Lis 292016
 

1Przedstawiamy drugi z trzech artykułów napisanych w 1985 roku przez Oskara Kupscha dla czasopisma Crossener Heimatgrüße po wizycie w Polsce.

Kościół wewnątrz bardzo się zmienił – fragmenty starych tablic nagrobnych – drzewa na drodze
W drugim dniu naszego pobytu w Schwiebus pod koniec sierpnia 1985 pojechaliśmy rano dwoma taksówkami do Deutsch-Nettkow. Za rozwidleniem dróg na dworzec kolejowy Rädnitzer obudziliśmy w pamięci widoki jezior Katzel, Reiher i Pfarr.
Bindow zobaczyliśmy prawie tak jak kiedyś, tylko brakuje gospody z piękną dużą salą do tańczenia. Weszliśmy wkrótce na wał odrzański. Łuk rzeki sprawia tutaj, że można daleko patrzeć w górę i w dół. Ze względu na panującą powódź Odra wydawała się szczególnie szeroka i rwąca. Widzieliśmy kilka gęsi na przeciwko bindowskiej wyspy na rzece, a na wale i w miejscowości żadnych Polaków. Następnie udaliśmy się do Deutsch-Nettkow. Tam skręciliśmy najpierw do kościoła. Mieliśmy szczęście. Podczas naszego fotografowania, przyszedł proboszcz i otworzył kościół. Wnętrze zawiodło nas, bo nie ma już tam znajomych elementów wyposażenia. Kościół wydawało nam się nagi i pusty. Brakowało nam bocznych chórów i ołtarza, chrzcielnicy i wiele małych rzeczy, które kiedyś zdobiły wnętrze. Odprawiliśmy w krośnieńską drogę taksówkarza, a późnym popołudniem tak jak było obiecane miał nas odebrać autobus. Mój nowy polski przyjaciel z poprzedniego dnia dotrzymał słowa. Trzy rowery były przygotowane. Ale druga połowa naszej grupy także chciała jechać na rowerach. Nasz uprzejmy Polak obiecał zrobić co tylko będzie możliwe. Poszedł i rzeczywiście wrócił z trzema innymi rowery, co było z pewnością nie lada wyczynem, ponieważ brakowało materiałów do napraw i wiele rowerów było uszkodzonych. W międzyczasie jego matka podała herbatę a on szukał coś dla nas. W dwóch grupach po trzy osoby udaliśmy się na wycieczkę rozpoznawczą. Na cmentarzu, gdzie kiedyś były niemieckie groby znaleźliśmy gąszcz topoli, brzóz i akacji. Fragmenty grobów i ciężkich płyt przypomina dawny cel tego miejsca. Ale widzieliśmy wiele nowych polskich grobów. Podczas czytania napisów, zauważyliśmy, że większość pochowanych osób osiągnęła tylko średni wiek. Następnie pojechaliśmy na plac przed dworem, na którym niegdyś w cieniu kasztanów odbywały się duże imprezy i imprezy szkolne. Zwracamy uwagę, że wcześniej stale używany wjazd do dworu jest prawie całkowicie zarośnięte i że nie ma już budynków za dworem. Wiele krzewów przeszkadzało nam w patrzeniu na dwór. Pojechaliśmy poprzecznymi uliczkami za Ziegengasse do wiejskiej drogi przy boisku sportowym. Chcieliśmy do Schafbrücke, ale to było za trudne znaleźć tą szczególną drogę. Udało nam się jednak, a następnie stanęliśmy na wale. Powódź i wiele wysokich drzew utrudniało nam odnajdywanie miejsc, gdzie kiedyś pływaliśmy na snopie trzciny związanej sznurem, oglądaliśmy ryby z drewnianego mostu i z wału pomagaliśmy za pomocą kijami i kamieniami bronić , „naszego terenu” przed intruzami z Klein-Blumberg. Wałem pojechaliśmy w kierunku mostu kolejowego. Jazda nie było łatwa ze względu na wysoką trawę i brak ścieżki. Na „zakręcie” zatrzymaliśmy się i spojrzeliśmy na zalane łąki i rzekę po drugiej stronie wału. Jako kolejny cel ustaliliśmy miejsce promu i Badebuhne (kąpielisko) niemieckiej wiejskiej młodzieży. Na Badebuhne musieliśmy pchać rowery bo taka była wysoka i gruba trawa. Jako starych przyjaciół przywitały nas dęby u stóp wału. Na miejscu Fährhaus i przeprawy promowej nic nie znaleźliśmy. Wróciliśmy i odkryliśmy wiśniowe drzewo na posesji Fährhaus. Przeprawa promowa, tak stwierdziliśmy, oczywiście nie jest już wykorzystywana. Pojechaliśmy rowerami stamtąd w stronę wsi i skręciliśmy w „leśną drogę”, żeby odwiedzić nasze cztery hektary łąki, gdzie jako dzieci podczas sianokosów straciliśmy kilka kropel potu. Na początku jechaliśmy drogą która po krótkim czasie stała się nie przejezdna. Gęste na wysokości piersi wrotycze pospolite i skołtunione trawy sugerują, że nie jest już wykorzystywana od długich lat przez pojazdy. Podobny obraz zobaczyliśmy po obu stronach łąki, gdzie były wielkie kępy ostu. Wróciliśmy „leśną drogą” z powrotem do „przełomu”. W tym stawie bawiliśmy się jako dzieci i pilnowaliśmy gęsi. Jako nastolatek przyjeżdżałem tu krowim wozem i poiłem zwierzęta. Można było jeszcze dostrzec wjazd i wyjazd ale nic nie wskazywało, że może być nadal używany jak dawniej. Staw wydawał nam się przez otaczające go drzewa i krzewy, że teraz jest mniejszy niż wcześniej. Na stacji gdzie poszliśmy, zmieniło się bardzo niewiele, bez śladów upływających lat. Poczekalnia, pokój obsługi, jak również inne budynki i wyposażenie było nie zmienione. Zanim wróciliśmy do wsi, widzieliśmy po prawej, że nie ma już budynku zamku w kształcie litery U. Masywna konstrukcja, prawdopodobnie z 16 lub 17 wieku, początkowo służyła jako browar. Podkreślał znaczenie Deutsch-Nettkow w wcześniejszych latach. Wędrowaliśmy przez wieś w różnych kierunkach. Co nie zobaczyliśmy w tym dniu, to wybraliśmy się tam następnego dnia. Odwiedziliśmy także pola „Im Akel” i przeszliśmy drogą do Rollmuhle wzdłuż wału jazu i młyńskiego potoku. Nawet w dniu naszej podróży powrotnej spędziliśmy kilka godzin w Deutsch-Nettkow., który poświęciliśmy głównie Polakom, z którymi w krótkim czasie nawiązaliśmy kontakt. O nich zostanie opowiedziane w innym artykule. Podsumowując wycieczkę po rodzinnej wsi to choć pierwsze wrażenia boli, ale te uczucia są z czasem coraz częściej zastępowane przez powracające młodzieńcze wspomnienia.

Tłumaczenie Adam i Janusz

Lip 252016
 
Bródki

Bródki

Przedstawiamy tłumaczenie artykułu zamieszczonego w czasopiśmie Crossener Heimatgrüße w roku 1965 wyrażający tęsknotę autora za swoją utraconą ojczyzną oraz jak wyglądają miejscowości 20 lat po wojnie.


To co planowałem od lat i marzyłem było już niedaleko. Miałem odwiedzić miejsce mojego dzieciństwa. Dość często w przeszłości moje myśli tam wędrowały, i dość często w moim młodzieńczym, lekko poszarzałym entuzjazmie deklarowałem: jadę znowu do Małego Kwiatowca!
W jakim stanie zastaniemy nasza ojczyznę? Rozczaruje nas? A może ta wyprawa otworzy stare rany? Takie były nasze myśli, gdy wyjeżdżaliśmy. A jeśli będzie tak, ze przez te 20 lat, które minęły i były pełne nowych doświadczeń, wrażeń – także pełne walki o nowe życie- nasza wspaniała ojczyzna okaże się czymś nierealnym?
Wiec nasza ojczyzna jest czymś realnym. To twarda rzeczywistość. Oto ona – trochę zmieniona w porównaniu do przeszłości, ogólnie znajoma i żywa jak poprzednio. Przyjazd dał nam nowe siły, ale również pytania, na które obecnie brak odpowiedzi. Udaliśmy się do Czechosłowacji, nieporównywalnie pięknej Pragi i przekroczyliśmy granicę w Kudowie i z chęcią podziwialiśmy pierwsze wrażenia: pola starannie uporządkowane, równo rozciąga się bruzda od bruzdy a ludzie na polach są jeszcze do późnego wieczora. Jest to obraz rolnictwa, jaki został nam w pamięci. Rolnik z koniem i pługiem, z kosą określa obraz – bez ciągnika, bez zachodniej mechanizacji, bez kołchozów ze Wschodu. Gdyby nie byłoby polskich nazw miast i wsi, zapomnielibyśmy, że jesteśmy tylko odwiedzającymi, tylko gośćmi. Na ulicy bawią się dzieci, są schludnie ubrane: są prawdopodobnie wielkim kapitałem politycznym Polski. Wydaje się, że starsze pokolenie – głównie przesiedleńców – nie ma prawdziwego poczucia przywiązania do tej ziemi, ale dzieci dorastają w tym kraju i mają wewnętrzne powiązanie z nim.
Późnym wieczorem dotarliśmy do sąsiedniej Zielonej Góry. W pierwszym hotelu nie było wolnych pokoi. Propozycja: moja żona z jedna Polką a ja z Polakiem dzielimy pokój, co odrzucamy. Podjęliśmy próbę znalezienia innego zakwaterowania. Udało się potem jak nam powiedziano w hotelu drugiej kategorii. Pojawiają się trudności, bo nie mówią po niemiecku a trzeba wypełnić wiele formularzy.
Następnego dnia rano wita nas jasne słońce, a zatem niniejszy piękny dzień jest punktem kulminacyjnym naszej podróży. Pierwszym celem dzisiejszego dnia jest Krosno Odrzańskie. Krosno nie jest reprezentacyjnym miastem Poznańskiego. Na próżno w Zielonej Górze szukamy drogowskazu z tą nazwą. Tylko po za obrębem miasta Zielonej Góry, który jest niezwykle nienaruszone, jest znak CROSNO. Dobrymi drogami docieramy do siedziby powiatu. Dla osoby, która nie mieszkała w Krośnie, jest więcej niż trudno się zorientować. Krosno jest bardzo zniszczone. Zadane rany są jeszcze otwarte. Rynek taki jaki miałem w pamięci nie istnieje. Jako jedyny centralny punkt odniesienia pozostaje kościół Mariacki. Nie pozostajemy zbyt długo w tym mieście, w którym nie ma życia, ciągnie nas dalej. Przechodzimy przez most nad Odrą, Radnicę, Będów do Nietkowic.
Drogi nie stwarzają trudności, i tutaj gdzie bardziej natura niż człowiek charakteryzuje obraz otoczenia czujemy się swojsko. Jest wiele miejsc po drodze, które są pełne wspomnień. Przeżyłem coś czego nie da się opisać.
Wysoki poziom wody w Odrze trzyma w Krośnie całe rzędy barek przed mostem nad Odrą, sięga do domów na ulicy w Będowie i Radnicy. Tutaj także są wszędzie ludzie na polach. Ubogie gleby wymagają całkowitego zaangażowania i trudu – lecz wydaje się że nie oddaje z powrotem tego wysiłku i pracy. Szary obraz domów, szary obraz ludzi w nich zamieszkujących pomimo głębokiej zieleni wczesnego lata chcącego wiele zakryć.
W Nietkowicach (Nietkowice) robimy pierwszy większy postój. Fotografujemy wszystkie kierunki, nic nie zakłóca spokoju. Kilkoro dzieci jest świadkami naszego przyjazdu. Odwiedzamy miejsce urodzenia mojego ojca. Rozmowa z gospodarzami jest trudna, ponieważ nie potrafimy mówić po polsku. Ale chętnie bez wrogości pokazuje nam dom i stajnię.

Odwiedzamy cmentarz bardziej zniszczony przez naturę niż przez ludzi. Są wciąż fundamenty grobów, ale nie ma kamieni, które świadczą kto tu jest pochowany.
Zbliżamy się do Małego Kwiatowca (Bródki), gdzie kiedyś był nasz domu. Jak często w przeszłości przechodziliśmy lub przejeżdżaliśmy rowerem tą trasę. Krajobraz lasu się zmienił, jest inny niż go pamiętamy. Ale to jest bez wątpienia ulica mojego dzieciństwa. Mijamy miejsce, gdzie kiedyś stał młyn Stahn’scha i juz stoimy pod znakiem miejscowości. Gospodarstwo mojego wujka G. wita jako pierwsze przyjezdnych. Piec, studnia z żurawiem ciągle istnieją i opowiadają minione dnie. Wszystko jest swojskie i znane.
Dom Vollmar stoi jak zawsze dumny. Naprzeciwko szkoła, w której nauczyciel Waler prowadził ścisły reżim, zniknął. Dom mojej ciotki naprzeciwko mieszkania nauczyciela budzi silne emocje. Brakuje tej znajomej kochanej twarzy w oknie z mirta. Jak często ciotka B. stała w nim ze zmartwioną twarzą i czekała na mnie w swojej niestrudzonej opiece i cieple, gdy po raz kolejny zbyt długo siedziałem nad Odra.
Przyjazne twarze domów stały się szare, a stajnie i stodoła potrzebują naprawy. Ale wszystko jest jak dawniej. Nawet krzaki jagód rosną w starym miejscu. Brakuje mi tylko dużego drzewa gruszy, która tak często pokrzepiało małego chłopca swoimi owocami. Brakuje tez wędki, która stała za altana.
Tutaj też chętnie otwierają się drzwi, znajdują się ludzie umiejący niemiecki i prowadzona jest regularna rozmowa. Grób wuja O’s za stodołą jest nie do znalezienia. Kopiec grobu jest wyrównany. Staruszka pamięta to, ale nie potrafi tego miejsca dokładnie wskazać.
Podwórko Jackels – miejsce narodzin mojej matki – na skrzyżowaniu Landstrasse (Wiejska)i Kowalskiej (od kowala) stoi w swojej eleganckiej, kwadratowej formie jak kiedyś. Napięcie i niepewność, z którą weszliśmy do wsi, rozpływa się. Zrobiło się południe wiec od razu odwiedzamy właściciela. On umie po niemiecku. Bolesne są jego wspomnienia z Niemiec. Był w Buchenwaldzie od 1939 do 1945. Przywitał moją żonę pocałunkiem w rękę i przyjacielsko odpowiadał na pytania jakie mu stawialiśmy. On jest w średnim wieku i prowadzi gospodarstwo ze sympatyczną panią. On nie ma dzieci. Widać to w nim, że ma wiele zmartwień a i widok skromnego posiłku mówi więcej niż słowa. Narzeka na powodzie, przez które zrobiona praca poszła na marne. Jest prawie wszystko tak samo. W kuchni stoi szafa, a także stół na starym miejscu. Zapamiętany obraz mojego dzieciństwa stał się rzeczywistością, wprawdzie szarą, ale jednak stary, znany widok.
Szybko nawiązaliśmy kontakt z obecnymi gospodarzami – to już trzeci gospodarze od czasu wypędzenia. Co mamy odpowiedzieć na proste pytanie zdesperowanej bojaźliwej kobiety czy chcemy wrócić? – Gospodarz z dumą prezentuje jego dwa konie z prawdziwymi świadectwami rodowodowymi, jak sam wielokrotnie zapewniał. W oborze jest 5 krów, świnie i kury uzupełniają stary obraz. Indyki, które już dawniej tu były, są znowu, a także czarny podwórzowy pies przykuty do starej budy, szczeka prawie nieustannie na gości.
Podróż wyprowadza nas powoli z wioski. Dom wuja P już nie stoi, także dom Königs zniknął. Tam, wieś przestała istnieć. Natura z krzakami drzewami tworzy nowe życie i zakrywa ruiny. Zatrzymujemy się na obrzeżach, jeszcze raz stajemy i z powrotem oglądamy pozostawione widoki.
Tak, to stary Kwiatowiec, i jednocześnie nie ten sam! Nie chcemy być sentymentalni, i tak też nie jest. Możemy sobie wyobrazić, że nie będzie to pożegnanie na zawsze, ale w dalszym ciągu, możemy jutro znowu przyjechać. Chyba zawsze byłem za mało mieszkańcem a za dużo gościem, jako że nie mogłem przezwyciężyć bolesnego uczucia.
Na drodze do Dużego-Kwiatowca wszystko wydaje się niezmienione. Na cmentarzu przy wjeździe do wsi, nie można znaleźć grobów. Pojedyncza tablica nagrobna nadal głosi w języku niemieckim, że rolnik Lange jest tutaj pochowany. Drzewa i krzewy obejmują również tutaj łaskawie, to co nie powiodło się człowiekowi w trosce o zmarłych. Jedziemy do promu w Kwiatowcu, który jest nie czynny ze względu na powódź. Tutaj tez nie jesteśmy nachodzeni przez mieszkańców. Utrzymują oni odpowiedni dystans, tylko dzieci są ufniejsze, bo rozdajemy czekoladę. Ale i one są ostrożne, nie są nachalne.
Zamykamy rozdział naszej młodości i jedziemy przez znajome wsie do Sulechowa, gdzie nasz chłopak się urodził. Robimy krótką wizytę w szpitalu, robimy kilka zdjęć a następnie jedziemy w kierunku Poznania.

Tłumaczenie Adam  i Janusz

Gru 272015
 
Karl Rathsack

Karl Rathsack

Kurt Kupsch, niewątpliwie największy kronikarz i badacz historii południowego krańca powiatu Crossen w swoich badaniach, wywiadach i poszukiwaniach dotarł do wielu ludzi, historii i zdarzeń związanych z historią swojego „heimatu”. Dzięki temu, że chciał się podzielić swoją wiedzą napisał wiele artykułów do „Crossener Heimatgrüße”. W wyniku jego starań możemy dowiedzieć się, że Groß-Blumberg (Brody) miały swojego, nazwijmy to dzisiaj, łowczego, który polował, organizował polowania a przede wszystkim dbał o dziką zwierzynę. Kurt Kupsch opisuje historię dzielnicy Blumberg położonej nad południową częścią Odry, zwłaszcza ludzi tam mieszkających i działających w latach 1900-1945. Napisany przez Kurta Kupscha artykuł oparty jest na różnych poszukiwaniach. Pierwszym impulsem do pracy była wizyta zmarłej w 1979 roku najstarszej córki Rathsacków Walli Krienke u rodziny Kupsch (odwiedziła rodziców Kurta Kupscha). Kurt Kupsch próbował następnie wyjaśnić historyczne wydarzenia w tajnym Państwowym Archiwum Pruskiego Dziedzictwa Kulturowego i nawiązał kontakt z wnukiem Alfredem Krienke i jego siostrą Käthe Brock. Dzięki wspomnieniom Pani Brock uzyskał wiele cennych informacji oraz wzbogaciła je wieloma zdjęciami.

Mieszkańcy Groß-Blumberg mieli „nad Odrą” i w „Paarwalde” trochę pola i łąki. Często zrobione tam siano było niszczone przez powódź. Omawiane kawałki pól przynosiły dobre zbiory ale w większość była na nich ciężka praca, bo gliniasta urodzajna ziemia była trudna do uprawiania. Z relacji matki Kurta Kupscha i kilku innych kobiet wynika, że chodziły one wcześnie rano na prom aby dopłynąć do swoich pól, gdzie rosły ziemniaki. W płaskim koszyku miały cynkową motykę, kilka toreb i żywność na długie żmudne dnie. Na miejscu, głównie przesuwając się na kolanach w „Blauen Oderwälder” lub „Roten Wolkmänner”(to odmiany kartofli) siekali twardą glinę; w trakcie ciężkiej pracy milkły rozmowy. Dzieci najczęściej bawilły się gdzieś na skraju pola. Nagle obok ludzi było słychać głośne gdakanie i z bruzd ziemniaczanych zatrzepotała nad głowami kobiet kuropatwa. Potem odwracały się mówiąc: No tak, to musi się gdzieś wynurzyć Rathsack Karl! I rzeczywiście: Dreptał, mały i pochylony, z brodą jak Liczyrzepa, z dubeltówkę na ramieniu i z posłusznym psem przy nodze. Tu i tam mówił kilka słów do ludzi na polu.
Mieszkańcy Groß-Blumbergu sprzed wojny gdy mają przed oczami nadodrzańskie pola to Karl Rathsack zawsze tam był. Był jednym z tych niezwykłych mieszkańców Groß-Blumberg, którzy już dawno nie żyją ale o którym nigdy nie zapomną. Dlatego warto przedstawić jego ciekawy życiorys.

Karl Rathsack, urodzony w 1857 roku, pracował w młodości, jako inspektor w Wielave koło Sabor na Śląsku. Jego siostra, która była dość zamożna i miała ścisły związek z domem Hohenzollernów, miała w tym czasie dobra Nickern w powiecie Züllichau-Schwiebus. Tam Karl Rathsack, który ożenił się z wdową swego poprzednika w Wielave, przejął zarządzanie młynem. Przy finansowym wsparciu siostry nabył w roku 1890 blumbergowski folwark nad Odrą. Ziemie na południe od rzeki były kiedyś częścią dworu Blumberg, który należał od 1767 do hrabiego Tauentzien a od 1828 roku do pani von Lippe. Od niej gmina nabyła dobra które podzieliła wśród swoich rolników i bezrolnych. Tak więc było też z łąkami i polami „nad Odrą”. Jednakże już za czasów hrabiego Tauentziena budynki gospodarskie musiały pozostać niezależnymi nieruchomościami. Pierwotnie obejmowały gospodarstwo, cegielnię i kilka innych budynków, w których prawdopodobnie mieszkali robotnicy z cegielni. Kiedy i dlaczego ta własność została podzielona nie można ustalić. Karl Rathsack miał po 1900 roku gospodarstwo z 45 morgami ziemi. Poprzedni właściciel, pani Kupsch, nie powiązana w żaden sposób z Kurtem Kupschem, miała nowe budynki mieszkalne i handlowe w tym samym stylu, co zagrody wybudowane w rolniczej wiosce Groß-Blumberg. Fundamenty Tauentzienowskiego folwarku i duża piwnica z tego czasu, po zniknięciu wszystkich innych budynków, została zachowana i służyła od 1945 do 1970 roku jako magazyny. Oczywiście posiadłość pani Kupsch nie wystarczyła rozrastającej się rodzinie Rathsack. Dlatego zbudowano nowe skrzydło, które dodało budynkowi walorów i pozostało w pamięci mieszkańców. Karl Rathsack kierował przytulną restauracją, nazywaną pieszczotliwie przez gości „Karl’s Ruhe”. Przeżył wiele ciekawych chwil. Blumergowscy rolnicy, którzy gospodarowali w okolicy posiadłości zwozili zbiory do stodół „nad Odrą” i chętnie zaglądali do jego karczmy. Ważnym, a być może najważniejszym źródłem dochodów było przyjmowanie uczestników polowania, którzy byli chętnie goszczeni u Karla Rathsacka. Myśliwi polowali po drugiej stronie rzeki gdzie było 6000 mórg. Właściciel gospodarstwa i karczmarz urzędował od 1901 do 1930 jako Heger i opiekunów dziczyzny(coś na zasadzie strażnika łowieckiego który dba o zwierzynę w lesie). Starzec z folwarku nad Odrą zmarł zimą 1941. Aby upewnić się, że zostanie on prawidłowo pochowany na cmentarzu w Groß-Blumberg jego ciało zostało zaraz po śmierci przewiezione przez rzekę do zaprzyjaźnionej rodziny Petzke (Schelack) i położone na marach w „Gasthaus zur Oder”. Stamtąd odbył się pogrzeb 84-latka. Żona Marie Rathsack, z domu Zache nie poradziła sobie ze śmiercią swojego pierworodnego, który w 1914 roku zmarł na zapalenie płuc. Zmarła wkrótce potem na pomieszanie zmysłów w Sorau i tam została pochowana. Najstarsza córka Walli wyszła w 1908 roku za mąż za nauczyciela Krienke i zamieszkała z nim w mieszkaniu w drugiej blumbergowskiej szkole. Z tego małżeństwa pojawiły się dzieci Alfred i Kate. Nauczyciel Krienke zmarł jednak w 1911 roku w wieku 27 lat na atak serca. Młoda wdowa w raz z dziećmi wróciła z powrotem do rodziców. W 1935 roku objęła Rathsackowy majątek i zarządzała nim w myśl swojego ojca. Opiekowała się dużym ogrodem owocowo-jagodowym, który należał do gospodarstwa, i rolnictwem. Prowadziła również restaurację do ucieczki na początku 1945 roku. Walli Krienke, z domu Rathsack po wypędzeniu służyła przez wiele lat Panu Bogu i najbiedniejszym w instytucjach Bethel’schen(odpowiednik naszego Caritasu). Zmarła w 1979 roku w wieku 89 lat i została pochowana na cmentarzu w instytucji Bethel w Eckertsheim. Druga córka Charlotte Rathsack poślubił Berlińczyka Krauspe, pozostała aż do przejścia na emeryturę w metropolii, ale często odwiedzała ojca i siostrę. Najmłodsza córka Marie została panią Schüßler. Jej mąż zmarł w 1944 roku na krótko przed okupacją Armii Radzieckiej w folwarku nad Odrą i jest pochowany na cmentarzu w Groß-Blumberg. Marie Schüßler przeżyła go o wiele, wiele lat i znalazła miejsce spoczynku w 1986 roku w Bad Liebenswerda w NRD. Wnuki Karla Rathsacka Alfred i Käthe Krienke dorastali na gospodarstwie w odrzańskim folwarku. Dziadek zaszczepił w nich radość obcowania z naturą. Duża grupa znajomych i myśliwych otwarła mu spojrzenie po za granice wsi. Sporadyczne tańce w „Karl’s Ruhe” dawały możliwość spotkań blumbergowskiej młodzieży. Alfred Krienke zmarł po ciężkiej chorobie w wieku 78 lat. Z obecnego pokolenia potomków Karla Rathsacka – którzy dorastali lub urodzili się tutaj w Niemczech – nikt nie nosi jego nazwiska. Ale wszyscy nadal lubią słuchać opowieści o dziadku lub pradziadku i jego pracy jako rolnika, karczmarza i myśliwego w Groß-Blumberg na południe od Odry.

Tłumaczenie artykułu z Crossener Heimatgrüße Heft nr 6 (1987) – Adam i Janusz

Lis 122014
 
Cmentarz w Brodach

Cmentarz w Brodach

Jak Groß-Blumberg (Brody) otrzymał swój cmentarz.


Do około połowy XIX wieku Groß-Blumberg (Brody) wraz z Klein-Blumberg (Bródki), dawniej zwany Buden (Budy) i Briese (Brzezie) należały do parafii Pommerzig (Pomorsko).
Właściciel Dominium Blumberg (tak nazywano Groß-Blumberg aż do 1840) generał piechoty hrabia Bogislav von Tauentzin-Wittenberg – bohater wojen napoleońskich oraz właściciel Pommerzig – hrabia i dziedzic von Schmettow mieli sprawiedliwie urząd kościelny i miejsce pochówku po połowie. Jeszcze do dzisiaj jest zachowana krypta grobowa szlachcica obok kościoła w Pommerzig.
Obie zaprzyjaźnione wioski miały od 1728 wspólny cmentarz w Pommerzig (Pomorsko) i tam były zwożone wszystkie zwłoki z parafii. 29 czerwca 1814 roku podczas wizytacji kościelnej duchowni i delegacja szkoły z rządu pruskiego Królewskiej Nowej Marchii w Königsberg (Neumark) napisali protokół, w którym wskazano, że wspólne miejsce pochówku w Pommerzig (Pomorsko) jest za ciasne. Zobowiązano właścicieli, aby dla obu Dominium ustanowić nowe większe miejsce Boże. Rozumiano to jednak, że każda miejscowość, tak Pommerzig (Pomorsko) jak i Blumberg (Brody), powinny mieć swoje miejsce pochówku, dlatego też hrabia Tauentzin zlecił wytyczenie miejsca do grzebania zmarłych w Blumbergu (Brody).

Przeciwko cmentarzowi stanął kaznodzieja Stetiger z Pommerzig (Pomorsko) wskazując następujące uzasadnienie: Dominium Pommerzig (Pomorsko) nie sprzeciwiało się przydzieleniu miejsca pochówku, ale nowo utworzony cmentarz w Blumbergu (Brody) konkurowałby tylko wyglądem ogrodzenia. Blumberg (Brody) nie jest filią Pommerzig (Pomorsko), lecz należy do jego parafii. Ponadto odbiór księdza i kościelnego na pogrzeb „ludzi” w Blumbergu byłby zbyt uciążliwy zarówno dla księdza jak i kościelnego oraz mieliby z tego powodu straty i niekorzyści jeśli Blumberg (Brody) i Pommerzig (Pomorsko) nie miałyby wspólnego miejsca pochówku.

Jednak mieszkańcy Blumbergu (Brody) bardzo chcieli mieć własny cmentarz i w imieniu hrabiego Tauentzina napisali do władz pismo z prośbą. Królewski rząd pruski w liście do hrabiego Tauentzina z 10 lutego 1815 odpowiedział następująco: Jeśli tymczasem Wasza Ekscelencja życzy ustanowienia odpowiedniego miejsca pochówku dla Blumberg (Brody) tak nie możemy i nie chcemy, państwa wspomóc. Odległość miedzy Blumbergiem (Brody) i Pommerzig (Pomorsko) z policyjnego punktu widzenia zostawia wiele do życzenia. Gmina w Blumbergu (Brody) będzie musiała szczegółowo wyjaśnić w sądzie, w jaki sposób chcą to osiągnąć, żeby pastor i kościelny nie poniośli z tego powodu strat i potrzebne będzie pozwolenie właściciela, księdza i gminy Pommerzig (Pomorsko).

Udzielenie zezwolenia na założenie nowego miejsca pochowku było uzależnione od niezbędnych napraw w obejściu kościoła w Pommerzig (Pomorsko).
Pojawiły się spory w jakich proporcjach Dominium i społeczność Blumberg (Brody) powinny zrekompensować proboszcza i zakrystiana i kto powinien dać kierowce do odbioru i dowozu księdza, co zostało wkrótce wyjaśnione.
Na zachodnim wylocie z wioski, gdzie las wychodzi na trasę Krosno – Groß-Blumberg (Brody) – Sulechów powstał przytulny, cichy cmentarz. Przed jego wschodnim wejściem zbudowano pomnik poświęcony poległym w I wojnie światowej: masywny, ogrodzony łańcuchami, gdzie obok wielu nazwisk poległych zostały wyryte słowa: Pamiętaj, ludu mój, drogich poległych
Gdy w 1854 roku, Groß-Blumberg (Brody) z Klein-Blumberg (Bródki) wybudowali własny dom Boży, wspólnoty te zostały ostatecznie oddzielone od parafii w Pommerzig (Pomorsko).

Po 1945 roku Polacy również grzebią swoich zmarłych w tym samym miejscu gdzie wcześniej Niemcy.

Adam Maziarz

Tekst napisany na podstawie artykułu Ernsta Möbusa zamieszczonego w Crossener Heimatgrüße

Serdeczne podziękowania dla Janusza Sitka za korektę w tłumaczeniu.

Paź 312014
 
Cmentarz w Nietkowicach

Cmentarz w Nietkowicach

1 listopada każdy z nas wyruszy na cmentarz aby w zadumie stanąć nad grobami swoich bliskich i znajomych.

Przygotowaliśmy spis osób pochowanych na cmentarzu w Nietkowicach, którzy mieszkali, żyli i tworzyli historię Nietkowic, Bródek, Będowa i Sycowic aby uczcić ich pamięć.

Spis staraliśmy się zrobić jak najdokładniej i jak najszybciej aby w jak najmniejszy sposób naruszyć powagę miejsca spoczynku, dlatego mogą pojawić się błędy, czy to nasze przy spisywaniu nazwisk i tysięcy cyfr lub czasami zdarzające się też błędy kamieniarskie. Niekiedy napisy były nieczytelne lub pozasłaniane w taki sposób, że w niektórych przypadkach trzeba było się domyślać treści. Za wszelkie wyłapane błędy będziemy wdzięczni.

Spis przedstawia stan na sierpień 2014 roku.

Adam i Andrzej

CMENTARZ W NIETKOWICACH

Paź 292014
 

IMG_46501 listopada każdy z nas wyruszy na cmentarz aby w zadumie stanąć nad grobami swoich bliskich i znajomych.

Przygotowaliśmy spis osób pochowanych na cmentarzu w Brodach, którzy mieszkali, żyli i tworzyli historię tej miejscowości aby uczcić ich pamięć.

Spis staraliśmy się zrobić jak najdokładniej i jak najszybciej aby w jak najmniejszy sposób naruszyć powagę miejsca spoczynku, dlatego mogą pojawić się błędy, czy to nasze przy spisywaniu nazwisk i tysięcy cyfr lub czasami zdarzające się też błędy kamieniarskie. Niekiedy napisy były nieczytelne lub pozasłaniane w taki sposób, że w niektórych przypadkach trzeba było się domyślać treści. Za wszelkie wyłapane błędy będziemy wdzięczni.

Spis przedstawia stan na wrzesień 2013 roku.

Adam i Andrzej

CMENTARZ W BRODACH

Paź 262014
 

IMG_46571 listopada każdy z nas wyruszy na cmentarz aby w zadumie stanąć nad grobami swoich bliskich i znajomych.

Przygotowaliśmy spis osób pochowanych na cmentarzu w Pomorsku, którzy mieszkali, żyli i tworzyli historię tej miejscowości aby uczcić ich pamięć.

Spis staraliśmy się zrobić jak najdokładniej i jak najszybciej aby w jak najmniejszy sposób naruszyć powagę miejsca spoczynku, dlatego mogą pojawić się błędy, czy to nasze przy spisywaniu nazwisk i tysięcy cyfr lub czasami zdarzające się też błędy kamieniarskie. Niekiedy napisy były nieczytelne lub pozasłaniane w taki sposób, że w niektórych przypadkach trzeba było się domyślać treści. Za wszelkie wyłapane błędy będziemy wdzięczni.

Spis przedstawia stan na marzec 2014 roku.

CMENTARZ W POMORSKU

Adam i Andrzej

Translate »