Sty 092017
 

Browarnik Karl Schubert

Przedstawiamy wspomnienia  Siegfrieda Heidera, który w latach 70-tych XX wieku odwiedził swoją rodzinną miejscowość Groß-Blumberg a swoje odczucia opisał w artykule  zamieszczonym w czasopiśmie  „Crossener Heimatgrüße”. Niestety Siegfried opisuje budynki wsi, które nie przetrwały zawieruchy wojennej i powojennej.

Mój dziadek od strony matki – browarnik Karl Schubert z Prus Wschodnich, wziął ślub w 1880 w Berlinie z moją babcią Caroline z Turyngii, a następnie udali się na siedem lat do Rosji. Dziadek pracował w Jekaterinoslawiu nad Dnieprem jako piwowar. Następnie para wróciła do Niemiec i browarnik Schubert nabył koło Groß-Blumberg 7830 mkw ziemi. Obejmujące część dawnej winnicy. Zbudował tam browar z zajazdem, a później dom. Warzył ciemne piwo. Potrzebny chmiel dziadek zbierał na pobliskim polu, „Federecke”. Piwo dostarczał w małych beczkach lub także „luzem” w wielkiej beczce na konnym zaprzęgu bezpośrednio do konsumentów w okolicznych wioskach. Z sześciorga dzieci małżonków Schubert, troje urodziło się w Rosji, a troje młodszych w tym moja matka, przyszło na świat w Groß-Blumberg. Najstarszy syn Ernst nauczył się także warzenia piwa, ale poległ w pierwszej Wojnie Światowej. Po śmierci dziadka w 1916 roku browar został zamknięty. Zajazd dalej prowadzili moi rodzice, o którym mieszkańcy Groß-Blumberg mówili „Beim Bräuer”. Także mnie nazywano jeszcze „Bräuersch Siegfried”.
Kiedy w roku 1974 wraz z żoną i córką odbyłem pierwszą podróż do ojcowizny, to szukałem naturalnie mojego dawnego domu, który był z boku wioski na skraju z lasu. Musiałem stwierdzić, że tam, gdzie kiedyś stał nasz dom jest tylko płaski teren, z dziko porośniętymi krzewami i drzewami wzgórzem. W ogóle, wszystkie budynki, które stały poza Groß-Blumberg, zostały zrównane z ziemią. Dotyczy to na przykład domu naszych sąsiadów Heißmannów, jak i wiatraku i całego „Dürre Katze”. Pełen entuzjazmu pokazałem żo
nie i córce, z zewnątrz miejsca w których spędziłem dzieciństwo i młodość, moją piękną szkołę, drogę do szkoły, którą kiedyś chodziłem boso a teraz spróbowaliśmy razem. Ale to było zabawne! Prowadziłem moją rodzinę dalej na naszą posesję z ogrodem, w której nawet jabłoń jeszcze stoi, i nasze wzgórze z lasem. Małe sosenki zasadzone niegdyś przez mojego dziadka, a teraz jest to okazały las. Mieliśmy zaplanowane, aby wziąć jakieś pamiątki z obecnego domu. Kopaliśmy w gruzie, i moja żona faktycznie odkryła ku radości wszystkich małe miedziane miski. Wprawdzie były pokryte patyną, ale od razu sobie przypomniałem, że kiedyś należały do mojej matki. Poza tą najpiękniejsza pamiątką z podróży spakowałem też kilka wyszukanych kamieni, i niektóre pędy dzikiego wina, które rosły już za czasów dziadka od strony południowej browaru i obecnie zarastają sklepienia dawnych piwnic. Przewiezione pędy rosną teraz w naszym ogrodzie w Rüsselsheim.
La
s obok naszego dawnego majątku i teren parafialny zostały wykarczowany do drogi do Klein-Blumberg, ale w międzyczasie ponownie obsadzony. Udaliśmy się wzdłuż do Federmühle, który znajdował się tuż przy granicy powiatu koło Hammer i był kiedyś popularnym miejscem wycieczkowym. Ale z młyna nie zostało nic. Również naprzeciwko mały dom, stara siedziba młynarza Hermanna, jest tylko kupą porośniętych krzaków. Tak samo nie ma trzeciego budynku od sędziego. Tylko stary most nad strumykiem Heidemühle nadal istnieje, tak że dzisiaj z Groß-Blumberg do Hammer można przejechać autem. Od wschodniej części mostu znajdował się się staw młyński, gdzie była spiętrzana woda i my jako dzieci podziwialiśmy jak zasila duże młyńskie koło, teraz nie widać prawie nic. Czasami wiosłowaliśmy łódką młynarza na krzyż i w poprzek po idyllicznej wodzie. Dziś jest to w dużej mierze zamulone przez liczne rośliny bagienne i otaczające wysokie drzewa liściaste. Tylko w środku przeciska się potok, któremu kierunek wody nadaję gąszcz brzóz.
Przy naszej drugiej wizycie w powiecie Crossen w 1976 wędrowaliśmy w osiem osób – moje dwie siostry i ich rodziny i tym razem byliśmy także w Rollmühle. Stary kamienny drogowskaz stoi jeszcze dzisiaj na rozwidleniu do Federmühle i Rollmühle. Napis jest wyblakły. Ponowne znakowanie jest bezcelowe, ponieważ obydwóch grup budynków już nie ma. Na tyłach tego kamienia są kamienne schody, które były bardzo przydatne w dzieciństwie do wspinania się. Ponownie nie mogłem się oprzeć wspiąć i skoczyć. Zrobiliśmy małą wycieczkę, w drodze do Rollmühle odbiliśmy w kierunku Luch, bagienne wrzosowiska, w otoczeniu lasu sosnowego. Niegdyś ten teren był piękny a dzisiaj niestety suchy i stepowy. Prawdopodobnie zostało to spowodowane przez rozległy wyrąb lasu w okolicy.
W Rollmühle nie stoi już żaden budynek, oprócz ogromnej tamy. Położony na północ ten ogromny zbiornik został utworzony w trakcie wznoszenia niemieckich umocnień granicznych, obecnie jest zamieszkały przez liczne gatunki ptaków wodnych, w pięknej, spokojnej naturze. Tam gdzie kiedyś był młyn i duża posiadłość rolna Frahnsa z budynkami gospodarczymi teraz znajdziemy tylko niewielkie kupki porośnięte krzakami.
Przeszliśmy brzegiem wzdłuż wspaniałego strumienia w kierunku Klein-Blumberg. Po lewej stronie stronie drogi na polu przywitał nas miło pracujący tam Polak. Z powodzeniem zbierając grzyby docieramy z powrotem lasem przez Hunde-Bergen do punktu wyjścia Groß-Blumberg.

Tłumaczenie Adam i Janusz

Lis 142016
 
Jest to parowiec kołowy "Johannes" mieszkańca Groß-Blumbergu Heinricha Damschke z akwenu Berlin (przedmieścia Rummelsburga). Holownik został zbudowany w stoczni Schichau w 1877roku w Elblągu i wysadzony przez Wehrmacht w Kostrzynie na początku 1945 roku.

Parowiec kołowy „Johannes”

Holowniki rodziny Damschke/Zaube z Groß-Blumberger – dwa do 1963 roku popłynęły dla NRD

W artykule „Właściciele parowców z Klein- i Groß-Blumbergu” Kurt Kupsch wspomniał tylko pokrótce o rodzinie Damschke , ponieważ miał o nich nie pełne informacje. Kurt Kupsch jednak miał okazje na spotkaniu byłych mieszkańców powiatu Crossen w czerwcu 1994 w Rödinghausen zasiąść przy stole z braćmi Manfredem i Arno Zaube – wnukami Heinricha Damschke, którzy przeczytali artykuł i i byli trochę rozczarowani, że jest tak mało o ich rodzinie. Kurt Kupsch obiecał wtedy, że poprawi swoje zaniedbanie i w tym czasie zgłębił swoją znajomość przez telefon i przez przyjacielską korespondencje. Efektem tego był kolejny artykuł uzupełniający informację o rodzinie Damschke zamieszczony w czasopiśmie „Crossener Heimatgrüße”.

Żegluga odrzańska rozwijała się i bogaciła gospodarczo region. Nawet mieszkaniec Groß-Blumbergu Heinrich Damschke w tym uczestniczył. Kupił w 1902 roku, mając zaledwie 32 lata, parowiec kołowy „Johannes” i przyjmował każde zlecenie. Pływał po Odrze i po innych brandenburgskich drogach wodnych. W rodzinnej miejscowości holował prom z jednego brzegu do drugiego, jeśli podczas powodzi prom nie mógł normalnie pływać. Heinrich Damschke zbudował z żoną, synami Alfredem i Rudolfem oraz córką Ella i zięciem Siegfriedem Zaube interes, pływający zakład. Podczas II wojny światowej „Johannes”, zbudowany w 1877 roku w stoczni Schichau w Elblągu, którego wygląd był rozpoznawalny jako weterana z XIX wieku, pływał najpierw dla urzędu ds. budowy dróg wodnych. W 1943 roku był nawet włączony do służby dla Wehrmachtu ze względu na niskie zanurzenie i używany na Wiśle i Bugu. Jego właściciel i kapitan udał się w wieku 73 lat na zasłużoną emeryturę. W zimie 1944 /45, przetrwał ruchy wojsk i był zacumowany w państwowym budynku stoczni w Kostrzynie. Tam żołnierze niemieccy wysadzili go, kiedy musieli cofnąć się przed sowieckim naporem. Polacy później zezłomowali wrak. „Johannes”, który z pewnością nigdy nie był poważnym konkurentem dla dużych holowników z przełomu XIX i XX wieku w śląskiej spółdzielni żeglugowej i innych przedsiębiorstwach żeglugowych, ale karmił rodzinę do 1943 roku kiedy państwo położyło na nim „łapę”. Najstarszy syn, Alfred Damschke kupił w 1926 roku swój własny mały holownik, który nazwał „Rudolf Alfred”. Również na tym statku załoga składała się zwykle z członków rodziny. Pod spodem na starym przedrukowanym zdjęciu wyraźnie widać jak ojciec Heinrich Damschke pomaga synowi lub zięciowi(o którym jeszcze wspomnę), kiedy jego „Johannes” doświadczył złych czasów i nie holuje. Parowiec ” Rudolf Alfred ” przetrwał zawieruchę wojenną oraz wczesny okres powojenny i został wycofany z użytku, ponieważ holowniki zostały zastąpione pchaczami. W 1963 poszedł na „złom” . Został wycofany ze służby i zezłomowany w 1970 roku w Eisenhüttenstadt. Córka Heinricha Damschke Ella i jej mąż marynarz Siegfried Zaube w latach 20-tych również dążyli do samodzielności. Para kupiła w1928 roku dobrze wyglądający statek, wybudowany w 1923 roku przez szczecińską stocznię dla przedsiębiorstwa żeglugi Retzlaff. Statek początkowo nazwano „Mimi”, wysoko postawiony poprzedni właściciel zmienił na „Kurt”, a mieszkaniec Groß-Blumbergu Siegfried Zaube z „Manfred ” zmienił jego nazwę na „Narwa”. Z tą nazwą parowiec przybył do przedsiębiorstwa państwowego Binnenreederei w NRD . Siegfried Zaube zmarł w 1953 roku w skutek wypadku, którego doznał na pokładzie. Następnie „powinności” wobec zleceń wykonywali jego synowie Manfred i Arno a statek został upaństwowiony w NRD i synowie mogli nim pływać jako jego pracownicy. Również ten holownik – ostatni z rodzinnego Groß-Blumbergu został wyłączony z eksploatacji w 1963 roku. Marynarze – syn i zięć byli jeszcze kilka lat po II wojnie światowej powiązani z założycielami blumbergowskiej dynastii armatorów, Heinrichem Damschke. Kiedy rodzina opuszczała dom w 1945 roku zadała oczywiście pytanie: „Dokąd?” Parowiec „Manfred”, który teraz nazywał się „Narwa”, był pierwszym schronieniem. 75-letniego i bogatego w doświadczenia Heinricha Damschke, który został znowu kapitanem. Trwało to, aż do 1949 roku. Potem pracował na tym samym stanowisku na „Rudolf Alfred” do 1953 roku. Wreszcie wypuścił stery z rąk i spędził ostatnie lata swego życia u swojego syna Rudolfa, który był właścicielem tartaku drewna opałowego w Werndorf koło Erkner. Heinrich Damschke tam zmarł w 1959 roku w wieku 89 lat. Pamięć o nim i o parowcach zachowała rodzina, zwłaszcza jego wnuki Manfred i Arno Zaube, od których ja również otrzymałem kawałek żeglarskiej historii powiatu Crossen i przykładowe zdjęcia.

Tłumaczenie Adam i Janusz

Paź 142016
 
Bródki

Bródki

W artykule „Od Stahns młyna do domu Exlerów” autor Kurt Kupsch „spacerował” po Klein-Blumberg czyli dzisiejszych Bródkach. Kurtowi Kupschowi udało się także stworzyć przedwojenny plan Klein-Blumberg, na którym dokładnie zaznaczył domy oraz wypisał ich właścicieli. Natomiast w nawiasach podał przezwiska, które niekiedy jak wspominany kiedyś Reinhold Petzke (Schillers), były bardziej rozpoznawalne niż same nazwiska. Plan przedstawia stan z przełomu roku 1938/39. Imponująca jest liczba 72 domów mieszkalnych oraz budynki szkoły i młyna z tartakiem. W tym kilka domów było dwurodzinnych. Niestety początek roku 1945 zniszczył blisko 60% domów mieszkalnych w wiosce. Obecnie Bródki mogą poszczycić się nieco ponad 30 domami. Zapraszamy mieszkańców Bródek do odnajdywania swoich domów na planie.

Szczególne podziękowania dla naszego przyjaciela z Niemiec – genealoga-hobbystę Manfreda Hansela, który zdobył dla nas ów plan.

 

Plan Klein-Blumberg

  1. Nippe, Otto (Exlers)
  2. Kupsch, Adolf (Kaufmann Kupsches)
  3. Lange, Ewald (Aurichs) und Lange, Lina
  4. Stobernack, Reinhold (Schulzes)
  5. Witzlack, Paul (Schiffseigner)
  6. König, Hermann
  7. Petzke, Reinhold (Schillers)
  8. Lange, Paul (Villa-Kupsches)
  9. Jäkel, Heinrich
  10. Hauch, Wilhelm

GRABEN (rów)

  1. Henschke, Hermann

WEG ZUR ODER (droga do Odry)

  1. Schön, Willi (Schloits)
  2. Lange, Reinhars (Hornes)
  3. Höhne, Reinhold (Kaufmann Nippes)
  4. Nippe, Alfred (Dampfer-Nippes)
  5. Mattner, Paul (Schwalbes) und Noack, Franz (Kaufmann)

WEG ZUM MÜHLFELD (droga na młyńskie pole)

  1. Schulz, Gustav
  2. Die Schule (szkoła)
  3. Lange, Paul (Schwobekupsches)
  4. Friesewald, Hermann (Kliems)
  5. Wilzack, Gustav (Preußes)
  6. Stahns Mühle mit Wohnhaus
  7. Stahns Gesindehaus – Vietze und Zerbe
  8. Stahns Sägewerk und Dauernhof
  9. Kleinvogel (Preußes Selma)
  10. Löchel, Ernst
  11. Vollmar, Paul / Gaffling, Herbert
  12. Hoffmann, Willi (Deckers)
  13. Pächnatz, Ernst / Klauke, Martka (Klaukes)
  14. Hirthe, Otto
  15. König, Heinrich (Heißner)
  16. Schmidt, Hermann (Nuß) und Janthur Paul
  17. Stellmacher, Paul (Backers)
  18. Höhne, Bertha
  19. Nippe, Bruno (Heißner)
  20. Eisemann, Agnes (Hampels) Gastwirtschaft und Saal
  21. Klauke, Paul (Schmiedeappels)
  22. Nippe, Bernhars (Kriegerpetzkes)
  23. Kulisch, Ernst
  24. Lange, Reinhold (Appels)
  25. Höhne, Herbert und Lange (Höhnes)
  26. Lange, Bertha
  27. König, Willi (Frietzes)
  28. Nippe, Otto (Hoffmanns)
  29. Stobernack, (Jäckels) Paul
  30. Müller, Anna (Owsarek)
  31. Witzlau, Hermann
  32. Conrad, Adolf und Heiterhoff, August
  33. Frietze, Oskar
  34. Dittmann, Kurt (Glogers)
  35. Höhne, Anna (Fellers)
  36. Schmidt, Paul
  37. Nippe, Willi
  38. Petzke, Otto (Magnus)
  39. Pfeiffer, Reinhard
  40. Schmidt, Matha (Pankowski)
  41. Das Gemeinde-Armen-Haus (Schlanßes)
  42. Lange, Arthur (Ruttkes)
  43. König, Paul (Arnolds)
  44. Schmidt, Reinhold (Hindemiths)
  45. Handke, Paul
  46. Appel, Hermann (Seiferts)
  47. Mattig, Emma
  48. Schulz, Martha (Schubets) und Rossel, Gustav
  49. Marschall, Gustav (Schillers)
  50. König, Gustav (Schloßkönig)
  51. Pächnatz und Vogt, Bertha
  52. Schneider, Auguste und Schneider, Bertha (Königs)
  53. Stadach, Otto
  54. Lange, Gustav (Franzes)
  55. Lange, Otto
  56. Glasing, Adolf (Höhnes)
  57. Büttner, Otto
  58. Büttner, Hugo
Wrz 052016
 
Bródki

Bródki

Przedstawiamy tłumaczenie artykułu autorstwa Kurta Kupscha zamieszczonego w  czasopiśmie „Crossener Heimatgrüße”. Kurt Kupsch wspomina przedwojenny Klein-Blumberg. Ciekawe czy mieszkańcy Bródek wiedzą o które domy chodzi?

Społeczność ta na początku lat 30-tych w konkursie pod hasłem „Nasza wieś jest piękna” została uznana za najpiękniejszą wieś powiatu Crossen, usłyszałem to niedawno od kogoś kto tam dorastał. Dowiedziałem się z przedruku Heimatkreisbetreuers, że Klein-Blumberg miał około 330 mieszkańców i około 50 numerów domów. Wszystko to spowodowało, żeby wykonać z czytelnikami „Heimatgrüße” w myślach spacer przez wieś. Klein-Blumberg nie był tak mały. Doszedłem do tego wniosku, kiedy rozpoczynałem spacer na zachodnim wjeździe. Na początku duże wrażeniem robi Stahns młyn z trzypiętrowym budynkiem mieszkalnym i przemysłowym na prawo, a także tartak i romantyczny staw młyński z płaczącymi wierzbami na brzegu i siedliskiem łabędzi na środku i po lewej. Chociaż młyn administracyjnie należał do Deutsch-Nettkow (Straßburg a. O.), ale dla gości, którzy przybywali na przykład ze stolicy powiatu był ładnym wstępem do Klein-Blumbergu. Z pewnością niejedna wioska chciałaby mieć równie atrakcyjne wejście. Staw był odławiany każdej jesieni. A w zimie można było na lodowej powierzchni „ślizgać się” i jeździć na łyżwach. Strażnik Eisermann – mieszkał tuż prawdziwy „profesjonalista”. Z pracowitością i gorliwością próbował innych łyżwiarzy nauczyć swoich pętli i piruetów. Tuż za stawem stał dom zarządcy Stahns młyna. Dalej patrzymy po lewej na dobrze utrzymaną posiadłość: sklep mięsny, piekarnia i gospodarstwo rolne Vollmersów. Po prawej stronie drogi graniczą ze sobą dwa dumne gospodarstwa rolne: Preußes i Kliems. Dalej przy wejściu do wsi stoi dom – jeśli dobrze pamiętam – Linden, nie duży, ale ładny. Nieco dalej ukazuje się duży dziedziniec szkolny. Sama szkoła stoi w głębi. Obok jej wejścia można było przeczytać napisane dużymi literami: „Nauka przynosi zaszczyt”. O synu zasłużonego wiejskiego nauczyciela Hans Walter i Hänschen krążyły anegdoty. Jeszcze dziś niektórzy moi dobrzy znajomi sprawdzają moją pisownie i ortografię i muszę powiedzieć: Nauczyciel Walter na poważnie brał sentencję obok drzwi szkoły. Cześć jego pamięci!
Kilka kroków dalej znowu jest sklep spożywczy Noack – były tam także inne rzeczy, takie jak garnitur do bierzmowania, łańcuch dla krów i cotygodniowy świeży olej lniany – mieszkańcy centrum miejscowości załatwiali tu podstawowe potrzeby. Przed i za Noackiem dwie drogi prowadzą do pól. Przy pierwszej stoi krzak czarnego bzu. Drugą udaliśmy się do Odry. Z daleka widzieliśmy tutaj „Schnecke”, który podczas powodzi wodę zza wału przepompowuje do koryta rzeki. Idąc główną drogą widzimy po prawej stronie kilka gospodarstw. Następnie stoi „Villa Kupsch” z realistycznie odtworzonym parowcem na wewnętrznej otwartej werandzie, klejnot wsi. Ta jedna osoba- marynarz wsadził ciężko zarobione pieniądze w dom, który był podziwiany nie tylko w Klein-Blumberg. Teraz spacerowicze mogli pierwszy raz ugasić pragnienie i złożyć wizytę w gospodzie „Zur Hoffnung”. W przytulnej jadalni siedziało się dobrze. A kto nie lubi nieco dłużej, jeśli dwie ładne córki uśmiechały się do niego? Schiller Reinhold, gospodarz – w rzeczywistości nazywał się Petzke – zawsze był postacią oryginalna. W lecie jego brązowy koń ciągnął lekki wóz na którym we wsi sprzedawał czereśnie lub ciemne piwo. Intonował solo na trąbce przez małe uliczki, a następnie wołał „czereśnie, słodkie czereśnie”. Jeszcze dzisiaj cieknie mi ślinka, kiedy myślę o tym. Jego brat Oskar, nawiasem mówiąc, był jednym z najbardziej znanych kapitanów parowców, był podobnym „typem”. Idąc dalej w towarzystwie ciekawych spojrzeń z okien domów nie zasługujących na uwagę domów. Wreszcie dochodzimy do sklepu sprzedawcy Kupscha. Jakoś wiele Kupschy od niepamiętnych czasów jest związanych z tym terenem. Na samym końcu wsi wydaje się że spacer dobiega końca ale jeszcze nie teraz. Za polem, nieco już wśród sosen w lesie między Klein i Groß-Blumberg stoi jeszcze senny dom: Exlersów. Ale tutaj teraz naprawdę jest koniec wsi. Teraz musimy jeszcze zobaczyć prawą stronę patrząc od strony Groß-Blumbergu, ponieważ została tylko opowiedziana z tamtej strony do Noacka. W drodze powrotnej na zachodzie przechodzimy najpierw obok Büttnera, którego dom stał tak jak Exlersów oddalony trochę od innych. O Büttner Marie wiedzieli wszyscy. Nosiła bułki od piekarza Kowalskiego z Groß-Blumberg. Idąc dalej dwa lub trzy były pokryte słomą, a następnie niektóre z cegieł, także proste domy. Wszystkie z tyłu na podwórku miały gdakające kury i stosy drewna opałowego. Wiejską ulicę otaczały ładne ogródki przed domem. Między tym stał „Schloßkönigs Villa”. Duży dom, ale willa? Ludzie mówili że tak jest. Mieszkańcy Klein-Blumberg zatrzymywali się jawnie w „Hoffnung”. Dlatego nazywali też tak Schloßkönigs Motorschiff. Po kilku niepozornych wiejskich obejściach droga rozwidla się na Schmiedegasse. Za nim pojawia się duża i rozległa karczma Eisemannów z salą. Stary zajazd, przytulny budynek, gdzie później dobudowano salę z piaskowców i czerwonej cegły. Kto chciał zobaczyć cały Klein-Blumberg musiał iść według drogowskazu do Rollmühle, a więc wejść w głąb Schmiedegasse. Po prawej widać było domy socjalne. To nie było miejsce spotkań dla mieszkańców, ale przytułek, w którym mieszkały wdowy lub pojedyncze osoby. Około dziesięciu jedno- lub dwu-rodzinnych domów, otoczony z każdej strony alejką. Droga do Rollmühle była piaszczysta. W czasie suszy każda furmanka powodowała gęste tumany pyłu. Ostatni domy stał przed właściwie rozpoczynającym się lasem sosnowym. Po lewej stronie drodze towarzyszyły – w lecie – kołyszące się pola. W Rollmühle, w okolicznym terenie, w gospodarstwie, w domu rodzinnym Frahn zawsze było wesoło. To tam dużo świętowano i dużo jedzono, co jest u innych rodzin ledwo znane. Polowanie nad młyńskim potokiem na dziki, jelenie i sarny dawało jedzenie na talerz. Również ptactwo było obfite. Hałas z młyńskiej wody i śmiech dzieci już dawno zniknęły. Wojna pozostawił jedynie kilka nędznych ruin młyna. Klein-Blumberg, jaki zobaczyliśmy, to niestety przeszłość.

 

Tłumaczenie Adam i Janusz

Lip 252016
 
Bródki

Bródki

Przedstawiamy tłumaczenie artykułu zamieszczonego w czasopiśmie Crossener Heimatgrüße w roku 1965 wyrażający tęsknotę autora za swoją utraconą ojczyzną oraz jak wyglądają miejscowości 20 lat po wojnie.


To co planowałem od lat i marzyłem było już niedaleko. Miałem odwiedzić miejsce mojego dzieciństwa. Dość często w przeszłości moje myśli tam wędrowały, i dość często w moim młodzieńczym, lekko poszarzałym entuzjazmie deklarowałem: jadę znowu do Małego Kwiatowca!
W jakim stanie zastaniemy nasza ojczyznę? Rozczaruje nas? A może ta wyprawa otworzy stare rany? Takie były nasze myśli, gdy wyjeżdżaliśmy. A jeśli będzie tak, ze przez te 20 lat, które minęły i były pełne nowych doświadczeń, wrażeń – także pełne walki o nowe życie- nasza wspaniała ojczyzna okaże się czymś nierealnym?
Wiec nasza ojczyzna jest czymś realnym. To twarda rzeczywistość. Oto ona – trochę zmieniona w porównaniu do przeszłości, ogólnie znajoma i żywa jak poprzednio. Przyjazd dał nam nowe siły, ale również pytania, na które obecnie brak odpowiedzi. Udaliśmy się do Czechosłowacji, nieporównywalnie pięknej Pragi i przekroczyliśmy granicę w Kudowie i z chęcią podziwialiśmy pierwsze wrażenia: pola starannie uporządkowane, równo rozciąga się bruzda od bruzdy a ludzie na polach są jeszcze do późnego wieczora. Jest to obraz rolnictwa, jaki został nam w pamięci. Rolnik z koniem i pługiem, z kosą określa obraz – bez ciągnika, bez zachodniej mechanizacji, bez kołchozów ze Wschodu. Gdyby nie byłoby polskich nazw miast i wsi, zapomnielibyśmy, że jesteśmy tylko odwiedzającymi, tylko gośćmi. Na ulicy bawią się dzieci, są schludnie ubrane: są prawdopodobnie wielkim kapitałem politycznym Polski. Wydaje się, że starsze pokolenie – głównie przesiedleńców – nie ma prawdziwego poczucia przywiązania do tej ziemi, ale dzieci dorastają w tym kraju i mają wewnętrzne powiązanie z nim.
Późnym wieczorem dotarliśmy do sąsiedniej Zielonej Góry. W pierwszym hotelu nie było wolnych pokoi. Propozycja: moja żona z jedna Polką a ja z Polakiem dzielimy pokój, co odrzucamy. Podjęliśmy próbę znalezienia innego zakwaterowania. Udało się potem jak nam powiedziano w hotelu drugiej kategorii. Pojawiają się trudności, bo nie mówią po niemiecku a trzeba wypełnić wiele formularzy.
Następnego dnia rano wita nas jasne słońce, a zatem niniejszy piękny dzień jest punktem kulminacyjnym naszej podróży. Pierwszym celem dzisiejszego dnia jest Krosno Odrzańskie. Krosno nie jest reprezentacyjnym miastem Poznańskiego. Na próżno w Zielonej Górze szukamy drogowskazu z tą nazwą. Tylko po za obrębem miasta Zielonej Góry, który jest niezwykle nienaruszone, jest znak CROSNO. Dobrymi drogami docieramy do siedziby powiatu. Dla osoby, która nie mieszkała w Krośnie, jest więcej niż trudno się zorientować. Krosno jest bardzo zniszczone. Zadane rany są jeszcze otwarte. Rynek taki jaki miałem w pamięci nie istnieje. Jako jedyny centralny punkt odniesienia pozostaje kościół Mariacki. Nie pozostajemy zbyt długo w tym mieście, w którym nie ma życia, ciągnie nas dalej. Przechodzimy przez most nad Odrą, Radnicę, Będów do Nietkowic.
Drogi nie stwarzają trudności, i tutaj gdzie bardziej natura niż człowiek charakteryzuje obraz otoczenia czujemy się swojsko. Jest wiele miejsc po drodze, które są pełne wspomnień. Przeżyłem coś czego nie da się opisać.
Wysoki poziom wody w Odrze trzyma w Krośnie całe rzędy barek przed mostem nad Odrą, sięga do domów na ulicy w Będowie i Radnicy. Tutaj także są wszędzie ludzie na polach. Ubogie gleby wymagają całkowitego zaangażowania i trudu – lecz wydaje się że nie oddaje z powrotem tego wysiłku i pracy. Szary obraz domów, szary obraz ludzi w nich zamieszkujących pomimo głębokiej zieleni wczesnego lata chcącego wiele zakryć.
W Nietkowicach (Nietkowice) robimy pierwszy większy postój. Fotografujemy wszystkie kierunki, nic nie zakłóca spokoju. Kilkoro dzieci jest świadkami naszego przyjazdu. Odwiedzamy miejsce urodzenia mojego ojca. Rozmowa z gospodarzami jest trudna, ponieważ nie potrafimy mówić po polsku. Ale chętnie bez wrogości pokazuje nam dom i stajnię.

Odwiedzamy cmentarz bardziej zniszczony przez naturę niż przez ludzi. Są wciąż fundamenty grobów, ale nie ma kamieni, które świadczą kto tu jest pochowany.
Zbliżamy się do Małego Kwiatowca (Bródki), gdzie kiedyś był nasz domu. Jak często w przeszłości przechodziliśmy lub przejeżdżaliśmy rowerem tą trasę. Krajobraz lasu się zmienił, jest inny niż go pamiętamy. Ale to jest bez wątpienia ulica mojego dzieciństwa. Mijamy miejsce, gdzie kiedyś stał młyn Stahn’scha i juz stoimy pod znakiem miejscowości. Gospodarstwo mojego wujka G. wita jako pierwsze przyjezdnych. Piec, studnia z żurawiem ciągle istnieją i opowiadają minione dnie. Wszystko jest swojskie i znane.
Dom Vollmar stoi jak zawsze dumny. Naprzeciwko szkoła, w której nauczyciel Waler prowadził ścisły reżim, zniknął. Dom mojej ciotki naprzeciwko mieszkania nauczyciela budzi silne emocje. Brakuje tej znajomej kochanej twarzy w oknie z mirta. Jak często ciotka B. stała w nim ze zmartwioną twarzą i czekała na mnie w swojej niestrudzonej opiece i cieple, gdy po raz kolejny zbyt długo siedziałem nad Odra.
Przyjazne twarze domów stały się szare, a stajnie i stodoła potrzebują naprawy. Ale wszystko jest jak dawniej. Nawet krzaki jagód rosną w starym miejscu. Brakuje mi tylko dużego drzewa gruszy, która tak często pokrzepiało małego chłopca swoimi owocami. Brakuje tez wędki, która stała za altana.
Tutaj też chętnie otwierają się drzwi, znajdują się ludzie umiejący niemiecki i prowadzona jest regularna rozmowa. Grób wuja O’s za stodołą jest nie do znalezienia. Kopiec grobu jest wyrównany. Staruszka pamięta to, ale nie potrafi tego miejsca dokładnie wskazać.
Podwórko Jackels – miejsce narodzin mojej matki – na skrzyżowaniu Landstrasse (Wiejska)i Kowalskiej (od kowala) stoi w swojej eleganckiej, kwadratowej formie jak kiedyś. Napięcie i niepewność, z którą weszliśmy do wsi, rozpływa się. Zrobiło się południe wiec od razu odwiedzamy właściciela. On umie po niemiecku. Bolesne są jego wspomnienia z Niemiec. Był w Buchenwaldzie od 1939 do 1945. Przywitał moją żonę pocałunkiem w rękę i przyjacielsko odpowiadał na pytania jakie mu stawialiśmy. On jest w średnim wieku i prowadzi gospodarstwo ze sympatyczną panią. On nie ma dzieci. Widać to w nim, że ma wiele zmartwień a i widok skromnego posiłku mówi więcej niż słowa. Narzeka na powodzie, przez które zrobiona praca poszła na marne. Jest prawie wszystko tak samo. W kuchni stoi szafa, a także stół na starym miejscu. Zapamiętany obraz mojego dzieciństwa stał się rzeczywistością, wprawdzie szarą, ale jednak stary, znany widok.
Szybko nawiązaliśmy kontakt z obecnymi gospodarzami – to już trzeci gospodarze od czasu wypędzenia. Co mamy odpowiedzieć na proste pytanie zdesperowanej bojaźliwej kobiety czy chcemy wrócić? – Gospodarz z dumą prezentuje jego dwa konie z prawdziwymi świadectwami rodowodowymi, jak sam wielokrotnie zapewniał. W oborze jest 5 krów, świnie i kury uzupełniają stary obraz. Indyki, które już dawniej tu były, są znowu, a także czarny podwórzowy pies przykuty do starej budy, szczeka prawie nieustannie na gości.
Podróż wyprowadza nas powoli z wioski. Dom wuja P już nie stoi, także dom Königs zniknął. Tam, wieś przestała istnieć. Natura z krzakami drzewami tworzy nowe życie i zakrywa ruiny. Zatrzymujemy się na obrzeżach, jeszcze raz stajemy i z powrotem oglądamy pozostawione widoki.
Tak, to stary Kwiatowiec, i jednocześnie nie ten sam! Nie chcemy być sentymentalni, i tak też nie jest. Możemy sobie wyobrazić, że nie będzie to pożegnanie na zawsze, ale w dalszym ciągu, możemy jutro znowu przyjechać. Chyba zawsze byłem za mało mieszkańcem a za dużo gościem, jako że nie mogłem przezwyciężyć bolesnego uczucia.
Na drodze do Dużego-Kwiatowca wszystko wydaje się niezmienione. Na cmentarzu przy wjeździe do wsi, nie można znaleźć grobów. Pojedyncza tablica nagrobna nadal głosi w języku niemieckim, że rolnik Lange jest tutaj pochowany. Drzewa i krzewy obejmują również tutaj łaskawie, to co nie powiodło się człowiekowi w trosce o zmarłych. Jedziemy do promu w Kwiatowcu, który jest nie czynny ze względu na powódź. Tutaj tez nie jesteśmy nachodzeni przez mieszkańców. Utrzymują oni odpowiedni dystans, tylko dzieci są ufniejsze, bo rozdajemy czekoladę. Ale i one są ostrożne, nie są nachalne.
Zamykamy rozdział naszej młodości i jedziemy przez znajome wsie do Sulechowa, gdzie nasz chłopak się urodził. Robimy krótką wizytę w szpitalu, robimy kilka zdjęć a następnie jedziemy w kierunku Poznania.

Tłumaczenie Adam  i Janusz

Lip 032016
 
Bródki

Bródki

Przedstawiamy kolejne tłumaczenie artykułu autorstwa Kurta Kupscha zamieszczonego w czasopiśmie „Crossener Heimatgrüße”.

W „Neuen Oder-Zeitung”, siostrzanej gazecie do „Heimatgrüße” Kurt Kupsch (Friesoythe) publikuję całą serię artykułów „Beiträge zur Geschichte der Oder Schifäfahrt”. W lutowym numerze tego czasopisma z 1985 roku, również w wydawnictwie H. U. Wein ukazała się siódma część serii. Praca Kurta Kupsch znalazła nie tylko wielkie zainteresowanie wszystkich, którzy czują się w jakiś sposób związani z żegluga po drogach wodnych w Brandenburgii, ale jest ona również przygotowana z wielką pracowitością i pasją dokumentowania historii gospodarki. W badaniach historycznych nad Groß-Blumbergiem czasami można wpaść na fakty, które są mniej ważne dla Brandenburgii, ale mogą spowodować silne zainteresowanie mieszkańców powiatu Crossen. Poniższy artykuł jest cennym produktem ubocznym poszukiwań historii żeglugi śródlądowej.
Marynarskie wsie naszego powiatu Crossen dostarczały wielu sterników i kapitanów dla największych firm żeglugowych. Niektórzy właściciele nawet małych jednostek mieli swój udział w podziale działalności holowniczej. Jednym z nich był mieszkaniec Klein-Blumbergu Heinrich Nippe, do którego należał parowiec o długości 18,03 m, szerokość 3,88 m i o mocy silnika 80 KM. Holownik został zbudowany w 1903 roku w szczecińskiej stoczni i był nazywany „Alfred”. Wydaje mi się, że łódź, na której nauczyłem się zawodu marynarza, „Alfred” nieraz holowała do Zalewu Szczecińskiego po Fürstenwalder-Berliner drogach wodnych.
Rozmowa telefoniczna w Berlinie z wnuczką Heinricha Nippe ujawniła, że syn Alfreda Nippe od podstaw nauczył się tego fachu i w 1927 samemu nabył mały holownik. Nazwał wyposażony w 100-konny silnik statek „Alma” i tak pływał głównie po drogach wodnych Brandenburgii do końca drugiej wojny światowej. Chrzestna parowca „Alma” nadal mieszka z córką Irmgard w Berlinie.
„Alfred” od Heinricha Nippe pod koniec wojny dopłynął do Szczecina, a stamtąd popłynął do Związku Radzieckiego. Parowiec syna „Alma” na początku 1945 roku utkwił w lodzie w Ziltendorf i został wysadzony przez niemiecki Wehrmacht.

Odpowiednikiem parowców Nippesów w Klein-Blumberg były parowce Damschkesów w Groß-Blumberg. Heinrich Damschke miał mały parowiec kołowy „Johannes”, maszyna ta miała niewiele ponad 100 KM. Z dzieciństwa pamiętam, że pływał nim na Odrze. Stare pocztówki pokazują go w Groß-Blumbergowskim porcie węglowym. Pod koniec lat 20 bunkier węglowy został opuszczony, gdyż średni poziom wody w rzece został zwiększony i potrzebowano większych holowników. Był używany jako przystań „Budike
rs” (handlarza z motorówki).
Rudolf Damschke, krewny Heinrich, też nie mógł robić czegoś innego. On (lub jego syn Alfred?) kupił parowiec śrubowy dla Oder-Spree-Kanal z silnikiem 120-konnym. Nazwał go „Rudolf Alfred” i do końca wojny zarabiał na nim. Co stało się z dwoma parowcami-Damschkesów; w rejestrze nic o tym nie ma. Ale nadal może być to wyjaśnione. Klara Damschke, żona zmarłego Rudolf, mieszka w Berlinie.
Co do kapitanów i personelu, to byli to – blumbergowskie i pommerzigowskie rodziny ściśle związane z małym armatorem Otto Hellingiem, który miał swoją siedzibę we Wrocławiu. Ta firma miała parowce „Berthold”, „Toni”i „Otto „.Parowiec „Otto” był dostępny w dwóch wersjach. Ponieważ pierwszy statek o tej nazwie, został przekazany w 1924 roku czeskiej spółce żeglugowej, firma kupiła starszy holownik jako zamiennik. Kapitanem pierwszego „Otto” był przez wiele lat rodak z Groß-Blumbergu Handke, który również prowadził parowiec pod czeską banderą pod nazwa „CPSO IV” i kiedy kominy jeszcze nie miały czarnej kotwicy i liter „OH” umieszczonych w białym kółku, ale kolory biały i czerwony z niebieską czeską flagą.

Sztandarowym statkiem armatora Helling był „Berthold” z dwoma kominami, 50 m długości, 7,84 m szerokości i 600-konny silnik. Na tym parowcu od 1910 roku aż do końca drugiej wojny światowej pracował jako kapitan Hermann Mattner z Pommerzig. Chwilami pływali z nim jego synowie Richard i Alfred jako sternik i bosman.
W 1977 do Pommerzig przyjechał najmłodszy syn Hermanna Mattnera Herbert ze swoją rodziną oraz z synem swojego starszego brata Richarda. Tęsknota za ojczyzną starszych, a młodszym turystom
odpowiedzieć na pytanie „Skąd pochodzimy?”. Znaleźli nienaruszony dom Mattnerów nad Odrą. Polska rodzina, która od 1945 roku zamieszkiwała miała dobrze zachowane wszystko, co było dla ich niemieckich poprzedników wartością sentymentalną. Polska babcia zawsze mówiła: „Przyjdą kiedyś i będą o to pytać!”. Tak więc odwiedzający ojczyznę znaleźli między innymi piękny duży obraz „Berthold”. Następnie pojechali do Bovenden-Lenglern niedaleko Getyngi, gdzie obecnie rodzina Mattner żyje. Oczywiście to jest już trzecie pokolenie – kapitan Hermann a jego synowie Richard, Alfred i Herbert zmarli.
Przed wyjazdem jednak Herbert Mattner napisał reporterowi, że jego ojciec przeniósł „Berthold” w 1939 roku do Wrocławia i schował go przed wojną. Kiedy wojna się skończyła, parowiec został zatopiony we wrocławskim porcie przez Rosjan, ale później Polacy podnieśli go ponownie. Potem pływał jeszcze kilka lat pod polską banderą na Odrze. Kiedy – niemiecki parowiec – padł ofiarą cięcia palnikiem i powędrował w częściach do pieca – Herbert Mattner nie wiedział i nie mógł powiedzieć.

 

Tłumaczenie Adam i Janusz

Sty 242016
 
Reinhold Petzke (Schiller) i utworzona restauracja "Zur Hoffnung" w Bródkach.

Reinhold Petzke (Schiller) i utworzona restauracja „Zur Hoffnung” w Bródkach.

Przedstawiamy tłumaczenie artykułu autorstwa Kurta Kupscha zamieszczonego w latach 90-tych XX wieku w czasopiśmie „Crossener Heimatgrüße”. Kurt Kupsch wspomina ciekawą osobowość z przedwojennego Klein-Blumberg, który założył restaurację. O byłej restauracji przypomina tylko ślad na elewacji domu zamieszkanego dzisiaj przez Państwa Nicińskich.

Sprzedaż słodkich „Czerrreśni” z muzyką trąbki
Reinhold Petzke-Schiller, oryginalny mieszkaniec Bródek, stworzył restaurację „Zur Hoffnung”

Kto współcześnie chodzi do supermarketów, gdzie można podziwiać niemal wszystkie owoce sezonowe z całego świata, a także je kupić, jeśli ma się na to pieniądze. Nie zawsze tak było. W dzieciństwie, w latach 20 i 30 nie mogliśmy się doczekać, kiedy co roku jako pierwsze owoce w domowych ogrodach w czerwcu/lipcu dojrzeją czereśnie. Jednak rosły na bardzo piaszczystych glebach naszych Brandenburskich wsi przez co nie zawsze było ich tak dużo jak w „sąsiednich ogrodach”. Ale o to, żeby wszystkie te przysmaki były wczesnym latem troszczył się Reinhold Schiller z Bródek. To prowadzi mnie do dzisiejszego tematu:
Kiedy zbliżał się sezon czereśni, my dzieci czekaliśmy z utęsknieniem, kiedy pojawi się Schiller Reinhold. Ze swoim lekkim drewnianym wózkiem z zaprzężonym koniem Fuchsem jeździł uliczkami wsi na wschodzie powiatu krośnieńskiego. Na swojej trąbce grał krótkie „Waldeslust” lub „Aus der Jugendzeit”. Po tym, jak zwrócił uwagę sygnałem muzycznym chwalił silnym akcentowaniem „rrr””czerrreśnie, słodkie czerrreśnie”, których pełno kupił przede wszystkim od sadowników z Cigacic i okolicy. Prawie z każdego domu wybiegała klientela z miskami i garnkami, a jego zapasy schodziły zwykle o wiele za szybko. Zawsze w dobrym humorze serwował dowcipne spostrzeżenia, Reinhold był chętnie postrzeganą oryginalną osobą w naszej rodzinnej ojczyźnie. To znaczy, że warto spojrzeć na jego życie nieco bliżej:
Reinhold Schiller rzeczywiście nazywał się Petzke. Urodził się w 1889 roku w Bródkach i tam się też wychował. Takie przezwisko „Schiller” miał u nas prawie każdy. Dziś, gdy ktoś mówi o nim lub o jego córkach to są wciąż Reinhold Schiller i Schiller Martha lub Frieda.
Na przełomie XIX i XX wieku, stolica królestwa rozwijała się w zapierającym dech w piersiach tempie. Cóż mogło być lepszego; nasz Reinhold też poszedł do miejsca, gdzie było mnóstwo pracy i zarobków. Uczył się w Berlinie murarstwa i dodatkowo pozwolił swojemu talentowi i miłość do muzyki biec na wolnej przestrzeni. Kiedy wrócił do małej miejscowości nad Odrą potrafił grać na tubie i trąbce oraz grał na akordeonie. Później akordeon stał się jego stałym towarzyszem. Tak więc nikt nie był zaskoczony tym, że znalazł swoją żonę nie honorowo w Bródkach, ale za rzeką w Nietkowie, gdzie od czasu do czasu przygrywał do tańca. Tam też przyszły na świat jego obie córki. Niestety w Nietkowie szczęście rodzinne nie trwało zbyt długo. Jego żona zmarła bardzo młodo, na Boże Narodzenie 1917 roku.
Co mógł zrobić? – Poszedł z dwojgiem dzieci z powrotem do rodzinnego domu w Bródkach. W 1923 roku ożenił się drugi raz, ponownie z kobietą z „zewnątrz”. Ta pochodzi z Tschammermühle
(Skąpe), z jednej z miejscowości w powiecie sulechowsko-świebodzińskim, które nazywaliśmy „miasteczkiem”. W rodzinnym domu w dłuższej perspektywie nie mógł pozostać z rodziną. Ponieważ jego siostra wyszła za mąż i wprowadził się szwagier. To było prawdopodobnie powód za tym, żeby kilka lat później Bródki miały drugą restaurację, która została nazwana „Zur Hoffnung”.
Na początku lat 20 Reinhold Schiller kupił od rolnika Jäkela działką budowlaną po przekątnej od jego rodzinnego domu. W 1925 roku była tu później restauracja „Zur Hoffnung”. Ponieważ była już karczma w tak stosunkowo małej miejscowości, to nie było łatwo dostać licencję, ale w końcu się to udało, i na przełomie 1928/29 „Hoffnung” została otwarta.
Początkowe prowadzenie przedsiębiorstwa nie było takie łatwe. Wysokie bezrobocie w latach Wielkiego Kryzysu powodowało, że wielkie nadzieje gasły. Ludzie po prostu nie mieli pieniędzy. Dlatego świeżo upieczony karczmarz szukał innych źródeł dochodów. Handlował wszystkim, ogórkami, jajkami, grzybami, dziczyzną, a na święta gęśmi, a jak już wcześniej wspomniałem na początku lata „czerrreśnie, słodkie czerrreśnie”. W tym czasie pojawiły się także powiedzenia, może jedno albo kilka brzmi jeszcze w uszach: „Schiller kupuje jaja, Pätschak kupuje słoninę, a Feidten wykupuje mu „sprzed nosa” najlepsze gęsi”
Koń Reinholda Fuchs był jeszcze młodym, ognistym koniem. Tak więc, nie tylko jeździł do Cigacic po kupno czereśni, które potem sprzedawał po wsiach. Raczej służył koniem i wozem jako „taxi”, aby odbierać żeglarzy dworca kolejowego w Nietkowicach i z powrotem ich tam zawozić. Kiedy czas pozwalał to młodsza córka Martha korzystała z Fuchsa do jazdy konnej. To nie zostało zaakceptowane i ludzie na wsi patrzyli na to z niechęcią, gdy siedziała na rumaku na okrak jak mężczyzna. „Jak tak można?! ”
Kiedy wprowadzono powszechny obowiązek służby wojskowej, okolica i młyn Stahns ze stawem padł ofiarą Ostwall, restauracja „Zur Hoffnung” z dwoma pięknymi, kochającymi zabawę córkami karczmarza stała się popularnym miejscem postojów. Wreszcie pracownicy mogli zarabiać w okolicy i część swoich pieniędzy tu w miejscowości lub na miejscu wydać. Tak więc była gra w karty, jedzenie golonki, dziczyzny a dla kobiet, które miały też swoje zabawy, kółka kobiece z ciastem i kawą. Gdy fale szczęścia wzrosły trochę wyżej, Reinhold Schiller brał akordeon i pozwalał swoim wesołym a czasem także melancholijnym piosenką rozbrzmiewać. Tak to były już dobre czasy…
Starsza córka wyszła za mąż jeszcze przed wojną w Nietkowicach, który w tym czasie nazywał się już Straßburg. Martha, młodsza poślubiła wczesną wiosną 1940 roku Kurta Kakoschke z Brodów. Reinhold nie czuł się w tym czasie za dobrze. Chorował na raka i zmarł 29 lipca 1940 r., mając zaledwie 51 lat. Koń Fuchs, także w tym roku odszedł, został od 1942 wcielony do gospodarstwa – gdzie musiał ciągnąć ciężki sprzęt zamiast lekkiego drewnianego wozu.
To co Reinhold stworzył, nadal prowadziła wdowa i młodsza córka. Restauracja „Zur Hoffnung” pozostała otwarta aż do końca wojny, mimo ze pod koniec podawano tylko „Fassbrause” (napój bezalkoholowy).
Rodzina Petzke-Schiller uciekła 29 Stycznia 1945 przed postępującą Armią Czerwoną, ale została wyprzedzona w Radnicy przez sowieckie czołgi . Wróciła do Bródek i pozostał tam aż do ostatecznego wydalenia w końcu listopada 1945 roku. Przebywali w Rostock, Bad Doberan oraz Brunsbüttelkoog, następnie przenieśli się do Badischen w Gaggenau. Tam Schiller pozostali lub jak oni mogą być teraz dzisiaj nazywani. Dziękuję Martha Kakoschke, z domu Petzke za daty i informacje na temat tego artykułu. Z nią i jej mężem spotkaliśmy się kilka razy. Zawsze, gdy się widzieliśmy myślałem o jej ojcu – „czerrreśnie, słodkie czerrreśnie”.


Tłumaczenie Adam i Janusz

Reinhold Petzke (Schiller) i utworzona restauracja "Zur Hoffnung" w Bródkach.

Reinhold Petzke (Schiller) i utworzona restauracja „Zur Hoffnung” w Bródkach.

Paź 182015
 
Klein-Blumberg roczniki 1923-1930

Klein-Blumberg roczniki 1923-1930

Są to mieszkańcy Klein-Blumberg urodzeni w latach 1923-30 z nauczycielem Hansem Walterem. Zdjęcie otrzymał współpracownik Heimatgrüße Kurt Kupsch na spotkaniu w Hamburgu w 1981 roku od Ursuli Menzel, z domu Lange ( Ruttkes ), mieszkającej teraz na Ringeltaubenweg 9 w 2000 Hamburg 53. Zdjęcie wykonane zostało w 1936 roku, a rok zdjęcia został oszacowany wg. mundurków które nosiły dzieci. Na zdjęciu są od lewej do prawej (w nawiasach podano przezwiska): W tylnym rzędzie Gerhard Schmidt ( Pankowski ), Heinz Jähne, Manfred Lange, Horst Jähne, Martin Nippe (Exlers), Kurt Handke, Erich Lange i Alfred Witzlau. W 2. rzędzie od tyłu nauczyciel Walter oraz Gerhard Lange, Horst Karg, Willi Schmidt (mały Schmitte), Artur Lange, Kurt Schlauß (Pfeiffers), Helmuth Rössel, Walter Marschall (Schillers), Herbert Schmidt (Hindemiths), Herbert Nippe i Gerhard Stellmacher. Drugi rząd od przodu obejmuje tylko dziewczynki Ursula Lange (Ruttkes), Gertrud Büttner, Walli Lange, Charlotte Schlauß (Pfeiffers), Irmgard Nippe (Dampfer-Nippes), Else König, Gerda Klauke, Frieda Schmidt (Hindemiths), Elli Schmidt (Nippes), Walli Pfeiffer, Hilda Schmidt (Nippes), Ilse Nippe i Helga Lange (Ruttkes). Z przodu siedzą Erika König (Arnolds), Frieda Nippe (Hoffmanns), Gertrud Dittmann, Elisabeth Schulz, Gisela Kulisch, Edith Pfeiffer, Leonie König, Hans Walters (Lehrers Hänschen), Rudi Büttner, Heinz Lange (Appels), Günter Dittmann, Horst Pankowski (Feilkes), Horst Klauke (Pächnatz) und Alfred Stobernack (Jäkels).

Tłumaczenie Adam i Janusz

Klein-Blumberg roczniki 1923-1930

Klein-Blumberg roczniki 1923-1930

Wrz 112015
 
Mieszkańcy Klein-Blumberg urodzeni w latach 1920-23

Mieszkańcy Klein-Blumberg urodzeni w latach 1920-23

To jest grupowe zdjęcie mieszkańców Klein-Blumberg urodzonych w latach 1920 do 1923. Pochodzi od Herberta Nippe. To zdjęcie zrobiono w 1934 roku, a może nawet trochę wcześniej. Widać na nim od lewej: z tyłu stoi Hertha Nippe, Dora Pfeiffer, Hertha Lange, Elli Kupsch, Anna Höhne, Edith Frahn, Gerda Klauke, Esta Lange, Else Pfeiffer, Ella Witzlau, Else König, Vera Janthur, Irmgard Nippe, Frieda Schmidt (Hindemiths), Elli Schmidt i Walli Lange. W środku klęczy Willi Eisemann, Karl Müller, Alfred Lange, Helmuth Stein, Gerhard Handke, Walter Lange, Willi Schmidt, Günther Lange, Helmuth Rössel, Walter Marschal i Kurt Schlauß (Pfeiffer). Z przodu siedzi Herbert Nippe, Willi Schmidt (der Kleine), Arthur Lange, Alfred Pfeiffer i Hans Walter (nauczyciela Hänschena).

Adam

Mieszkańcy Klein-Blumberg urodzeni w latach 1920-23

Mieszkańcy Klein-Blumberg urodzeni w latach 1920-23

Maj 302015
 
Widokówka Brodów przedstawiająca wioskę z wieży kościelnej

Widokówka Brodów przedstawiająca wioskę z wieży kościelnej

Przez kilka wieków na terenie Ziemi Lubuskiej mieszkała do 1945 roku ludność niemiecka, która wytworzyła swoją kulturę z własnymi zwyczajami, legendami i historią. W związku z tym przedstawiamy tłumaczenie artykułu Kurta Kupscha, nieżyjącego już niemieckiego historyka – amatora, który zgłębiał regionalną historię. Artykuł został opublikowany w czasopiśmie Crossener Heimatgrüsse.

Jeździec bez głowy w rothenburgskim lesie – sól w torbie zawsze dobra – hrabia wjechał do Beckerloch


Kto mówi „kiedyś”, na pewno ma myśli głównie przyjemne doświadczenia z młodzieńczych lat, np. bale i święta w zimie w naszych miastach i wsiach, być może biesiadne wieczory w izbach przędzalniczych lub przy skubaniu gęsi. Ale to właśnie w tych ostatnich przypadkach opowiadano historie po których robiły się dreszcze na plecach a droga do domu stawała się prawdziwym horrorem. Liczba osób, które znają jeszcze te historie jest coraz mniejsza. Ale historie te są częścią naszej ojczyzny. Dlatego powinny zostać zachowane. Być może, że to, co powiem w dalszej części jest tylko fragmentem i zasługuje na korektę. Chętnie poznam inne opowieści u mnie w Friesoythe (Nelkenstr. 11) lub w redakcji „Heimatgrüße” i dla czytelników opracuje zbiór takich legend. Dziś jest przede wszystkim o duchach. Błędne ogniki, czarownice i duchy.

Najwygodniejszą stacją kolejową dla mieszkańców Groß- i Klein-Blumberger był Deutsch-Nettkow. Jeśli późnym wieczorem nie można było dostać się do tej miejscowości lub gdy pociąg nie zatrzymał się tam to trzeba było wysiąść w Rothenburg/Oder. Stamtąd trzeba było iść przez rothenburgski las do promu i przeprawić się promem. Kogo nie ogarniało nieprzyjemne uczucie? Gdy tylko samotny wędrowiec dotarł do rothenburgskiego lasu to z tyłu rozbrzmiewał tętent kopyt. Kto się odwrócił to zobaczył jeźdźca bez głowy. Strach powodował, że kroki były dłuższe i szybsze. Kiedy mieliśmy las za sobą to jeździec znikał. Nie wiadomo czy spotkanie z człowiekiem bez głowy komuś zaszkodziło Bezgłowe zwierzęta odgrywały szczególną rolę w świecie myśli naszych przodków. Widzieli na przykład pomiędzy Klein- i Groß-Blumberg o północy psa bez głowy. Wybiegł najpierw z Dürren Katze w kierunku blumbergowskiego cmentarza, po czym odwrócił się i pobiegł z powrotem i nagle zniknął na rozwidleniu dróg, gdzie odchodzi droga do posiadłości Witzlaka i na łąki. Nie wiadomo dokąd. Miała to być to niespokojna dusza. Drogi z blumbergowskiego Federecke powyżej Quertrebe lub przez Schwarze Grube w nocy również nie była bezpieczna. Kto tu szedł w ciemności, zwłaszcza w lecie, musiał liczyć się z tym, że błędne ogniki będą próbowały go zmylić z właściwej drogi. Udawało się im przerażonych pieszych wprowadzić bardzo szybko na korzenie i krzaki stojące zazwyczaj w cuchnącym bagnie. Tą opowieścią można nas było w dzieciństwie ledwo przestraszyć. Już wtedy wiedzieliśmy że błędne ogniki to były robaczki świętojańskie, które przebywały zawsze na gnijących pniach drzew, rowach i bajorach. Niebezpieczne mogło być przejście przez wieś w późnych godzinach – mijając się po drodze z nieznajomymi. Niebezpieczeństwo można było zniwelować jeśli miało się trochę soli w kieszeni. Wystarczyło tą drugą osobę tylko posypać niezauważenie solą po plecach, to było zaklęcie, które ją wyganiało.
Również w Pommerzig były złowieszcze miejsca, w których coś niesamowitego się działo. Kto jechał tam rowerem to nie powinien wystawiać kciuka lewej ręki ale schować go w dłoń. Wtedy nic nie mogło się mu zdarzyć. Na skrzyżowaniu swoje tajemnicze czynności praktykowały czarownice i czarnoksiężnicy. Mówiono, że widziano Paula Dude, stolarza od trumien, który mieszkał bardzo blisko domu moich rodziców na skrzyżowaniu koło kowala Kunholda i Lehmanna, jak z lampą chodził tam i z powrotem. Co on robił tam o północy? Często obserwowałem go, gdy robił trumny ale nie dostrzegłem w nim nic dziwnego. Oczywiście, że dla nas dzieci był dość stary, wysoki i szczupły z opadającymi wąsami o bardzo cienkim zaroście i niemal z łysą głową … Podczas wielkiego pożaru, który prawie całkowicie spalił Pommerzig, stary hrabia Bernhard von Schmettau dosiadł konia jeździł dookoła wioski. Jego jazda zakończyła się Backerloch. Wpadł z koniem do bajora a płomienie wskoczyły za nim i tak zagrożenie zostało zażegnane. Może hrabia posiadał jakąś magiczną siłę? Przy okazji, w „Heimatbuch des Kreises Crossen”, których istnieje mała ilość egzemplarzy, zmarły lokalny historyk Paul Kupke opisał: „Zabobony i praktyki w powiecie Crossen”. Kto chciałby uzupełnić opowieści przędzalnicze lub przy skubaniu gęsi, musi, jak ja dodać coś, co nie było jeszcze wydrukowane. 

Kurt Kupsch

Tłumaczenie Adam i Janusz

Translate »