Sie 302015
 
Henryk Bytniewski

Henryk Bytniewski

Zawieźli nasz oddział do Łodzi. Wjechaliśmy do tego włókienniczego miasta 22 stycznia od strony Warszawy. Rozlokowali nas koło więzienia w dzielnicy Garbarnia (Radogoszcz). W głównym budynku więzienia z czerwonej cegły, gdzie była mordownia więźniów prawdopodobnie przed wybuchem wojny mieściła się farbiarnia sukna. Obok więzienia był cmentarz. Nas postawili na drodze między tym cmentarzem a więzieniem. Wzdłuż cmentarza było getto żydowskie. Zresztą część cmentarza była w granicach getta. Łodzianie nazywali getto „fabryką”. Gdy Żydzi podczas okupacji hitlerowskiej chcieli rozmawiać to stali do siebie tyłem, bo Niemcy obserwowali ich przez lornetki i jak zobaczyli, że ktoś normalnie rozmawia to zaraz brali go do tego więzienia a tam wykańczali wszystkich.
Historia więzienia na Radogoszczu jest bardzo tragiczna.
Dzień przed wyzwoleniem przez Armię Czerwoną Niemcy zabili blisko 1500 więźniów. W nocy z 17 na 18 stycznia 1945 r., po północy Niemcy wtargnęli do cel na parterze i rozpoczęli rzeź przy użyciu bagnetów i strzałów z pistoletów. Po wymordowaniu wszystkich na parterze przenieśli się na III piętro. Tu zarządzili zbiórkę więźniów, którym kazano zbiegać w dół na dziedziniec. Na schodach ustawiono gotowy do strzału karabin maszynowy, który rozpoczął ogień, gdy ukazali się pierwsi więźniowie. Więźniowie widząc zbliżających się oprawców rzucili się do kontrataku. Wobec oporu więźniów Niemcy postanowili dokończyć masakry poprzez spalenie budynku. Prawdopodobnie ocalało tylko 30 więźniów. Stos trupów była aż do pierwszego piętra a na samym spodzie mimo tęgich mrozów to po paru dnach sączyła się jeszcze krew. Były wtedy straszne mrozy. Temperatura spadała nawet do -32 stopni mrozu nad ranem, dlatego nikt nie chował tych ciał. Dopiero w lutym zaczęli je grzebać.
Po paru dniach wykopaliśmy ziemianki przy tym cmentarzu i co parę dni Rosjanie przypędzali esesmanów, którzy ukrywali się po lasach. Byli to esesmani specjalnie szkoleni do mordowania. Mnie, ponieważ nie paliłem papierosów wyznaczyli do pilnowania terenu więzienia. Słabo wykonywałem swoje obowiązki, bo litowałem się nad mieszkańcami Łodzi, którzy przychodzili szukać szczątek swoich bliskich. To był straszny widok. Wojna to straszna rzecz. Niektórzy żołnierze dostawali szału jak widzieli tyle trupów i trzeba było ich siłą do szpitala zaprowadzić. Ja się na takie widoki uodporniłem, może przez to że często tam bywałem.
Codziennie przywozili do więzienia komisje międzynarodowe, żeby oglądali jak Niemcy „zlikwidowali więzienie”. Ostatnia komisja była żydowska i przyjechała w lutym. W międzyczasie zaczęli grzebać pomordowanych więźniów. Napędzili głównie Niemki, bo młodzi chłopcy, nawet 12 letni byli angażowani w wojnę i szli z frontem w Hitlerjugend, które kopały groby.
Łodzianie bardzo źle wspominali czasy okupacji a esesmanów nazywali „sukinsynami”. Po południowej stronie więzienia Niemcy wybudowali kościół, ale go nie dokończyli. Esesmani urządzali sobie w tym niedokończonym kościele co sobotę bal. Spędzali tam Polki, które jeszcze nie uciekły i kazali im tańczyć.
Podczas okupacji niemieckiej w Łodzi trzeba było wywiesić na drzwiach wejściowych kartkę, kto mieszka w domu, jaki ma zawód i jaki rocznik. A jak ktoś wtedy uciekł i nie zgadzał się stan osobowy z kartki to mordowali w odwecie całą pozostałą rodzinę. To były straszne opowieści Łodzian. Wtedy myślałem, że tam gdzie mieszkałem było źle (Wola Mysłowska) ale to co Łodzianie opowiadali, co oni przeżyli podczas okupacji, to była katorga.

22 albo 23 lutego 1945 roku wyjechaliśmy z Łodzi. Moją baterię wysłali pod Wałcz. Tam nas przetrzymali tydzień i ruszyliśmy do Kołobrzegu. Widocznie taki był cel dowództwa. Stamtąd 19 marca przenieśli nas do Krosna Odrzańskiego, ponieważ była tam przeprawa przez Odrę. Następnie przetransportowano naszą jednostkę pod Wrocław, gdzie mieliśmy zapobiec ewentualnym próbom przedarcia się sił niemieckich z Wrocławia w kierunku Poznania. Później przeszliśmy w dorzecze rzeki Bóbr (niem. Bober). Tam znowu nas przetrzymali przez tydzień ale już nie w ziemiankach tylko wojsko sowieckie użyczyło nam namiotów.

2 maja nasz dowódca wysłał nas pięciu żołnierzy na zwiad, żeby porwać jakiegoś Niemca na „język”. Pech chciał, że mieliśmy w oddziale tzw. „granatowego policjanta”, który szpiegował dla Niemców. Ten „granatowy policjant” poszedł z nami na zwiad. Nieświadomi zagrożenia ruszyliśmy wykonać rozkaz dowódcy. „Granatowy policjant” tak nas poprowadził, że znaleźliśmy się w samym środku niemieckiej zasadzki. Gdy zorientowaliśmy się, że zostaliśmy zdradzeni Niemcy zasypali nas gradem pocisków fosforowych. „Granatowy policjant” uciekł. Ja zostałem ranny w prawą nogę. Drugi kolega był również ciężko ranny. Henryka Miłosza spod Ryk zabiło na miejscu. Utkwiło mi to nazwisko, bo miałem brata ciotecznego, który nazywał się Miłosz. Tylko jeden kolega wyszedł z zasadzki bez szwanku. Rany po pocisku fosforowym powodują straszny ból i bardzo źle się goją. W wojsku była taka zasada, że podczas zwiadu nie można było zostawić zabitego tam gdzie poległ tylko trzeba było go zanieść do jednostki. Na zmianę pokaleczeni nieśliśmy ciało Henryka Miłosza. Co innego gdy szło natarcie, wtedy trupów było więcej i jednostki tyłowe się nimi zajmowały.
Po przybyciu do swojej jednostki przewieziono mnie do szpitala okręgowego w Łodzi. W mojej szpitalnej sali było 14 rosyjskich żołnierzy i 4 Polaków. Wszyscy byliśmy ranni po pociskach fosforowych. W szpitalu w Łodzi byłem 17 dni i tam też zastał mnie koniec wojny. Leczono mnie specjalną radziecką maścią. Była to naprawdę dobra maść. Miała złoty kolor. Sowieci nie mieli za dobrej opieki medycznej w czasie wojny ale za tą maść to należy ich pochwalić.
Z kolei drugi ranny kolega aż 6 tygodni leżał w szpitalu i tak na końcu zmarł, bo miał za dużo ran i cały był zatruty fosforem.
W czasie pobytu w szpitalu moją jednostkę z dorzecza Bobru przeniesiono do Leszna.

 

Adam

Sie 212015
 
3 Dywizja Artylerii Przeciwlotniczej

3 Dywizja Artylerii Przeciwlotniczej

Te wspomnienia powinny być już dawno opublikowane a niestety ponad 2,5 roku przeleżały na dnie szuflady. Chyba teraz nadszedł czas aby je upublicznić. W nadchodzącym tygodniu będzie przypadać druga rocznica śmierci bohatera tych wspomnień, który był przedostatnim żyjącym osadnikiem wojskowym z Brodów.

Zimny ale słoneczny piątek 2 listopada 2012 roku. Przytulne mieszkanie w jednym z bloków w Zielonej Górze.

Wojna to straszna rzecz i najlepiej, żeby nigdy więcej się już nie wydarzyła.

Nazywam się Henryk Bytniewski i urodziłem się 10 czerwca1923 roku w Woli Mysłowskiej. Wola Mysłowska zarówno przed wojną jak i teraz należy do powiatu łukowskiego w województwie lubelskim. Moi rodzice Józef i Stefania mieli oprócz mnie jeszcze córki Reginę (1918) i Krystynę (1921) oraz synów Roberta (1925), Zenona (1928), Jana (1933) i Bogdana (1940).

Nasza rodzina przed wojną utrzymywała się z około 10-cio hektarowego gospodarstwa.

12 września 1939 roku wycofujące się polskie wojsko dostało się w niemiecką zasadzką niedaleko Woli Mysłowskiej i przez całą noc próbowało się wydostać w kierunku Warszawy. Z odgłosów wybuchów i strzałów, które wtedy słyszałem można wnioskować, że była to bardzo duża bitwa.

Od 12 września Wola Mysłowska znalazła się pod okupacją hitlerowską. Były to ciężkie czasy dla Polaków. Panował ciągły terror i strach. Trzeba było oddawać dużą część plonów i mięsa Niemcom. Kto się nie dostosował albo nie chciał oddać to go Niemcy publicznie wieszali albo rozstrzeliwali. Żydów w większości wywieźli do Oświęcimia albo Majdanka. Każdy powód dla Niemców był dobry aby zabić Polaka. Pamiętam taką sytuację z rodziną Kamolów. Zresztą Jan Kamola po wojnie był piekarzem w Brodach.

Niemcy przyjechali i zrobili obławę wokół domu rodziny Kamolów, bo dostali donos, że posiadają broń. Wypędzili całą rodzinę przed dom i rozstrzelali ojca oraz jednego z braci.

Od 1940 roku zaczęły się wywózki na roboty przymusowe do III Rzeszy. Ja miałem już 17 lat i byłem za stary żeby chodzić do szkoły ale za to w sam raz, żeby mnie wywieźć na roboty.

W związku z tym zatrudniłem się w byłym majątkowym gospodarstwie, które przejęli Niemcy. Pracowałem tam w mleczarni. Z tego majątku Niemcy tak samo zabierali zboże i mięso.

W czasie okupacji Niemcy sezonowo zatrudniali mnie także do wyrębu lasu. Ścinaliśmy takie drzewa, które miały po 3 metry obwodu w pniu. Takich grubych drzew nie ścinało się piłami tylko leśniczy przywiózł specjalne kliny zrobione z osi wozów, bo to była dobra twarda stal. Do tych klinów były też specjalne kleszcze i jeden trzymał kleszczami klin a drugi bił młotem. Tymi klinami wyrąbywało się w pniu 30 centymetrową wyrwę, aż drzewo się przewróciło. Takim sposobem z okolicy zniknęły najpiękniejsze stare drzewa.

22 lipca 1944 roku do Woli Mysłowskiej weszła Armia Czerwona. Walk żadnych nie było, bo Niemcy zawczasu się wycofali. Rosyjscy żołnierze zachowywali się przyzwoicie. Nie słyszałem o gwałtach, kradzieżach czy morderstwach. Po oswobodzeniu nas z okupacji niemieckiej zaczęto powoływać do wojska młodych mężczyzn z roczników 1921-25.

8 sierpnia 1944 roku utworzono 2 Armię Wojska Polskiego jako związek operacyjny Ludowego Wojska Polskiego. Jednak właściwe formowanie armii zaczęło się 20 sierpnia 1944 roku. Mnie do Wojska Polskiego powołano na początku września 1944 roku.
Służyłem w 3 Dywizja Artylerii Przeciwlotniczej. Były tam dwa pułki lekkiej artylerii i jeden pułk ciężkiej. Ja trafiłem do artylerii ciężkiej. Zgromadzono nas w Głusku pod Lublinem skąd późniejszy mieszkaniec Brodów porucznik Franciszek Łukowski odprowadził nas rekrutów do majątku w Nałęczowie. Tam nas przeszkolono. Jednym z oficerów szkolących był wcześniej wspomniany porucznik Łukowski.

Tam w trybie przyspieszonym skończyłem szkołę podoficerską. W okresie wojny było wszystko przyspieszone. Nas szkolili 6 tygodni a po wojnie w Toruniu szkoła podoficerska trwała 3 miesiące. Następnie chcieli mnie wysłać do Rosji do szkoły oficerskiej ale się nie zgodziłem na to. Krążyły plotki, że kto pojedzie to tak jakby przyjął sowieckie obywatelstwo. W Armii Polskiej bardzo brakowało kadry oficerskiej i podoficerskiej stąd też naciski na szybkie szkolenie rekrutów. 15 października 1944 roku złożyliśmy uroczystą przysięgę.

Po szkoleniu wyruszyliśmy na front. Była to połowa stycznia 1945 roku.

 

Adam

Sie 162015
 
Mieszkańcy Deutsch-Nettkow urodzeni w latach 1925-26

Mieszkańcy Deutsch-Nettkow urodzeni w latach 1925-26

Na tym zdjęciu stoją mieszkańcy Deutsch-Nettkow (Nietkowice) urodzeni w latach 1925/26. Zdjęcie wykonano w 1933 roku kiedy mieli po około 7 lat i byli prawdopodobnie w drugiej klasie. 13 dziewczyn to Loni Wallschitzky, Annemarie Hill, Inge Kosinsky, Elli Bock, Liselotte Petzke, Inge Pfennig, Edith Schmidt, Christel Nikolaus, Irmgard Joppke, Hildegars Giese, Frieda Just, Gerda Egler i Ingeborg Freund. Również 13 chłopców, którzy nazywają się Helmut Geißler, Arthur Zerbe, Addi Schottky,Kurt Nitschack, Gerhard Deul, Kurt Fundke, Gerhard Wandke, Hans Schreck, Werner Klugmann, Warsenke, Eberhard Schmollke, König i Lothar Busch. Czasopismo „Heimatgrüße” otrzymało to zdjęcie od pani Liselotte von Stryk, z domu Petzke.

Adam

Mieszkańcy Deutsch-Nettkow urodzeni w latach 1925-26

Mieszkańcy Deutsch-Nettkow urodzeni w latach 1925-26

Sie 062015
 
Florentyna Juretko

Florentyna Juretko

Zaraz po wojnie Rosjanie ogłosili, że można przyjmować obywatelstwo radzieckie, a kto nie chce zostać może zapisywać się na wyjazd do Polski. Moi rodzice poszli i zapisali się na wyjazd. Dostaliśmy karty ewakuacyjne. Wpisaliśmy jakie osoby wyjeżdżają i jaki majątek zabieramy. Zapakowali nas do wagonu bydlęcego i ruszyliśmy w podróż. Był to listopad 1945 roku. Skład miał chyba z 600-800 metrów długości. Pamiętam, że jechaliśmy przez Warszawę, gdzie staliśmy kilka dni na stacji towarowej ale zniszczonego centrum miasta nie widzieliśmy. Chyba były to Szczęśliwice.
Następnie jechaliśmy przez Poznań i Krosno Odrzańskie aż do Gubina. W Krośnie naszego sąsiada Babinowskiego z Pomorska, który wiózł ze wschodu takiego ładnego wilczura spotkała przykrość. Żołnierze zabrali mu psa. Poszedł na komendanturę i o dziwo odzyskał tego psa.

Większość ludzi z naszego transportu nie chciała zostać w Gubinie, ponieważ było to za blisko granicy z Niemcami i się bali. Później z Gubina dojechaliśmy do Świebodzina i stamtąd przyciągnęli nasz tabor do Pomorska na stację w lesie. Było to w nocy. Powiedzieli nam, że to koniec drogi. Rano jak się rozwidniło to myśleliśmy, że zobaczymy podwórka i domostwa a tu sam las. Niebawem przyjechało parę osób z Pomorska, które były już zakwaterowane we wsi. Najczęściej byli to szabrownicy z centralnej Polski.
Pozabierali ze stacji takich jak my – bez konia, a kto miał swojego konia i wóz to ściągali je z wagonów, składali wozy i jechali do Pomorska. Rodzice nie szukali w innych miejscowościach domów tylko zajęli w Pomorsku dom i tak tu zostaliśmy. Rodzice wzięli w Pomorsku dom, gdzie było do niego przypisane 2 hektary ziemi. Trzymaliśmy konia i krowę a z czasem drugą krowę. Później dokupili także łąkę przy drodze jak się na prom jedzie.
Musieliśmy dom w Pomorsku wykupić, mimo że pozostali repatrianci zza Buga nie płacili, bo mieli udokumentowane, że tam zostawili swoje domy i pola. My natomiast mieliśmy cegielnię wybudowaną na wydzierżawionym gruncie i nie zaliczyli nam tego jako majątku.
Nasz transport był pierwszym ze wschodu.

Powojenne czasy były niebezpieczne. Zdarzały się kradzieże a nawet morderstwa. Pamiętam, że na weselu u mojej siostry Reginy było dwóch jakichś komendantów i jeden zabił drugiego. Do tego ten, który strzelił wiózł rannego do szpitala do Sulechowa, że go niby ratuje. Ja się wtedy tak przeraziłam że tatę wypchnęłam przez okno i ja za nim też wyskoczyłam. Wesele się dalej bawiło. Pewnego razu w Odrze wypłynęły zwłoki zamordowanego mężczyzny. Nie utonął tylko go ktoś zabił i wrzucił do Odry. Padły podejrzenia na osoby z Pomorska, które były z nim powiązane i winne jakieś pieniądze.

W Pomorsku po wojnie zniszczyło się dużo pięknych budynków, które niebawem rozebrano. Restauracja przy Odrze, leśniczówka oraz część pałacu. Pamiętam, że w pałacu była ogromna kuchnia z piecem o długości około 20 metrów. Na dole 3 duże sale o wymiarach 10 na 10 metrów. Na górze pokoje. Wszystkie okna i drzwi były w całości. Zawsze wychodziliśmy na balkon i śpiewaliśmy. Później wszystko poniszczyli.
Kościół był nie zniszczony. Zniszczyli tylko marmurowy krzyż, bo to niby niemiecki krzyż. Przecież krzyż jest ten sam, bez różnicy czy niemiecki, czy polski, czy rosyjski.

Pierwszy zmarłym pochowanym na cmentarzu w Pomorsku był Wincenty Romanowicz. Później zmarł mój przyszły teść Józef Juretko. Do kościoła przyjeżdżał ksiądz z Czerwieńska i od czasu do czasu odprawiał mszę. Dopiero w 1948 roku przyjechał ksiądz Hura i został tu na stałe. Na śluby do 1948 roku ludzie jeździli do Sulechowa, gdzie ksiądz Michał Kaczmarek udzielał sakramentu małżeństwa.

Moją pasją było od zawsze śpiewanie w chórze. Całe życie śpiewałam w chórze w kościele w Pomorsku. Ksiądz Hura krzyczał po nas w kościele jak się uczyliśmy śpiewać nie umiecie drugiej zwrotki zaśpiewać?. Później był ksiądz Gąsior (był muzykiem) i on strasznie nienawidził Niemców. Raz w Boże Narodzenie chcieliśmy zaśpiewać „Cichą Noc” na trzy głosy a on wrzeszczał dosyć tej niemieckiej kolędy. Myśmy się obraziły i nie poszłyśmy na chór śpiewać. Najgorzej było jeszcze w latach 50-tych, gdy śpiewaliśmy po łacinie, bo nikt nie wiedział co śpiewa. Jak brakło nam słów do melodii to się zaśpiewało byle jakie słowo po łacinie a jak słów było za dużo to się niektóre omijało. Tak widocznie musiało być. Głupi nie zrozumiał a mądry powiedział, że tak musiało być. Było nas kilka kobiet, które na stałe śpiewały w chórze. Teraz jeszcze ze Stefką Ziobrowską można zaśpiewać.
Raz też była taka śmieszna sytuacja, gdy byłam już mężatką. Przyszły po mnie koleżanki, żeby iść do kościoła śpiewać. A tu w domu pełno roboty. To krowy, to świnie, to dziećmi się trzeba było zająć. Musiałam się bardzo szybko ubrać. Rajstopy, bluzkę, płaszcz. W kościele tak stoję i coś czuję, że czegoś nie mam na sobie. Zapomniałam z tego wszystkiego spódnicy ubrać. Mieliśmy też taką koleżankę, co miała problemy w rodzinie i prawie cały czas płakała. A jak ona płacze to nie może śpiewać. Przychodziła do kościoła już cała zapłakana. Mówię jej:
-Stało się coś strasznego.
-Co?
Rozchylam płaszcz a ona w śmiech. W ten dzień tak dobrze nam się śpiewało, bo koleżanka przestała płakać. Przychodzę do domu rozbieram płaszcz, a mój mąż mówi.
-Gdzie spódnica?
-W domu.
-Zwariowała baba! Bez spódnicy do kościoła.

Po wojnie w Pomorsku moja młodość była bardzo fajna. Była nas gromadka chłopców i dziewcząt, która razem się trzymała ale jak to między młodymi – robiło się psikusy. Jak puszczałyśmy wianki to chłopcy nam dokuczali. Nie dawali się nam spokojnie wykąpać latem nad wodą. Jednak my dziewczyny nie byłyśmy im dłużne. Pamiętam taki żart, który sama zrobiłam takiemu Frankowi. To był kawał chłopa jak na swój rocznik i on często robił nam psikusy. Powiedziałam koleżankom, żeby zabawiały go w wodzie jak się będzie kąpał a ja zajmę się jego ubraniami. I tak zrobiłam. Franek się kąpał a ja mu do nogawek i rękawów mokrego piasku z brzegu nawciskałam. Ułożyłam koszulę z powrotem tak jak była i uciekłam do piwnicy restauracji przy Odrze. Po chwili słyszę już znad wody wrzask. Patrzę pozostałe dziewczyny biegną a za nimi goni ich Franek na rowerze w tych opiaszczonych ciuchach. Wesoło było. Za moje żarty Franek się zemścił. Złapał mnie, przerzucił przez ramię i biegał ze mną wkoło podrzucając. Wołał będziesz jeszcze tak robić? Tak długo ze mną biegał aż musiałam mu przyrzec że już więcej nie będę. Śmiechu było co niemiara.
Do tego bawiliśmy się w różne zabawy jak ciuciubabka albo graliśmy np. w siatkówkę. Brała udział w tym nie tylko młodzież. Przychodzili starsi jak państwo Różeccy, Zielińscy, Zaremby, Krzyżyńscy czy Mućkowie.
Duże zabawy taneczne były organizowane w pałacu, bo te duże sale były do tego idealne. Mniejsze potańcówki to w starej remizie u Maligrandowej. Tam też kino było.

Druga taka zabawna historia to jak poszłam kiedyś na zabawę z tym samym Frankiem. Wtedy nie było jakiejś wymyślnej bielizny tylko bawełniane majtki na gumce. Do tego było lato więc spódnica i bez rajstop. Tańczę z nim i naglę czuję coś dziwnego. Mówię do Franka.
-Zatrzymaj!
-Co się stało?
-Majtki lecą
.
Gumka strzeliła w majtkach. On szybko się skapował o co chodzi i złapał mnie za biodro żeby mi nie spadły. Wycofaliśmy się tyłem pod ścianę do kąta, żeby je zdjąć. On mnie zasłonił, żeby nikt nie widział a ja je ściągnęłam. Nie miałam gdzie ich schować. Franek mówi daj, ja do kieszeni schowam. Tańczyliśmy dalej przez resztę wieczora. Po zabawie Franek odprowadził mnie do domu i wracał z kolegami w kierunku swojego domu. Wtedy się zorientowałam że on ma w kieszeni moje majtki. Wołam za nim.
-Franek.
-Co?
-Majtki.
Aaa zapomniałem.
Wyciąga przy tych kolegach i prezentując wszystkim mi je oddaje. Żaden z tych kolegów nie zapytał się jakim sposobem moje majtki znalazły się u niego w kieszeni. Nikt się nawet z tego potem nie śmiał.

W 1953 roku wzięłam ślub z moim mężem Józefem. Urodziłam pięć córek: Stefanię (1954), Annę (1955),  Janinę (1958), Barbarę ( 1962) i Małgorzatę (1967). Pracowałam jako instruktorka teatralna w Pomorsku i strażniczka w Brzeziu na kopalni wapna. Mąż przez długi czas był listonoszem w Pomorsku. Mama zmarła w 1958 roku a ojciec w 1961. Mąż zmarł w 2003 roku. Mam już 40-letniego wnuka i 14-letnia prawnuczkę. Życie szybko przeleciało. Czuję się jakbym w ogóle nie żyła. Gdyby można cofnąć albo chociaż go zatrzymać. Stara Juretkowa – moja teściowa mówiła Przyszedł Piotr opadł jeden listek, przyszedł Eliasz spadły dwa , jesień mówi przyszłam ja.

Na starość napisałam nawet wiersz.

Powiadają starość jest okresem złotym,
Kiedy spać się kładę zawsze myślę o tym,
Uszy mam w pudełku, zęby w szklance studzę,
Oczy na stoliku zanim się obudzę,
Jeszcze przed zaśnięciem ta myśl mnie nurtuje,
Czy to wszystkie części, które się wyjmuje?

Adam

Florentyna Juretko w młodości

Florentyna Juretko w młodości

Sie 012015
 
Florentyna Juretko

Florentyna Juretko

Po Rosjanach przyszli w czerwcu 1941 roku Niemcy. Dla nas nastały jeszcze gorsze czasy. Zaczęła się prawdziwa masakra dla zwykłej ludności. Wkroczenie w 1941 roku Niemców pamiętam bardzo okropnie. W pierwszy dzień, gdy wjechali do naszej wioski to wypędzili wszystkich mężczyzn na ulicę. Starych i młodych. Wybrali dwunastu mężczyzn, zawieźli ich na łąki za wieś i tam ich rozstrzelali. Wśród tych mężczyzn znalazł się mój przyszły szwagier Boguszewicz, lecz jakiś stary dziadek dał mu baranią czapkę i to go uratowało. Następnie zapędzili ojców tych mężczyzn, żeby zakopali swoich synów. Niemcy byli bezwzględni i brutalni. Przed żołnierzem rosyjskim człowiek się jeszcze mógł jakoś wytłumaczyć. A Niemcy nie słuchali żadnych tłumaczeń, tylko od razu zastrzelili. Ja jak widziałam Niemca z daleka to mi w ustach wysychało ze strachu.

Rosjanie uciekali w popłochu i za naszą wioską Niemcy zbombardowali ogromny sowiecki tabor broni i żołnierzy. Po prostu zmietli ich z powierzchni ziemi. Na polach leżało mnóstw padniętych koni, ludzkich zwłok i porozrzucanej broni. Był wtedy przełom czerwca i lipca, dlatego Niemcy zgonili ludzi, żeby uprzątnąć to pobojowisko aby nie wybuchła jakaś epidemia. Później ludzie i tak chorowali. W zimie na tyfus, a latem na krwawą dyzenterię. Z pól pozbierano wszystko ale w lesie można było znaleźć jeszcze martwych żołnierzy.
Pamiętam też taką historię, że zaraz po wkroczeniu Niemców partyzanci albo zabłąkani sowieccy żołnierze z tego rozbitego taboru postrzelili Niemca. Ktoś doniósł, że w naszej wiosce albo w sąsiedniej Litówce ukrywają się partyzanci. Niemcy przyjechali i zaczęli szukać. Przy okazji też komuś z rodziny państwa Zieleniewskich (także przyjechali po wojnie do Pomorska) zabrano z pastwiska klacz, która karmiła małego źrebaka. Mieli także konia ale wzięli pierwsze lepsze zwierzę z łąki. Wtedy z rodziny Zieleniewskich, niejaki Kiełbasa, który znał język niemiecki poszedł do Niemców poprosić ich, żeby oddali klacz a wzięli konia. Gdy dochodził już do Niemców, Ci zaczęli coś do niego krzyczeć żeby się zatrzymał, a on się wystraszył i zaczął uciekać do wsi. Niemcy wtedy zaczęli za nim gonić. Myśleli, że to jeden z partyzantów. Postrzelili go ale zdołał uciec w żyto. Było to 7 lipca w prawosławnego Jana. Za to Niemcy wybrali 7 Janów spośród mieszkańców i ich rozstrzelali. Na szczęście nie wzięli mojego ojca, który miał też na imię Jan.
Kolejnym bestialstwem ze strony Niemców było rozstrzelanie mojego jedynego brata. Brat zapisał się do niemieckiej policji, żeby dostawać kartki na żywność i papierosy. Kto pracował dla Niemców ten dostawał kartki. Tata i mama oboje palili papierosy to kartki się im przydały. Brat jednocześnie współpracował z partyzantami i zbierał dla nich po kryjomu broń z tego rozbitego taboru. Szukał w lesie zwłok i zabierał broń dla partyzantów. Któregoś dnia Niemcy złapali go na gorącym uczynku. Miał oficjalny sąd (może przez to, że miał niemiecko brzmiące nazwisko). Mógł uciec, bo miał kolegów w policji i oni by pomogli w ucieczce ale nie chciał. Nie wiadomo czy Niemcy nie zemściliby się na reszcie rodziny.

W naszej wiosce społeczność składała się z 4 wyznań. Rodzin katolickich było tylko cztery. Dużo było Żydów, Prawosławnych i Tatarów. Z kolei w Niedźwiedzicach, gdzie była nasza parafia było tylko parę żydowskich rodzin ale za to w Lachowiczach praktycznie było tak: piekarnia – prowadzi ją Żyd, kowal – Tatar, sklep – Żyd, krawcowa – Tatar itp. W tej miejscowości były aż cztery świątynie: kościół, cerkiew, meczet i synagoga. Jakoś ludzie się tolerowali ze swoimi religiami. Niemcy szczególnie krwawo rozprawili się z Żydami. Najgorsze, że moja siostra Regina była bardzo podobna do Żydówki. Miała czarne włosy, śniadą cerę, czarne oczy i lekko zgarbiony nos. Faktycznie można ją było wziąć za Żydówkę. Pewnego razu w Lachowiczach ledwo się wywinęła z obławy na Żydów. Niemcy wywozili Żydów do niedalekiego obozu koncentracyjnego w Kołdyczewie. Ja byłam blondynką i to tak jasną że mówili nawet to są tlenione włosy. Teraz jestem bardzo zadowolona z mojego koloru włosów. Siwy do wszystkiego pasuje i nie widać odrostów.
W obozie w Kołdyczewie zginął także nasz sołtys. Na początku Niemcy założyli gminę u nas we wsi, lecz ją wkrótce przenieśli do Lachowicz. Jako sekretarza zatrudnili rosyjskiego lejtnanta, który był u nich w niewoli. Znał dobrze język rosyjski i polski. Gdzie coś usłyszał to zaraz donosił Niemcom. Sołtys jeździł często na gminę i załatwiał młodzieży odpowiednie dokumenty, żeby uniknęli wywózki na roboty przymusowe. Do tego współpracował z partyzantami. Prawdopodobnie sekretarz usłyszał „nielegalną” rozmowę sołtysa i go wydał.

Jak już wspomniałam Niemcy wywozili także młodzież na roboty do Rzeszy. Przyjeżdżali znienacka na wioskę i robili łapankę. Było też dwóch chłopaków, którzy sami się zgłosili na wyjazd. Przeżyli wojnę i wrócili do domów. Moja siostra Regina była tylko 3 lata starsza ode mnie ale urodziwa i przez to chowała się przed Niemcami, żeby jej nie wywieźli do Rzeszy.
Udrękom ze strony Niemców nie było końca. Chodzili i zabierali ludziom świnie, jajka itp. Chociaż byli też tacy co przychodzili i kupowali od Polaków płody rolne. Najbardziej im smakowała słonina, którą nazywali „szlonina”.

Po tym jak Polska w 1939 roku zniknęła z mapy Europy skonfiskowano nam cegielnię, a żyć z czegoś trzeba było. Mama w czasie wojny, żeby utrzymać rodzinę to chodziła w okolice lotniska w Baranowiczach handlować bimbrem. Chodziła tam z moją starszą siostrą. Pierwszy raz jak przyszły w okolice lotniska to wyszedł do nich Czech, który był strażnikiem i się pyta mojej siostry: co to panienko niesiesz? a mama odpowiedział to jagody!. Czech na to jakieś dziwne te jagody, bo robią plum plum plum? Mama dała mu butelkę bimbru i później jak je tylko zobaczył to zaraz biegł kupić bimber.
Jedyną dobrą rzeczą, która mnie spotkała w czasie niemieckiej okupacji było przyjęcie Pierwszej Komunii. Pamiętam to jak dziś. Był to piątek.

Ponieważ mieszkaliśmy na kolonii oddalonej około 1,5 km od centrum wsi to czasami nawiedzali nas też partyzanci. Nas nie nagabywali do wstąpienia w ich szeregi, bo z naszej rodziny nie miał kto. Ojciec za stary a brat nie żył. Wystarczyło, że im się pomogło. Jedzenia dało, wyprało itp.
Pamiętam też, że zrzucono kiedyś 7 partyzantów na spadochronach. Chodzili często przez nasze podwórko na skróty w stronę torów kolejowych. Pewnego razu zrobiono na nich zasadzkę i jednego zraniono. Tata wtedy im powiedział, że mają nie chodzić przez nasze podwórko, bo to zbyt niebezpieczne dla naszej rodziny. Posłuchali, dlatego uważam że to byli poczciwi partyzanci. Niekiedy było też tak, że pod przykrywką partyzantów działali bandyci. Takich bandytów prawdziwi partyzanci tępili. Dwa tygodnie przed ponownym przyjściem Rosjan ktoś wydał tych siedmiu partyzantów z desantu i Niemcy ich zabili. Partyzanci najczęściej wysadzali w powietrze pociągi. Najbardziej zależało im na pociągach z bronią i żywnością.
W 1944 roku, gdy Niemcy byli już w odwrocie to Rosjanie podjechali nad rzekę Szczarę i tam stali przez kilka dni a nas wygonili, żebyśmy się gdzieś ukryli, ponieważ może dojść do krwawej bitwy. Samoloty latały, strzelały czołgi i armaty ale jakiejś znacznej potyczki nie było. Niemcy uciekli.

Adam

Translate »