Sie 212016
 
Pocztówka z Pomorska

Pocztówka z Pomorska

Rosjanie od razu otworzyli też swoją szkołę i nas uczniów cofnęli o klasę do tyłu. Jak ktoś chodził do piątej to szedł wtedy do czwartej klasy. Sowieci uważali, że w Polsce był niski stopień nauczania. Ze starej kadry nauczycieli została tylko Pani Krystyna Sztuliga, żona dyrektora szkoły, która uczyła nas niemieckiego. Resztę nauczycieli wywieziono na Sybir. Nie wywieziono tylko państwa Sztuligów.
Mojego ojca też chcieli wywieźć na Syberię, bo jakiś Ukrainiec twierdził, że ojciec przed wojną miał broń. A po co ojcu karabin jak strzelać nie umiał? Przesłuchiwali go i bili. Kazali się pożegnać z żoną i dziećmi, bo pojedzie na „białe niedźwiedzie”. Jednak dali mu ultimatum, że jak przyniesie broń to darują mu karę. Ale skąd tu wziąć karabin jak się go nie ma? Matka pobiegła do znajomego Żyda, którego nazywaliśmy Szymko i powiedziała ratuj Franka, bo chcą go wywieźć na Sybir za to że przed wojną miał niby karabin. Żyd odpowiedział idź do domu i o nic się nie martw ja to wszystko załatwię. Szymko poszedł na gminę i poświadczył za ojca. Wypuścili tatę i już go więcej nie przesłuchiwali.
Ruscy powywozili gajowych, pocztowców i kolejarzy na Sybir. Nasz gajowy z Ułaszkowców nie pojechał na Syberię bo w 1939 został powołany do wojska i walczył w Kampanii Wrześniowej. Wywieźli też dwóch policjantów. Tą sytuację dobrze pamiętam, ponieważ widziałem jak wieźli ich skutych na wozie konnym.

W 1941 roku, gdy Niemcy zaatakowali ZSSR to Armia Czerwona od razu się wycofała bez żadnego strzału a do naszej miejscowości weszły węgierskie wojska. Madziary. Więc było bardzo spokojnie. Dopiero po paru dniach przyszli Niemcy. Założyli swój urząd a policjantem został niejaki Schulz. Zaczęły się rządy Niemców. Wprowadzono przymusowe dostawy, świnie zaczęto kolczykować, skupywać a w zasadzie odbierać bydło za śmieszne wartości oraz zabierać ludzi na roboty przymusowe do Rzeszy. Kazali ojcu zaprowadzić do rzeźni w Czortkowie krowę za co dostał dwie butelki wódki.

Na początku nie zabierali siłą ludzi na roboty, tylko brali ochotników. Polacy nie chcieli jechać. Jedynie Ukraińcy jechali jako ochotnicy. Myśleli, że będzie tak jak przed wojną. Bardzo dużo ludzi przed wojną wyjeżdżało do pracy do Kanady i przyjeżdżali z pieniędzmi, żeby na przykład się wybudować. Tak było z bratem i siostrą mojego ojca, którzy wyjechali do Kanady ale już nie wrócili i tam poumierali. Ukraińcy dali się nabrać, że w Niemczech będzie jak w Kanadzie. Gdy zaczęli pisać pierwsze listy z robót to skończyły się zapisy ochotników. Zaczęły przychodzić wezwania do wyjazdu ale nikt nie chciał jechać i zrobili wyjazdy na zasadzie rejestracji. Wzywali do urzędu i tam rejestrowali. Po takiej rejestracji każdy musiał jechać. Tak wyjechało dwóch moich kuzynów. Pracowali podczas wojny w Bawarii a jak ich w 1945 roku wyswobodzili Amerykanie to pojechali do Belgii i obaj pracowali w kopalni. Józek, starszy zmarł wcześnie a drugiego, Adolfa, 2 albo 3 lata temu odnalazłem przez Czerwony Krzyż, bo przez cały czas nie miałem z nim kontaktu. Niestety zmarł parę miesięcy temu.

Później Niemcy także robili łapanki i wywozili na roboty. Tak złapali moją matkę z dwoma czy trzema młodymi dziewczynami. Matka była dużo starsza od nich. Niemcy zamknęli je w suterynie a matce powiedzieli przyjdzie córka to ona pojedzie a nie przyjdzie to Ty pojedziesz do Niemiec. Siostra przepłakała całą noc. Rano się ubrała i pojechała za matkę do Niemiec. Moja siostra była na robotach w Austrii – 50 km od Wiednia. Pracowała u bauera, który w tej miejscowości był sołtysem. Tam też poznała swojego przyszłego męża a mojego szwagra. Za czasów Polski Ludowej pojechali kilka razy odwiedzić „swojego” bauera.
Za czasów niemieckiej okupacji nie chodziłem do szkoły.
Rozstrzeliwań w naszej miejscowości nie było ale więzienie było w Czortkowie i na pewno tam były egzekucję, bo świadczyły o tym ślady krwi na murach.
Żydów u nas nie było zbyt wielu. Z jednym żydowskim kolegą siedziałem w szkole w jednej ławce. Niemcy dostali, któregoś dnia „dzień wolności”, a że broni mieli pod dostatkiem to zlikwidowali Żydów w jeden dzień.

Zmorą naszych terenów były bandy UPA. Musieliśmy się ukrywać a Ukraińcy całe wioski palili. Na Boże Narodzenie 1943 roku przybili Polakom na drzwiach kartki z życzeniami Polacy uciekajcie, nie szukajcie szczęścia, bo przy szczęściu to się w ogniu będziecie piekli.

Sami spaliśmy przeważnie u ciotki a wśród sąsiadów i znajomych była pogłoska, że wyjechaliśmy całą rodziną do Niemiec na roboty. Ciotka była wdową, bo wujo, zresztą mój chrzestny, którego nie pamiętam, wcześnie zmarł i wyszła drugi raz za mąż za Grekokatolika. Dlatego u niej było w miarę bezpiecznie. Ciężkie to były czasy. Cztery razy nas obrabowali. Przychodzimy rano do domu a tam wszystko splądrowane. Za trzecim razem zabrali już praktycznie wszystko. Natomiast za czwartym razem matce buty zabrali, bo już nie było co ukraść.

Przybycie Rosjan w marcu 1944 roku pamiętam tak. Przez Ułaszkowce łukiem przepływa rzeka Seret. Na zachodniej stronie rzeki było strome wzgórze z pięknym lasem dębowo-grabowo-jesionowym, gdzie Niemcy się okopali i mieli bardzo dobrą obronę. Do tego spalili most na rzece a sam Seret przez wiosenne górskie roztopy bardzo wezbrał. Rosjanie szturmowali drugi brzeg Seretu wpław lub na pontonach z okrzykiem HURA. Dwa albo trzy razy próbowali forsować rzekę a z zachodniego brzegu Niemcy ich skutecznie odrzucali karabinami maszynowymi. Dopiero przedarli się około 30 km w górę Seretu i zdobyli Ułaszkowce. Na Serecie była też taka mała wysepka, którą Ukraińcy nazywali Zarinok i tam było pochowanych 78 czerwonoarmistów. My podczas tego natarcia byliśmy w domu, ponieważ rosyjska artyleria waliła daleko za naszymi domami. Dopiero, gdy się przedarli w innym miejscu to zaszli Niemców z boku i ich pokonali. Rosjanie zachowywali się przyzwoicie. Było jak w każdym wojsku czy to niemieckim, polskim czy rosyjskim. Zawsze znalazł się jakiś złodziej czy morderca.. Ja o przypadkach gwałtów czy morderstw nie słyszałem.

Ojca 11 maja 1944 roku zabrali do Wojska Polskiego. Nie było tak jak teraz, że listonosz przywozi kartę mobilizacyjną. Wyszedł woźny z obsługi gminy w centrum miejscowości, na bębenku wybił jakiś rytm, żeby wszyscy słyszeli i wykrzyczał jutro rano o 8 wszyscy mężczyźni w wieku 18 do 50 lat mają się stawić ze swoimi tobołkami przed gminą, bo będzie wymarsz do Czortkowa. Na drugi dzień wszyscy się z płaczem i lamentem żegnali.

Do Czortkowa szli razem Ukraińcy i Polacy. Natomiast w Czortkowie podzielili ich według narodowości. Następnie Polaków wywieźli do Sum na szkolenie. A Ukraińców podzielili na 3 grupy. Pierwsza – chorzy, drudzy – starzy a trzecia – zdrowi i młodzi. Trzecią grupę wywieźli do Władywostoku na szkolenie i walczyli później z Japończykami. Pierwszą grupę, gdzie byli głównie cwaniaczki, którzy udawali chorych a nie chcieli walczyć to przeszkolili w dwa tygodnie i pojechali na front. Z kolei drugą grupę wywieźli do Azji Średniej zbierać „krowie placki”. Polaków w Sumach przeszkolono i wysłano na front. Tata walczył pod Puławami i gdy doszedł do Warszawy to był już chory na serce, a do tego miał wiek zwalniający ze służby i go zdemobilizowali. Reszta żołnierzy poczekała aż Wisła zamarznie i poszli aż do Berlina.

 

Adam

Sie 142016
 
Pomorsko

Pomorsko

Wypytując się ludzi w Pomorsku z kim można porozmawiać o historii zawsze padało nazwisko Pana Duczmińskiego. Wszyscy mówią, że to już zdrowo po 80-tce Pan ze znakomitą pamięcią i do tego miły gaduła. Przez wiele lat „szef” gminy. Dlatego bez wcześniejszego umawiania jadę do Pomorska. Pana Kazimierza widzę już z daleka jak krząta się na podwórko. Wchodzę przez furtkę i witam się ze starszym Panem. Uścisk dłoni i Pan Kazimierz na pytanie o rozmowę mówi co ja tam mogę pamiętać ale siądźmy i pogadajmy. Siadamy na schodach wejściowych domu Pana Kazimierza i zaczynamy rozmawiać o starych czasach. Faktycznie Pan Duczmiński ma znakomitą pamięć, wymienia nazwiska jakby je czytał z kartki a wszystko umiejscawia w czasie dokładnymi datami.

Nazywam się Kazimierz Duczmiński. Urodziłem się 4 stycznia 1929 roku w przysiółku Dąbrówka, we wsi Ułaszkowce, w gminie Ułaszkowce, w powiecie czortkowski, w województwie tarnopolskim na terenie dzisiejszej Ukrainy. W przysiółku Dąbrówka było w sumie 22 domy. Wioska Ułaszkowce była bardzo rozciągnięta i składała się z kilku przysiółków jak na przykład: Pod Górą, Góra, Bazyliany czy mój rodzinny przysiółek Dąbrówka. Przez wieś przepływa rzeka Seret. Odwiedziłem moją rodzinną miejscowość w 1988 roku z synem Romkiem i bardzo się zmieniła. Tam gdzie były wspomniane 22 domy, teraz jest 47. Przed wojną wszystkie były kryte słomą a teraz są pokryte blachą albo eternitem. Moja rodzina mieszkała w Ułaszkowcach z dziada pradziada. Miałem starszą siostrę Elżbietę – rocznik 1924.

Moi rodzice Józefa (1902) i Franciszek (1896) zajmowali się rolnictwem. Mieliśmy kawałek pola a do tego ojciec miał dryg do koni i jak to mówią „furmanił”. Woził np. materiały na budowę. Czasy przed wojną pamiętam tak, że była to bieda. Nawet nie bieda a nędza. Nam nie żyło się aż tak źle, bo rodzice mieli tylko dwoje dzieci i ojciec był zaradny. A normalnym stanem rzeczy były rodziny z 5-8 a nawet większą ilością dzieci. W takich rodzinach często było tak, że tylko jedna para butów była dla wszystkich dzieci na zimę. Teraz to co pokazują w telewizji, że ludzie żyją w biedzie to jest nic w porównaniu z Polską przedwojenną. Tamtymi rejonami się nikt nie interesował. Pracy nie było żadnej, tylko rolnictwo a gospodarstwa nie za wielkie. Jak zacząłem chodzić do szkoły to z naszej miejscowości chodziło na początku kilkanaście dzieci a w trzeciej klasie zostałem tylko ja i kolega, bo inni nie mieli w czym chodzić i tak się wykruszali.

Do Pierwszej Komunii Świętej poszedłem przed wojną. Komunia była uroczysta. Szliśmy w świątecznych ubrankach ze świeczką z jednym albo dwojgiem rodziców. Ze mną szedł ojciec. Przyjęliśmy komunię z rąk księdza proboszcza Kazimierza Kozłowskiego, który po całej uroczystości w kościele zaprosił nas na plebanie, gdzie każdy dostał kubek mleka i bułkę. Następnie wróciliśmy do domów. Nie było żadnego balu czy przyjęcia. Po południu zrzuciłem świąteczne ubranie i musiałem iść paść krowy.

Gdy wybuchła wojna w 1939 roku miałem 10 lat i powinienem iść do trzeciej klasy. Wybuch wojny pamiętam tak. Była to niedziela 17 września. Szedłem z moim kuzynem do jego wujka a mojego stryja po gruszki. To był brat mojego ojca i brat jego mamy. Stryjenka nam ugotowała obiad, zjedliśmy i ruszyliśmy z gruszkami do domu. Musieliśmy przejść przez drogę, która prowadziła na Rumunię. Szosa była tak zapchana wozami z ludźmi, którzy chcieli uciec przez Ukrainę na zachód, że musiałem z kuzynem z 20 minut czekać aż znajdzie się luka między wozami i można będzie przebiec na drugą stronę. Później przechodziliśmy koło majątku hrabiego, gdzie stały bardzo długie sterty zboża. Między tymi stertami stał samolot koloru zielonego i polski żołnierz z karabinem. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że Ruscy nas zaatakowali. Uszliśmy dalej ze dwa kilometry i mieliśmy już skręcać w prawo na polną drogę, żeby dojść do domu, gdy spotkaliśmy 7, może 10 polskich żołnierzy na koniach. Wypytali się nas kim jesteśmy i co niesiemy. Więcej nic od nas nie chcieli. Doszliśmy w końcu do domu a moja mama płacze, że coś nam się stało, bo w Ułaszkowcach już pełno Rosjan. Wozy, czołgi, tabory. Ruscy jechali polnymi drogami w kierunku Rumuni, żeby przed Zaleszczykami złapać uciekających polskich żołnierzy. Uciekli chyba tylko ci, którzy byli z przodu resztę wyłapali.

Po chwili na niebie pojawił się polski samolot ale nie ten co stał między stertami zboża tylko inny, puścił serię z karabinu w Rosjan i poleciał nie wyrządzając szkód. Natomiast samolot i żołnierz, którzy stali między stertami zbóż od razu trafili do niewoli. Żadnych więcej walk nie było.

Pamiętam jeszcze taki epizod. Był chyba 15 albo16 września a do mojego wuja przyjechało troje ludzi z centrali czarnym samochodem i uciekali na wschód. Dwóch mężczyzn i kobieta. Wuj im wynajął kwaterę. Byli u niego dzień albo dwa a auto przykryli słomą kukurydzianą. W tą niedzielę 17 września przyszli do mojego ojca, żeby pojechał z nimi koniem do Jagielnicy, bo tam w magazynie i fabryce tytoniu jest dystrybutor i naleją sobie paliwa do kanistrów. Ojciec pojechał z jednym z mężczyzn. Tata dobrze znał fabrykę w Jagielnicy, i gdy czekał na tego mężczyznę ktoś z obsługi fabryki przybiegł i woła Franku uciekaj bo Ruscy idą. Ojciec złapał mężczyznę z karnistami i wrzucił na wóz nie patrząc na to czy zapłacił za paliwo czy nie i galopem jechał do domu. Jeszcze tak szybko z Jagielnicy nie przyjechał jak wtedy.

Pod wieczór przybiegają Ruscy żołnierze na podwórko i szukają samochodu. Ktoś im musiał donieść o tym aucie. Rozrzucili słomę kukurydzianą i chcieli otworzyć auto a ono było zamknięte. Popchnęli auto a tych troje ludzi związali i zabrali ze sobą. Po kilku dniach wrócili ale już bez auta. Zabrali resztę rzeczy co mieli u wuja zostawione i poszli. Kim byli nie wiadomo. Podejrzewamy, że mogła to być żydowska rodzina i uciekali przed Niemcami. Rosjanie nic im nie zrobili. Wrócili jedynie w kufajkach a nie w swoich ubraniach.

Cze 052016
 
Herb Wilejki (źródło zdjęcia wikipedia.pl)

Herb Wilejki (źródło zdjęcia wikipedia.pl)

W sierpniu 2014 roku udało się porozmawiać z Panią Stanisławą Mackiewicz (wspomnienia zamieszczone na stronie w kwietniu 2015 roku). Pani Stanisława wspomniała, że w Zielonej Górze mieszka jej młodszy brat Stanisław Laudański. Pomysł rozmowy z Panem Laudańskim chodził nam po głowie przez ponad rok i w końcu się udało.
Znowu dzięki pomocy Piotrka Olejnika udało się załatwić adres i zaanonsować swoją wizytę u Pana Stanisława. W upalne popołudnie 17 września 2015 roku, w zielonogórskiej dzielnicy domków jednorodzinnych drzwi otwiera nam starszy, smukły Pan. Cechą charakterystyczną rodzeństwa Laudańskich jest uśmiech na twarzy. Jeżeli uśmiech jest sposobem na długowieczność to w rodzinie Laudańskich się on sprawdza. Czworo rodzeństwa i wszyscy są już grubo po 80-tce. Siadamy do stołu, zaczynamy rozmawiać – przenosimy się na Wileńszczyznę.

Urodziłem się w lutym 1931 roku na gajówce o nazwie Pająk między miejscowościami Mołodeczno a Wilejka w dawnym powiecie wilejskim, w województwie wileńskim należącym przed wojną do Polski. Teraz te tereny znajdują się w granicach dzisiejszego terytorium Białorusi. Moi rodzice Natalia (1899 i Albin 1896 mieli jeszcze trzy córki: Marię (1926), Leokadię (1927) i Stanisławę (1929) oraz syna Jana (1936).
Moje miejsce urodzenia i dzieciństwa to był rejon, gdzie po wojnie Polsko-bolszewickiej osiedlali się osadnicy wojskowi. Dostawali kawałek ziemi i jakiś budulec na dom. Takim osadnikiem był mój ojciec. Niestety później w 1940 roku tych ludzi z rodzinami wywozili na Sybir a ich domy, najczęściej drewniane rozbierali do gołej ziemi. Wywieźli takie rodziny jak Stachura, Hura, Golec czy Joniec. Powodem wywózki było to, że w czasie wojny Polsko-bolszewickiej walczyli przeciwko Rosji.

Ojciec był gajowym w prywatnym lesie u Pana Horodyńskiego, w majątku leśnym Wiazyń. Dokładnie jaki był areał tego lasu nie wiem ale było na nim około 6-7 gajówek. Jeździł autem co na tamte czasy było nie lada luksusem. Raz była okazja, żeby się przejechać jego samochodem ale jako małe dziecko wystraszyłem się i nie pojechałem.
Ojciec dostawał od Pana wypłatę ale nie było tego za dużo. Do tego otrzymywał deputat w życie lub mące. Zawsze też przy gajówce był kawałek ziemi to można było trzymać świnię, krowy i uprawiać zboże. Ojciec także miał pszczoły i po nim odziedziczyłem pasję do tych pożytecznych owadów. Oceniając, nam źle się nie żyło, chociaż inni ludzie w okolicy żyli w biedzie albo nawet w nędzy. Jak to się mówi przednówek był.
Tereny Wileńszczyzny były przez 123 lata pod najbiedniejszym zaborem rosyjskim. Zaborca przez cały czas tylko brał a nic nie inwestował. Do tego nie było żadnego przemysłu i fabryk więc ludziom żyło się bardzo ciężko.

Przed wojną skończyłem dwie klasy polskiej szkoły i miałem iść do trzeciej, gdy wybuchła wojna. Chodzenie do szkoły dla nas to była trudna sprawa, bo z gajówki mieliśmy do szkoły 30 km. Mieszkałem z siostrą Stanisławą na stancji w wiosce oddalonej od Młodeczna około kilometra. Z gajówki do Mołodeczna było 30 km suchą drogą, którą można było przejechać. Droga tzw. po błocie, czyli taka, którą można tylko pieszo przejść była krótsza. Komunię przyjąłem także z najmłodszą siostrą w Mołodecznie jeszcze przed wojną. To nie była taka uroczystość jak teraz. Nie było nawet rodziców na tej uroczystości.

Dla nas wojna wybuchła 17 września 1939 roku. Wybuch wojny pamiętam tak. Byliśmy na gajówce w lesie. Ojciec został powołany do wojska, lecz nie zdążył się nigdzie zgłosić, bo Polskę zaatakował Związek Radziecki.
W tym dniu na niebie pojawiły się nisko lecące rosyjskie samoloty. Były pomalowane na zielono z czerwonymi gwiazdami. Zrzuciły w środek lasu bomby. Czemu do lasu zrzucali bomby nie wiem. Prawdopodobnie nie mogli wylądować z tymi bombami i musieli je gdzieś zrzucić. Poszliśmy później zobaczyć to miejsce, gdzie wybuchły bomby. Leje miały kilkanaście metrów średnicy a jakie głębokie to nie wiem, bo była w nich woda. Tyle widzieliśmy wojny w 1939 roku.
Po paru dniach przyjechało na gajówkę 40 żołnierzy i 4 oficerów rosyjskich. Robili rewizję i szukali broni. Ojciec przed wojną posiadał legalnie Nagana ale jak wybuchła wojna to musiał go zdać i miał na to wszystko papiery. Jednak Ruscy nie wierzyli i przyjechali zrobić rewizję. Byli wrogo nastawieni. Powiedzieli nam wtedy Polski już nie będzie a z Polaków skórę zedrzemy i łapcie podszyjemy (łapcie – to buty na kształt sandałów plecione z łyka).

Później zaczęły się wywózki na Syberię. Gajowych z rodzinami też wywozili. Na nasze szczęście jak wybuchła wojna to ojciec dostał wypowiedzenie z gajówki i nie mieliśmy gdzie mieszkać. Wyjechaliśmy na wieś o nazwie Kuty obok Mołodeczna, do kuzyna ojca. Kuzyn ulokował na na gospodarstwie swojej matki, która była już w podeszłym wieku i mieszkała sama. Przez to, że się przenieśliśmy na wieś to Rosjanie nie znali naszego adresu i nie mogli na wywieźć. Jednak później, gdy już ustalili, gdzie jesteśmy to spóźnili się dosłownie o dzień, bo zaatakowali ich Niemcy. Tak uniknęliśmy wywózki na Sybir. Niektórym rodzinom tak się udało. Jednego brata mamy Rosjanie wywieźli na Sybir a drugi został dosłownie na dworcu i nie zdążyli go załadować do wagonu, bo przyszli Niemcy.
Można było przewidzieć kto będzie wywożony, bo przed samą wywózką Ruscy zabierali ziemię. To była oznaka, że niedługo pojedzie się na Sybir.

Na gospodarstwie w Kutach też nie było dobrze, bo było to niby gospodarstwo 40-hektarowe a w rzeczywistości było to tylko 3 hektary ziemi ornej. Reszta to był co dopiero wycięty las – nigdy jeszcze nie uprawiany jako pole. Gdy trzeba było zapłacić podatek to policzyli nas jak za 40 hektarów a zyski były żadne, bo tylko z tych 3 hektarów.

Adam

Lip 252015
 
Wojewoda Jan Krahelski (źródło zdjęcia Wikipedia)

Wojewoda Jan Krahelski (źródło zdjęcia Wikipedia)

Wchodzimy do kuchni. Za stołem siedzi Pani Florentyna. Od razu widać po twarzy starszej Pani, że rozmowa będzie ciekawa. Pani Florentyna to osoba bardzo sympatycznie nastawiona do życia. Jednak to co urzeka słuchacza to ogromne poczucie humoru – wprost niespotykane.
Pomorsko. Upalny 4 lipiec 2015 roku. Wielkie podziękowania dla Jana Jarosza – wieloletniego mieszkańca Pomorska, który towarzyszył przy rozmowie.

Nazywam się Florentyna Juretko z domu Szotmiller. Moje nazwisko panieńskie Szotmiller jest niemiecko brzmiące, bo moi pradziadkowie i prapradziadkowie ze strony ojca pochodzili z Bawarii. Pamiętam jeszcze moją prababcie, która świetnie znała niemiecki ale gorzej język polski. Gdy starała się mówić po polsku to ją dzieci przedrzeźniały, np.. zamiast chłopiec to klopiec. Ojciec jednak niechętnie wspominał pochodzenie jego rodziny, ponieważ był bardzo cięty zarówno na Niemców jak i na Rosjan. Wszystkich Rosjan zresztą nazywał kacapami. Gdy był zdenerwowany na kogoś to nazywał go kacapem. Była to największa obelga z jego ust. Nawet po wojnie. Szotmiller jest to zlepek dwóch nazwisk. Szot i Miller. Dlaczego dwa razem połączone nazwiska? Skąd się wzięło to bardziej niemieckie niż polskie na nazwisko na dalekich kresach przedwojennej Polski? Tego nie wiem.

Urodziłam się na Białorusi w 1929 roku. W ówczesnym województwie nowogródzkim, w powiecie baranowickim, gminie Niedźwiedzica na kolonii wsi Olchowce. Nasza wieś Olchowce była usytuowana tak samo jak Pomorsko. Tyle samo było do lasu jak w Pomorsku. Taki sam odcinek jak do Brzezia przez las było do małej wioseczki Litówka.

Było nas 11-ścioro rodzeństwa w czym było 10 panienek i jeden chłopak. Ja byłam ostatnia z rodzeństwa – najmłodsza. Byłam takim „znioskiem”. Jak się kura kończy nieść to ostatnie jajka nazywa się „znioski”. Wszyscy też mówili, że Szotmillerowi jako ostatni powinien urodzić się syn a była znowu kolejna dziewczyna. Może coś w tym jest, ponieważ w młodości byłam bardziej skora do psikusów, tak jak chłopcy, niż spokojna jak dziewczyna.

Przed wojną żyło nam się dobrze. Ojciec Jan Szotmiller urodzony w 1880 roku razem z moją mamą Anną urodzoną w 1887 roku mieli 1/3 udziałów w cegielni we wsi Mazurki. Pozostałe 2/3 udziałów miał znany wojewoda Jan Krahelski, którego córka Krystyna Krahelska zginęła w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego. Krystyna Krahelska była poetką i harcerką. Użyczyła wizerunku swojej twarzy do pomnika Syreny nad Wisłą w Warszawie, a także napisała słowa i melodię „Hej chłopcy, bagnet na broń”. Jan Krahelski zgodził się płacić na naszą rodzinę kasę chorych, bo przy takiej liczbie dzieci nie wiadomo kiedy pomoc medyczna będzie potrzebna.
Wojewoda Krahelski zatrudniał robotników a nasz tata sam pracował ze swoją rodziną.

Krystyna Krahelska (źródło zdjęcia Wikipedia)

Krystyna Krahelska (źródło zdjęcia Wikipedia)

Pomnik Syrenki warszawskiej z twarzą poetki (źródło zdjęcia Wikipedia)

Pomnik Syrenki warszawskiej z twarzą poetki (źródło zdjęcia Wikipedia)

Ojciec był taki, że gdzie by go posadził tam będzie siedział i się nie ruszy. Pracował ciężko, bo w cegielni praca była ciężka ale nic nie umiał załatwić. Był postawnym, bardzo dobrze zbudowanym mężczyzną. Z kolei mama była drobniutka. Ważyła tylko 44 kg ale wszędzie weszła i wszystko załatwiła. Nie było praktycznie takiej sprawy, której mama by nie załatwiła. Ojciec zawsze mówił Hanka załatw to, załatw tamto. Mama miała na imię Anna ale wszyscy mówili do niej Hanka.
Tak ojciec pracował w spółce z Krahelskim, aż pewnego razu jedna z sióstr zachorowała i w szpitalu okazało się, że przez te wszystkie lata nie jesteśmy ubezpieczeni. Wtedy leki były bardzo drogie. Mama jakoś swoimi sposobami załatwiła prywatnie potrzebne lekarstwa. Później poszła do wojewody Krahelskiego i go zwymyślała od Żydów smarkatych i oszustów. Tata poszedł do Krahelskiego na drugi dzień. Wojewoda mu powiedział nie gniewam się na Ciebie i zasłużyłem ale tak mnie strasznie sponiewierała Twoja żona. Po tym mama powiedziała nie będziesz już współpracował z Krahelskim. Ziemi jest za tyle, że nam też starczy. Ojciec zaczął szukać nowego miejsca. Znalazł glinę za rzeką Szczarą w wiosce Lachowicze. 12 km od cegielni Krahelskiego. Sam wybudował piec do wypalania cegły i potrzebne zabudowania w cegielni. Długo jednak ojciec nie pracował w swojej cegielni, bo zaraz wybuchła wojna i skończyło się wszystko.

Zawsze mieliśmy też jedną krowę. Dzierżawiliśmy kawałek łąki i trzymaliśmy krowę, żeby było mleko, śmietana i masło.
Przed wojną skończyłam 2 klasy polskiej szkoły i we wrześniu 1939 roku miałam iść do 3 klasy lecz wybuchła wojna.
Pod okupacją sowiecką przez rok chodziłam do rosyjskiej szkoły. Po tym roku pisałam i czytałam lepiej po rosyjsku i białorusku niż po polsku. Chociaż białoruski język jest dużo trudniejszy niż rosyjski, zarówno w mowie jak i piśmie. Niemcy natomiast w szkole mieli założyć sztab ale szkołę spalili i nie było już gdzie chodzić się uczyć. Tak teraz się śmieję, że skończyłam dwie klasy i pół korytarza. Człowiek pisać, czytać i liczyć umie, a niczego więcej się nie zdążył nauczyć.
W 1939 roku we wrześniu weszli Rosjanie. Ja wtedy byłam u starszej siostry Adeli, która mieszkała 6 km od Nieświeża w lesie, w leśniczówce pod miejscowością Stołpce, ponieważ miałam zacząć stamtąd chodzić do szkoły w miejscowości Łań. Jest miejscowość i rzeka Łań. W Stołpcu natomiast była ostatnia stacja kolejowa przed granicą radziecko-polską. Mąż siostry, czyli mój szwagier, był łowczym w lasach u księcia Radziwiłła. Doglądał i dbał o leśną zwierzynę. W nocy 17 września przyszli Ruscy. Jechali czołgami. Nie widziałam, żeby kogoś rozstrzelali. Rewidowali jedynie domy i mieszkania podejrzanych o posiadanie broni albo o współpracę przeciwko Rosjanom. W 1940 roku zaczęły się wywózki na Syberię. Kto miał jakiś majątek był nazywany burżujem i go w pierwszej kolejności wywożono. Taki sam los spotykał pracujących na państwowych posadach np. leśniczych czy pocztowców. Dlatego moja siostrę Adele z rodziną wywieźli, bo szwagier był łowczym. Wrócili z zsyłki latem 1946 roku.
Jeszcze gorszy los spotkał moją drugą najstarszą siostrę, która także w chwili wybuchu wojny była już mężatką i miała dziecko. Wywieźli ich aż do Azji Mniejszej. Najpierw zmarło jej dziecko a potem mąż. O śmierć męża siostra bardzo długo po wojnie się obwiniała, ponieważ dawali im tymczasowe dowody osobiste i ona powiedziała mężowi, że jak weźmie taki dowód, to tak jakby przyjął sowieckie obywatelstwo. Zabroniła mu tego dowodu. A Rosjanie wszystkich tych co nie wzięli dowodów zabrali do więzienia. Kto miał dobre zdrowie to przetrwał do podpisania układu Sikorski-Majski i wyszedł z więzienia, a kto miał słabsze zdrowie ten zmarł w więzieniu. Jej mąż chorował na nerki i nie przeżył tego więzienia. Siostra jeździła do niego do więzienia na wielbłądzie i prosiła władze, żeby go wypuściła. Nic to jednak nie pomogło.

Adam

Wrz 292014
 

Obraz 010Z Wału Pomorskiego przetransportowali nas nad Odrę w okolicę Kostrzyna, gdzie przygotowywaliśmy się do forsowania ostatniej dużej rzeki przed Berlinem.

W Kostrzynie forsowanie Odry było bardzo niebezpieczne. Bałem się tej rzeki. Miałem nauczkę z Wisły w Puławach i nie pchałem się pierwszy. Z kolegą ociągaliśmy się ale za nami byli już oficerowie polityczni i trzeba było iść. Kiedy byliśmy na łódkach i tratwach na środku Odry to nadleciały niemieckie samoloty i zaczęły nas bombardować. Cudem przeżyłem.

Kiedy jednak uchwyciliśmy przyczółek na niemieckiej stronie Odry nasze oddziały były dziesiątkowane przez jeden karabin maszynowy w okopie, którego nie mogliśmy uciszyć. Okrążyliśmy go i w końcu zdobyliśmy. Okazało się że strzelało z niego dwóch Niemców i Niemka. Wszyscy troje byli pijani jak bele. Chyba popili dla odwagi. Wzięliśmy ich do niewoli i gdy przewoziliśmy ich na łódce przez Odrę na nasze tyły to zaczęli się rzucać w tej łódce tak, że by ją przewrócili. Nasi żołnierze wypchnęli ich do wody i powiedzieli tam się rzucajcie. Utopili się wszyscy troje.

Po sforsowaniu Odry pojechaliśmy do Berlina. W Berlinie nasza artyleria też miała co robić. Niestety na Reichstagu nie byłem ale w samym Berlinie byłem kilka dni.

W Berlinie doszliśmy do Łaby. A tu cicho, nikogo nie ma. Tylko amerykański samolot przeleciał i wywiad zrobił. Dopiero pod wieczór na drugiej stronie Łaby pokazali się Amerykanie. Przypłynęło na naszą stronę kilkudziesięciu Amerykanów – to trzeba było ich ugościć. Zaraz wysłaliśmy kogoś po bimber albo spirytus. Piliśmy całą noc z tymi Amerykanami. Dopiero nad ranem przepłynęli z powrotem. Zaprosili nas na następną noc do siebie – że wtedy oni nas ugoszczą. Ale my nie skorzystaliśmy, bo baliśmy się naszego dowództwa. Niektórzy uciekli. Najczęściej byli to żołnierze, którzy wcześniej walczyli w partyzantce albo ci, którzy stracili całą rodzinę podczas wojny. Tak jak ja, miałem brata w wojsku i siostry gdzieś na Ukrainie to bałem się że mogą mieć problemy jeśli uciekłbym do Amerykanów. Z naszej dywizji uciekało bardzo dużo żołnierzy, tak więc alarmowo wyjechaliśmy znad Łaby żeby nie było więcej ucieczek.

W Berlinie w jednym ze sklepów nabraliśmy sobie materiału i w Polsce daliśmy go krawcowi, żeby poszył nam cywilne ubrania, bo po wyjściu z wojska nie mieliśmy żadnych ubrań tylko zniszczony mundur.

Odkąd dostałem się do wojska w Rosji nie miałem żadnego kontaktu z bratem. Nie wiedziałem czy brat żyje czy zginął gdzieś w walkach. O siostrach też nic nie wiedziałem. W ostatnich dniach wojny pod Berlinem jeździły całe konwoje ciężarówek. Jedne jechały do Berlina z żołnierzami i amunicją a inne wracały z Berlina na tyły po zaopatrzenie. Ja też jechałem na jednej z takich ciężarówek a z naprzeciwka patrzę na ciężarówce jedzie mój brat. Zatrzymałem swoją ciężarówkę i zawołałem brata. Zeskoczyliśmy z aut i się uściskaliśmy. Brat prosił mnie o papierosy. Mój dowódca powiedział wtedy daj bratu wszystkie a my sobie jeszcze zdobędziemy papierosy.

Po wojnie mój oddział wysłano do Kędzierzyna-Koźla, gdzie robiliśmy żniwa. Wszystkie młyny w okolicy były nasze. Gorzelnie też wojsko przejmowało, więc tam wiadomo czas już przyjemniej płynął i było fajnie. Dużo przyjeżdżało Zabugowców. Oni byli biedni to ich ratowaliśmy. Jeden wóz do naszej stodoły a dwa dla nich. U nas się wszystko zgadzało a oni mieli też zboże. W zamian za pomoc odwdzięczali nam się bimbrem. Z Koźla pojechałem do Radomia, gdzie wysłano nas do zwalczania band UPA.

6 marca 1946 roku zwolnili mnie z wojska. Prawie 3 lata służyłem w wojsku. Dosłużyłem się stopnie ogniomistrza co w piechocie odpowiada sierżantowi.

Z Radomia pojechałem do Rzeszowa do znajomych i następnie z Rzeszowa do Bródek. Znajomy z baterii namawiał mnie do zamieszkania w Dzierżoniowie. Był majorem w naszej baterii. Wolałem jednak pojechać do Bródek do sióstr i brata, którzy pozajmowali sobie już tam domy. W Bródkach zamieszkałem w tym domu gdzie teraz jest świetlica a później przeniosłem się do siostry Wiktorii.

W międzyczasie ożeniłem się i zacząłem pracować w Zielonej Górze. Pamiętam, że na początku lat 50-tych mieszkałem jeszcze w Bródkach, bo najstarszy syn się tam urodził.

Później przeprowadziłem się do Zielonej Góry ale ciągle jeździłem do Bródek do sióstr. Bratu Władkowi nie podobało się za bardzo w Bródkach i wyjechał do Rzeszowa, gdzie mieszkał do śmierci. Siostry tez poumierały i zostałem z rodzeństwa sam.

W Zielonej Górze pracowałem do emerytury i grałem w orkiestrze na trąbce.

Mam czterech synów i gromadkę wnuków.

W 2013 roku po ponad 60-ciu latach małżeństwa zmarła moja żona i syn zabrał mnie do siebie do Przylepu, żebym nie siedział sam w pustym mieszkaniu. U syna mam przynajmniej z kim porozmawiać.

Wieczorem lubię wypić sobie lampkę koniaku i wspominać stare czasy. Często też rozmyślam ile miałem szczęścia, że przeżyłem wojnę.

Adam

Wrz 142014
 
Herb Archangielska

Herb Archangielska

Przylep pod Zieloną Górą 8 lutego 2014 roku. Sobotnie przedpołudnie. Tegoroczna zima była nadzwyczaj ciepła i tak też było tego dnia. Prawie bezchmurne niebo i kilka jeśli nie kilkanaście stopni Celsjusza powyżej zera. Drzwi otwiera synowa Pana Antoniego. Siadamy przy stole nad gorącą herbatą. Pan Antoni, smukły i elegancko ubrany starszy pan, zaczyna opowiadać o swojej młodości, która mogłaby być scenariuszem niejednego filmu.

Nazywam się Antoni Salwa i urodziłem się 20 września 1925 roku w kolonii Straszów w bardzo dużej wiosce Dmytrów w powiecie Radziechów w województwie tarnopolskim na terenie dzisiejszej Ukrainy. Jako dzieciom opowiadano nam, że na tej kolonii kiedyś straszyło i dlatego nazywa się Straszów.

Moja matka miała na imię Anna a ojciec Bartlomiej. Miałem troje starszego rodzeństwa. Dwie siostry Józefę (1916), Wiktorię (1922) i brata Władysława (1914). Ja byłem najmłodszy.

Rodzina żyła z rolnictwa. Dokładnie nie pamiętam ale mieliśmy od 5 do 10 hektarów ziemi.

Ojca w ogóle nie znałem bo zmarł w lipcu 1925 roku – dwa miesiące przed moim urodzeniem.

Przed wojną chodziłem do szkoły do Dmytrowa, gdzie skończyłem 4 klasy. Po szkole pomagałem na gospodarce – najczęściej pasłem krowy.

Wybuch wojny we wrześniu 1939 roku nie utkwił mi mocno w pamięci. Pamiętam, że rosyjskie samoloty zrzucały ulotki, żeby Polacy się poddawali. Później Rosjanie weszli ale żadnych walk nie było. Nie było tez żadnych mordów ani rozstrzeliwań. Jedynie w kolonii utworzył się komitet, który chodził na zebrania do Dmytrowa, gdzie dowiedział się, że z Polakami będzie źle i tak też się stało, bo wywieźli nas na Sybir.

10 lutego 1940 roku wywieźli mnie z bratem na Sybir. Była wtedy bardzo ostra zima. Przyjechali po nas w nocy i kazali zabrać najpotrzebniejsze rzeczy. Władek wziął ziemniaki, które już na stacji się rozeszły. Zapakowali nas na sanie, które ciągnął jeden koń i powieźli na stację. Sanie po drodze z nami się przewróciły. I Władek mówi do Ukraińca, który nas wiózł jadę w poniewierkę a Ty mnie już tutaj poniewierasz?

Na Syberię wywieźli całą kolonię Straszów, oprócz mojej matki, która zmarła w Dymitrowie w styczniu 1940 roku tuż przed samą wywózką na Sybir.

Także moje siostry nie były na Syberii. Józefy nie wzięli a Wiktoria uciekła w tym czasie jak zabierali na Sybir. Mówiła mi, żebym z nią uciekł ale ja nie chciałem i na Syberii byłem tylko z bratem.

Załadowali nas do bydlęcych wagonów i wywieźli na Sybir do lasów archangielskich. Nie pamiętam dokładnie ile czasu tam jechaliśmy ale na pewno było to kilkanaście dni. Po przybyciu na miejsce zakwaterowali nas do drewnianych baraków, gdzie były w zasadzie tylko prycze i pełno pluskiew oraz wszy. Tam drzewo rosło, a w środku tego drzewa były pluskwy. Była to prawdziwa zmora tamtego rejonu. Przez pierwsze dni na Syberii mieliśmy straszną biedę i głód ale z bratem poszliśmy do pracy przy wyrębie drzew i jego obróbce. Wtedy też dostaliśmy pierwsze wypłaty za naszą pracę i mogliśmy iść na stołówkę kupić jedzenie. Na stołówce był chleb, a czasami można było kupić nawet makaron z kiełbasą. Po wybuchu wojny w 1941 roku między Niemcami a Rosją nasze jedzenie pogorszyło się. Dostawaliśmy tylko przydział 800 gram chleba na głowę i nie zawsze można było też ten chleb dostać. Do tego kombinowało się na różne sposoby, żeby zdobyć coś do jedzenia. Ogólnie jeżeli chodzi o głód to nie mieliśmy się aż tak źle na Syberii. Brat Władek był dorosły a ja mimo że miałem tylko 15 lat to też pracowałem jak dorosły mężczyzna. Na Syberii było tak, że jak się pracowało to się nie zginęło. Najgorzej miały rodziny z dziećmi, bo tam dorośli musieli utrzymywać swoje dzieci, które były za małe, żeby pracować. A najgorzej było, gdy w takiej rodzinie ktoś z dorosłych się rozchorował, Wtedy często z głodu umierała cała rodzina. Ja z bratem nie mieliśmy nikogo na utrzymaniu i to co zarobiliśmy było dla nas. Tak się też szczęśliwie złożyło, że razem z bratem dostaliśmy dosyć lekkie prace. Władek traczkę rżnął. A mnie zabrał jeden z dziesiętników i powiedział ty Salwa będziesz u mnie pracował i zrobił mnie brakarzem lasów. Moim zadaniem było sortowanie ściętego drzewa na 1, 2, 3 gatunek itp. Ja miałem fajnego dziesiętnika. Czasami nie chodziłem do lasu a pisał, że byłem albo normy większe pisał niż wyrobiłem. Ale za to pożyczki ode mnie brał. Inni mi mówili jak będzie oddawał to nie bierz, bo może już nie być taki dobry dla Ciebie. I nie brałem. W 1941 roku przenieśli mnie do innej pracy, gdzie ciąłem tzw. bałwanki czyli surowe kawałki drzewa o określonych wymiarach i kształcie. Te bałwanki miały 4 cm grubości i trafiały do fabryki, gdzie robiono z nich już właściwe kolby do karabinów. Potem awansowałem i woziłem bałwanki na stację oddaloną o jakieś 18 kilometrów.

Adam

Lip 212014
 
Halina Paszkowska

Halina Paszkowska

Chociaż było to również zakazane, lekcje odbywały się w języku ojczystym. Było tam 150 dzieci podzielonych na grupy młodszych starszych i średnich szkolników, mnie zaliczono do średniaków. Dzieci pracowały w pobliskim kołchozie przy zbiorze bawełny. Kiedy maszerowaliśmy czwórkami na plantację, pilnie wypatrywaliśmy czy nie leżą gdzieś ogryzki po zjedzonych jabłkach.

Kiedy Kazach rzucał ogryzek, dzieci na wyścigi padały na kolana wyrywając go sobie jedno drugiemu. Nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie ile ja tych ogryzków zjadłam. Z głodu jedliśmy również ziarnka bawełny, chociaż były niesamowicie gorzkie.

Oficjalnego” jedzenia dostawaliśmy tyle aby tylko nie umrzeć. Na śniadanie pół placka kukurydzianego, na obiad zupa-woda i kilka pływających w niej buraczków podane w glinianej miseczce, oraz dwie łyżki stołowe kaszy kukurydzianej zalanej jakimś olejem. Było tego bardzo mało jak na jedenasto- czy dwunastoletnie dzieci, ale było… .

Po powrocie do Polski bywało, że w czasie obiadu do zupy wpadła mi mucha, a ja z obrzydzeniem mówiłam Mamie, że tej zupy już jeść nie będę…. . Mama natomiast kiwając głową pomrukiwała pod nosem: „Kazachstanu Ci trzeba…”.

Jesienią wyrywaliśmy łodygi bawełny które z braku wody ukorzenione były bardzo głęboko. Była to ciężka i wyczerpująca praca zupełnie nie odpowiednia dla tak małych dzieci, nikt z nas nie miał butów, a nogi były wiecznie pokaleczone.

Wyrwane łodygi przeznaczone były na opał do kuchni bo w pomieszczeniach gdzie spaliśmy ogrzewania nie było. W zimie dostaliśmy kalosze, pończochy i sweterki i było to nasze całe wyposażenie.

Surowe warunki życia powodowały, że nawet małe dzieci uczyły się zapobiegliwości. Staraliśmy się zebrać chociaż trochę resztek bawełny, na patyczkach przędłyśmy nić, a później robiłyśmy jakieś skarpetki, rękawice itp. po to aby wymienić to u Kazaszki na garść prażonej kukurydzy lub cokolwiek do zjedzenia.

Pamiętam, że kiedyś przed stołówkę podjechał wóz zaprzężony w parę wołów cały załadowany kapustą. Cała sala to jest razem czternaście dziewcząt wybiegło do tego wozu i każda z nas porwała główkę kapusty. Obgryzałyśmy te główki jak króliki…. . W tej ochronce przebywałam ponad rok.

Dyrektor ochronki miał swoje biuro w Czymkiencie który był oddalony o około12 kilometrów i leży w południowej części Kazachstanu od zachodu sąsiadując z Uzbekistanem, a od wschodu z Kirgistanem. Kiedy pewnego dnia dyrektor przyjechał, uderzeniami w metalową szynę wezwano nas na plac i uroczyście ogłoszono „koniec wojny” !

Cieszyliśmy się wszyscy, niektórzy płakali ze szczęścia, a chłopcy rzucali czapkami w górę, zapanowała atmosfera nadziei na powrót do Polski. W tym czasie moja Matka udała się na spotkanie ze mną pokonując pieszo w ciągu ponad dwóch tygodni 150 kilometrów. Spała samotnie w stepie i niosła mi trzy „lepioszki”, takie małe kazachskie chlebki wypiekane na patelni.

Kiedy mnie zobaczyła myślała, że mam suchoty, sama skóra i kości…. . Wyciągnęła wtedy „lepioszki” które w między czasie zdążyły spleśnieć, ale zjadłam je łapczywie i bardzo mi smakowały… . Byłam szczęśliwa, że Mama jest już ze mną, a Jej udało się doraźnie dostać pracę stróża nocnego przy stołówce z której korzystali powracający z frontu ranni rosyjscy żołnierze.

Z niecierpliwością czekałyśmy na dalszy bieg wydarzeń, ale dopiero w marcu 1946 roku Rosjanie powiedzieli nam, że możemy wyjechać do Polski i dopiero wtedy Mama zabrała mnie z ochronki. Życzliwi nam ludzie zachęcali do pozostania, bo teraz przecież głodu nie będzie, a po co jechać w nieznane? Krążyły plotki, że na Ukrainie tory są zaminowane i będą wysadzane transporty z powracającymi Polakami.

Chęć powrotu była jednak silniejsza niż niepewność i strach. Przywieźli nas do Mankietu gdzie miał na nas czekać transport. Było jednak odwrotnie, bo to my śpiąc na podłodze w poczekalni dworcowej, czekaliśmy na niego ponad dwa tygodnie.

W tym czasie dowożono naszych rodaków z innych okolic południowego Kazachstanu. Dziękowałyśmy Bogu, że będąc na Syberii nie zmieniłyśmy obywatelstwa i posiadałyśmy polskie paszporty, co było niezbędne dla udowodnienia radzieckim władzom naszego polskiego pochodzenia.

Nadszedł w końcu radosny dzień, że transport ruszył. Jechaliśmy w bydlęcych wagonach w wielkiej ciasnocie, ale nikt nie narzekał. Kto miał wywieszał biało-czerwoną flagę, śpiewaliśmy piosenki i opowiadaliśmy swoje przeżycia. Przy przejeżdżaniu przez Ukrainę komendant pociągu wydał polecenie zakazujące jakichkolwiek rozmów po polsku, oraz odmykania drzwi i okien. Bałyśmy się, że udzielane nam wcześniej przestrogi mogły okazać się prawdziwe.

Na szczęście nic złego się nie stało i do Polski wróciłyśmy 1 maja 1946 roku jadąc transportem składającym się z 64 wagonów przez Przemyśl, Kraków, aż do Poznania. Byłyśmy zmęczone, wygłodzone, brudne ale szczęśliwe. W Poznaniu czekaliśmy na bocznicy 3 dni po których odłączono 10 wagonów które skierowano do Krosna Odrzańskiego. Tam zakwaterowano nas w PUR-rze gdzie otrzymaliśmy żywność i ubrania. Po dwóch tygodniach przewieziono nas do Nietkowic gdzie mieszkam do dnia dzisiejszego.

Nie miałam możliwości nauki w normalnym trybie, ponieważ do szkoły chodziłam tylko w zimie, a w lecie pasłam krowy. Gdy miałam 17 lat musiałam rozpocząć pracę zarobkową ponieważ Matka ciężko zachorowała.

Moje życie i to, co w tak młodym wieku przeszłam, bardzo różniło się od życia rówieśników. Lekarz stomatolog jako ciekawostkę medyczną pokazywał innym lekarzom moje uzębienie, ponieważ w wieku 18 lat miałam jeszcze zęby mleczne!

Nie było to normalne, ale czy normalna i „ludzka” była zsyłka na Syberię? Czy normalnym było , że dziecko w okresie swojego dorastania nie widziało na oczy „normalnego” chleba czy mleka, o mięsie nie mówiąc? W moim sercu i podświadomości na zawsze pozostał obraz tej niewyobrażalnej nędzy i głodu, a również lęk aby tam nie wrócić… . Często zadaję sobie pytanie: „za co i dlaczego?”

Mnie, mojej Matce i niewielu innym cudem udało się przeżyć i do Polski wrócić. Ile jednak ludzkich istnień wyczerpanych katorżniczą pracą i głodem, cichutko i bez rozgłosu na zawsze odeszło? Ile polskiej krwi nasz wróg odwieczny rozlał na rosyjskiej ziemi, a ile ciał użyźniło tą okrutną ziemię? Nie zliczysz krzyży którymi jest step usłany, nie obejmiesz krzywdy, żalu i cierpienia i nie zliczysz łez wylanych….

Wspomnienia udostępnione dzięki życzliwości autora Cezarego Wocha

(opublikowane na sycowice.net oraz w książce autorstwa Cezarego Wocha Drogi do domu)

Lip 142014
 
Pierwszy po lewej stronie Julian Szatiłło, Ojciec Pani Haliny Paszkowskiej

Pierwszy po lewej stronie Julian Szatiłło, Ojciec Pani Haliny Paszkowskiej

Tatuś pracował w kołchozie kosząc zboże kombajnem. Tam deszcz nie padał, a pola nawadniane były specjalnymi rowami melioracyjnymi. W kołchozie tym nie było wody po którą należało chodzić po kilka kilometrów.Początkowo otrzymywaliśmy pomoc z UNRY która była amerykańską organizacją pomagającą ofiarom wojen. Dostawaliśmy ubrania i jedzenie, jednak wkrótce ta pomoc z nieznanych nam powodów całkowicie ustała i zaczął się przerażający GŁÓD! Bywało tak, że przez trzy dni nie mieliśmy nic do jedzenia!

Miejscowi Kazachowie początkowo byli bardzo dla nas życzliwi, częstowali jedzeniem, ale później przestali. Zaproponowali Mamie pracę przy ręcznym mieleniu pszenicy. Do naszej lepianki przynieśli żarna na których Mama mieliła ziarno.

Zawsze zostawiała garść zmielonej mąki i robiła dla mnie proste jedzenie, ot woda „zaklepana” mąką, ale jak mi to wtedy smakowało…. . Kazachowie wkrótce odkryli ten „proceder”, zabrali żarna i kazali przychodzić do pracy do ich domostw.

W odległości około 150 kilometrów od nas generał Anders formował jednostki Wojska Polskiego. Tatuś postanowił dostać się do tego wojska. Uszedł jednak jedynie 100 kilometrów, był osłabiony głodem, nogi miał opuchnięte i pokaleczone i zamiast do wojska trafił do szpitala.

Dowiedzieliśmy się, że w przydrożnym rowie niedaleko naszego kołchozu zdycha koń. Mama poszła tam razem z innymi i z tego konia powycinała co tylko się dało. Po powrocie do domu ugotowała to mięso bez soli i zaniosła Ojcu do szpitala!

Aby dostać cokolwiek do jedzenia nosiłam Kazaszce wodę, pomagałam w sprzątaniu, a czasami żebrałam… . Zbierałam z ziemi wszystko co się nadawało do jedzenia. Brakowało ubrań, butów, pościeli. Mój cały ubiór to było to co miałam na sobie… . Kiedy Matka prała mi to odzienie siedziałam nago czekając, aż wyschnie…. .

Miałam wtedy 10 lat i w końcu zachorowałam na tyfus. Kiedy gorączkowałam, w marzeniach wracałam do naszego domu w Polsce, głaskałam Mamę po policzkach i mówiłam: „ Mamusiu, żeby tak do Polski wrócić, chleba się najeść i umrzeć… „.

Ojciec wrócił ze szpitala, ale był bardzo osłabiony i z czasem zaczął puchnąć z głodu. Był wtedy marzec i na stepie zaczęły pojawiać się grzyby podobnie do naszych pieczarek. Tatuś wziął jakiś koszyk i poszedł w step aby nazbierać tych grzybów. Nie było go długo, bo cały dzień.

Pod wieczór zaniepokojona Mama poszła do lokalnego przedstawiciela sowieckiej władzy i zameldowała, że mąż nie wrócił ze stepu. Ten odpowiedział: „Co się martwisz? Nazbiera grzybów, sprzeda i wróci, będziesz miała pieniądze!”.

Na drugi dzień Tatuś również nie wrócił. Moja Mama wraz z sąsiadką rozpoczęły poszukiwania i przez dziewięć dni przeszukiwały bezkresny step. Modliły się i zaklinały rzeczywistość: „Dobra duszo, zła duszo, daj jakiś znak”, ale znaku żadnego nie było… . Z odrobiny mąki kukurydzianej którą dostała od sąsiadki Mama ugotowała tzw. bałangę czyli wodę „zaklepaną” mąką. Obie zjadłyśmy po troszeczku pozostawiając resztę dla Ojca który mógł się pojawić w każdej chwili.

Kiedy obie wyszłyśmy z domu w którym nie było drzwi, pies kołchozowego urzędnika wdarł się do naszego domu i zjadł porcję przeznaczoną dla Ojca. Kiedy dowiedziałam się o tym zaczęłam strasznie rozpaczać z żalu, że Ojciec nie będzie miał nic do jedzenia. Dziesiątego dnia Mama już nie wyruszyła na poszukiwania.

Po piętnastu dniach Kazach pasący owce znalazł Ojca. Leżał na lewym boku, nie miał już nosa, oczu i uszu co było dziełem drapieżnych ptaków i stepowych zwierząt, a obok leżały wyschnięte grzyby…. .

Ciała nie dało się już ruszyć i Kazachowie aby oszczędzić Matce tego strasznego widoku, obsypali głowę Ojca ziemią. Następnie tak jak leżał usypano mogiłę i obłożono czym tylko się dało. Myśmy z Matką aby uniemożliwić jej zniszczenie przez pasące się bydło i owce, wykopałyśmy rów i na mogile postawiłyśmy krzyż.

Po tym smutnym pogrzebie wróciłyśmy do domu, a każdy następny dzień był walką z głodem i walką o przeżycie. Kiedy było już po żniwach, chociaż nie wolno było tego robić, poszłyśmy na ściernisko nazbierać kłosów zboża. Dlaczego nie wolno? Bo nie i tyle! Niech zgnije, ale wziąć nie można…. .

Śpieszyłyśmy się bardzo, żeby nas nikt nie widział i kiedy nazbierałyśmy woreczek ziarenek ruszyłyśmy do domu. Na nasze nieszczęście nadjechał na koniu Kazach i zaraz zorientował się o co chodzi. Ku mojemu przerażeniu zaczął napierać koniem na Mamę i kazał oddać woreczek ze zbożem. Zabrał go i z satysfakcją wysypał na drogę.

Upadłyśmy na kolana i błagałyśmy go, aby pozwolił nam zebrać połyskujące ziarnka pszenicy, lecz Kazach z upodobaniem końskimi kopytami tratował ziarno wbijając je głęboko w ziemię. Resztkami sił dotarłyśmy do domu kolejny dzień pozostając bez żadnej strawy. Zrozpaczona Matka mówiła do mnie: niedaleko grób Ojca, a my wracamy głodne do domu… .

Po tym wydarzeniu Matka powiedziała mi, że w sytuacji kiedy nie mamy co jeść i w co się ubrać, odda mnie do „ochronki” prowadzonej przez Polaków w Sajramie w odległości około 150 kilometrów od naszego kołchozu. Ochronka była sierocińcem gromadzącym polskie sieroty i półsieroty z nadzieją na „przechowanie” i uratowanie tych dzieci.

Kiedy tam trafiłam obcięto mi warkocze które sięgały do pasa, a czas pobytu wypełniony był ciężką jak na nasz wiek pracą ale również i nauką. Polscy nauczyciele robili co mogli abyśmy jak najwięcej dowiedzieli się o Polsce.

Uczyliśmy się pisać, czytać i liczyć, ale również były lekcje historii i patriotyczne piosenki oraz wiersze których Rosjanie zakazali nam śpiewać i recytować. Jedna z takich „zakazanych piosenek” miała następujące słowa które doskonale pamiętam:

Gdy po trzech latach z wojny powracałem
i o swej Polsce śmiało rozmyślałem.
Zawsze smutny, zawsze zadumany,
aż raz stanąłem miedzy grobowcami.
Wtem usłyszałem jakiś głos spod ziemi,
Co ty tu robisz między umarłemi?
Co ty tu robisz, czego się przechadzasz
I nam umarłym w spoczynku przeszkadzasz?

Oddal się oddal od naszych Rodaków
Bo tu jest spoczynek rycerzy Polaków!
Oddal się oddal, możeś cudzoziemiec?
Albo też Moskal albo też i Niemiec?

Więc ja ruszyłem , odchodzić już miałem,
POLAKIEM jestem, śmiało zawołałem.
Wtem wyszedł rycerz zbrojny okryty ranami
Wróć się, ach wróć się, proszę cię ze łzami.

Co słychać z Naszą Polską ukochaną
Czy jest już wolną czy jeszcze poddaną?
Bo kiedy ja żyłem w smutnym stanie była
Garstka jej wiernych rycerzy broniła.

Albo smutny wierszyk o Panu Kapitanie i jego bułanym koniku, a także drugi o młodym żołnierzu.

Miły wietrzyk powiewuje, skąd to wojsko maszeruje?
Pan Kapitan naprzód jedzie, konik jego smutno idzie.
Mój konisiu, mój bułany, czemu żeś tak zatroskany?
Turbuję się o swe życie, bo mnie więcej nie ujrzycie.
Ujrzycie mnie leżącego, w szczerym polu zabitego… .

W dalekim polu jest cichy grób
Barwią się kwiaty u jego stóp
A w grobie krwawiąc świętymi rany
Leży nasz polski żołnierz kochany

Młody żołnierzu spokojnie spij
Plon najcudniejszy wyrósł z Twej krwi
I na wiek wieków Ojczyzna cała
Dała Ci serce i pamięć dała

Młody żołnierzu, spokojnie śpij
Bo jak do boju stanąłeś Ty
Tak cały naród stanie w potrzebie
Za kraj, za wolność, za grób Twój i Ciebie.

 

Wspomnienia udostępnione dzięki życzliwości autora Cezarego Wocha

(opublikowane na sycowice.net oraz w książce autorstwa Cezarego Wocha Drogi do domu)

Translate »