Wrz 162017
 

Wpadła mi w ręce wypożyczona od pani Magdy z Pomorska ciekawa pozycja książkowa „Dawna Zielona Góra – Kronika od 1623 do 1795 roku” opracowana przez Jarochnę Dąbrowską-Burkhardt. W książce tej pojawia się wiele wydarzeń dotyczących Zielonej Góry i okolic, ale też i kilka wzmianek dotyczących interesujących nas miejscowości, które przedstawiamy poniżej. Ta dwujęzyczna (polska i niemiecka), licząca 284 strony książka jest godna polecenia dla osób, których ciekawi przeszłość tego miasta.

1661, dnia piętnastego czerwca w Pomorsku spaliło się czternaście domów mieszkalnych.

1731, dnia dwunastego października wieczorem, przez ogień legło w popiele, to co jeszcze pozostało w Nietkowicach.

1736, dnia piętnastego sierpnia w Pałcku uderzył piorun, po którym obróciły się w popiół zamek, młyn sukienniczy i młyn zbożowy.

1759, dnia dwudziestego lipca doszło tutaj do małej potyczki. Dnia dwudziestego trzeciego lipca między Sulechowem, a młynem w Kijach odbyła się bitwa między wojskami rosyjskimi, cesarskimi i armią pruską. Bitwa rozpoczęła się o trzeciej rano i trwała do godziny ósmej.

1766, dnia dwunastego lipca z powodu burzy utopiło się w marinie na wale Odry przy promie w Pomorsku dziesięć osób.

1777, dnia dwudziestego drugiego sierpnia w Pomorsku spaliło się siedem domów.

1786, dnia dwudziestego szóstego grudnia, w drugie święto, pan Teichert, pastor z Sycowic wygłosił kazanie próbne.

 

Andrzej

Sie 082016
 
Pomorsko

Pomorsko

Przedstawiamy tłumaczenie tekstu z książki Heimatbuch des Kreises Crossen 1927 o nieistniejącym już młynie wodnym w Pomorsku.

Powyżej wioski Pomorsko nad Raczym Potokiem leży młyn wodny, który jest obecnie obsługiwany przez maszynę parową. Jest już ponad 250 lat w posiadaniu rodziny Arnhold: W czasie Fryderyka Wielkiego Raczy Młyn był przyczyną procesu młynarza Arnholda, który wywołał burzę w całej
Europie. Młyn był napędzany przez Potok Rak, który miał swoje źródło w sąsiedniej wsi Kije.

 

Młynarz Arnhold miał wieczystą dzierżawę młyna od właściciela dworu Pomorsko, hrabiego Schmettau.
Około 1775, Starosta Kij von Gersdorf miał założyć na Raczym Potoku staw z karpiami i wody
Potoku Rak powyżej młyna miały przepływać przez ten staw. Młynarz wierzył, że przez to zostanie
narażony na straty i prosił hrabiego Schmettau o swoje prawa u starosty Gersdorf. Jednak mimo
najlepszych intencji nie widział szkód u młynarza. Tak Arnhold zaczął sobie sam pomagać.
Odmówił zapłaty za dzierżawę.
Kiedy mimo wielu upomnień on nie płacił przez trzy lata za dzierżawę, hrabia Schmettau zlecił
sprawę wiejskiemu sądowi, który kazał mu zapłacić dzierżawę. Młynarz poskarżył się u władz w
Kostrzynie i tam sąd apelacyjny oddalił jego skargę. Sąd nie przyznał młynarzowi racji, bo woda
nie została wstrzymana. Następnie młynarz odmówił kontynuowania najmu płatności, młyn poszedł
pod młotek. Arnhold został wyrzucony z młyna.
Teraz zwrócił się do króla. On i jego żona udali się do Berlina, dotarli z dużymi wózkami akt. W
końcu obojgu udało się porozmawiać z Wielkim Królem i wygrać swoją sprawę. Fryderyk Wielki,
natychmiast nakazał ścisłe dochodzenia w tej sprawie. Porucznik Henking, kwatermistrz Basch i
inspektor budownictwa wodnego Schade z Sulechowa musieli udać się na miejsce i przeprowadzić
dokładne badania. Komisja przyznała rację młynarzowi.
Rozgorzał królewski gniew nad doznaną krzywdą młynarza.. Przez polecenie gabinetu, wezwał 11
Grudnia 1779 kanclerza von Fürsta, sędziów apelacyjnych Fridella, Gruna i Ran-Ranslebena: o
godzinie pierwszej poszedłem do Wielkiego Kanclerza, u którego byli już sędziowie apelacyjni
Fridell i Grun. Wielki Kanclerz poinstruował ich co mają robić gdy będą u króla i o czym mają
pamiętać. Potem poszliśmy razem do zamku. Weszliśmy do pokoju, tuż za głównym holem i
zostaliśmy zgłoszeni przez służącego. Wkrótce potem byliśmy przed Majestatem Najwyższego
Króla. Król siedział na środku pokoju, mógł patrzeć prosto na nas . Miał brzydki kapelusz w
kształcie kaznodziejskiego kapelusza, płaszcz z materiału, którego nie mogłem rozpoznać, czarne
spodnie i buty z cholewami, całkiem wysoko naciągnięte. Był nie uczesany. Mała ławka,
obciągnięta zielonym suknem, stała przed nim, na niej leżały jego nogi. Na coś w rodzaju tulei
położył rękę, wydawało się, że cierpi wielki ból, a w drugiej miał skrót sprawy Arnholda.
Po lewej stronie był stół z dokumentami i dwie złote puszki przyozdobione drogocennymi
brylantami, z którego od czasu do czasu brał tytoń.
Król spojrzał na nas i powiedział: Chodźcie bliżej – Jesteście tymi, którzy spisali akta Arnholda?
– Odpowiedzieli z ukłonem, że tak! Powiedział. Teraz podszedł z twardym spojrzeniem do
Wielkiego Kanclerza, powiedział mu, że będzie go ścigać do piekła, a jego miejsce jest już zajęte,
po czym Pan von Furst bez słowa, szybkim krokiem opuścił pokój. Kilka razy, król uniósł laskę i
być może w przypływie gniewu mógł jej użyć, gdyby ból reumatyczny nie sparaliżował jego
ramienia. Moje imię Cruell (nieslychane) nadużywane, przywoływał wielokrotnie, przy tym bijąc
lewą ręką w przygotowane przez sędziego akta.
W rzeczywistości, on obalił Wielkiego Kanclerza i rząd, i wysłał ich do twierdzy Spandau.
Podobnie stało się z członkami władz w Kostrzynie. Przewodniczący rządu, hrabia Fink von
Finkenstein, syn przyjaciela Fryderyka Wielkiego, został aresztowany i zabrany od stołu z obiadem
przez oddział huzarów w Neumühl w Kostrzynie. On i jego doradcy, Busch, itd. znaleźli się
również w więzieniu. Fryderyk Wielki zabrał wszystkich nie uwzględniając pokrewieństwa i
przyjaźni. Aby zapobiec dalszemu wypaczeniu sprawiedliwości, incydent ten na rozkaz króla
pruskiego musiał być ogłoszony we wszystkich głównych gazetach. Również protokół z dnia 11
grudnia 1779 został opublikowany przez króla. Pokazując swoje uwielbienie dla sprawiedliwości
król chciał sam pokazać protokół, którego słowa brzmiały:
14 grudzień 1779. Król. Uprzywilejowane Państwowe Berlińskie gazety i prasa fachowa. Jego
Wysoki Królewski Majestat sam przedstawił protokół przed trzema kolegiami sędziów Fridell,
Graun i Ransleben
Najważniejsze pytanie: Jeśli ta sprawa przeciwko rolnikowi argumentował, zabrała jego wóz, pług i
wszystko co miał, to czym miał się żywić i płacić swoje podatki:
Czy można to zrobić?
Czy tym samym, udzielić odpowiedzi przeczącej.
Ponadto: czy można, młynarz, który nie ma wody, a więc nie może mielić, a tym samym nie może
zarabiać, dlatego zabraliście młyn, bo nie płacił czynszu? Czy to jest sprawiedliwe?
Również odpowiedź jest przecząca.
Więc, ale szlachcic, który chce wodę do stawu z małej rzeczki, która zasila młyn prowadzi ją do
swojego stawu, młynarz traci wodę i nie może mielić, a jeśli to, co jest jeszcze możliwe żeby
wiosną 14 dni i późną jesienią też przez 14 dni mógł mielić: przecież będzie rościł pretensje,
domagają się od młynarza odsetek, które miał zapłacić, ponieważ miał wodę w młynie, jednak nie
płaci bo nie ma dochodów. Co robi elektor? Rozkazuje, sprzedać młyn ponieważ szlachcic nie
dostaje za jego dzierżawę: A miejscowa izba sądownicza zatwierdza to! To jest najbardziej
niesprawiedliwe, a tą wypowiedź, Wielki Majestatyczny Król Ojciec Narodu intonuje, całkowicie i
zupełnie sprzeczne: Wasza Wysokość raczej chce, każdemu zapewnić, czy jest szlachetny czy
niższej klasy, bogaty, czy biedny, szybki administracyjny wymiar sprawiedliwości i każdego
poddanego, niezależnie od osoby i stanu, powinno spotkać bezpośrednie i bezstronne prawo: Jego
Królewski Majestat zostaje z tego powodu, w świetle tego młynarz Arnhold, z młyna Ziger nad
Pomorskim Rakiem w Neumarkt, uzgodnione i zatwierdzone tutaj, najbardziej niesprawiedliwy
wyrok, pokazany innym jako przykład, przez to cały wymiar sprawiedliwości we wszystkich
prowincjach, przez to grubiańskie niesprawiedliwości nie mogą się zdarzyć, ponieważ musicie
wiedzieć, że najmniejszy rolnik, tak, co więcej, żebrak, tak samo jest człowiekiem jak Majestat
Króla, a sprawiedliwość musi wszystkich spotkać, przez to sprawiedliwość dla wszystkich ludzi jest
równa i to może być, książę, który skarży się, wobec rolnika, lub na odwrót, więc książę przed
wymiarem sprawiedliwości i rolnik są równi: i przy takich okazjach, jeszcze musimy postępować
sprawiedliwie, bez poważania osoby: potem możemy się w sądach, w każdej prowincji, sądzić, i nie
z wymiarem sprawiedliwości, bez poważania osoby i stanu społecznego, prosto obchodzić, lecz
naturalną taniość odsunąć na bok: tak powinno się z Jego Królewskim Majestatem zrobić. Ponieważ
kolegia sądowe, który popełniają niesprawiedliwość, są bardziej niebezpieczne i gorsze niż banda
rabusiów, przed którymi można się zabezpieczyć, ale większość łotrzyków, którzy korzystają z
płaszcza sprawiedliwości, do dokonywania swoich złych pasji, przed tym nie może się ustrzec
żaden człowiek, to jest złe jak najwięksi łotrzy, którzy są w świecie i zasługują na podwójne kary:
poza tym kolegia sędziowskie jednocześnie zostaną zawiadomione, że Jego Majestat mianuje
nowego Kanclerza, najwyższy ten sam, ale szanowany, i we wszystkich województwach bardzo
będzie mocno stał na swojej pozycji i polecę przy tym kategoryczność.
Po pierwsze: wszystkie procesy mają się szybko zakończyć.
Po drugie, nazwiska sędziów nie będą profanowane przez niesprawiedliwość.
Po trzecie, procedura jest ta sama wobec wszystkich ludzi, którzy przychodzą do sądu, czy księcia
czy chłopa, bo skoro wszyscy są równi musi być równa. Ale jeśli Jego Królewski Majestat znajdzie
w tych sprawach, błędy kolegiów sądowych, można tylko sobie z góry wyobrazić że zostaną
surowo ukarani, zarówno prezydent jak i rada, że źle ujawnili prawdę wyrażając sprzeczny wyrok.
Do czego mają stosować się całkowicie wszystkie kolegia sądowe we wszystkich prowincjach.
Berlin, 11 Grudzień 1779 Friedrich ”
Za panowania Fryderyka Wilhelma II była rewizja wyroku. Radcy zostali uniewinnieni. Król
poniósł wszystkie wydatki. Sędziowie otrzymali odszkodowania za straty wynagrodzeń.
Arnhold został zwolniony z kosztów procesu. Zatrzymał swój młyn, a jego potomkowie nadal są
dzisiaj właścicielami.

Tłumaczenie Adam i Janusz

Sty 312016
 
Indyjski Maharadża

Indyjski Maharadża

Przedstawiamy tłumaczenie artykułu autorstwa Herberta Boretiusa zamieszczonego w latach 90-tych XX wieku w czasopiśmie „Crossener Heimatgrüße”, który napisał go na podstawie wspomnień hrabiny Waldraut Schmettow.
Mój ojciec, Hrabia Bernhard von Schmettow – dowiedziałem się, że musiało to być w połowie lat 20 – w hotelu Adlon w Berlinie poznał Mahardżę.. Zaprosił go i jego syna na polowanie na jelenie w Pommerzig. Indyjski książę przyjął zaproszenie. Zwrócił się do kierownictwo hotelu o odstawienie dwóch kucharzy i pracownika umysłowego. Miasto Berlin wysłało jako tłumacza Pana von Etzdorfa. Przewidziane zostało przesyłanie wiadomości z pozdrowieniami dla Maharadży ale technicznie radiofonia z Berlina do środkowej Odry była jeszcze w powijakach. W Pommerzig nie było radia, brak nadajnika powodował wielkie trudności w odbiorze. Dlatego gościom towarzyszyli technicy. Zbudowali na dachu zamku dużą antenę i poprowadzili stamtąd kable do sali zamkowej i holu. Ustawili także wielki odbiornik. Moja matka otrzymała informacje z Hotelu Adlon dokładnie co będzie potrzebne na wieczorny posiłek. O wizycie poinformowano właścicieli sąsiednich posesji i garnizon sulechowskiego wojska. Dowódca konnego regimentu, pułkownik Janssen, obiecał wysłać swoją orkiestrę. Telefon był gorący. Leśniczy i jego pomocnicy musieli się zgłosić w celu omówienia planu polowanie. W naszej „brandenburskiej puszce piasku” jelenia co prawda nie można było znaleźć. Dzika populacja nie istniała. Podeszli inaczej do polowania. Zatrudniono dużą liczbę naganiaczy. W tym przypadku nie sprawiło to żadnych trudności, ponieważ cała wieś chętnie chciała w tym uczestniczyć. Na wieży kościoła wartownik wyglądał kolumny gości. Miał za zadanie obwieszczać biciem w dzwon każde zobaczone auto. Kiedy zabrzmiały cztery bicia w dzwony, rodzina goszcząca zebrała się z krewnymi i przyjaciółmi na schodach. Ja już widziałem w myślach księcia w wspaniałych szatach i obwieszonego biżuterią . Największy samochód zatrzymał się tuż przed nami. Nasi służący w mundurach dla służby pospieszyli do drzwi i je otworzyli. Wysiadł uśmiechnięty, stosunkowo niski mężczyzna z rzadkimi włosami (łysiną), o szarej cerze, w szarej marynarce i spodniach za kolana, długie pończochy i zwyczajne półbuty. Następnie wysiadł wysoki młody mężczyzna o ciemnej skórze i podobnie ubrany. Zrobiłem ukłon w stronę ojca i syna, ale się rozczarowałem. Książę Bernhard von Lippe – nazwaliśmy go „Bernilo” – i jego brat Erwin pomyśleli jednak: „W jakim ubraniu miał przybyć Maharadża. Nie jesteśmy przecież w Indiach”. Tego wieczoru było przewidziane tylko małe przyjęcie. Trwało spotkanie gości i zebranych w holu. W dużym żyrandolu płonęły świece. W kominku migał ogień. Książę następnie zszedł z 1 piętra zakrzywionymi drewnianymi schodami. Miał na sobie długie ciemno niebieskie szaty, obcisłe białe spodnie i ciemne buty ze sprzączkami. Na głowie miał biały jedwabny turban. Na szyi zwisał do wysokości piersi ciężki szmaragdowy naszyjnik. W ten sam sposób ubrany był jego syn. Po ceremonii powitania nadszedł wielki moment transmisji radiowej. Technicy gorliwie się przygotowali. Radio ryknęło i gwizdnęło. Nagle przekazano pozdrowienia głosowe z Berlina. To był sukces! Oczywiście wszyscy klaskali. Mały Pommerzig połączył się z wielkim światem. Na następny dzień zgodnie z zapowiedziami było polowanie na jelenie. Samochody i powozy jechały przez las pod Briese obok długiego łańcucha naganiaczy z psami. Leśniczy powiedział Maharadży, jak wszystko powinno się odbyć i pozostał u jego boku. Ale jelenie przez ten zgiełk uciekły w nieznane. Może powinniśmy zapolować na dzika. W drodze powrotnej nadleśniczy wyszukał, dla tak wysokiego gościa borsuczą norę. Leśniczy chciał by książę go upolował. Mieliśmy to zaplanowane. Borsuk nie dal się nastraszyć jamnikowi i nie wychodził z nory, naganiacze natychmiast zaczęli kopać. Hałas wypędził borsuka z nory. Został ustrzelony przez Maharadżę. Z widocznym zadowoleniem wszyscy uczestnicy wrócili z powrotem do Pommerzig. Wieczorem odbyło się wielkie święto, był tam korpus oficerski 10-tego konnego regimentu, książę Lippe z żoną, sąsiedzi okolicznych dóbr von Sydow z Kalzig i von Zastrow z Palzig i z wielu innych części. W dużej jadalni świece oświetlały kryształowe żyrandole. Służący nosili mundury dla służby, dziewczyny czarne sukienki z białymi fartuchami i czepkami. Ze ścian z obrazów olejnych patrzyli w jasnych perukach nasi przodkowie. My, dzieci, siedzieliśmy przy tak zwanym kocim stole(dla dzieci). To było miłe dla nas, bo w ten sposób mogliśmy wszystko dobrze obserwować. Moja matka indyjskim książętom podawała do stołu. Rozmawiała po angielsku z nimi. W ferworze rozmowy zaczęła mówić w języku szwedzkim, ponieważ doskonale go znała. Maharadża nie przeszkadzał. Mówił jak dżentelmen dalej po angielsku. Kiedy moja matka zauważyła swój błąd, to był śmiech. Po posiłku towarzystwo rozdzieliło się do małej sali i pokoju dziennego. W małym pokoju dawniej wisiały ważne obrazy z Drezdeńskiego Zwinger. Zostały przeniesione do Pommerzig, ponieważ obawiano się, że alianci będą chcieli je skonfiskować. Sulechowska orkiestra grała marsze i muzykę popularną. Wielu mieszkańców postawiło drabiny pod oknami i spoglądało do środka, aby uczestniczyć w tej widowiskowej uroczystości. Wyjazd indyjskich książąt był zaplanowany na następny dzień. Zanim samochody podjechały, obecni zgrupowali się do zdjęcia na schodach. Tak więc pojawia się tu obraz, który ilustruje te wspomnienia. Potem silniki zawarczały. Goście wyszli w ubraniach, w których przybyli. Po wielkim machaniu rękami pojazdy obrały kurs na Berlin.

 

Tłumaczenie Adam i Janusz

Rodzina hrabiego von Schmettow i ich goście podczas odjazdu Maharadży na tarasie zamku w Pommerzig. Indyjski książę w pumpach sam siedzi w środku. Jego syn ( również rozpoznawalny po pumpach) stoi za nim po lewej. Na głównym planie z jednej i z drugiej strony Maharadża siedzi para gospodarzy: po lewej hrabina Thomazine Schmettow (1874-1949), po prawej hrabia Bernharda Schmettow( 1875/50 ). Staruszka (druga od lewej z przodu) jest matką byłych panów domu, hrabina Leonie Schmettow (1853/29). Całkiem po prawej należący do gości książę Bernhard von Lippe, później książę był małżonkiem królowej Holandii. Obok niego są zgrupowane dzieci z rodziny ziemiańskich i przyjaciół.

Rodzina hrabiego von Schmettow i ich goście podczas odjazdu Maharadży na tarasie zamku w Pommerzig. Indyjski książę w pumpach sam siedzi w środku. Jego syn ( również rozpoznawalny po pumpach) stoi za nim po lewej. Na głównym planie z jednej i z drugiej strony Maharadża siedzi para gospodarzy: po lewej hrabina Thomazine Schmettow (1874-1949), po prawej hrabia Bernharda Schmettow( 1875/50 ). Staruszka (druga od lewej z przodu) jest matką byłych panów domu, hrabina Leonie Schmettow (1853/29). Całkiem po prawej należący do gości książę Bernhard von Lippe, później książę był małżonkiem królowej Holandii. Obok niego są zgrupowane dzieci z rodziny ziemiańskich i przyjaciół.

Lut 162014
 
Herb woj. lubuskiego

Herb woj. lubuskiego

 Etymologia nazwy

W lutym 1945 roku przywódca związku Radzieckiego Józef Stalin wraz z prezydentem USA Franklinem Delano Rooseveltem i premierem Wielkiej Brytanii Winstonem Churchillem ustalili rekompensatę dla Polski w postaci Pomorza Zachodniego, Śląska, Prus Wschodnich i Ziemi Lubuskiej, a granicę ustalili na Nysie i Odrze. Po 700 latach, gdy za czasów Piastów utracono Ziemię Lubuską, z powrotem została ona przyłączona do Polski. Sama nazwa Ziemia Lubuska (łac. terra lubusiana) była używana już w średniowieczu. Jednak wojny i wydarzenia historyczne z XIII wieku spowodowały, że Polska utraciła Ziemię Lubuską, a co za tym idzie zaprzestano używać polskiej nazwy. Dopiero koniec II Wojny Światowej zwrócił Polsce tę część ziem. W 1945 roku powrócono do pierwotnej nazwy, która bardzo szybko się rozpowszechniła i z niesłabnącą popularnością trwa do dzisiaj. Także w podziale administracyjnym obowiązującym od 1 stycznia 1999 roku wprowadzono województwo lubuskie. Ziemia Lubuska wzięła swą nazwę od miasta Lubusz (niem. Lebus) leżącego po lewej stronie Odry na terenie Niemiec.

 

Pradzieje

Pierwsi ludzie na terenach dzisiejszej Ziemi Lubuskiej pojawili się pod koniec starszej epoki kamienia (tzw. późny paleolit). Ten etap paleolitu występował na Niżu Środkowoeuropejskim. W wyniku cofnięcia się lądolodu skandynawskiego ludzie zeszli z wyżyn i zaczęli zamieszkiwać niziny. Obszar Ziemi Lubuskiej był miejscem granicznym i przenikania się dwóch kultur późnego paleolitu, kultury ahrensburskiej i kultury świderskiej tworzących kompleks kultury z liściakami lub inaczej nazywanej kultury ostrzy trzoneczkowatych. Ludzie z tej epoki prawdopodobnie mogli już mieć udomowionego psa i do polowań posługiwać się bardziej rozwiniętym narzędziem w postaci łuku. Kolejni osadnicy przybywali w środkowej epoce kamienia (mezolit) i tak samo jak ludzie z paleolitu trudnili się myślistwem i zbieractwem. Także w młodszej epoce kamienia (neolit) na Ziemi Lubuskiej znad środkowego Dunaju pojawili się osadnicy potrafiący uprawiać ziemię. Przynieśli ze sobą także kulturę ceramiki wstęgowej rytej, a jej nazwa wywodzi się od rytego wstęgowego ornamentu, którym zdobiono gliniane naczynia. Prowadzone badania archeologiczne w rejonie Środkowej Odry wykazały także obecność w neolicie innych kultur takich jak: kultura amfor kulistych, kultura pucharów lejkowatych oraz kultura ceramiki sznurowej. Osadnicy kultury amfor kulistych posługiwali się krzemiennymi siekierami i ostrzami a na garnkach pojawiały się znaki swastyk jako symbol Słońca i Dobra. Z kolei w kulturze pucharów lejkowatych ludność oprócz łowiectwa i rybołówstwa potrafiła uprawiać zboże z wykorzystanie radła i ciągnącego je bydła. Natomiast osadnicy kultury ceramiki sznurowej potrafili oswoić konie. Znali także wyroby z miedzi. Na terenach Polski neolit trwał od VI do II w. p.n.e. Po epoce kamienia nastąpiła podzielona na pięć okresów epoka brązu. We wczesnym okresie tej epoki – datowanym na lata 2300-1500 p. n.e. na Ziemię Lubuską napłynęła duża ilość osadników, którzy zajmowali się zbieractwem, myślistwem i rolnictwem oraz nową dziedziną jaką jest handel. Świadczą o tym znaleziska z wykopalisk archeologicznych w postaci ozdób pochodzących z terenów dzisiejszych Włoch, Węgier i Anglii. W kolejnym okresie epoki brązu przypadającym na lata 1500-1300 p. n.e. wytworzyła się tzw. kultura przedłużycka. Ziemię Lubuską zamieszkiwała wówczas ta sama ludność co Wielkopolskę, Śląsk i Łużyce. W następnym okresie epoki brązu (1300-1100 p. n.e.) wykształciła się kultura łużycka, która swoim obszarem objęła tereny dzisiejszej zachodniej i środkowej Polski oraz wschodnich Niemiec. Kultura łużycka przetrwała blisko tysiąc lat (1300-300 p. n.e.). Charakteryzowała się wielką ekspansją osadniczą. Ludzie przestali prowadzić koczowniczy tryb życia i zaczęli zakładać grody i osady. Trudnili się rolnictwem, hodowlą zwierząt i rzemiosłem. W najmłodszym okresie epoki brązu i na początku epoki żelaza przypadł szczyt kultury łużyckiej. Powstało wtedy na terenie Ziemi Lubuskiej kilkanaście grodów, min. w Lubuszu, który bronił brodu na Odrze oraz najsłynniejsza w Polsce osada w Biskupinie. Następnie od około 400 roku p. n.e. do początku naszej ery w okresie lateńskim kultura łużycka uległa zanikowi a powstała nowa kultura luborzycka, a po niej przeworska, w których bardzo dynamicznie rozwinęła się metalurgia. Po nich w dorzeczu środkowej Odry rozwinęła się kultura pomorska, w której metalowe narzędzia silnie wypierały kamienne.

Oprócz Lubusza w okresie wczesnohistorycznym powstały także inne większe grody o znaczeniu administracyjnym i wojskowym, min. Santok, Drzeń-Drezdenko, Krosno nad Odrą, Osno oraz mniejsze – Garbicz, Owczary, Połęcko, Kije, Skąpe, Kargowa. Gród w Santoku położony w bardzo strategicznym miejscu w rozwidleniu Warty i Noteci, Gall Anonim nazwał „kluczem i strażnicą Królestwa Polskiego”. Z kolei Grody w Lubuszu i Krośnie broniły przepraw przez Odrę. Wszystkie wymienione grody były ośrodkami osadnictwa, w których okoliczna ludność na wypadek zagrożenia lub wojny mogła się schronić. Już za czasów plemiennych w grodach istniała administracja a zarządzali nimi starości rodowi a w późniejszych czasach piastowskich kasztelanowie. Ogółem odkryto i zlokalizowano około 50 grodzisk. Przy wielu grodach istniały podgrodzia, z których w średniowieczu rozwinęły się miasta.

Plemiona

Dziadoszanie (Dadodesani) zamieszkiwali w południowej części dzisiejszego województwa lubuskiego. Dziadoszanie zajmowali m.in. Krosno, Głogów i Iłowę. Od zachodu sąsiadami Dziadoszan było plemię Milczan, a od południa śląskie plemiona Bobrzan i Trzebowian oraz od południowego wschodu plemię Polan. W środkowej części Ziemi Lubuskiej po obu stronach Odry osiedliło się plemię Lubuszan. Z zachodu sąsiadowali z Wieletami, a od północy z plemieniem Pomorzan. Wszystkie te plemiona, łącznie z Wieletami, należeły do grupy plemion słowiańskich.

Podsumowując na obszarze dzisiejszego województwa lubuskiego osiedliły się cztery plemiona słowiańskie: Dziadoszanie, Lubuszanie, Polanie i Pomorzanie. Były to plemiona wysoko rozwinięte, z własnymi rządami, administracją, bogatą kulturą i wojskiem na wypadek wojny. Dopiero w X wieku Piastowie scalili plemiona i utworzyli państwo polskie, w skład którego weszła także Ziemia Lubuska.

Mapa plemion na Ziemi Lubuskiej

Mapa plemion na Ziemi Lubuskiej

Bibliografia:

Popiołek K., Historia Śląska od pradziejów do 1945 r., Katowice 1972

Toczewski A., Ziemia Lubuska na Środkowym Nadodrzu, Toruń 2000

Toczewski A., Historia Ziemi Lubuskiej, Zielona Góra 2008

Adam

 

Translate »