać swoją pracę. Zgłosiłem się po napisaniu dwóch stron, jednak pan Rhode odprawił mnie opryskliwie z uwagą, że nie powinienem przeszkadzać, tylko pisać dalej, co też uczyniłem. Po pewnym czasie zgłosiłem się z moim zeszytem do kontroli. Stwierdził oczywiście, że napisałem wprawdzie ładnie, ale o kilka stron za dużo. Poniżył mnie przed klasą i ukarał za to „przewinienie” dwudziestoma okrążeniami karnymi wokół kościoła, który znajdował się obok szkoły. Kara wydawała mi się całkowicie niesprawiedliwa, gdyż właściwie wykonałem szczególnie dobrą pracę, którą należałoby pochwalić. Ale co mogłem zdziałać przeciw władzy nazistowskiego nauczyciela. Musiałem przebiec w dużym upale 20 okrążeń wokół kościoła. Przebiegłem 6 razy, odczekałem trochę, mniej więcej tyle, ile trzeba na przebiegnięcie dwudziestu okrążeń. Wróciłem „zziajany” do klasy i zameldowałem się u nauczyciela – „dręczyciela”. On zapytał: „Adam, ile jest 20 minus 6?” Oczywiście podałem prawidłową odpowiedź. „14”. Po tej odpowiedzi musiałem obnażyć przed wszystkimi uczniami w klasie swoje siedzenie. Otrzymałem swoją „karę” czternastu uderzeń szpicrutą, a to bardzo bolało. Tymi uderzeniami nazwisko „nauczyciela” Rhodego utrwaliło się na zawsze w mojej pamięci.
Z drugim decydującym doświadczeniem związana była osoba kierownika szkoły i NSDAP, Ortgruppenleitera, Kaniga.
Mój ojciec, który pracował w fabryce w Berlinie, odwiedził nas i powiedział, że nasza babcia jest bardzo chora i ucieszyłaby się, gdyby wnuczkowie ją odwiedzili.
Ojciec zaproponował, żeby mój starszy brat, Werner, pojechał z nim do babci na dwa dni, co też zrobił. Dostałem polecenie od rodziców, aby usprawiedliwić mojego brata u nauczyciela i kierownika szkoły, Kaniga.
Zrobiłem to na lekcji rysunku. Reakcja kierownika była następująca: „Kłamiesz!” Rzucił potem w obecności uczniów drewnianą kulą w kierunku mojej głowy. Musiałem mu ją odnieść do biurka, po czym znowu rzucił, co powtórzyło się jeszcze około pięciu razy.
Podczas późniejszej wizyty u nauczyciela Rhodego mój ojciec oskarżył go o niesprawiedliwe, niepedagogiczne potraktowanie mnie. Użył przy tym sformułowania: „Mój syn, Horst, zawsze był najlepszym uczniem w Mahlsdorf” (część Berlina, z której pochodziłem). Protest mojego ojca został naturalnie ostro odrzucony. Później jeszcze wielokrotnie odczułem skutki wizyty ojca u nauczyciela-nazisty, wracały one bowiem niczym bumerang. Obok cielesnej przemocy nasilił się ze strony nauczyciela i uczniów terror psychiczny.
W każdą sobotę z kilkoma innymi uczniami musiałem dokładnie sprzątać szkolne podwórze i doprowadzać do porządku ogród nauczyciela. Musiałem też z innymi uczniami nauczyć się poniżającego zwrotu i wypowiadać go przed wszystkimi uczniami: Berliner kind, Spandauer Wind, Charlottenburger Pferd – sind alle drei nicht wert. („Berlińskie dziecko, wiatr ze Spandau, koń z Charlottenburga – cała trójka jest nic nie warta”).
Wstrząsnęła mną informacja od dobrej koleżanki w klasie, że jej matka, która przcowała w fabryce w Rzepinie (niem. Reppen), została aresztowana w miejscu pracy. Prawdopodobnie pomogła obcym, niemieckim robotnikom przymusowym, którzy byli w naszej wiosce i stawiła Niemcom opór.
Podobnym czynnym sprzeciwem wykazała się moja matka. Jej wielka opiekuńczość, miłość bliźniego i solidarność wyrażała przez potajemne dostarczanie chleba rosyjskim jeńcom wojennym oraz polskim i ukraińskim robotnikom przymusowym.
Jako pastuch, opiekujący się krowami, byłem pewnego razu świadkiem, jak grupa około 230-250 sowieckich jeńców wojennych musiała się ustawić na podwórzu pewnego gospodarstwa. Niektórzy z więźniów musieli wystąpić z szeregu i zostali nieludzko pobici na śmierć.
Po śmierci burmistrza rozniosła się pogłoska, że musiał się on zastrzelić, gdyż nie dość surowo traktował robotników przymusowych i jeńców wojennych.
Te wydarzenia i doświadczenia umocniły mnie już jako dziecko w moim silnym postanowieniu wyrażania oporu wobec nazistów, których uosabiali szczególnie okrutni hitlerowcy.
W owym czasie zaprzyjaźniłem się z kilkoma osobami, którymi byli m.in.: jeden rosyjski i jeden polski chłopiec, Bolek, którzy mieli wtedy ok. 14-15 lat. Byli robotnikami przymusowymi, podobnie jak były serbski oficer, który jako więzień musiał pracować u bogatego chłopa. Z nimi prowadziłem zawsze bardzo przyjacielskie rozmowy. Oni pytali się o sytuację mojej rodziny i opowiadali o zbrojnym oporze w swojej ojczyźnie. Wyrażali przy tym nadzieję, że również w Niemczech wkrótce przeminą złe czasy.
Moi przyjaciele często mówili o szybkim zbliżaniu się Armii Czerwonej, mówili mi też, że po wojnie wstawią się za mną. Gdy mój kuzyn raz rzucił nieostrożną uwagę, że mój ojciec był w „czerwonych”, upomnieli go, by nikomu nie wspominał o tym słowem.
Gdy wieczorem zapędziłem krowy do zagród, poszedłem do stodoły Kupscha, gdzie mieszkaliśmy. Szukałem narzędzi dla Bolka. Znalazłem młotek, szczypce (cęgi) i piłkę do metalu. Poszedłem z tym w ciemności do remizy. Przez kraty w oknie podałem Bolkowi te narzędzia i krzyknąłem do niego: „Spróbuj szczęścia, Bolek! Uciekaj, Bolek, uciekaj!” następnego wczesnego ranka po wiosce biegało wielu policjantów, SS-manów i członków S.A., szukając polskiego zbiega.
Szybko obiegła całą wieś wiadomość: „Polaka nie ma. Polak uciekł!” Odczuwałem wielkie wewnętrzne napięcie, nikomu o niczym nie mówiłem. Bardzo się martwiłem, czy mu się powiedzie. Ale mogłem tylko mieć nadzieję, pewności uzyskać nie mogłem.
Trwało to jeszcze do końca stycznia/początku lutego, zanim Armia Sowiecka wspierana przez Polaków położyły kres władzy nazistów i wojnie w Brodach. Wcześniej jeszcze oddziały SS i Wehrmachtu zdołały wysadzić w powietrze mosty na Odrze i urządzenia fabryczne.
Po ewakuacji pozostało mojej mamie, mojemu rodzeństwu i mnie jedynie ucieczka przed frontem do berlina, naszego rodzinnego miasta. Do Berlina dotarliśmy pod koniec lutego. Tu czekały nas znowu straszne naloty bombowe. Codziennie, zazwyczaj wieczorem i w nocy, ale też i coraz częściej w ciągu dnia. Ze względu na siłę niszczenia bombowych ataków nie szukaliśmy już schronienia w piwnicy, ale gdy zawyły syreny ogłaszające nalot, udawaliśmy się do dużego cementowego bunkra w dzielnicy Mahlsdorf na skrzyżowaniu ulic Am Rosenhang i Kieler Straße.
Bitwa o Berlin miała jeszcze trwać kilka miesięcy, do 2 maja 1945 roku. W jej wyniku doszło do ogromnych zniszczeń, a miliony straciły życie. Rozpoczęta 1 września 1939 atakiem na Polskę druga wojna światowa która kosztowała życie 50 milionów istnień ludzkich i pociągnęła za sobą duże zniszczenia, skończyła się ostatecznie bezwarunkową kapitulacją hitlerowskich Niemiec 8 maja 1945, w dniu wyzwolenia.
Najważniejszym dla mnie osobiście zobowiązaniem, wynikającym z moich doświadczeń życiowych, w szczególności doświadczeń i przeżyć w czasie II wojny światowej, jest ciągłe aktywne działanie na rzecz zapewnienia pokoju, żebyśmy my, nasze dzieci, wnuki i następne pokolenia już nigdy nie doświadczyli wojny. Dzisiejsze czasy, kiedy w różnych częściach świata ciągle jeszcze toczą się konflikty zbrojne, a ludzie są uciskani, stawiają nas ciągle na nowo przed tym wyzwaniem.
Jeśli obchodzimy 8 maja jako dzień wyzwolenia od faszyzmu hitlerowskiego, to odnosi się to do wszystkich i każdy się powinien czuć zobowiązany wykazywać się odwagą cywilną i występować przeciwko zaślepieniu ideologią nazistowską przeciwko neonazizmowi, prawicowym ekstremizmom i rasizmowi.

Horst Adam

Tłumaczenie Jerzy Obora

Lip 262019
 

Sezon urlopowy i lato w pełni. Mimo tego, że nasza strona prawybrzegodry.com od dłuższego czasu nie działa tak prężnie jak na początku to nie znaczy, że nie dzieje się nic związanego z odkrywaniem historii tego małego zakątka Ziemi Lubuskiej. Dzieje się i to sporo. Ciągle poszukujemy materiałów w archiwach – zarówno państwowych, zagranicznych jak i prywatnych. Do tego kontaktujemy się z wieloma osobami, które dzielą się swoimi zdjęciami I informacjami.

Monitorujemy sprawę poszukiwania szczątków rozstrzelanych żołnierzy w 1945 roku w Brodach i będziemy chcieli brać fizyczny udział w ich odkopywaniu jeżeli organizacje zajmujące się tym profesjonalnie zdobędą wszystkie formalne zgody i pozwolenia.

Udało się dzięki Andrzejowi namówić Pana Cezarego Wocha do wznowienia prowadzenia niemal identycznego blogu historycznego o sąsiednich Sycowicach pod nowym adresem www.sycowice.eu .

Oraz najbliższa sprawa, która zostanie prawdopodobnie sfinalizowana już w ten weekend. W maju na jednej z niemieckich stron pojawił się artykuł Pana Horsta Adama, który spędził ostatni okres II Wojny Światowej w Brodach u swojej rodziny uciekając z miasta przed bombardowaniami. O tym też jest artykuł. Od razu skontaktowaliśmy się meilowo z autorem. Po wymianie kilku meili Pan Horst Adam postanowił odwiedzić Brody. Tłumaczenie i relacja z odwiedzin ukaże się na naszej stronie po urlopie – pod koniec sierpnia.

Adam i Andrzej

 Zamieszczone przez o 05:00
Lip 142019
 

Przedstawiamy artykuł Pana Cezarego Wocha, który świetnie opisał pierwszego sołtysa Sycowic a wcześniej sekretarza gminy Gross-Blumberg (Brody).

Chcąc lepiej zrozumieć sytuację w której się znalazł i Jego rolę jako pierwszego sołtysa Sycowic, należy cofnąć się do panującej wówczas atmosfery politycznej przełomu roku 1944/1945. Druga Wojna Światowa powoli dogorywała, co nie przeszkadzało jej jednak wyrywać z szeregu żywych, tysięcy istnień ludzkich odzianych zarówno w żołnierskie mundury jak i cywilne łachmany.

Pod naporem ofensywy Armii Czerwonej przez wsie i miasteczka przetaczały się kolumny niemieckich cywilów uciekających furmankami na zachód. Miejscowi Niemcy otumanieni goebbelsowską propagandą z przerażeniem wsłuchiwali się w słowa uciekinierów, na żywo komentujących krajobraz pozostawiany przez sowieckich żołnierzy..

Będąca wówczas dzieckiem, niemiecka mieszkanka Leitersdorf Gerda von Kruger po latach wspomina: „Nadszedł dzień 30 stycznia 1945 roku!. Było bardzo zimno i niemieccy żołnierze dziwili się, że w Leitersdorf spotkali jeszcze cywilów. Jednak nasz sołtys odradzał wyjazd z Sycowic, ponieważ oblodzone ulice pełne były ludzi uciekających ze Śląska oraz Prus Wschodnich. Około północy weszli rosyjscy żołnierze, którzy szybko poszli dalej, ponieważ nie napotkali żadnego oporu. Jednak później nadeszły ciężkie chwile: gwałty, strzelanie do ludzi, podpalenia i bombardowania (przez niemieckie samoloty i do tego silne rosyjskie działania odwetowe). Po upływie około tygodnia, Sycowice zostały puste, a my zostaliśmy wypędzeni w kierunku Polski, ponieważ w okolicach Krosna, Frankfurtu nad Odrą, Selow toczyły się walki”.

Przerażenie przybierało czasami postać obłędu w którym wydawało się, że jedynym rozwiązaniem problemu jest odebranie życia sobie i swoim najbliższym. Sycowice – ówczesny Leitersdorf, nie były pozbawione takich dramatycznych wydarzeń.

Harry Eckert ówczesny mieszkaniec Leitersdorf wspomina: „ Stodoła Wagnera, stojąca bezpośrednio przy dębie (dzisiaj pomnik przyrody, przyp. C.W.), została 31 stycznia 1945 osobiście przez Juliusa Wagnera podpalona, w celu popełnienia samobójstwa. Julius pod wpływem okropności, jakie Sowieci podczas wejścia do Sycowic dopuszczali się na kobietach, zabił siekierą swoją żonę Eliesabeth i najmłodszą córkę Hildegard. Starszą córkę o imieniu – Christa, ranił siekierą w głowę chcąc także ją zabić. Rana była duża, jednak dziewczynie udało się uciec z płonącej stodoły. Zaopiekowały się nią moja mama Frieda Eckert i inne kobiety. Julius po uderzeniu siekierą drugiej córki podpalił stodołę i powiesił się w niej… . Julius, jego żona i córka Hildegard, spłonęli razem.

Płonący budynek „wykorzystała” także młoda kobieta Wartenberg, z domu Kluge. Spłonęła żywcem wraz ze swoją malutką córeczką. Do Leitersdorf przybyła z Berlina, aby uchronić się przed bombardowaniami. Przyczyną samobójstwa wnuczki Wagnerów było zamordowanie jej męża przez Rosjan. Jako ośmioletni chłopiec obserwowałem płonącą stodołę. Podczas mojej pierwszej wizyty w Sycowicach w dniu 20.08.2004 roku na zaproszenie Pana Cezarego Wocha, straszne przeżycia powróciły”.. ..

Wkrótce po tych dramatycznych wydarzeniach nastąpił koniec wojny i do Sycowa /taka była pierwsza polska nazwa Sycowic/, zupełnie w innych realiach zaczęło powracać życie kształtujące nowy etap historii tych ziem. Zaczęli pojawiać się przesiedleńcy z Kresów Wschodnich, uciekinierzy przed mordami ukraińskimi, robotnicy przymusowi III Rzeszy, zesłańcy Sybiru, a także szabrownicy ogałacający opuszczone domy z czego się dało.

W takiej oto sytuacji Edmund Balczyński w dniu 11.07.1945 roku złożył do Gminy w Krośnie Odrzańskim dwa pisma: podanie i życiorys. W podaniu gdzie słowo „podanie” podkreślone zostało łukowato napisał: „Uprzejmie proszę o przyjęcie mnie w charakterze sołtysa na wieś Leitersdorf. Pozwalam sobie nadmienić, że pracowałem w tej gromadzie w najtrudniejszych warunkach jako pionier”. Własnoręczny podpis – Edmund Balczyński. Pod podpisem w dniu 12.07. 1945 roku adnotacja urzędnika: „ Balczyńskiego mianowano sołtysem gromady Leitersdorf – dokument do akt”. Do podania załączono odręcznie napisany również w dniu 11.07.1945 r. życiorys następującej treści: „Mój życiorys. Ja niżej podpisany urodziłem się 3.5.1922 roku w Kowalewku powiat Oborniki z ojca ogrodnika Stanisława Balczyńskiego, z matki Franciszki Balczyńskiej z domu Polowczyk. Od 7 roku życia wstąpiłem do 7-mio klasowej Szkoły Powszechnej im. Wszystkich Świętych w Poznaniu.

Po ukończeniu tej szkoły z wynikiem dobrym, w roku szkolnym 1935/6 przeszedłem w naukę w charakterze drukarza składacza do firmy „Grafika Wł. Kąkolewski” i w tej firmie pracowałem do napadu Niemiec na Polskę w roku 1939. Podczas okupacji niemieckiej pracowałem jako ciężko pracujący robotnik łagrowy na składnicach materiałów pędnych, w firmie „Mineralol Vertrib” w Poznaniu, do oswobodzenia Polski przez Armię Czerwoną. 13 marca 1945 roku wstąpiłem do Polskiej Partii Robotniczej w Poznaniu, a 14 marca 1945 r. zostałem wysłany przez P.P.R. na zachód w charakterze sekretarza Gminy Gross- Blumberg /Brody/ powiat Krosen. Z dniem 25 maja 1945 roku objąłem posterunek jako sołtys w gromadzie Leitersdorf gdzie spełniam obowiązki do dnia dzisiejszego”. Własnoręczny podpis – Edmund Balczyński.

Z treści tych pism jednoznacznie wynika, że Edmund Balczyński w dniu 25 maja 1945 roku „objął posterunek” jako sołtys w gromadzie Leitersdorf, czyli był w pewnym sensie osobą „pełniącą obowiązki sołtysa”. W dniu 11 lipca 1945 roku pisząc dwa w/w pisma wystąpił o usankcjonowanie takiego stanu rzeczy. Dnia następnego czyli 12 lipca 1945 roku został mianowany sołtysem Leitersdorf.

Zdzisław Kociemba powojenny mieszkaniec Sycowic wspomina: „ W tych pierwszych dniach wolności nie obyło się też bez tragicznych i niewyjaśnionych do dzisiaj wydarzeń. W dniu 7 listopada 1945 roku zginął w swoim mieszkaniu od postrzału z pistoletu pochodzący z poznańskiego pierwszy sołtys Sycowic o nazwisku Balczyński. Warto wspomnieć w tym miejscu, że wszyscy sołtysi w sąsiednich wsiach pochodzili również z poznańskiego. W dworku tuż przy gorzelni kwaterowali żołnierze rosyjscy z jednostki wojskowej stacjonującej w Ciborzu. Wśród nich byli zarówno mężczyźni, jak i kobiety nadzorujący stada zagrabionych owiec, krów i koni. Ich zadaniem było zaopatrywanie macierzystej jednostki w mięso i mleko. Zwierzęta te były łupami wojennymi i w większości wybijano je na bieżąco. Jest rzeczą zrozumiałą, że w tych czasach sołtys musiał mieć ścisły kontakt z UB, Milicją Obywatelską czy lokalną władzą administracyjną, ale był to człowiek uczynny, bardzo spokojny i zrównoważony, nie wtrącał się niepotrzebnie w sprawy zwykłych ludzi i wydawać by się mogło, że nie może mieć jakichkolwiek wrogów.

Tym bardziej jego nagła i niespodziewana śmierć była dla wszystkich wielkim zaskoczeniem. Urząd Bezpieczeństwa prowadził w tej sprawie dochodzenie, a Ojciec miał z tego powodu nawet nieprzyjemności”. Funkcjonariusze UB nie ośmielili się jednak szukać sprawcy wśród „sojuszników” stacjonujących po drugiej stronie ulicy, starając się wrobić w to zabójstwo kogoś z Polaków /przyp. C.W/. „W efekcie nic i nikogo nie wykryto, jednak nasze przypuszczenia w tej sprawie były następujące. Dzień 7 listopada obchodzony był bardzo hucznie przez Rosjan jako rocznica Rewolucji Październikowej i jak to było u nich w zwyczaju, wszyscy byli kompletnie pijani. Jeden z nich prawdopodobnie udał się do domu sołtysa, który był naprzeciwko dworku w którym stacjonowali Rosjanie po to, aby coś ukraść i wszedł do małej spiżarni przylegającej do kuchni. Kiedy Balczyński zaniepokojony dochodzącymi stamtąd odgłosami udał się do kuchni, zaskoczył intruza, a ten frontowym zwyczajem oddał błyskawiczny strzał. Ten strzał usłyszał mój Ojciec i natychmiast pobiegł do pastorówki. Kiedy tam wszedł, Balczyński leżał na podłodze w kałuży krwi i właśnie umierał. Wyciągnął jeszcze do Ojca rękę i uścisnął ją, nic jednak nie zdążył już powiedzieć”…. .

Edmund Balczyński pierwszy sołtys Sycowic miał wtedy zaledwie 23 lata…

Cezary Woch

źródła;

– odtajnione materiały IPN

– „Drogi do domu…” Cezary Woch


		
Maj 032019
 

Niektóre nagrane na dyktafon wspomnienia leżą w przysłowiowej „szufladzie” i czekają na opracowanie i uzupełnienie. Tak też było z tymi wspomnieniami. Rozmowa z bohaterką tych wspomnień odbyła się w sierpniu 2014 roku a dopiero teraz „dojrzały” do opublikowania. Uzupełnione zdjęciami przez wnuczkę.

Początkowo Pani Emilia i jej syn niechętni rozmowie zgodzili się aby chwilę powspominać stare czasy. Pani Emilia Galińska – wtedy najstarsza żyjąca i mieszkająca osoba w Brodach. Mając 94 lata Pani Emilia zadziwia sprawnością fizyczną.

Nazywam się Emilia Galińska z domu Przewoźnik. Urodziłam się 15.06.1920 roku w „centrali”, tzn koło Bochni w miejscowości Zabierzów koło Niepołomic. Moi rodzice Stanisław i Magdalena mieli 7-ro dzieci. 4 synów i 3 córki w tym jedną z nich byłam ja. Ja byłam przedostatnia. Z rodzeństwa żyje tylko ja i młodszy ode mnie brat. A tak to wszyscy już poumierali.

Rodzice zajmowali się rolnictwem. Ojciec miał trochę ziemi, parę hektarów, którą uprawiał i z tego żyliśmy. Przed wojną żyliśmy biednie. Wszystko było na kartki. Odzież, bielizna. Jedzenia też nie było. Człowiek żył, bo musiał żyć. Skończyłam tylko 4 klasy szkoły i pracowałam na gospodarstwie rodziców i w lesie. Rodzice nie dbali o to czy dziecko chodzi do szkoły czy nie.

W czasie wojny i przed wojną pracowałam w nadleśnictwie. Czasy wojny wspominam bardzo źle. Nie było co jeść. Nie było gdzie kupić jedzenia. W sklepach nic nie było. Kryzys jak diabli. We wrześniu 1939 roku nie pamiętam, żeby jakoś brutalnie Niemcy weszli do mojej miejscowości ale z czasem zaczęli mordować Żydów. Pamiętam taką sytuację, jak poszłam nazbierać z koleżanką trawy dla bydła na łąki. Byłyśmy na łące, gdy patrzymy, a wałem idą Niemcy. Krzyczą do nas, żebyśmy podeszli do nich. Ze strachu, aż się trzęsłyśmy ale tylko nas wylegitymowali. Gdy szedł Żyd i Niemcy go zaczęli kontrolować to od razu go zabijali. A w naszej wiosce było bardzo dużo Żydów. W czasie wojny był straszny głód. W nadleśnictwie pracowałam przy wiklach (wiklina). Ścinaliśmy je sierpami i łupaliśmy kleszczami, a na wiosnę sadziłam lasy. Dzięki pracy w nadleśnictwie nie wywieźli mnie na roboty przymusowe. Gajowy powiedział Niemcom, że jestem niezbędna w pracy w lesie i mnie zostawili w spokoju. Zabrali tylko moich dwóch braci na roboty. Jednego brata na tych robotach Niemcy zabili.

Pod koniec wojny pamiętam, że do nas na wioskę uciekło bardzo dużo ludzi z Krakowa, bo bali się, że zbombardują miasto. Uciekali przed bombardowaniem ale Rosjanie wkroczyli i Kraków ocalał. Nie pamiętam, żeby Rosjanie u nas jakoś źle się zachowywali. Nie mordowali ani nie gwałcili. Kilka lat po wojnie wyjechałam na zachód. Do Nietkowic, a później Brodów.

Na zachód przyjechałam na przełomie 1952/53 roku. Pamiętam że była wtedy bardzo ciężka zima. Przyjechałam do brata do Nietkowic. 12 czerwca 1953 roku wzięłam ślub z Władysławem Galińskim z którym w małżeństwie byłam ponad 30 lat. Całe życie ciężko pracowałam. Do tej pory jestem aktywna fizycznie. Nie widzę na jedno oko dlatego czytanie albo oglądanie telewizji jest dla mnie trudne. Wolę prać, sprzątać, gotować a nawet drzewa narąbać.

Niestety bohaterka tych krótkich wspomnień zmarła 5 czerwca 2017 roku mając niespełna 97 lat.

Mar 152019
 

Taryfa opłat i regulamin przeprawy promowej w Gross Blumberg (obecnie BRODY) z roku 1835! Ciekawe wydanie dwujęzyczne.

ZBIÓR PRAW dla Państw Królestwa Pruskiego

Taryfa opłaty przewoźnego za przewóz w Blumberg z dnia 30 lipca 1835.

(TABELA WYSOKOŚCI OPŁAT)

Ogólne postanowienia.

  1. Powyższe daniny opłacają się jakikolwiek jest stan wody, bez względu na jej wysokość, również gdy jest droga na lodzie, której przynależyte utrzymanie należy do starań exakcyi; wszakże mieszkańcy miejscowi i przechodnie osoby piesze mogą jej bezpłatnie używać.
  2. Na prywatnych promach dominij i gminy w Gross Blumberg niewolno obcych osób, zwierząt i rzeczy za pieniądze przewozić.
  3. Wóz lub pojazd uważa się za ładowny, gdy prócz obroku na dni najwięcej trzy i prócz przewoźnika jeszcze jedna znajduje się na nim osoba.
  4. W poborze tej daniny, w karaniu defrandacyj, w postępowaniu przeciw oskarżonym stosować się należy do postanowień regulaminu poborowego z 8 lutego 1819

Uwolnienia.

  1. Ekwipaże i zwierzęta, należące do dworów Król. Domu, tudzież do Król. Stadnin
  2. Komenderowani wojskowi, zwołani rekruci, furgony i zwierzęta należące do armii lub do wojsk na pochodzie, podwody wojenne i dostawy wojenne.
  3. Publiczni urzędnicy i ich pojazdy i zwierzęta w podróżach służbowych, gdy tamci są w stanie wylegitymować się jako tacy świadectwami upoważniającymi lub papierami służbowemi; zaś policyanci i celnicy bez takowej legitymacyi, skoro mają na sobie przepisany uniform.
  4. Transporta, przedsiębrane na bezpośredni rachunek skarbu.
  5. Poczty orydynacyjne, włącznie prędkich poczt, publiczni gońce i sztafety, i próżno od nich wracające zaprzęgi lub zwierzęta.
  6. Fury posiłkowe z okazyi pożarów ogniowych i klęsk podobnych, fury gminne i wojenne, także fury xięży i kościelnych w czynnościach urzędowych.

Berlin, dnia 30 lipca 1835

FRYDERYK WILHELM

Źródło: księga „Sachregister zur deutsch-polnischen Gesetzsammlung für die … , 1835”

Translate »