Sie 062015
 
Florentyna Juretko

Florentyna Juretko

Zaraz po wojnie Rosjanie ogłosili, że można przyjmować obywatelstwo radzieckie, a kto nie chce zostać może zapisywać się na wyjazd do Polski. Moi rodzice poszli i zapisali się na wyjazd. Dostaliśmy karty ewakuacyjne. Wpisaliśmy jakie osoby wyjeżdżają i jaki majątek zabieramy. Zapakowali nas do wagonu bydlęcego i ruszyliśmy w podróż. Był to listopad 1945 roku. Skład miał chyba z 600-800 metrów długości. Pamiętam, że jechaliśmy przez Warszawę, gdzie staliśmy kilka dni na stacji towarowej ale zniszczonego centrum miasta nie widzieliśmy. Chyba były to Szczęśliwice.
Następnie jechaliśmy przez Poznań i Krosno Odrzańskie aż do Gubina. W Krośnie naszego sąsiada Babinowskiego z Pomorska, który wiózł ze wschodu takiego ładnego wilczura spotkała przykrość. Żołnierze zabrali mu psa. Poszedł na komendanturę i o dziwo odzyskał tego psa.

Większość ludzi z naszego transportu nie chciała zostać w Gubinie, ponieważ było to za blisko granicy z Niemcami i się bali. Później z Gubina dojechaliśmy do Świebodzina i stamtąd przyciągnęli nasz tabor do Pomorska na stację w lesie. Było to w nocy. Powiedzieli nam, że to koniec drogi. Rano jak się rozwidniło to myśleliśmy, że zobaczymy podwórka i domostwa a tu sam las. Niebawem przyjechało parę osób z Pomorska, które były już zakwaterowane we wsi. Najczęściej byli to szabrownicy z centralnej Polski.
Pozabierali ze stacji takich jak my – bez konia, a kto miał swojego konia i wóz to ściągali je z wagonów, składali wozy i jechali do Pomorska. Rodzice nie szukali w innych miejscowościach domów tylko zajęli w Pomorsku dom i tak tu zostaliśmy. Rodzice wzięli w Pomorsku dom, gdzie było do niego przypisane 2 hektary ziemi. Trzymaliśmy konia i krowę a z czasem drugą krowę. Później dokupili także łąkę przy drodze jak się na prom jedzie.
Musieliśmy dom w Pomorsku wykupić, mimo że pozostali repatrianci zza Buga nie płacili, bo mieli udokumentowane, że tam zostawili swoje domy i pola. My natomiast mieliśmy cegielnię wybudowaną na wydzierżawionym gruncie i nie zaliczyli nam tego jako majątku.
Nasz transport był pierwszym ze wschodu.

Powojenne czasy były niebezpieczne. Zdarzały się kradzieże a nawet morderstwa. Pamiętam, że na weselu u mojej siostry Reginy było dwóch jakichś komendantów i jeden zabił drugiego. Do tego ten, który strzelił wiózł rannego do szpitala do Sulechowa, że go niby ratuje. Ja się wtedy tak przeraziłam że tatę wypchnęłam przez okno i ja za nim też wyskoczyłam. Wesele się dalej bawiło. Pewnego razu w Odrze wypłynęły zwłoki zamordowanego mężczyzny. Nie utonął tylko go ktoś zabił i wrzucił do Odry. Padły podejrzenia na osoby z Pomorska, które były z nim powiązane i winne jakieś pieniądze.

W Pomorsku po wojnie zniszczyło się dużo pięknych budynków, które niebawem rozebrano. Restauracja przy Odrze, leśniczówka oraz część pałacu. Pamiętam, że w pałacu była ogromna kuchnia z piecem o długości około 20 metrów. Na dole 3 duże sale o wymiarach 10 na 10 metrów. Na górze pokoje. Wszystkie okna i drzwi były w całości. Zawsze wychodziliśmy na balkon i śpiewaliśmy. Później wszystko poniszczyli.
Kościół był nie zniszczony. Zniszczyli tylko marmurowy krzyż, bo to niby niemiecki krzyż. Przecież krzyż jest ten sam, bez różnicy czy niemiecki, czy polski, czy rosyjski.

Pierwszy zmarłym pochowanym na cmentarzu w Pomorsku był Wincenty Romanowicz. Później zmarł mój przyszły teść Józef Juretko. Do kościoła przyjeżdżał ksiądz z Czerwieńska i od czasu do czasu odprawiał mszę. Dopiero w 1948 roku przyjechał ksiądz Hura i został tu na stałe. Na śluby do 1948 roku ludzie jeździli do Sulechowa, gdzie ksiądz Michał Kaczmarek udzielał sakramentu małżeństwa.

Moją pasją było od zawsze śpiewanie w chórze. Całe życie śpiewałam w chórze w kościele w Pomorsku. Ksiądz Hura krzyczał po nas w kościele jak się uczyliśmy śpiewać nie umiecie drugiej zwrotki zaśpiewać?. Później był ksiądz Gąsior (był muzykiem) i on strasznie nienawidził Niemców. Raz w Boże Narodzenie chcieliśmy zaśpiewać „Cichą Noc” na trzy głosy a on wrzeszczał dosyć tej niemieckiej kolędy. Myśmy się obraziły i nie poszłyśmy na chór śpiewać. Najgorzej było jeszcze w latach 50-tych, gdy śpiewaliśmy po łacinie, bo nikt nie wiedział co śpiewa. Jak brakło nam słów do melodii to się zaśpiewało byle jakie słowo po łacinie a jak słów było za dużo to się niektóre omijało. Tak widocznie musiało być. Głupi nie zrozumiał a mądry powiedział, że tak musiało być. Było nas kilka kobiet, które na stałe śpiewały w chórze. Teraz jeszcze ze Stefką Ziobrowską można zaśpiewać.
Raz też była taka śmieszna sytuacja, gdy byłam już mężatką. Przyszły po mnie koleżanki, żeby iść do kościoła śpiewać. A tu w domu pełno roboty. To krowy, to świnie, to dziećmi się trzeba było zająć. Musiałam się bardzo szybko ubrać. Rajstopy, bluzkę, płaszcz. W kościele tak stoję i coś czuję, że czegoś nie mam na sobie. Zapomniałam z tego wszystkiego spódnicy ubrać. Mieliśmy też taką koleżankę, co miała problemy w rodzinie i prawie cały czas płakała. A jak ona płacze to nie może śpiewać. Przychodziła do kościoła już cała zapłakana. Mówię jej:
-Stało się coś strasznego.
-Co?
Rozchylam płaszcz a ona w śmiech. W ten dzień tak dobrze nam się śpiewało, bo koleżanka przestała płakać. Przychodzę do domu rozbieram płaszcz, a mój mąż mówi.
-Gdzie spódnica?
-W domu.
-Zwariowała baba! Bez spódnicy do kościoła.

Po wojnie w Pomorsku moja młodość była bardzo fajna. Była nas gromadka chłopców i dziewcząt, która razem się trzymała ale jak to między młodymi – robiło się psikusy. Jak puszczałyśmy wianki to chłopcy nam dokuczali. Nie dawali się nam spokojnie wykąpać latem nad wodą. Jednak my dziewczyny nie byłyśmy im dłużne. Pamiętam taki żart, który sama zrobiłam takiemu Frankowi. To był kawał chłopa jak na swój rocznik i on często robił nam psikusy. Powiedziałam koleżankom, żeby zabawiały go w wodzie jak się będzie kąpał a ja zajmę się jego ubraniami. I tak zrobiłam. Franek się kąpał a ja mu do nogawek i rękawów mokrego piasku z brzegu nawciskałam. Ułożyłam koszulę z powrotem tak jak była i uciekłam do piwnicy restauracji przy Odrze. Po chwili słyszę już znad wody wrzask. Patrzę pozostałe dziewczyny biegną a za nimi goni ich Franek na rowerze w tych opiaszczonych ciuchach. Wesoło było. Za moje żarty Franek się zemścił. Złapał mnie, przerzucił przez ramię i biegał ze mną wkoło podrzucając. Wołał będziesz jeszcze tak robić? Tak długo ze mną biegał aż musiałam mu przyrzec że już więcej nie będę. Śmiechu było co niemiara.
Do tego bawiliśmy się w różne zabawy jak ciuciubabka albo graliśmy np. w siatkówkę. Brała udział w tym nie tylko młodzież. Przychodzili starsi jak państwo Różeccy, Zielińscy, Zaremby, Krzyżyńscy czy Mućkowie.
Duże zabawy taneczne były organizowane w pałacu, bo te duże sale były do tego idealne. Mniejsze potańcówki to w starej remizie u Maligrandowej. Tam też kino było.

Druga taka zabawna historia to jak poszłam kiedyś na zabawę z tym samym Frankiem. Wtedy nie było jakiejś wymyślnej bielizny tylko bawełniane majtki na gumce. Do tego było lato więc spódnica i bez rajstop. Tańczę z nim i naglę czuję coś dziwnego. Mówię do Franka.
-Zatrzymaj!
-Co się stało?
-Majtki lecą
.
Gumka strzeliła w majtkach. On szybko się skapował o co chodzi i złapał mnie za biodro żeby mi nie spadły. Wycofaliśmy się tyłem pod ścianę do kąta, żeby je zdjąć. On mnie zasłonił, żeby nikt nie widział a ja je ściągnęłam. Nie miałam gdzie ich schować. Franek mówi daj, ja do kieszeni schowam. Tańczyliśmy dalej przez resztę wieczora. Po zabawie Franek odprowadził mnie do domu i wracał z kolegami w kierunku swojego domu. Wtedy się zorientowałam że on ma w kieszeni moje majtki. Wołam za nim.
-Franek.
-Co?
-Majtki.
Aaa zapomniałem.
Wyciąga przy tych kolegach i prezentując wszystkim mi je oddaje. Żaden z tych kolegów nie zapytał się jakim sposobem moje majtki znalazły się u niego w kieszeni. Nikt się nawet z tego potem nie śmiał.

W 1953 roku wzięłam ślub z moim mężem Józefem. Urodziłam pięć córek: Stefanię (1954), Annę (1955),  Janinę (1958), Barbarę ( 1962) i Małgorzatę (1967). Pracowałam jako instruktorka teatralna w Pomorsku i strażniczka w Brzeziu na kopalni wapna. Mąż przez długi czas był listonoszem w Pomorsku. Mama zmarła w 1958 roku a ojciec w 1961. Mąż zmarł w 2003 roku. Mam już 40-letniego wnuka i 14-letnia prawnuczkę. Życie szybko przeleciało. Czuję się jakbym w ogóle nie żyła. Gdyby można cofnąć albo chociaż go zatrzymać. Stara Juretkowa – moja teściowa mówiła Przyszedł Piotr opadł jeden listek, przyszedł Eliasz spadły dwa , jesień mówi przyszłam ja.

Na starość napisałam nawet wiersz.

Powiadają starość jest okresem złotym,
Kiedy spać się kładę zawsze myślę o tym,
Uszy mam w pudełku, zęby w szklance studzę,
Oczy na stoliku zanim się obudzę,
Jeszcze przed zaśnięciem ta myśl mnie nurtuje,
Czy to wszystkie części, które się wyjmuje?

Adam

Florentyna Juretko w młodości

Florentyna Juretko w młodości

Sie 012015
 
Florentyna Juretko

Florentyna Juretko

Po Rosjanach przyszli w czerwcu 1941 roku Niemcy. Dla nas nastały jeszcze gorsze czasy. Zaczęła się prawdziwa masakra dla zwykłej ludności. Wkroczenie w 1941 roku Niemców pamiętam bardzo okropnie. W pierwszy dzień, gdy wjechali do naszej wioski to wypędzili wszystkich mężczyzn na ulicę. Starych i młodych. Wybrali dwunastu mężczyzn, zawieźli ich na łąki za wieś i tam ich rozstrzelali. Wśród tych mężczyzn znalazł się mój przyszły szwagier Boguszewicz, lecz jakiś stary dziadek dał mu baranią czapkę i to go uratowało. Następnie zapędzili ojców tych mężczyzn, żeby zakopali swoich synów. Niemcy byli bezwzględni i brutalni. Przed żołnierzem rosyjskim człowiek się jeszcze mógł jakoś wytłumaczyć. A Niemcy nie słuchali żadnych tłumaczeń, tylko od razu zastrzelili. Ja jak widziałam Niemca z daleka to mi w ustach wysychało ze strachu.

Rosjanie uciekali w popłochu i za naszą wioską Niemcy zbombardowali ogromny sowiecki tabor broni i żołnierzy. Po prostu zmietli ich z powierzchni ziemi. Na polach leżało mnóstw padniętych koni, ludzkich zwłok i porozrzucanej broni. Był wtedy przełom czerwca i lipca, dlatego Niemcy zgonili ludzi, żeby uprzątnąć to pobojowisko aby nie wybuchła jakaś epidemia. Później ludzie i tak chorowali. W zimie na tyfus, a latem na krwawą dyzenterię. Z pól pozbierano wszystko ale w lesie można było znaleźć jeszcze martwych żołnierzy.
Pamiętam też taką historię, że zaraz po wkroczeniu Niemców partyzanci albo zabłąkani sowieccy żołnierze z tego rozbitego taboru postrzelili Niemca. Ktoś doniósł, że w naszej wiosce albo w sąsiedniej Litówce ukrywają się partyzanci. Niemcy przyjechali i zaczęli szukać. Przy okazji też komuś z rodziny państwa Zieleniewskich (także przyjechali po wojnie do Pomorska) zabrano z pastwiska klacz, która karmiła małego źrebaka. Mieli także konia ale wzięli pierwsze lepsze zwierzę z łąki. Wtedy z rodziny Zieleniewskich, niejaki Kiełbasa, który znał język niemiecki poszedł do Niemców poprosić ich, żeby oddali klacz a wzięli konia. Gdy dochodził już do Niemców, Ci zaczęli coś do niego krzyczeć żeby się zatrzymał, a on się wystraszył i zaczął uciekać do wsi. Niemcy wtedy zaczęli za nim gonić. Myśleli, że to jeden z partyzantów. Postrzelili go ale zdołał uciec w żyto. Było to 7 lipca w prawosławnego Jana. Za to Niemcy wybrali 7 Janów spośród mieszkańców i ich rozstrzelali. Na szczęście nie wzięli mojego ojca, który miał też na imię Jan.
Kolejnym bestialstwem ze strony Niemców było rozstrzelanie mojego jedynego brata. Brat zapisał się do niemieckiej policji, żeby dostawać kartki na żywność i papierosy. Kto pracował dla Niemców ten dostawał kartki. Tata i mama oboje palili papierosy to kartki się im przydały. Brat jednocześnie współpracował z partyzantami i zbierał dla nich po kryjomu broń z tego rozbitego taboru. Szukał w lesie zwłok i zabierał broń dla partyzantów. Któregoś dnia Niemcy złapali go na gorącym uczynku. Miał oficjalny sąd (może przez to, że miał niemiecko brzmiące nazwisko). Mógł uciec, bo miał kolegów w policji i oni by pomogli w ucieczce ale nie chciał. Nie wiadomo czy Niemcy nie zemściliby się na reszcie rodziny.

W naszej wiosce społeczność składała się z 4 wyznań. Rodzin katolickich było tylko cztery. Dużo było Żydów, Prawosławnych i Tatarów. Z kolei w Niedźwiedzicach, gdzie była nasza parafia było tylko parę żydowskich rodzin ale za to w Lachowiczach praktycznie było tak: piekarnia – prowadzi ją Żyd, kowal – Tatar, sklep – Żyd, krawcowa – Tatar itp. W tej miejscowości były aż cztery świątynie: kościół, cerkiew, meczet i synagoga. Jakoś ludzie się tolerowali ze swoimi religiami. Niemcy szczególnie krwawo rozprawili się z Żydami. Najgorsze, że moja siostra Regina była bardzo podobna do Żydówki. Miała czarne włosy, śniadą cerę, czarne oczy i lekko zgarbiony nos. Faktycznie można ją było wziąć za Żydówkę. Pewnego razu w Lachowiczach ledwo się wywinęła z obławy na Żydów. Niemcy wywozili Żydów do niedalekiego obozu koncentracyjnego w Kołdyczewie. Ja byłam blondynką i to tak jasną że mówili nawet to są tlenione włosy. Teraz jestem bardzo zadowolona z mojego koloru włosów. Siwy do wszystkiego pasuje i nie widać odrostów.
W obozie w Kołdyczewie zginął także nasz sołtys. Na początku Niemcy założyli gminę u nas we wsi, lecz ją wkrótce przenieśli do Lachowicz. Jako sekretarza zatrudnili rosyjskiego lejtnanta, który był u nich w niewoli. Znał dobrze język rosyjski i polski. Gdzie coś usłyszał to zaraz donosił Niemcom. Sołtys jeździł często na gminę i załatwiał młodzieży odpowiednie dokumenty, żeby uniknęli wywózki na roboty przymusowe. Do tego współpracował z partyzantami. Prawdopodobnie sekretarz usłyszał „nielegalną” rozmowę sołtysa i go wydał.

Jak już wspomniałam Niemcy wywozili także młodzież na roboty do Rzeszy. Przyjeżdżali znienacka na wioskę i robili łapankę. Było też dwóch chłopaków, którzy sami się zgłosili na wyjazd. Przeżyli wojnę i wrócili do domów. Moja siostra Regina była tylko 3 lata starsza ode mnie ale urodziwa i przez to chowała się przed Niemcami, żeby jej nie wywieźli do Rzeszy.
Udrękom ze strony Niemców nie było końca. Chodzili i zabierali ludziom świnie, jajka itp. Chociaż byli też tacy co przychodzili i kupowali od Polaków płody rolne. Najbardziej im smakowała słonina, którą nazywali „szlonina”.

Po tym jak Polska w 1939 roku zniknęła z mapy Europy skonfiskowano nam cegielnię, a żyć z czegoś trzeba było. Mama w czasie wojny, żeby utrzymać rodzinę to chodziła w okolice lotniska w Baranowiczach handlować bimbrem. Chodziła tam z moją starszą siostrą. Pierwszy raz jak przyszły w okolice lotniska to wyszedł do nich Czech, który był strażnikiem i się pyta mojej siostry: co to panienko niesiesz? a mama odpowiedział to jagody!. Czech na to jakieś dziwne te jagody, bo robią plum plum plum? Mama dała mu butelkę bimbru i później jak je tylko zobaczył to zaraz biegł kupić bimber.
Jedyną dobrą rzeczą, która mnie spotkała w czasie niemieckiej okupacji było przyjęcie Pierwszej Komunii. Pamiętam to jak dziś. Był to piątek.

Ponieważ mieszkaliśmy na kolonii oddalonej około 1,5 km od centrum wsi to czasami nawiedzali nas też partyzanci. Nas nie nagabywali do wstąpienia w ich szeregi, bo z naszej rodziny nie miał kto. Ojciec za stary a brat nie żył. Wystarczyło, że im się pomogło. Jedzenia dało, wyprało itp.
Pamiętam też, że zrzucono kiedyś 7 partyzantów na spadochronach. Chodzili często przez nasze podwórko na skróty w stronę torów kolejowych. Pewnego razu zrobiono na nich zasadzkę i jednego zraniono. Tata wtedy im powiedział, że mają nie chodzić przez nasze podwórko, bo to zbyt niebezpieczne dla naszej rodziny. Posłuchali, dlatego uważam że to byli poczciwi partyzanci. Niekiedy było też tak, że pod przykrywką partyzantów działali bandyci. Takich bandytów prawdziwi partyzanci tępili. Dwa tygodnie przed ponownym przyjściem Rosjan ktoś wydał tych siedmiu partyzantów z desantu i Niemcy ich zabili. Partyzanci najczęściej wysadzali w powietrze pociągi. Najbardziej zależało im na pociągach z bronią i żywnością.
W 1944 roku, gdy Niemcy byli już w odwrocie to Rosjanie podjechali nad rzekę Szczarę i tam stali przez kilka dni a nas wygonili, żebyśmy się gdzieś ukryli, ponieważ może dojść do krwawej bitwy. Samoloty latały, strzelały czołgi i armaty ale jakiejś znacznej potyczki nie było. Niemcy uciekli.

Adam

Lip 252015
 
Wojewoda Jan Krahelski (źródło zdjęcia Wikipedia)

Wojewoda Jan Krahelski (źródło zdjęcia Wikipedia)

Wchodzimy do kuchni. Za stołem siedzi Pani Florentyna. Od razu widać po twarzy starszej Pani, że rozmowa będzie ciekawa. Pani Florentyna to osoba bardzo sympatycznie nastawiona do życia. Jednak to co urzeka słuchacza to ogromne poczucie humoru – wprost niespotykane.
Pomorsko. Upalny 4 lipiec 2015 roku. Wielkie podziękowania dla Jana Jarosza – wieloletniego mieszkańca Pomorska, który towarzyszył przy rozmowie.

Nazywam się Florentyna Juretko z domu Szotmiller. Moje nazwisko panieńskie Szotmiller jest niemiecko brzmiące, bo moi pradziadkowie i prapradziadkowie ze strony ojca pochodzili z Bawarii. Pamiętam jeszcze moją prababcie, która świetnie znała niemiecki ale gorzej język polski. Gdy starała się mówić po polsku to ją dzieci przedrzeźniały, np.. zamiast chłopiec to klopiec. Ojciec jednak niechętnie wspominał pochodzenie jego rodziny, ponieważ był bardzo cięty zarówno na Niemców jak i na Rosjan. Wszystkich Rosjan zresztą nazywał kacapami. Gdy był zdenerwowany na kogoś to nazywał go kacapem. Była to największa obelga z jego ust. Nawet po wojnie. Szotmiller jest to zlepek dwóch nazwisk. Szot i Miller. Dlaczego dwa razem połączone nazwiska? Skąd się wzięło to bardziej niemieckie niż polskie na nazwisko na dalekich kresach przedwojennej Polski? Tego nie wiem.

Urodziłam się na Białorusi w 1929 roku. W ówczesnym województwie nowogródzkim, w powiecie baranowickim, gminie Niedźwiedzica na kolonii wsi Olchowce. Nasza wieś Olchowce była usytuowana tak samo jak Pomorsko. Tyle samo było do lasu jak w Pomorsku. Taki sam odcinek jak do Brzezia przez las było do małej wioseczki Litówka.

Było nas 11-ścioro rodzeństwa w czym było 10 panienek i jeden chłopak. Ja byłam ostatnia z rodzeństwa – najmłodsza. Byłam takim „znioskiem”. Jak się kura kończy nieść to ostatnie jajka nazywa się „znioski”. Wszyscy też mówili, że Szotmillerowi jako ostatni powinien urodzić się syn a była znowu kolejna dziewczyna. Może coś w tym jest, ponieważ w młodości byłam bardziej skora do psikusów, tak jak chłopcy, niż spokojna jak dziewczyna.

Przed wojną żyło nam się dobrze. Ojciec Jan Szotmiller urodzony w 1880 roku razem z moją mamą Anną urodzoną w 1887 roku mieli 1/3 udziałów w cegielni we wsi Mazurki. Pozostałe 2/3 udziałów miał znany wojewoda Jan Krahelski, którego córka Krystyna Krahelska zginęła w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego. Krystyna Krahelska była poetką i harcerką. Użyczyła wizerunku swojej twarzy do pomnika Syreny nad Wisłą w Warszawie, a także napisała słowa i melodię „Hej chłopcy, bagnet na broń”. Jan Krahelski zgodził się płacić na naszą rodzinę kasę chorych, bo przy takiej liczbie dzieci nie wiadomo kiedy pomoc medyczna będzie potrzebna.
Wojewoda Krahelski zatrudniał robotników a nasz tata sam pracował ze swoją rodziną.

Krystyna Krahelska (źródło zdjęcia Wikipedia)

Krystyna Krahelska (źródło zdjęcia Wikipedia)

Pomnik Syrenki warszawskiej z twarzą poetki (źródło zdjęcia Wikipedia)

Pomnik Syrenki warszawskiej z twarzą poetki (źródło zdjęcia Wikipedia)

Ojciec był taki, że gdzie by go posadził tam będzie siedział i się nie ruszy. Pracował ciężko, bo w cegielni praca była ciężka ale nic nie umiał załatwić. Był postawnym, bardzo dobrze zbudowanym mężczyzną. Z kolei mama była drobniutka. Ważyła tylko 44 kg ale wszędzie weszła i wszystko załatwiła. Nie było praktycznie takiej sprawy, której mama by nie załatwiła. Ojciec zawsze mówił Hanka załatw to, załatw tamto. Mama miała na imię Anna ale wszyscy mówili do niej Hanka.
Tak ojciec pracował w spółce z Krahelskim, aż pewnego razu jedna z sióstr zachorowała i w szpitalu okazało się, że przez te wszystkie lata nie jesteśmy ubezpieczeni. Wtedy leki były bardzo drogie. Mama jakoś swoimi sposobami załatwiła prywatnie potrzebne lekarstwa. Później poszła do wojewody Krahelskiego i go zwymyślała od Żydów smarkatych i oszustów. Tata poszedł do Krahelskiego na drugi dzień. Wojewoda mu powiedział nie gniewam się na Ciebie i zasłużyłem ale tak mnie strasznie sponiewierała Twoja żona. Po tym mama powiedziała nie będziesz już współpracował z Krahelskim. Ziemi jest za tyle, że nam też starczy. Ojciec zaczął szukać nowego miejsca. Znalazł glinę za rzeką Szczarą w wiosce Lachowicze. 12 km od cegielni Krahelskiego. Sam wybudował piec do wypalania cegły i potrzebne zabudowania w cegielni. Długo jednak ojciec nie pracował w swojej cegielni, bo zaraz wybuchła wojna i skończyło się wszystko.

Zawsze mieliśmy też jedną krowę. Dzierżawiliśmy kawałek łąki i trzymaliśmy krowę, żeby było mleko, śmietana i masło.
Przed wojną skończyłam 2 klasy polskiej szkoły i we wrześniu 1939 roku miałam iść do 3 klasy lecz wybuchła wojna.
Pod okupacją sowiecką przez rok chodziłam do rosyjskiej szkoły. Po tym roku pisałam i czytałam lepiej po rosyjsku i białorusku niż po polsku. Chociaż białoruski język jest dużo trudniejszy niż rosyjski, zarówno w mowie jak i piśmie. Niemcy natomiast w szkole mieli założyć sztab ale szkołę spalili i nie było już gdzie chodzić się uczyć. Tak teraz się śmieję, że skończyłam dwie klasy i pół korytarza. Człowiek pisać, czytać i liczyć umie, a niczego więcej się nie zdążył nauczyć.
W 1939 roku we wrześniu weszli Rosjanie. Ja wtedy byłam u starszej siostry Adeli, która mieszkała 6 km od Nieświeża w lesie, w leśniczówce pod miejscowością Stołpce, ponieważ miałam zacząć stamtąd chodzić do szkoły w miejscowości Łań. Jest miejscowość i rzeka Łań. W Stołpcu natomiast była ostatnia stacja kolejowa przed granicą radziecko-polską. Mąż siostry, czyli mój szwagier, był łowczym w lasach u księcia Radziwiłła. Doglądał i dbał o leśną zwierzynę. W nocy 17 września przyszli Ruscy. Jechali czołgami. Nie widziałam, żeby kogoś rozstrzelali. Rewidowali jedynie domy i mieszkania podejrzanych o posiadanie broni albo o współpracę przeciwko Rosjanom. W 1940 roku zaczęły się wywózki na Syberię. Kto miał jakiś majątek był nazywany burżujem i go w pierwszej kolejności wywożono. Taki sam los spotykał pracujących na państwowych posadach np. leśniczych czy pocztowców. Dlatego moja siostrę Adele z rodziną wywieźli, bo szwagier był łowczym. Wrócili z zsyłki latem 1946 roku.
Jeszcze gorszy los spotkał moją drugą najstarszą siostrę, która także w chwili wybuchu wojny była już mężatką i miała dziecko. Wywieźli ich aż do Azji Mniejszej. Najpierw zmarło jej dziecko a potem mąż. O śmierć męża siostra bardzo długo po wojnie się obwiniała, ponieważ dawali im tymczasowe dowody osobiste i ona powiedziała mężowi, że jak weźmie taki dowód, to tak jakby przyjął sowieckie obywatelstwo. Zabroniła mu tego dowodu. A Rosjanie wszystkich tych co nie wzięli dowodów zabrali do więzienia. Kto miał dobre zdrowie to przetrwał do podpisania układu Sikorski-Majski i wyszedł z więzienia, a kto miał słabsze zdrowie ten zmarł w więzieniu. Jej mąż chorował na nerki i nie przeżył tego więzienia. Siostra jeździła do niego do więzienia na wielbłądzie i prosiła władze, żeby go wypuściła. Nic to jednak nie pomogło.

Adam

Translate »