Maj 032019
 

Niektóre nagrane na dyktafon wspomnienia leżą w przysłowiowej „szufladzie” i czekają na opracowanie i uzupełnienie. Tak też było z tymi wspomnieniami. Rozmowa z bohaterką tych wspomnień odbyła się w sierpniu 2014 roku a dopiero teraz „dojrzały” do opublikowania. Uzupełnione zdjęciami przez wnuczkę.

Początkowo Pani Emilia i jej syn niechętni rozmowie zgodzili się aby chwilę powspominać stare czasy. Pani Emilia Galińska – wtedy najstarsza żyjąca i mieszkająca osoba w Brodach. Mając 94 lata Pani Emilia zadziwia sprawnością fizyczną.

Nazywam się Emilia Galińska z domu Przewoźnik. Urodziłam się 15.06.1920 roku w „centrali”, tzn koło Bochni w miejscowości Zabierzów koło Niepołomic. Moi rodzice Stanisław i Magdalena mieli 7-ro dzieci. 4 synów i 3 córki w tym jedną z nich byłam ja. Ja byłam przedostatnia. Z rodzeństwa żyje tylko ja i młodszy ode mnie brat. A tak to wszyscy już poumierali.

Rodzice zajmowali się rolnictwem. Ojciec miał trochę ziemi, parę hektarów, którą uprawiał i z tego żyliśmy. Przed wojną żyliśmy biednie. Wszystko było na kartki. Odzież, bielizna. Jedzenia też nie było. Człowiek żył, bo musiał żyć. Skończyłam tylko 4 klasy szkoły i pracowałam na gospodarstwie rodziców i w lesie. Rodzice nie dbali o to czy dziecko chodzi do szkoły czy nie.

W czasie wojny i przed wojną pracowałam w nadleśnictwie. Czasy wojny wspominam bardzo źle. Nie było co jeść. Nie było gdzie kupić jedzenia. W sklepach nic nie było. Kryzys jak diabli. We wrześniu 1939 roku nie pamiętam, żeby jakoś brutalnie Niemcy weszli do mojej miejscowości ale z czasem zaczęli mordować Żydów. Pamiętam taką sytuację, jak poszłam nazbierać z koleżanką trawy dla bydła na łąki. Byłyśmy na łące, gdy patrzymy, a wałem idą Niemcy. Krzyczą do nas, żebyśmy podeszli do nich. Ze strachu, aż się trzęsłyśmy ale tylko nas wylegitymowali. Gdy szedł Żyd i Niemcy go zaczęli kontrolować to od razu go zabijali. A w naszej wiosce było bardzo dużo Żydów. W czasie wojny był straszny głód. W nadleśnictwie pracowałam przy wiklach (wiklina). Ścinaliśmy je sierpami i łupaliśmy kleszczami, a na wiosnę sadziłam lasy. Dzięki pracy w nadleśnictwie nie wywieźli mnie na roboty przymusowe. Gajowy powiedział Niemcom, że jestem niezbędna w pracy w lesie i mnie zostawili w spokoju. Zabrali tylko moich dwóch braci na roboty. Jednego brata na tych robotach Niemcy zabili.

Pod koniec wojny pamiętam, że do nas na wioskę uciekło bardzo dużo ludzi z Krakowa, bo bali się, że zbombardują miasto. Uciekali przed bombardowaniem ale Rosjanie wkroczyli i Kraków ocalał. Nie pamiętam, żeby Rosjanie u nas jakoś źle się zachowywali. Nie mordowali ani nie gwałcili. Kilka lat po wojnie wyjechałam na zachód. Do Nietkowic, a później Brodów.

Na zachód przyjechałam na przełomie 1952/53 roku. Pamiętam że była wtedy bardzo ciężka zima. Przyjechałam do brata do Nietkowic. 12 czerwca 1953 roku wzięłam ślub z Władysławem Galińskim z którym w małżeństwie byłam ponad 30 lat. Całe życie ciężko pracowałam. Do tej pory jestem aktywna fizycznie. Nie widzę na jedno oko dlatego czytanie albo oglądanie telewizji jest dla mnie trudne. Wolę prać, sprzątać, gotować a nawet drzewa narąbać.

Niestety bohaterka tych krótkich wspomnień zmarła 5 czerwca 2017 roku mając niespełna 97 lat.

Mar 012019
 

Wspomnienia Jana Messyasza odbiły się mocnym echem, dlatego chcemy przedstawić poezję, którą pisał bohater wspomnień. Będąc na emeryturze ostatnie lata życia Jan Messyasz spędził w Domu Zbowidowca, gdzie miał czas na przemyślenia i na pisanie.
Wnuczka Pana Jana Messyasza przekazując nam zdjęcia i tą poezję powiedziała, że był to człowiek, który lubił żartować i mówić rymami. Taka jest poezja – można rzec, że satyryczna. Jeszcze raz dziękujemy wnuczce Pani Katarzynie.

Nowy Hymn Polski

Jeszcze Polska nie zginęła

Bo jeszcze żyjemy

Ale w takim dobrobycie 

Niedługo zdechniemy.

Nie ma mięsa, masła, jajek

zniknęła słonina

Trzeba będzie chyba z głodu

Jeść dzieła Lenina.

Zawiedziony, wygłodzony

Naród się buntuje 

Wnet na władzę towarzyszy

Pięści pokieruje.

Mówił Gierek do swej Stasi

Drżący i ponury

Słuchaj, ponoć Naród chce się

dobrać nam do skóry.

Już za sobą lat 35

mamy demokracji

Ale cukier wciąż na kartki

jak za okupacji.

Wszystkie ceny nasze władze

ciągle podwyższają

Regulując co nam dali

zaraz odbierają.

Marsz marsz Polacy

Bez jedzenia do pracy

Pod partii przewodem

rząd zamorzy nas głodem.

Cóż nam z tego, że wszedł Kania

Na wysoki stołek

Gdy musimy z oszczędności

W tyłek wbijać kołek

Chociaż sami ledwo, ledwo

Już dyszymy z głodu

Naszym mięsem odżywiamy

Przyjaciół ze Wschodu.

Naród musi poznać prawdę

Jak wygląda ona

W tym przypadku i stu Kani

Cudów nie dokona.

Za granicę za pół darmo

wszystko oddajemy

kapitalizm się bogaci

a my biedniejemy.

Skutki tego dobrze widać

i każdy to przyzna

w Polsce zamiast dobrobytu

Jest głód i drożyzna.

Rząd ma także i sukcesy

przyznać im to trzeba

w Polsce można bez kolejki

dostać się do Nieba.

Gdy się trochę zastanowisz

To przyznasz po chwili – racja

Nie o taką przecież Polskę

Nasi ojcowie walczyli.

Jeden Polak jest Papieżem

Drugi siedzi przy Carterze

Kilku przed Breżniewem klęczy

Reszta w kolejkach się męczy.

Ojcze Święty Pawle Drugi

spłać za Polskę wszystkie długi

Czy to w lirach czy w dolarach

Bo się Polska nam rozwala.

Pomóż aby w siłę rosła

Miała wodza a nie osła

Mamy już po dziurki w nosie

To moskiewskie nienażarte prosię

Wszystkie kraje ssie jak może

a najwięcej – Polskę, Boże !

Messyasz Jan

Dom Zbowidowca

pawilon”A”

ul. Lubuska 11/107

65-265 Zielona Góra

Wspomnienia

na dzień XXXV rocznicy Ludowego Wojska Polskiego

Trzydzieści pięć lat wspomnień spod Lenina aż do Berlina

Polski żołnierz przy boku Armii Radzieckiej kroczył.

Doznawał chłodu i głodu, krwią broczył.

Były ciężkie działa, armaty, pociski się rozrywały,

szarpiąc ludzkie ciała i szaty.

Żołnierz polski czuwał przy karabinie maszynowym w ubogim mundurze,

nakryty płaszczem-pałatką, wiatr przewiewał po jego wychudłej skórze.

Czekał na rozkaz szturmować wroga.

Przyszedł czas – nastąpiła trwoga. Hitlera niedługo cholera ciśnie

Polski żołnierz u boku Armii Radzieckiej okazał swe męstwa.

Wyszła na ulice staruszka, podniosła ręce do nieba – krzyknęła !

Wolna Ojczyzna, wolna Warszawa kochana, wolne więzienia, gnębione obozy

krematoria, męczeństwo. Cała polska ziemia była łzami i krwią zalana

A na Dzień Zwycięstwa już wyrosła trawa zielona. Kroczyły Pułki wyzwalające:

Kraków, Łódź, Poznań, Pomorze

Hitler ze złości rwie włosy na głowie i spać już nie może.

II Polska Armia forsuje Odrę i Nysę Łużycką,

zdobywa Rottenburg, ale do Berlina nie jest blisko.

Toczą się walki pod Budziszynem, Dreznem i Łabą

Hitlerowi zrobiło się całkiem słabo. Polscy żołnierze dotarli do hitlerowskiej skóry.

Dnia 8-go maja wszyscy hitlerowscy faszyści uklękli na kolana w Berlinie, podnieśli ręce do góry !

Polski żołnierz stanął na granicy: Odrze i Nysie Łużyckiej. Ku chwale ojczyzny uprawia prastare piastowskie hektary, chociaż zmęczony wojną i jest już stary.

Pokolenie polskich żołnierzy i weteranów buduje domy, fabryki, szkoły i świetlice, do których przychodzi dziatwa mała i miłe dziewice.

Polski żołnierz wolności zdobył sławę trzydzieści pięć lat temu na polu chwały.

A nad Polska Ludową szerokie rozłożył skrzydła Orzeł Biały.

Na tę rocznicę rozbrzmiewa wielka sława, że jest odbudowana stolica wielka Warszawa.

My polscy żołnierze weterani włożyliśmy wytężony zwycięstwa trud za Wolność i Lud.

Nie rzucim ziemi skąd nasz ród, polski my Naród, polski ród.

Opracował i napisał ogniomistrz II-ej Armii Ludowego Wojska Polskiego.

III-a Dywizja 69 Pułku Artylerii Przeciwlotniczej, III Bateria

Jan Messyasz ur. 12.05.1897 r. w Makowiskach woj.częstochowskie.

(,,,,,,,,,,,,podpis nieczytelny).

Lut 152019
 

Będąc ostatnio w Archiwum Państwowy w Zielonej Górze udało natrafić się na archiwalne wspomnienia weteranów II Wojny Światowej, które spisywali w latach 60-,70-, i 80-tych. Wśród nich byli też mieszkańcy naszych wiosek. Przedstawiamy wspomnienia Jana Messyasza z Nietkowic. Pisownia oryginalna. Dziękujemy za pomoc Pani Halinie Węgrzyn, która „rozszyfrowała” dla nas nieczytelne pismo. Wspomnienia wzbogaciła zdjęciami i dokumentami wnuczka Pani Katarzyna.

RELACJA KOMBATANCKA
MESSYASZ JAN SYN WALENTEGO UR. 1897 RELACJĘ ZŁOŻONO DN. 24.06.1977
TEMAT: LWP – II ARMIA
RELACJĘ PRZYJĘŁA KOMISJA HISTORYCZNA PRZY ZARZĄDZIE KOŁA MIEJSKIEGO ZBOWiD W ZIELONEJ GÓRZE DN. 24.06.1977

RELACJA KOMBATANCKA /ankieta/

Pochodzenie – chłopskie
Data i miejsce urodz. – 12.05.1897
Zawód i miejsce zatrud. – urzędnik pocztowy, ochrona mienia PKO
Przynależność do organ. – ZSL, ZBOWiD
Działalność społeczna – ławnik sądowy,
Działacz Społeczny ZSL (prezes – skarbnik Nietkowice)
Środowisko kombatanckie – II Armia LWP
Działalność kombatancka – wrzesień 1944 – 69 PAP, plutonowy ogniomistrz – instr. chemii zdemobilizowany 16.09.1945
Posiadane odznaczenia – złoty krzyż zasługi 6.II.1970, medal za Berlin 9.V.1969, Odra Nysa Bałtyk 27.8.1945 Za Pabiedu 9.V.1946 Za zwycięstwo i wolność 1946 Brązowy za zasługi obronności 1946 Relację kombatancką przyjął, dnia 22.06.1977 r.

Relacja kombatancka
Kol. Messyasz Jana
Wcielony zostałem do 69 Paplot (Pułk Artylerii Przeciwlotniczej), dnia 12.9.1944 r w Garwolinie. Miejsce postoju pułku Abramowice koło Majdanka. D-cą pułku był w stopniu majora oficer Radziecki Agurejew. Szefem Sztabu był major Chantonow. Przydzielony zostałem do 3-ciej baterii 3-go dywizjonu na stanowisko szefa baterii w stopniu plutonowego. Następnie skierowano mnie na szkolenie instruktorów chemików, który trwał 6 tygodni. Po skończeniu kursu szkoliłem żołnierzy baterii w zakresie chemicznym. Po rozpoczęciu ofensywy styczniowej w 1945 r. Pułk został przeznaczony do ochrony przeciwlotniczej mostów w Warszawie. W tym czasie nalotów niemieckich na mosty nie było. Następnie w końcu stycznia 1945 pułk został skierowany do Łodzi, gdzie bateria osłaniała zakłady przy ul. Daszyńskiego. W lutym 45 pułk został skierowany do Poznania do osłony dworca głównego i zakładów przemysłowych. A nasza bateria osłaniała tory kolejowe w kierunku Wrocławia. Na początku marca 1945 r skierowano pułk do Gorzowa Wlkp, gdzie jak pamiętam osłanialiśmy dworzec kolejowy. W dalszym ciągu dyslokowano pułk w rejon Kostrzyna, a następnie do Oleśnicy koło Wrocławia, gdzie przybyliśmy początkiem kwietnia. Pułk osłaniał dworzec i węzeł kolejowy. W dniach 13 – 14.4.1945 pułk skierowany został w rejon Zgorzelca z zadaniem wzięcia udziału w ofensywie w dniu 16.04.45r. W dniu 16.04.45 o godz. 4.40 rozpoczęła się ofensywa a następnie pułk przeprawił się na drugą stronę Nysy. Bateria nasza brała udział w przygotowaniu ogniowym do natarcia. Bateria bez strat dotarła do Rottenburga następnie w okolice Budziszyna. Pamiętam, że w godzinach wieczornych bateria i pułk nasz przechodził przez palący się Budziszyn. Po przejściu Budziszyna dowiedzieliśmy się, że jesteśmy odcięci i znajdujemy się w okrążeniu. W czasie natarcia bateria nasza zniszczyła jeden czołg w strzelaniu na wprost. Nasza bateria z powodu braku dowozu amunicji posiadała tylko cztery pociski. W tym czasie bateria nasza poniosła straty: 3 zabitych i kilkunastu rannych od pocisków artylerii niemieckiej. Nie pamiętam kiedy, ale przypominam sobie, że spotkaliśmy wycofujących się żołnierzy 26 p.p . Wspólnie zorganizowano obrony osłaniając i nasz pułk i nieprzyjacielskie ataki zostały powstrzymane. Obrona trwała około 2 dni. Następnie przyszły na pomoc wojska Radzieckie, które odparły nieprzyjaciela. Po trzydniowym odpoczynku z jednostkami II Armii przeszliśmy do Pragi Czeskiej, gdzie przebywaliśmy dwa dni. Następnie nasz pułk skierowany został do Neustadt, gdzie zastała nas kapitulacja. Po dwu tygodniach pułk przeniesiony został do Garnizonu w Lesznie Wlkp. W czasie walk bateria nasza posiadała następujące uzbrojenie: 4 działa p.plot 37mm, żołnierze wyposażeni byli w Kb i pepesze. Żołnierze na baterii nie posiadali hełmów. Z żołnierzy którzy służyli ze mną w czasie wojny pamiętam: plutonowy Jurewicz Stanisław, szeregowy Kobusiński Kazimierz, szeregowy Sobiech Władysław. Posiadam zaświadczenie wydane przez d-cę 69 paplot Nr 30/31 z dnia 17.03.1945 o mianowaniu mnie do stopnia ogniomistrza. Po przybyciu jednostki do Leszna w m-cu lipcu 1945 r skierowany zostałem jako magazynier wraz z 20 żołnierzami na akcję żniwną do miejscowości Hammer (obecnie Radzyń) koło Sławy Śląskiej. Część żołnierzy baterii zajmowała się żniwami a ja z żołnierzami magazynowałem zboże w barakach po jeńcach wojennych. Jak pamiętam przyjąłem do magazynowania około 40 ton zboża, które przekazałem administracji miejskiej w Sławie Śląskiej. Po zakończeniu akcji żniwnej zostałem zdemobilizowany w dniu 16.09.1945 r. Po zdemobilizowaniu przybyłem do Nietkowic powiat Krosno n/Odrą jako osadnik wojskowy. Po przybyciu do Nietkowic uruchomiłem punkt sprzedaży artykułów reglamentowanych a w sierpniu placówkę tj. Agencję Urzędu Pocztowego. W późniejszym okresie pracowałem w różnych zakładach w Zielonej Górze biorąc udział w różnych pracach społecznych.

Wywiad z Kol. Janem Messyaszem z Nietkowic odnośnie uzupełnienia danych do jego wspomnień z okresu walki II Armii Woj. Polskiego

Kol. Jan Messyasz był żołnierzem 69 pułku artylerii przeciwlotniczej pod dowództwem pułkowym majora Agurejewa, a szefem sztabu był major Charłamow, naszym dowódcą plutonu był pomocnik Kondakow. Kol. Messyasz był wówczas jeszcze plutonowym, a później otrzymał nominację na ogniomistrza w dniu 17.03.1945r. Nysę Łużycką forsował w nocy z 15/16 kwietnia 1945r, o godz. 4.40 w rejonie Żary – Żagań. Po sforsowaniu Nysy szli dalej w kierunku Budziszyna. Zawieszenie broni zastało go w mieście Neu-Stadt. Zdemobilizowany zostaje dnia 16.09.1945 i osiedla się w Nietkowicach, gdzie dotąd mieszka. W 1946 w Nietkowicach organizuje przedszkole przy współpracy Ob. Szrefel Józefy, Dybowskiej Zofii, Bykowskiej Anny, osoby te również osiedliły się w Nietkowicach. Jeszcze w roku 1946 w czerwcu zorganizuje, po przeszkoleniu, agencję pocztową w Pomorsku. Naczelnikiem obwodu pocztowego w Krośnie był wówczas ob. Borkowski Jan, obecnie zamieszkały w Puszczykowie pod Poznaniem. Z okresu przed kampanią na Berlin Kol. Jan Messyasz pracował na poczcie w Warszawie od 1923 roku do 20 lipca 1944, kiedy to porzucił pracę na poczcie i uciekł na prawy brzeg Wisły, gdzie już były wojska radzieckie i polskie. Dnia 12-go września 1944 został wcielony do wojska. Kol. Jan Messyasz z opisanego okresu posiada: 1/ zdjęcia, 2/ dokument nominacyjny, 3/ dokument odznaczenia radzieckiego. Powyższy wywiad przeprowadzono w dniu 1 maja 1971 r.

podpis nieczytelny

Jan Messyasz zmarł 22.01.1983 roku i swoją ostatnią wolą został pochowany na jednym z warszawskich cmentarzy









Sty 182019
 

Będąc ostatnio w Archiwum Państwowy w Zielonej Górze udało natrafić się na archiwalne wspomnienia weteranów II Wojny Światowej, które spisywali w latach 60-,70-, i 80-tych. Wśród nich byli też mieszkańcy naszych wiosek. Przedstawiamy wspomnienia Józefa Kołogreckiego z Pomorska. Pisownia oryginalna.

Kołogrecki Józef Pomorsko, dnia 27 sierpnia 1979r.

66-105 Pomorsko

Przebieg służby wojskowej

W czasie pobytu w ZSSR mieszkałem w miejscowości Neja obłast Jarosławska. Do wojska wstąpiłem 1 czerwca 1943 r. w Sielcach nad Oką. Otrzymałem przydział do drugiej baterii 1 dywizjonu 1 pułku artylerii lekkiej I DP. Po ukończeniu szkolenia uczestniczyłem w bitwie pod Lenino gdzie brałem udział w szturmie na okopy nieprzyjaciela pod dowództwem kpt Ambroziewicza, który był d-cą II plutonu. Po zakończonej bitwie wraz z całą I DP został zluzowany do odwodu. Następnie przeszedłem szlak I DP przez Łuck, Równe, Lublin, Dęblin do Warszawy gdzie brałem udział w wyzwalaniu jej prawobrzeżnej części tj. Pragi. Następnie pod Jabłonną pod obstrzałem nieprzyjaciela przeprowadziłem baterię na stanowiska ogniowe jako d-ca II plutonu. D-cą dyonu był w tym czasie kpt Żachowski a d-cą I plutonu por. Tadeusz Szulc. Następnie brałem udział w wyzwoleniu Warszawy. Potem przez Bydgoszcz wraz z całą I Armią dotarłem do Wału Pomorskiego. W czasie szturmu na bunkry niemieckie pod Jastrowiem w czasie kontrataku Niemców dnia 6 lutego 1945 r o godzinie. 16.30 w walce obronnej na wysuniętym stanowisku baterii zostałem ranny w nogę. Po tym zostałem skierowany do szpitala w Otwocku. Świadkami tej walki byli:

  • kpt Pawłowski – d-ca zwiadu dyonu,
  • kpt Szlachto – z-ca d-cy ds. polit.,
  • kpt Żachowski – d-ca dyonu,
  • mjr Kempicki – szef artylerii pułku

Dowódcą pułku w tym czasie był płk Raskow.

Po wyzdrowieniu 9 lipca 1945 r zostałem zdemobilizowany.

Posiadam następujące odznaczenia:

  • Krzyż Walecznych nadany 21 listopada 1945 r,
  • Krzyż za Lenino – nadany 13.X.1945r,
  • Medal za wyzwolenie Warszawy nadany 1.XI.1946 r – radzieki,
  • Medal za Zwycięstwo – nadany 1.XI.1946 r – radziecki,
  • Medal zwycięstwa i Wolności nadany 9.V.1946 r,
  • Medal za Warszawę – nadany 19.IX.1946 r,
  • Odznaka Grunwaldzka – nadana 20.VII.1946 r,
  • Medal za udział w walkach o Berlin nadany 5.V.1970 r,
  • Medal za zasługi dla obronności kraju – nadany 10.X. 1978 r.

Przebieg pracy po demobilizacji.

Po wyjściu ze szpitala i demobilizacji wyjechałem do ZSRR miejscowość Neja w Jarosławskiej obłastii gdzie pracowałem w internacie polskiej szkoły gdzie byłem instruktorem wojskowym /wojnrukiem/ i wychowawcą starszej grupy. W 1946 r powróciłem do kraju i osiedliłem się w Pomorsku gdzie byłem sołtysem komisarycznym a do moich obowiązków należało prowadzenie meldunków osadników, wydawanie zboża do siewu i ziemniaków do sadzenia na skrypty dłużne. Od 1948 r pracowałem w charakterze strażnika na poczcie w Zielonej Górze przez okres 6 lat. Obecnie nigdzie nie pracuję ze względu na wiek i stan zdrowia.

Józef Kołogrecki


Sty 112019
 

Stanisław Pikuła

Będąc ostatnio w Archiwum Państwowy w Zielonej Górze udało natrafić się na archiwalne wspomnienia weteranów II Wojny Światowej, które spisywali w latach 60-,70-, i 80-tych. Wśród nich byli też mieszkańcy naszych wiosek. Przedstawiamy wspomnienia Stanisława Pikuły z Brodów. Pisownia oryginalna.

 

 

Pikuła Stanisław

Brody 30 pocz. Pomorsko

gm Sulechów

Urodziłem się w 1921 r 16-X w Chomęciska-Duże gm Stary-Zamość pow. Zamość w rodzinie chłopskiej małorolnej. Tam skończyłem szkołę podstawową i do 1938 r tam żyłem i pomagałem w gospodarstwie rodzicom a 1938 roku rodzice kupili mało gospodarstwo z parcelacji państwowej w wojew. Tarnopolskim pow Zborów i tam wyjechałem wraz z rodzicami i resztą za poszukiwaniem trochę chleba bo rodzina dorastała a była dość liczna. Tam zaraz zacząłem się uczyć zawodu rolniczego w w Pys Rolniczym. Po klęsce wrześniowej zostaliśmy internowani do Z.S.S.R. Na Ural do Krasnouralska i tam pracowałem przy różnych pracach i trochę uczyłem się nowych zawodów nierolniczych ale ja miałem zawsze we krwi pracować na ziemi. Na początku 1942 r z Uralu przyjechaliśmy do Kujbyszowskiej Obłaści Wiacko Polański rejon i tam pracowałem w Kołchozie i prowadziłem kołchozowe ogrodnictwo. W 1943 r w maju wraz z moim bratem Leonardem zostaliśmy zmobilizowani do wojska z tamtej ostatniej miejscowości. Po przybyciu do Sielc nad Oką i po dokonaniu różnych zabiegów organizacyjnych zostałem wraz z bratem przydzielony na podoficerską szkołę dywizyjną. Po skończeniu szkoły i zdaniu pomyślnie egzaminu zostaliśmy przydzieleni do 1. pułku 3 bat. 8 komp. Jako kaprale na dow. drużyn małych moździerzy a jako zastępca dowódcy plutonu i tak ruszyliśmy na front. Po rozmaitych marszach i przemarszach zbliżając się do linii frontowej. Z rozkazu do-cy pułku zostałem przydzielony do plutonu wartowniczego przy magazynach Dywizyjnych. Po krótkim tam pobycie poprosiłem się o powrotne skierowanie mnie do Kompanji bo tam był mój brat jak i inni koledzy z którymi zżyłem się bardzo i było mi tam bardzo dobrze i prośba została przyjęta. Podczas bitwy pod Lenino przed Przejsamą Mireją został ranny nasz d-ca plutonu i dalej ja przejąłem dowodzenie plutonem. Po zdobyciu linji obronnych nieprzyjaciela piechoty wdarliśmy się w głąb pozycji nieprzyjacielskich aż pod linje obronne artylerii i tam zaczęło się jeszcze straszniejsze piekło bo i straciłem kilku chłopców i wyczerpały się zapasy amunicji no i całkowicie z naszej kompanji pozostało nas bardzo mało. W tak gorącym ogniu brat został śmiertelny strzał w piersi podskoczyłem do niego zobaczyłem, że został przestrzelony na wylot rozdarłem umundurowanie i zacząłem bandażowanie i zabandażowałem gdy chciałem się podnieść znad bandażującego to zobaczyłem dwa niemieckie bagnety przy moim ciele i tak skończyła się nasza i moja radość że już jesteśmy niedaleko od Polski. Wzięty do niewoli przebywałem wraz z innymi naszymi niewolnikami w miejscowościach Oszszy, Borysowie a później w niemieckich lagrach jenieckich w Altengauże na różnych pracach i w różnych miejscowościach. Po kapitulacji Niemiec zostałem oswobodzony przez armię amerykańską i zaraz powróciłem do kraju. Po powrocie do kraju pojechałem w rodzinne strony w zamiarze odwiedzin bo tam zostało dwóch braci już żonatych do 1938 roku niestety ich nie zastałem, obaj zginęli w bombardowaniu w 1939 roku. Tam trochę przebywałem u moich wujków i pod jesień 1945 roku tu przyjechałem na ziemie odzyskane i zająłem gospodarstwo pełnorolne bo to mnie zawsze pociągało. W 1946 roku założyłem rodzinę i do tej pory tu żyję i pracuję z czego jestem ja do tej pory zadowolony. Tu w Brodach w 1946 roku wstąpiłem do P.P.R i wielu innych organizacji społecznych za które wielokrotnie zostałem pochwalany i odznaczany, z czego również jestem dumny i zadowolony.

Brody 20-I-1980

Stanisław Pikuła

Pan Stanisław Pikułą był nam ostatnim znanym żyjącym weteranem II Wojny Światowej. Zmarł 20 maja 2015 roku.

Lip 202018
 

Antoni Stawera

Kiedy kilka lat temu pierwszy raz czytaliśmy własnoręcznie napisany życiorys Antoniego Stawery po zdaniu A kiedy zaczęli banderowcy mordować naród Polski zostałem złapany w sierpniu 1943 roku w Ujściu i przez nich rozstrzelany, gdzie kula przeszyła mój prawy bok na wylot przeszły nas ciarki. Młodość i wojenne losy Pana Antoniego na pewno się nadaje na scenariusz filmu.

Urodziłem się dnia 11.07.1923 roku w Ujsciu pow. Kostopol Z.S.R.R. Pochodzę z rodziny chłopskiej. Gdy ukończyłem 7 lat zacząłem uczęszczać do Szkoły Powszechnej w Ujściu. Po ukończeniu 4 klasy mając 12 lat zostaję sierotą bez ojca i matki, pod opieką starszego brata do chwili ukończenia 16 lat. Z powodu bardzo ciężkich warunków życia zmuszony byłem iść do pracy do majątku Dziedzica. Pracowałem tam do wybuchu wojny w 1939 roku. Od 1940 do 1941 roku pracowałem w kołchozie w Ujściu, w 1941 roku po napadnięciu hitlerowców na Związek Radziecki Niemcy zagarnęli kołchoz w Ujściu i utworzyli majątek, gdzie zmuszony byłem pracować jako rolnik. W 1943 roku banderowcy zniszczyli majątek niemiecki, a ja pozostaję bez pracy i nadal żyję u brata. A kiedy zaczęli banderowcy mordować naród Polski zostałem złapany w sierpniu 1943 roku w Ujściu i przez nich rozstrzelany, gdzie kula przeszyła mój prawy bok na wylot. Ciężko ranny zostaję leczony przez sanitariusza. Po wyzwoleniu przez Armię Radziecką w 1944 roku od faszyzmu, zostaję powołany dnia 28 kwietnia 1944 roku na Wołyniu w szeregi Armii Radzieckiej w zapasny pułk 911 na Uralu w Gorod Mołotow. Po trzymiesięcznym przygotowaniu bojowym i przysiędze otrzymaliśmy rozkaz na front Finlandii. Po dwóch tygodniach nastąpiła kapitulacja, otrzymaliśmy rozkaz przejścia przez Pereszejek do Norwegii. W ciężkich bojach w Norwegii przeszedłem do Zalewu Murmańsk. Po wyzwoleniu Norwegii 1 Armia 1 Batalion 911 Pułk powrócił do Z.S.R.R. w Rybińsk, gdzie dalsze przechodziliśmy ćwiczenia bojowe, po których zostaliśmy wysłani na front zachodni na tereny Polski. W 1945 roku będąc na terenie Polski zachorowałem na żołądek i skierowany do mitsambatu polowego szpitala, gdzie po trzech tygodniach i wypisaniu zostałem przydzielony do dziewiętnastej brygady czołgów jako desant czołgowy I Frontu Białoruskiego i skierowany na pierwszą linię frontu, wyzwalając wsie i miasta doszedłem w ciężkich bojach do przedmieścia Berlina. Dnia 28 kwietnia 1945 roku kiedy nasze czołgi toczyły walki na przedmieściach Berlina zostałem ciężko ranny w prawą nogę w biodro i przewieziony do szpitala na tyły frontu i podjęto natychmiastową operację, a następnie przewieziony do szpitala Moskwa Sokolniki 1385. Po trzykrotnych operacjach i podleczeniu, zostałem skierowany na dalsze leczenie do szpitala w Jarosławiu i ponownie operowany. Po pewnym czasie zostaję przewieziony do szpitala w Rostowie Jarosławskiej Obłasti. Po dłuższym leczeniu i wypisaniu ze szpitala zostałem uznany przez komisję lekarską za inwalidę II grupy 75 procent niezdolny do pracy i skierowany na wyjazd do Polski. Po przyjeździe do Polski zostałem powołany na komisję w Ostrowie Wielkopolskim, gdzie komisja uznała jedynie 45 procent utraconego zdrowia, ponieważ nie chciałem się zgodzić odwołałem się do Poznania na komisję lekarską. Komisja w Poznaniu mało wzięła pod uwagę moją krzywdę i chorzenia przyznała mi 55 procent utracenia i zaliczyła do III grupy inwalidów. Mając trudne warunki życia więc 28 sierpnia 1946 roku zgłosiłem się do Urzędu Ziemskiego w Poznaniu, gdzie skierowano mnie do pow. Konin, miejscowość Borowiec Stary i przydzielono mi gospodarstwo rolne o powierzchni 12 ha. Na gospodarce pracować nie mogłem, gdyż rany stale się odnawiały. Więc zostałem przewieziony do szpitala w Koninie gdzie zostałem operowany. Po powrocie ze szpitala do domu po niedługim czasie zostałem ponownie zabrany do tego szpitala i poddany dwóm operacjom. Po jakimś czasie noga dalszy ciąg bolała a rany się odnawiały, więc skierowano mnie do szpitala w Poznaniu. Szpital Przemienienia Pańskiego, gdzie lekarze uznali ostomilitus kości i poddano dwóm operacjom. Po tych ciężkich operacjach i długim czasie leczenia wróciłem na tą samą gospodarkę. Ponieważ stan zdrowia mi jednak nie pozwalał pracować na roli a żona była z małym dzieckiem zmuszony byłem gospodarstwo zdać na Skarb Państwa i 7 X 1949 roku wyjechałem na Ziemie Zachodnie do miejscowości Brody pow. Sulechów. Urząd Ziemski w Krośnie Odrz. Przydzielił mi gospodarstwo rolne 3,50 ha. Z renty, która wynosiła  280 zł miesięcznie III grupy wyżyć nie mogłem, zmuszony byłem pracować w tej gospodarce, co przyczyniło się ponownie do otwarcia ran. W związku z tym zabrano mnie do szpitala  Krośnie Odrz. i ponownie operowany. Po powrocie ze szpitala i pogorszeniu zdrowia oddałem ziemię 1,015 ha przez notariusza w Zielonej Górze na Skarb Państwa. Po zagojeniu nogi choruję na żołądek i dostaję ataki nerek co stwierdzono przez lekarzy dwustronną kamicę nerek, a do tego wywiązały się inne choroby: serce, isjasz w nodze i zapalenie korzonków nerwowych. Na wymienione choroby leczę się przez parę lat w Ośrodku Zdrowia w Sulechowie a następnie w Brodach i w sanatoriach Sielanka w Kudowie, sanatorium Wojskowe w Ciechocinku, sanatorium Wacław Świeradów Zdrój i w tym roku znowu sanatorium Wojskowe w Ciechocinku.

Brody, dnia 20 XII 1974

Lut 262017
 

Edith w 70-tą rocznicę opuszczenia Brodów (rok 2015)

W końcu, w 1946 roku Georg Scholz i Siegfried Storm wrócili do domu z rosyjskiej niewoli. Teraz to naprawdę było zbyt ciasno dla 11 osób. Musieliśmy znaleźć sobie nowe miejsce do życia. Od rolnika Haberechta otrzymałyśmy pokój z małą komórką, którą mogliśmy używać jako kuchni. A więc babcia, mama i ja. Mogłam także dalej chodzić do Ahrensdorf do szkoły. Były dwa pomieszczenia, w jednym klasy 1 – 4 a w drugim klasy 5 -8. Naszym nauczycielem w klasach 1-4 była panna Schwarz a w klasach 5-8 nauczyciel Jäger. W 1953 przeskoczyłam 2 klasy i dostałam się do 8. Ale w południe po szkole, miałam problem gdzie się podziać. Habrechtowie byli w polu, babcia w gospodarstwie w Sputendorf a mama w pracy na cmentarzu w Stansdorf. Tak więc nie mogłam iść do domu.
Mogę dziękować Bogu że poszłam do Geishirtów jako niania. Jeden chłopiec Klaus 3 lat, a Paul był nadal w wózku. Nie było to dla mnie łatwe, bo sama też byłam jeszcze małym szkrabem. Rodzina mówiła o mnie bardzo dobrze. Byłam dobrze traktowana, dostawałam jedzenie a wieczorem jedzenie, które mogłam zabrać do domu. Tak mogłyśmy się we trzy posilić. Na święta lub na specjalne okazje dostawałam nową sukienkę lub cokolwiek do ubrania. Zostałam tam aż skończyłam szkołę. Gdzie zadania były również trudne. Około 1950 roku szukałyśmy we trójkę nowego domu. Samotna staruszka mieszkała w domu. Były tam dwa pokoje, jeden dla Pani Kielemann i jeden dla nas oraz wspólna kuchnia. Nie było bardzo przestronnie, ale dostaliśmy piwnicę do prania, stajnię, gdzie można było trzymać kozę, króliki, kury i gęsi. Za podwórzem był ogród, który mogliśmy uprawiać. No i na podwórku był także prawdziwy wychodek, z którego był nawóz .
W 1952 roku zacząłem praktykę jako ekspedientka w pierwszym sklepie HO w Ludwigsflde. Dwa lata praktyk zawodowych bardzo szybko minęły. Moja mama dostała pracę w zakładzie przemysłowym w Ludwigsdelde. Teraz życie było trochę łatwiejsze. Po mojej praktyce pracowałam jako ekspedientka, a zdając dodatkowe kursy i szkolenia zdobyłam kwalifikacje na kierownika sprzedaży. Funkcję tą praktykowałam w wielu branżach od tekstyliów, sprzętu sportowego do artykułów papierniczych.
Moja młodość była już wtedy przyjemna, z przyjaciółmi i dobrą zabawą. Poznałam mojego męża, w czerwcu 1957 r. zaręczyliśmy się, a w maju 1959 wzięliśmy ślub. Teraz moje życie zaczęło się we dwoje. W dniu 7.08.1960 urodziła się nasza córka Angela. A 10.07.1961 przenieśliśmy się jako nowa rodzina Ziermann do AWG-mieszkania (to nazwa spółdzielni mieszkaniowej, która istnieje do dzisiaj) w Ludwigsfelde. Otworzył się nowy rozdział w moim życiu. Moja mama i babcia pozostały aż do 1964 w Ahrensdorf. Potem także one dostały AWG-mieszkanie w Ludwigsfelde. Po krótkiej przerwie w pracy, gdy dziecko poszło do żłobka i przedszkola to ponownie pracowałam jako sprzedawca, a także jako kierowniczka sprzedaży. 21.04.1967 roku urodził się nasz syn René. Po roku urlopu macierzyńskiego, zaczęłam pracę w domu towarowym Flink jako asystentka w biurze i w 1972 roku z całym personelem przeniesiono nas do nowo wybudowanej hali na Clara Zetkin Str., gdzie pracowałam do mojej emerytury w sierpniu 1990 roku.
Około roku 1965 wynajmowaliśmy tutaj w Ludwigsfelde ogród, który następnie w 1970 roku kupiliśmy i mieliśmy własną ziemię. Nasza babcia była bardzo dumna, że teraz znowu mamy coś na własność. Niestety, jej radość była krótka. Zmarła 21.12.1969 roku. Zbudowaliśmy garaż z pokojem mieszkalnym, i mieliśmy duży ogród (1045 m2), gdzie uprawialiśmy owoce, warzywa i kwiaty. Wkładaliśmy w to wiele pracy, ale było też dużo radości z tego. Także dla mojej matki i babki. Mogliśmy sobie pozwolić nawet na samochód, małym Trabantem robiliśmy z dziećmi piękne wyjazdy urlopowe. Także dzieci otrzymały staranne wykształcenie, Angela skończyła studia, aby zostać nauczycielem, René studiował i został inżynierem. Byliśmy dumni. W 1987 przejęliśmy weekendową(rekreacyjną) działkę ciotki Marty w Ziegenhals. Nie potrafiła jej już sama utrzymać. Po jej śmierci stała się naszą największą radością w lecie. To nasza oaza od maja do września. Możemy cieszyć się latem z naszą mamą i wieloma przyjaciółmi.
Działkę w Ludwigsfelde przekazaliśmy naszej córce Angeli, aby mogła wybudować swój dom. Mieszka tam teraz z dwójką dzieci Nancy i Svenem. Nasz syn René poznał bardzo miła i kochającą żonę pochodzącą z Rosji i mieszka w Berlinie.
Oboje z mężem Erwinem staramy się jak najlepiej wykorzystać życie na emeryturze. Również trochę podróżujemy. Mamy nadzieję, że będziemy mogli przeżyć jeszcze wiele wspaniałych lat z rodziną.

Lut 192017
 

Edit ze swoją mamą Margarete i mężem Erwinem

Przedstawiamy wspomnienia Niemki Edit Ziermann, córki Margarete Lehmann, której wspomnienia już publikowaliśmy. Obie Panie urodziły się w przedwojennym Groß-Blumberg.

Ja, Edit Ziermann urodzona 1 listopada 1938 roku w Groß-Blumberg w powiecie krośnieńskim, jako córka Willego Lehmanna i jego żony Margarete Lehmann z domu Möbus. Moje dzieciństwo było sielsko-wiejskie. Moim ulubionym miejscem był warsztat stolarski mojego ojca. A tam ostrużyny drewna, duże i małe wióry. Kiedy miałam 2 lata, mój ojciec mógł mnie ostatni raz trzymać na kolanach, ponieważ został powołany do Wehrmachtu . Już 1 stycznia 1943 przyszła wiadomość, że zginął pod Stalingradem. Więc dorastałam z mamą i dziadkami, bez ojca . Bywałam często u dzieci z sąsiedztwa u Schulzów lub Kirschów, a latem był obowiązek wypędzania gęsi na odrzańskie wały, to był czas pilnowania.
Ale nas też dosięgło straszne cierpienie wojny. 31 stycznia 1945 moi dziadkowie i matka razem spakowali najcenniejszy dobytek oraz mienie i załadowali na zaprzęg konny od Kirschów. Nasz siedemdziesięcioletni dziadek, który był już bardzo chory, Edith i Brigitte Kirsch i ja mogłyśmy jechać z nimi na wozie. Moja babcia – 64 lata, matka – 32 lata, a także ludzie od Kirschów biegli obok wozu. Było bardzo zimno, z dużą ilością lodu i śniegu . Nasz woźnica, dziadek Kirsch (Fimmel) był zaniepokojony, żeby konie się nie zmęczyły i nie pośliznęły. Ale poszło dobrze i przyjechaliśmy w nocy po kilku przystankach do Gubina na Odrą. Wyruszyło też bardzo wielu mieszkańców Groß-Blumberg z saniami lub ręcznymi wózkami. Był śnieg i zamarzła Odra, to Hitler kazał wysadzić mosty na Odrze, wielu próbowało przyjść przez Odrę po lodzie, ale przyszła odwilż, a nurt Odry stał się ich grobem. Gdy zniknął śnieg to Ci z sankami nie mogli dalej iść. To wszystko było straszne.
Odyseja zakończyła się 1 marca 1945 roku w Ahrensdorf. W miejscowości Ahrensdorf dostaliśmy miejsca noclegowe. Moja matka i ja zostaliśmy przyjęci przez rodzinę Storm/Lüdtke a babcia i dziadek znaleźli schronienie u sąsiadów Raufuß. Obie rodziny podzielił się z nami mimo, że były to duże rodziny i było bardzo ciasno. Tutaj w Ahrensdorf doświadczyłam nawet nalotu i ataku na zakład Deimlera w sąsiednim Ludwigsfelde. A także wkroczenia Armii Czerwonej. Dla nas dzieci żołnierze nie byli źli, ale moja matka i inne kobiety musiały się chować. Z końcem maja skończyła się wojna i można było wracać do domu. I my też biegliśmy co sił w nogach, matka, babcia dziadek i ja. Tylko z najważniejszym bagażem. Storm zaproponował nam, że powinniśmy najpierw zobaczyć nasz dom. A pozostałe rzeczy możemy później sprowadzić. I to był dobry pomysł. Oczywiście cieszyliśmy się, że jesteśmy znowu w domu. Rozpoczęły się zaraz uprawy na polach, zbieranie jagód i owoców w ogrodach i urządzaliśmy się. Ale nasze zadowolenie było krótkotrwałe. Armia Czerwona miała duży obóz konny w Groß-Blumberg, które sprowadzili z Meklemburgii. Do tego odprowadzenia transportu koni zostali wciągnięci wszyscy obecni mężczyźni i kobiety. Nawet moja matka. Po odejściu Rosjan Polacy tu rządzili. Polacy byli rozgoryczeni wojna i dawali to po sobie poznać – nie byli mili dla Niemców. Był wrzesień, chcieliśmy coś zebrać ze żniw, ale niestety. Z końcem września, kazano nam znowu opuścić dom. To było bardzo fatalne, od mojej matki nie mieliśmy żadnych oznak życia, czy jest jeszcze w Niemczech lub już w Rosji albo czy w ogóle jeszcze żyje. Babcia, dziadek i ja mieliśmy półgodziny na spakowanie najważniejszych rzeczy, oczywiście pierzyny i coś do jedzenia załadowaliśmy na taczkę a nadzorca pilnował czasu, szybko, szybko. Miałam swoją walizkę z moimi osobistymi rzeczami nadal w pokoju, długo musiałam błagać, żeby ponownie wejść do domu, ale byłam dzieckiem i zamiast cennej walizki, wzięłam dużą lalkę a walizkę zostawiłam. Polacy nie mieli litości, musieliśmy iść na miejsce zbiórki. Stamtąd był horror do Frankfurtu nad Odrą. Byliśmy kijami wypędzeni i wielokrotnie okradzeni. Kto miał walizkę był natychmiast kompletnie ogołocony obojętnie co miał w środku. Worki zostały rozdarte i okradzione, co im się podobało.
Moja babcia miała najważniejsze dokumenty i zdjęcia w małej torbie, która kilka razy wysypywali. Na szczęście byłam bardzo zwinna i co wiatr rozwiał to z powrotem pozbierałam. Polacy mieli też wóz drabiniasty i od czasu do czasu podwozili starych i słabych, ale mój dziadek, choć bardzo słaby, to obawiał się, że mogą go gdzieś zostawić i straci kontakt z nami. Z tego powodu zawsze trzymał mnie za rękę, żebym go nie zostawiła. Nawet gdy musieliśmy odpocząć to byłam z nim. Noce spędzaliśmy pod gołym niebem lub w stodołach.
Ponadto, musiałam nosić moją wielką lalkę, bo moja babcia miała zbyt wiele rzeczy na taczce na tak wiele kilometrów. Byliśmy z ponaglającymi za plecami Polakami jak z polnym kamieniem na ramionach. Poza tym była również zdenerwowana, że nie wzięłam mojej walizki. Kiedy przekroczyliśmy we Frankfurcie Odrę, Polacy nas zostawili. Teraz mogliśmy po raz pierwszy wziąć głęboki oddech. I dalej iść po krajowych drogach. Wypędzony z nami był także wujek Bernhard ze swoją dużą rodziną: żona, 4 własnych dzieci i dwie dziewczyny jego szwagierki, która także jak moja matka i jego teściowie musieli iść z Rosjanami. Tak więc 10 osób i my troje, i wszyscy byli głodni. Teraz zaczęło się wielkie żebractwo. Najbardziej zaczął chodzić od drzwi do drzwi mój kuzyn Heinz, jedni coś dali inni nie, gdy doszliśmy do naszych ludzi to zostało to podzielone. Spaliśmy głównie w stodołach lub w stogach siana. W nocy w stodole mój kuzyn Günter ukrył moja lalkę i musiałam dalej iść bez niej. I tak dotarliśmy wychudzeni i zawszeni 24.10.1945 znowu do Ahrensdorf prosząc tam o pomoc. Zapomnieliśmy o wszystkim złym, gdy nam powiedziano, że moja matka w drodze od Rosjan była już w Ahrensdorf. Ona i Marta Weizert, matka dwóch dziewczynek Renate i Heather, które szły z wujkiem Bernardem w czasie naszej wędrówki dowiedziały się, że nie ma powrotu do Blumbergu. Były jeszcze na kartoflisku kiedy ja byłam już w jej ramionach. Moja matka i ja zostaliśmy u Stormów. Babcia i dziadek u Lüdtke, Lieschen Storm ze swoimi synami Dieterem i Wolfgangiem i siostrą Friedchen z synem Horstem oraz my obie. Tak więc 9 osób. Na niewielkiej przestrzeni. Ale rodzina zrobiła wszystko, co możliwe, aby zintegrować się z nami. Ja miałam bardzo źle wyglądającą ropną wysypka na całym ciele, nic dziwnego, niedożywienie, zła higiena i wszy. Ale babcia Storm zabrała mnie do lekarza do Lichterfelde i zapłaciła jedzeniem. Na moje pierwsze Boże Narodzenie w Ahrensdorf dostałam nową sukienkę. Granatową z białym kołnierzykiem, wiedziałam dokładnie, że była uszyta ze starej sukni od babci Storm. I dostałam lalkę własnej roboty, wprawdzie miała twardą głowę ale oczy były z materiału. To była radość.
Z drugiej strony, mój dziadek miał ochotę w Boże Narodzenie na ciasto z kruszonką. Gdy je dostał to powiedział: moja matka i ja powinniśmy iść na pasterkę, a on położył się, żeby trochę odpocząć i zasnął na wieki. Kiedy wróciliśmy do domu to odszedł z tego świata.

Sty 092017
 

Browarnik Karl Schubert

Przedstawiamy wspomnienia  Siegfrieda Heidera, który w latach 70-tych XX wieku odwiedził swoją rodzinną miejscowość Groß-Blumberg a swoje odczucia opisał w artykule  zamieszczonym w czasopiśmie  „Crossener Heimatgrüße”. Niestety Siegfried opisuje budynki wsi, które nie przetrwały zawieruchy wojennej i powojennej.

Mój dziadek od strony matki – browarnik Karl Schubert z Prus Wschodnich, wziął ślub w 1880 w Berlinie z moją babcią Caroline z Turyngii, a następnie udali się na siedem lat do Rosji. Dziadek pracował w Jekaterinoslawiu nad Dnieprem jako piwowar. Następnie para wróciła do Niemiec i browarnik Schubert nabył koło Groß-Blumberg 7830 mkw ziemi. Obejmujące część dawnej winnicy. Zbudował tam browar z zajazdem, a później dom. Warzył ciemne piwo. Potrzebny chmiel dziadek zbierał na pobliskim polu, “Federecke”. Piwo dostarczał w małych beczkach lub także „luzem” w wielkiej beczce na konnym zaprzęgu bezpośrednio do konsumentów w okolicznych wioskach. Z sześciorga dzieci małżonków Schubert, troje urodziło się w Rosji, a troje młodszych w tym moja matka, przyszło na świat w Groß-Blumberg. Najstarszy syn Ernst nauczył się także warzenia piwa, ale poległ w pierwszej Wojnie Światowej. Po śmierci dziadka w 1916 roku browar został zamknięty. Zajazd dalej prowadzili moi rodzice, o którym mieszkańcy Groß-Blumberg mówili “Beim Bräuer”. Także mnie nazywano jeszcze “Bräuersch Siegfried”.
Kiedy w roku 1974 wraz z żoną i córką odbyłem pierwszą podróż do ojcowizny, to szukałem naturalnie mojego dawnego domu, który był z boku wioski na skraju z lasu. Musiałem stwierdzić, że tam, gdzie kiedyś stał nasz dom jest tylko płaski teren, z dziko porośniętymi krzewami i drzewami wzgórzem. W ogóle, wszystkie budynki, które stały poza Groß-Blumberg, zostały zrównane z ziemią. Dotyczy to na przykład domu naszych sąsiadów Heißmannów, jak i wiatraku i całego “Dürre Katze”. Pełen entuzjazmu pokazałem żo
nie i córce, z zewnątrz miejsca w których spędziłem dzieciństwo i młodość, moją piękną szkołę, drogę do szkoły, którą kiedyś chodziłem boso a teraz spróbowaliśmy razem. Ale to było zabawne! Prowadziłem moją rodzinę dalej na naszą posesję z ogrodem, w której nawet jabłoń jeszcze stoi, i nasze wzgórze z lasem. Małe sosenki zasadzone niegdyś przez mojego dziadka, a teraz jest to okazały las. Mieliśmy zaplanowane, aby wziąć jakieś pamiątki z obecnego domu. Kopaliśmy w gruzie, i moja żona faktycznie odkryła ku radości wszystkich małe miedziane miski. Wprawdzie były pokryte patyną, ale od razu sobie przypomniałem, że kiedyś należały do mojej matki. Poza tą najpiękniejsza pamiątką z podróży spakowałem też kilka wyszukanych kamieni, i niektóre pędy dzikiego wina, które rosły już za czasów dziadka od strony południowej browaru i obecnie zarastają sklepienia dawnych piwnic. Przewiezione pędy rosną teraz w naszym ogrodzie w Rüsselsheim.
La
s obok naszego dawnego majątku i teren parafialny zostały wykarczowany do drogi do Klein-Blumberg, ale w międzyczasie ponownie obsadzony. Udaliśmy się wzdłuż do Federmühle, który znajdował się tuż przy granicy powiatu koło Hammer i był kiedyś popularnym miejscem wycieczkowym. Ale z młyna nie zostało nic. Również naprzeciwko mały dom, stara siedziba młynarza Hermanna, jest tylko kupą porośniętych krzaków. Tak samo nie ma trzeciego budynku od sędziego. Tylko stary most nad strumykiem Heidemühle nadal istnieje, tak że dzisiaj z Groß-Blumberg do Hammer można przejechać autem. Od wschodniej części mostu znajdował się się staw młyński, gdzie była spiętrzana woda i my jako dzieci podziwialiśmy jak zasila duże młyńskie koło, teraz nie widać prawie nic. Czasami wiosłowaliśmy łódką młynarza na krzyż i w poprzek po idyllicznej wodzie. Dziś jest to w dużej mierze zamulone przez liczne rośliny bagienne i otaczające wysokie drzewa liściaste. Tylko w środku przeciska się potok, któremu kierunek wody nadaję gąszcz brzóz.
Przy naszej drugiej wizycie w powiecie Crossen w 1976 wędrowaliśmy w osiem osób – moje dwie siostry i ich rodziny i tym razem byliśmy także w Rollmühle. Stary kamienny drogowskaz stoi jeszcze dzisiaj na rozwidleniu do Federmühle i Rollmühle. Napis jest wyblakły. Ponowne znakowanie jest bezcelowe, ponieważ obydwóch grup budynków już nie ma. Na tyłach tego kamienia są kamienne schody, które były bardzo przydatne w dzieciństwie do wspinania się. Ponownie nie mogłem się oprzeć wspiąć i skoczyć. Zrobiliśmy małą wycieczkę, w drodze do Rollmühle odbiliśmy w kierunku Luch, bagienne wrzosowiska, w otoczeniu lasu sosnowego. Niegdyś ten teren był piękny a dzisiaj niestety suchy i stepowy. Prawdopodobnie zostało to spowodowane przez rozległy wyrąb lasu w okolicy.
W Rollmühle nie stoi już żaden budynek, oprócz ogromnej tamy. Położony na północ ten ogromny zbiornik został utworzony w trakcie wznoszenia niemieckich umocnień granicznych, obecnie jest zamieszkały przez liczne gatunki ptaków wodnych, w pięknej, spokojnej naturze. Tam gdzie kiedyś był młyn i duża posiadłość rolna Frahnsa z budynkami gospodarczymi teraz znajdziemy tylko niewielkie kupki porośnięte krzakami.
Przeszliśmy brzegiem wzdłuż wspaniałego strumienia w kierunku Klein-Blumberg. Po lewej stronie stronie drogi na polu przywitał nas miło pracujący tam Polak. Z powodzeniem zbierając grzyby docieramy z powrotem lasem przez Hunde-Bergen do punktu wyjścia Groß-Blumberg.

Tłumaczenie Adam i Janusz

Lis 062016
 

Stanisław Naosad

Stanisław Naosad

Przez mój niski wzrost wszyscy myśleli, że mogą mnie pobić, oszukać albo się ze mnie naśmiewać. W Brodach było około 200 rodzin i z każdej rodziny był przynajmniej jeden chłop. Chłopy chcieli zawsze ze mnie się pośmiać albo pobić, bo ja taki mały i myśleli, że im nie dam rady. Jednak kilka razy pokazałem, że się nie boję i każdemu mogę dać rady. Później żony nas trzymały, żeby nie doszło do bójki. Taki byłem zadziorny.

W Brodach żyłem z handlu warzywami. Jeździłem do miasta i tam je sprzedawałem. Nieraz tak było, że jakiś większy chłop ode mnie przychodził do wozu i brał jak swoje. Ja mu mówię kładź tu 2 złote! I kładli, bo wiedzieli że nie ma żartów ze mną.

Miałem też taką przygodę, że jeździłem na rynek i kiedyś jak wracałem to zatrzymało mnie 6 wysokich młodych chłopaków. Mówią ojciec jedziesz z rynku i masz pieniądze a my idziemy na balety to daj na 2 litry wódki, a jak nie dasz to wszystko zabierzemy i do dupy nakopiemy. Ja miałem ponad 900 zł „grubych” pieniędzy, bo jakbym miał drobne to bym im dał. Dwóch trzymało konia, dwóch stanęło z jednej strony woza a dwóch z drugiej strony. A ja klęczałem na wozie na worku. Gdybym stał to bym im wszystkim dał rady. Wziąłem odważnik i dwóch znokautowałem tym odważnikiem a jeden uderzył mnie i wybił zęby. Dałem radę jednak się wyrwać i ruszyłem koniem. Wtedy wybili mi żeby, a zęby miałem naprawdę ładne, równiutkie. Później ludzie długo się mnie pytali, gdzie Stasiek masz swoje zęby? Po jakimś czasie okazało się, że czterech z tych chłopaków to byli synowie mojego znajomego z pracy w cegielni.

Ludziom dużo pomagałem i często nie brałem zapłaty za to. Niektórzy to wykorzystywali i chcieli jeszcze. A teraz jak już nie mogę pomóc to się na mnie tak dziwnie patrzą. Ja się cieszę jak z kimś mogę porozmawiać, bo to lepsze niż samotność.

Niestety z handlu i z rolnictwa nie mogłem zapewnić odpowiedniego bytu rodzinie i poszedłem do pracy na budowie. Jak to mówią nie chcesz nosić za młodu teczki, będziesz nosił woreczki. I tak było. Przez 6 lat byłem pomocnikiem murarzy na budowie. Przynosiłem im materiał, żeby mogli murować a oni ciągle krzyczeli, że mało i mało. Później przestała mi się podobać ta robota, bo ci murarze mnie zaczęli wykorzystywać. Chcieli, żebym przynosił im materiał a do tego jeszcze za nich murował. Oni mieli tylko robić poprawki. Przeniosłem się na stanowiska stróża. Po jakimś czasie żałowali, że nie mają już takiego pomocnik, bo ci nowi nie dawali rady tak jak ja. Często wołali dajcie nam z powrotem tego małego.

Do tej pory ciężko pracuję. Mam konia i jeszcze kawałek pola sobie obrabiam.
Mój sąsiad kiedyś powiedział nikt się tak nie narobił jak Naosad.

Przez całe życie lubiłem śpiewać. Zarówno w wojsku jak i w kościele. A teraz jakoś na starość głos mi zachrypł i nie mogę śpiewać. W kościele siedzę i nie śpiewam. Nieraz było tak, że w kościele ludzie nie chcieli za bardzo śpiewać, to śpiewał ksiądz, organistka i ja. A ja jeszcze bym chciał sobie tak pośpiewać jak dawniej a nie mogę.

Kiedyś mój ojciec powiedział matka co ty pleciesz, jemu rower i kapelusz. Teraz na starość te słowa się sprawdzają, bo lubię także jeździć rowerem po okolicy. Jak kogoś spotkam to zagadam ale już mało jest ludzi w moim wieku a młodzi mają swoje sprawy.

Moja żona zmarła w 2005 roku, ojciec zmarł w wieku 72 lat a matka mając 81 lat. Brat Czesław zmarł w 1997 roku a brat Gienek w 2015. Siostra Anna zmarła na gruźlicę w 1948 roku mając zaledwie 33 lata. Mam 3 córki: Dankę, Alicję i Jadzię. Z córką Alicją i jej rodziną mieszkam nadal w Brodach. Doczekałem się także 10 wnuków i 4 prawnucząt.

Podsumowując moje życie: szkoły nie skończyłem, przed wojną ciężko pracowałem, w czasie wojny służyłem za jedzenie, po wojnie też ciężko pracowałem, wojsko było moją przygodą życia, a po wojsku w Brodach to też tylko ciężka praca i rodzina. A teraz jestem na rencie i w końcu mi się dobrze żyje ale samemu, bo moja żona zmarła.

 

Opowiem jeszcze o zamieszkach w Zielonej Górze w maju 1960 roku, gdzie zostałem przez przypadek dowódcą. Było to dokładnie 30 maja 1960 roku a zamieszki dotyczyły obrony Domu Katolickiego, który wskutek decyzji ówczesnych władz zlikwidowano przekazując budynek na inne cele. Akurat przyszedłem do pracy na budowie na 15. Milicja i strajkujący rzucali w siebie nawzajem kamieniami. Milicja czasami puściła petardy albo gaz łzawiący, żeby nas rozgonić. Milicjanci byli poubierani w hełmy i mieli tarcze. Ja wtedy powiedziałem mężczyzną dość, tak to my im nie damy rady. Musimy tak jak w wojsku kanonadą. Na moją komendę, na trzy cztery razem, razem… Za każdym „razem” wszyscy w tym samym momencie rzucali kamieniami. Kamienie z bruku leciały jakby się chmura oberwała. Milicjanci się wycofali do komendy, mimo że ich było z 200 a nas może 150. Kobiety szykowały nam kamienie a my rzucaliśmy.

Później dużo ludzi z zamieszek zostało aresztowanych. Jeden drugiego wsypał. Ludzie podostawali wyroki po 1 rok więzienia. Po jakimś czasie się dowiedziałem, że mnie też szukali. Tego dowódcy co dawał komendę. Rozmawiałem z milicjantem-dzielnicowym w Zielonej Górze i powiedział, że szukają tego co dowodził, bo ta jego komenda skutkowała i on by posiedział ale 3 lata w więzieniu. Udało mi się uniknąć aresztowania, bo nikt mnie tam nie znał, ponieważ byłem z wioski. Inni co byli z Zielonej Góry to zostali złapani. Przyjeżdżali do domu i zabierali. A mi się udało. Uciekłem, już nie pamiętam gdzie, ale gdzieś ręce umyłem, żeby nie było śladów, ponieważ zaraz po zamieszkach milicja chodziła po ulicach i sprawdzała kto ma brudne ręce od kamieni.
Nawet kilka lat temu w Gazecie Lubuskiej był artykuł, że poszukują świadków i uczestników tych zamieszek, bo będą dawać medale z okazji rocznicy ale na co mi tam medale.

Adam

Translate »