Sie 192019
 

Przedstawiamy tłumaczenie, które przywiózł do Polski Pan Horst Adam podczas swojej lipcowej wizyty w Brodach i Zielonej Górze. Relacja z wizyty wkrótce.

Było to pewnego słonecznego letniego dnia w roku 1944. Miałem wtedy dziewięć lat i siedem miesięcy. Mieszkaliśmy we wsi Brody nad Odrą (po niemiecku Groß-Blumberg). Jak co dzień szedłem do chłopów Noskego, Kupscha i Mathäe’a, by popędzić ich krowy na łąkę. Droga wiodła obok remizy strażackiej, która miała kraty w oknach i służyła za wioskowe więzienie. Usłyszałem, że ktoś woła moje imię. Głos wydał mi się znajomy. Usłyszałem ponowne wołanie: „Adamie, podejdź tu!”. Jako że Adam jest popularnym imieniem polskim, ciągle wołano do mnie, posługując się moim nazwiskiem. Był to głos Bolka, mojego polskiego przyjaciela, z którym pilnowałem codziennie krów. Podszedłem do remizy i zapytałem zdziwiony: „Co(oni) z tobą zrobili? Czemu cię uwięzili?”. Wściekłym i pełnym napięcia głosem posypały się z jego ust słowa: „Ci zbrodniarze, ci naziści uwięzili mnie bez powodu. Nie wolno ci jednak z nikim o tym mówić. Obiecaj mi!”. „Słowo!” Obiecałem Bolkowi, że coś wymyślę i wieczorem przyjdę, jak tylko odprowadzę chłopom krowy.
Cały dzień myślałem o tej niebezpiecznej sytuacji, w której znalazł się mój przyjaciel. Rozmyślałem o tym, jak by mu pomóc.
Również ja nie mogłem powiedzieć o nazistach dobrego słowa. Odczuwałem wobec nich odrazę, wręcz nienawiść. Szczególnie wobec moich nazistowskich nauczycieli: Kaniga, kierownika szkoły i Ortsgruppenfuehrera NSDAP (partii nazistów) i mojego wychowawcy Rhodego, aktywnego członka SA oddziału kawalerii. Rhode przychodził na lekcje zawsze ze swoją szpicrutą, i to nie dla postrachu, ale i czynnego użycia.
Większość moich kolegów z klasy należała do Jungvolku lub organizacji Hitlerjugend (HJ), na zajęcia przychodzili więc w mundurkach. Ja z nimi nie miałem nic wspólnego. Nie należałem również do grupy dzieci bogatych chłopów, które regularnie przynosiły nauczycielowi mięso, szynkę i temu podobne własne produkty. Dlatego też jako ewakuowany w końcu lutego 1943, wraz z matką i trojgiem rodzeństwa, z bombardowanego wciąż Berlina do mieszkającej w Brodach mojej ciotki, Anny, nie miałem szans na sprawiedliwe traktowanie.
Jedna sytuacja wyryła się szczególnie w mojej pamięci, jakby to było wczoraj. Chodziłem do 3. (trzeciej)klasy. Nauczyciel Rhode zarządził w naszej czterostopniowej klasie – tzn. klasy od 1 do 4 uczyły się jednocześnie w jednym pomieszczeniu (jednoklasowy system nauczania) – naukę kaligrafii, podczas gdy uczniowie innych stopni klasowych otrzymali inne zadania, bądź też byli uczeni ustnie.
Muszę szczerze przyznać, że zawsze miałem bardzo ładne pismo i umiałem pisać stosunkowo szybko. Jednym z zaleceń nauczyciela było, żeby po napisaniu dwóch stron pokazać swoją pracę. Zgłosiłem się po napisaniu dwóch stron, jednak pan Rhode odprawił mnie opryskliwie z uwagą, że nie powinienem przeszkadzać, tylko pisać dalej, co też uczyniłem. Po pewnym czasie zgłosiłem się z moim zeszytem do kontroli. Stwierdził oczywiście, że napisałem wprawdzie ładnie, ale o kilka stron za dużo. Poniżył mnie przed klasą i ukarał za to „przewinienie” dwudziestoma okrążeniami karnymi wokół kościoła, który znajdował się obok szkoły. Kara wydawała mi się całkowicie niesprawiedliwa, gdyż właściwie wykonałem szczególnie dobrą pracę, którą należałoby pochwalić. Ale co mogłem zdziałać przeciw władzy nazistowskiego nauczyciela. Musiałem przebiec w dużym upale 20 okrążeń wokół kościoła. Przebiegłem 6 razy, odczekałem trochę, mniej więcej tyle, ile trzeba na przebiegnięcie dwudziestu okrążeń. Wróciłem „zziajany” do klasy i zameldowałem się u nauczyciela – „dręczyciela”. On zapytał: „Adam, ile jest 20 minus 6?” Oczywiście podałem prawidłową odpowiedź. „14”. Po tej odpowiedzi musiałem obnażyć przed wszystkimi uczniami w klasie swoje siedzenie. Otrzymałem swoją „karę” czternastu uderzeń szpicrutą, a to bardzo bolało. Tymi uderzeniami nazwisko „nauczyciela” Rhodego utrwaliło się na zawsze w mojej pamięci.
Z drugim decydującym doświadczeniem związana była osoba kierownika szkoły i NSDAP, Ortgruppenleitera, Kaniga.
Mój ojciec, który pracował w fabryce w Berlinie, odwiedził nas i powiedział, że nasza babcia jest bardzo chora i ucieszyłaby się, gdyby wnuczkowie ją odwiedzili.
Ojciec zaproponował, żeby mój starszy brat, Werner, pojechał z nim do babci na dwa dni, co też zrobił. Dostałem polecenie od rodziców, aby usprawiedliwić mojego brata u nauczyciela i kierownika szkoły, Kaniga.
Zrobiłem to na lekcji rysunku. Reakcja kierownika była następująca: „Kłamiesz!” Rzucił potem w obecności uczniów drewnianą kulą w kierunku mojej głowy. Musiałem mu ją odnieść do biurka, po czym znowu rzucił, co powtórzyło się jeszcze około pięciu razy.
Podczas późniejszej wizyty u nauczyciela Rhodego mój ojciec oskarżył go o niesprawiedliwe, niepedagogiczne potraktowanie mnie. Użył przy tym sformułowania: „Mój syn, Horst, zawsze był najlepszym uczniem w Mahlsdorf” (część Berlina, z której pochodziłem). Protest mojego ojca został naturalnie ostro odrzucony. Później jeszcze wielokrotnie odczułem skutki wizyty ojca u nauczyciela-nazisty, wracały one bowiem niczym bumerang. Obok cielesnej przemocy nasilił się ze strony nauczyciela i uczniów terror psychiczny.
W każdą sobotę z kilkoma innymi uczniami musiałem dokładnie sprzątać szkolne podwórze i doprowadzać do porządku ogród nauczyciela. Musiałem też z innymi uczniami nauczyć się poniżającego zwrotu i wypowiadać go przed wszystkimi uczniami: Berliner kind, Spandauer Wind, Charlottenburger Pferd – sind alle drei nicht wert. („Berlińskie dziecko, wiatr ze Spandau, koń z Charlottenburga – cała trójka jest nic nie warta”).
Wstrząsnęła mną informacja od dobrej koleżanki w klasie, że jej matka, która przcowała w fabryce w Rzepinie (niem. Reppen), została aresztowana w miejscu pracy. Prawdopodobnie pomogła obcym, niemieckim robotnikom przymusowym, którzy byli w naszej wiosce i stawiła Niemcom opór.
Podobnym czynnym sprzeciwem wykazała się moja matka. Jej wielka opiekuńczość, miłość bliźniego i solidarność wyrażała przez potajemne dostarczanie chleba rosyjskim jeńcom wojennym oraz polskim i ukraińskim robotnikom przymusowym.
Jako pastuch, opiekujący się krowami, byłem pewnego razu świadkiem, jak grupa około 230-250 sowieckich jeńców wojennych musiała się ustawić na podwórzu pewnego gospodarstwa. Niektórzy z więźniów musieli wystąpić z szeregu i zostali nieludzko pobici na śmierć.
Po śmierci burmistrza rozniosła się pogłoska, że musiał się on zastrzelić, gdyż nie dość surowo traktował robotników przymusowych i jeńców wojennych.
Te wydarzenia i doświadczenia umocniły mnie już jako dziecko w moim silnym postanowieniu wyrażania oporu wobec nazistów, których uosabiali szczególnie okrutni hitlerowcy.
W owym czasie zaprzyjaźniłem się z kilkoma osobami, którymi byli m.in.: jeden rosyjski i jeden polski chłopiec, Bolek, którzy mieli wtedy ok. 14-15 lat. Byli robotnikami przymusowymi, podobnie jak były serbski oficer, który jako więzień musiał pracować u bogatego chłopa. Z nimi prowadziłem zawsze bardzo przyjacielskie rozmowy. Oni pytali się o sytuację mojej rodziny i opowiadali o zbrojnym oporze w swojej ojczyźnie. Wyrażali przy tym nadzieję, że również w Niemczech wkrótce przeminą złe czasy.
Moi przyjaciele często mówili o szybkim zbliżaniu się Armii Czerwonej, mówili mi też, że po wojnie wstawią się za mną. Gdy mój kuzyn raz rzucił nieostrożną uwagę, że mój ojciec był w „czerwonych”, upomnieli go, by nikomu nie wspominał o tym słowem.
Gdy wieczorem zapędziłem krowy do zagród, poszedłem do stodoły Kupscha, gdzie mieszkaliśmy. Szukałem narzędzi dla Bolka. Znalazłem młotek, szczypce (cęgi) i piłkę do metalu. Poszedłem z tym w ciemności do remizy. Przez kraty w oknie podałem Bolkowi te narzędzia i krzyknąłem do niego: „Spróbuj szczęścia, Bolek! Uciekaj, Bolek, uciekaj!” następnego wczesnego ranka po wiosce biegało wielu policjantów, SS-manów i członków S.A., szukając polskiego zbiega.
Szybko obiegła całą wieś wiadomość: „Polaka nie ma. Polak uciekł!” Odczuwałem wielkie wewnętrzne napięcie, nikomu o niczym nie mówiłem. Bardzo się martwiłem, czy mu się powiedzie. Ale mogłem tylko mieć nadzieję, pewności uzyskać nie mogłem.
Trwało to jeszcze do końca stycznia/początku lutego, zanim Armia Sowiecka wspierana przez Polaków położyły kres władzy nazistów i wojnie w Brodach. Wcześniej jeszcze oddziały SS i Wehrmachtu zdołały wysadzić w powietrze mosty na Odrze i urządzenia fabryczne.
Po ewakuacji pozostało mojej mamie, mojemu rodzeństwu i mnie jedynie ucieczka przed frontem do berlina, naszego rodzinnego miasta. Do Berlina dotarliśmy pod koniec lutego. Tu czekały nas znowu straszne naloty bombowe. Codziennie, zazwyczaj wieczorem i w nocy, ale też i coraz częściej w ciągu dnia. Ze względu na siłę niszczenia bombowych ataków nie szukaliśmy już schronienia w piwnicy, ale gdy zawyły syreny ogłaszające nalot, udawaliśmy się do dużego cementowego bunkra w dzielnicy Mahlsdorf na skrzyżowaniu ulic Am Rosenhang i Kieler Straße.
Bitwa o Berlin miała jeszcze trwać kilka miesięcy, do 2 maja 1945 roku. W jej wyniku doszło do ogromnych zniszczeń, a miliony straciły życie. Rozpoczęta 1 września 1939 atakiem na Polskę druga wojna światowa która kosztowała życie 50 milionów istnień ludzkich i pociągnęła za sobą duże zniszczenia, skończyła się ostatecznie bezwarunkową kapitulacją hitlerowskich Niemiec 8 maja 1945, w dniu wyzwolenia.
Najważniejszym dla mnie osobiście zobowiązaniem, wynikającym z moich doświadczeń życiowych, w szczególności doświadczeń i przeżyć w czasie II wojny światowej, jest ciągłe aktywne działanie na rzecz zapewnienia pokoju, żebyśmy my, nasze dzieci, wnuki i następne pokolenia już nigdy nie doświadczyli wojny. Dzisiejsze czasy, kiedy w różnych częściach świata ciągle jeszcze toczą się konflikty zbrojne, a ludzie są uciskani, stawiają nas ciągle na nowo przed tym wyzwaniem.
Jeśli obchodzimy 8 maja jako dzień wyzwolenia od faszyzmu hitlerowskiego, to odnosi się to do wszystkich i każdy się powinien czuć zobowiązany wykazywać się odwagą cywilną i występować przeciwko zaślepieniu ideologią nazistowską przeciwko neonazizmowi, prawicowym ekstremizmom i rasizmowi.

Horst Adam

Tłumaczenie Jerzy Obora

Lip 142019
 

Przedstawiamy artykuł Pana Cezarego Wocha, który świetnie opisał pierwszego sołtysa Sycowic a wcześniej sekretarza gminy Gross-Blumberg (Brody).

Chcąc lepiej zrozumieć sytuację w której się znalazł i Jego rolę jako pierwszego sołtysa Sycowic, należy cofnąć się do panującej wówczas atmosfery politycznej przełomu roku 1944/1945. Druga Wojna Światowa powoli dogorywała, co nie przeszkadzało jej jednak wyrywać z szeregu żywych, tysięcy istnień ludzkich odzianych zarówno w żołnierskie mundury jak i cywilne łachmany.

Pod naporem ofensywy Armii Czerwonej przez wsie i miasteczka przetaczały się kolumny niemieckich cywilów uciekających furmankami na zachód. Miejscowi Niemcy otumanieni goebbelsowską propagandą z przerażeniem wsłuchiwali się w słowa uciekinierów, na żywo komentujących krajobraz pozostawiany przez sowieckich żołnierzy..

Będąca wówczas dzieckiem, niemiecka mieszkanka Leitersdorf Gerda von Kruger po latach wspomina: „Nadszedł dzień 30 stycznia 1945 roku!. Było bardzo zimno i niemieccy żołnierze dziwili się, że w Leitersdorf spotkali jeszcze cywilów. Jednak nasz sołtys odradzał wyjazd z Sycowic, ponieważ oblodzone ulice pełne były ludzi uciekających ze Śląska oraz Prus Wschodnich. Około północy weszli rosyjscy żołnierze, którzy szybko poszli dalej, ponieważ nie napotkali żadnego oporu. Jednak później nadeszły ciężkie chwile: gwałty, strzelanie do ludzi, podpalenia i bombardowania (przez niemieckie samoloty i do tego silne rosyjskie działania odwetowe). Po upływie około tygodnia, Sycowice zostały puste, a my zostaliśmy wypędzeni w kierunku Polski, ponieważ w okolicach Krosna, Frankfurtu nad Odrą, Selow toczyły się walki”.

Przerażenie przybierało czasami postać obłędu w którym wydawało się, że jedynym rozwiązaniem problemu jest odebranie życia sobie i swoim najbliższym. Sycowice – ówczesny Leitersdorf, nie były pozbawione takich dramatycznych wydarzeń.

Harry Eckert ówczesny mieszkaniec Leitersdorf wspomina: „ Stodoła Wagnera, stojąca bezpośrednio przy dębie (dzisiaj pomnik przyrody, przyp. C.W.), została 31 stycznia 1945 osobiście przez Juliusa Wagnera podpalona, w celu popełnienia samobójstwa. Julius pod wpływem okropności, jakie Sowieci podczas wejścia do Sycowic dopuszczali się na kobietach, zabił siekierą swoją żonę Eliesabeth i najmłodszą córkę Hildegard. Starszą córkę o imieniu – Christa, ranił siekierą w głowę chcąc także ją zabić. Rana była duża, jednak dziewczynie udało się uciec z płonącej stodoły. Zaopiekowały się nią moja mama Frieda Eckert i inne kobiety. Julius po uderzeniu siekierą drugiej córki podpalił stodołę i powiesił się w niej… . Julius, jego żona i córka Hildegard, spłonęli razem.

Płonący budynek „wykorzystała” także młoda kobieta Wartenberg, z domu Kluge. Spłonęła żywcem wraz ze swoją malutką córeczką. Do Leitersdorf przybyła z Berlina, aby uchronić się przed bombardowaniami. Przyczyną samobójstwa wnuczki Wagnerów było zamordowanie jej męża przez Rosjan. Jako ośmioletni chłopiec obserwowałem płonącą stodołę. Podczas mojej pierwszej wizyty w Sycowicach w dniu 20.08.2004 roku na zaproszenie Pana Cezarego Wocha, straszne przeżycia powróciły”.. ..

Wkrótce po tych dramatycznych wydarzeniach nastąpił koniec wojny i do Sycowa /taka była pierwsza polska nazwa Sycowic/, zupełnie w innych realiach zaczęło powracać życie kształtujące nowy etap historii tych ziem. Zaczęli pojawiać się przesiedleńcy z Kresów Wschodnich, uciekinierzy przed mordami ukraińskimi, robotnicy przymusowi III Rzeszy, zesłańcy Sybiru, a także szabrownicy ogałacający opuszczone domy z czego się dało.

W takiej oto sytuacji Edmund Balczyński w dniu 11.07.1945 roku złożył do Gminy w Krośnie Odrzańskim dwa pisma: podanie i życiorys. W podaniu gdzie słowo „podanie” podkreślone zostało łukowato napisał: „Uprzejmie proszę o przyjęcie mnie w charakterze sołtysa na wieś Leitersdorf. Pozwalam sobie nadmienić, że pracowałem w tej gromadzie w najtrudniejszych warunkach jako pionier”. Własnoręczny podpis – Edmund Balczyński. Pod podpisem w dniu 12.07. 1945 roku adnotacja urzędnika: „ Balczyńskiego mianowano sołtysem gromady Leitersdorf – dokument do akt”. Do podania załączono odręcznie napisany również w dniu 11.07.1945 r. życiorys następującej treści: „Mój życiorys. Ja niżej podpisany urodziłem się 3.5.1922 roku w Kowalewku powiat Oborniki z ojca ogrodnika Stanisława Balczyńskiego, z matki Franciszki Balczyńskiej z domu Polowczyk. Od 7 roku życia wstąpiłem do 7-mio klasowej Szkoły Powszechnej im. Wszystkich Świętych w Poznaniu.

Po ukończeniu tej szkoły z wynikiem dobrym, w roku szkolnym 1935/6 przeszedłem w naukę w charakterze drukarza składacza do firmy „Grafika Wł. Kąkolewski” i w tej firmie pracowałem do napadu Niemiec na Polskę w roku 1939. Podczas okupacji niemieckiej pracowałem jako ciężko pracujący robotnik łagrowy na składnicach materiałów pędnych, w firmie „Mineralol Vertrib” w Poznaniu, do oswobodzenia Polski przez Armię Czerwoną. 13 marca 1945 roku wstąpiłem do Polskiej Partii Robotniczej w Poznaniu, a 14 marca 1945 r. zostałem wysłany przez P.P.R. na zachód w charakterze sekretarza Gminy Gross- Blumberg /Brody/ powiat Krosen. Z dniem 25 maja 1945 roku objąłem posterunek jako sołtys w gromadzie Leitersdorf gdzie spełniam obowiązki do dnia dzisiejszego”. Własnoręczny podpis – Edmund Balczyński.

Z treści tych pism jednoznacznie wynika, że Edmund Balczyński w dniu 25 maja 1945 roku „objął posterunek” jako sołtys w gromadzie Leitersdorf, czyli był w pewnym sensie osobą „pełniącą obowiązki sołtysa”. W dniu 11 lipca 1945 roku pisząc dwa w/w pisma wystąpił o usankcjonowanie takiego stanu rzeczy. Dnia następnego czyli 12 lipca 1945 roku został mianowany sołtysem Leitersdorf.

Zdzisław Kociemba powojenny mieszkaniec Sycowic wspomina: „ W tych pierwszych dniach wolności nie obyło się też bez tragicznych i niewyjaśnionych do dzisiaj wydarzeń. W dniu 7 listopada 1945 roku zginął w swoim mieszkaniu od postrzału z pistoletu pochodzący z poznańskiego pierwszy sołtys Sycowic o nazwisku Balczyński. Warto wspomnieć w tym miejscu, że wszyscy sołtysi w sąsiednich wsiach pochodzili również z poznańskiego. W dworku tuż przy gorzelni kwaterowali żołnierze rosyjscy z jednostki wojskowej stacjonującej w Ciborzu. Wśród nich byli zarówno mężczyźni, jak i kobiety nadzorujący stada zagrabionych owiec, krów i koni. Ich zadaniem było zaopatrywanie macierzystej jednostki w mięso i mleko. Zwierzęta te były łupami wojennymi i w większości wybijano je na bieżąco. Jest rzeczą zrozumiałą, że w tych czasach sołtys musiał mieć ścisły kontakt z UB, Milicją Obywatelską czy lokalną władzą administracyjną, ale był to człowiek uczynny, bardzo spokojny i zrównoważony, nie wtrącał się niepotrzebnie w sprawy zwykłych ludzi i wydawać by się mogło, że nie może mieć jakichkolwiek wrogów.

Tym bardziej jego nagła i niespodziewana śmierć była dla wszystkich wielkim zaskoczeniem. Urząd Bezpieczeństwa prowadził w tej sprawie dochodzenie, a Ojciec miał z tego powodu nawet nieprzyjemności”. Funkcjonariusze UB nie ośmielili się jednak szukać sprawcy wśród „sojuszników” stacjonujących po drugiej stronie ulicy, starając się wrobić w to zabójstwo kogoś z Polaków /przyp. C.W/. „W efekcie nic i nikogo nie wykryto, jednak nasze przypuszczenia w tej sprawie były następujące. Dzień 7 listopada obchodzony był bardzo hucznie przez Rosjan jako rocznica Rewolucji Październikowej i jak to było u nich w zwyczaju, wszyscy byli kompletnie pijani. Jeden z nich prawdopodobnie udał się do domu sołtysa, który był naprzeciwko dworku w którym stacjonowali Rosjanie po to, aby coś ukraść i wszedł do małej spiżarni przylegającej do kuchni. Kiedy Balczyński zaniepokojony dochodzącymi stamtąd odgłosami udał się do kuchni, zaskoczył intruza, a ten frontowym zwyczajem oddał błyskawiczny strzał. Ten strzał usłyszał mój Ojciec i natychmiast pobiegł do pastorówki. Kiedy tam wszedł, Balczyński leżał na podłodze w kałuży krwi i właśnie umierał. Wyciągnął jeszcze do Ojca rękę i uścisnął ją, nic jednak nie zdążył już powiedzieć”…. .

Edmund Balczyński pierwszy sołtys Sycowic miał wtedy zaledwie 23 lata…

Cezary Woch

źródła;

– odtajnione materiały IPN

– „Drogi do domu…” Cezary Woch


		
Maj 032019
 

Niektóre nagrane na dyktafon wspomnienia leżą w przysłowiowej „szufladzie” i czekają na opracowanie i uzupełnienie. Tak też było z tymi wspomnieniami. Rozmowa z bohaterką tych wspomnień odbyła się w sierpniu 2014 roku a dopiero teraz „dojrzały” do opublikowania. Uzupełnione zdjęciami przez wnuczkę.

Początkowo Pani Emilia i jej syn niechętni rozmowie zgodzili się aby chwilę powspominać stare czasy. Pani Emilia Galińska – wtedy najstarsza żyjąca i mieszkająca osoba w Brodach. Mając 94 lata Pani Emilia zadziwia sprawnością fizyczną.

Nazywam się Emilia Galińska z domu Przewoźnik. Urodziłam się 15.06.1920 roku w „centrali”, tzn koło Bochni w miejscowości Zabierzów koło Niepołomic. Moi rodzice Stanisław i Magdalena mieli 7-ro dzieci. 4 synów i 3 córki w tym jedną z nich byłam ja. Ja byłam przedostatnia. Z rodzeństwa żyje tylko ja i młodszy ode mnie brat. A tak to wszyscy już poumierali.

Rodzice zajmowali się rolnictwem. Ojciec miał trochę ziemi, parę hektarów, którą uprawiał i z tego żyliśmy. Przed wojną żyliśmy biednie. Wszystko było na kartki. Odzież, bielizna. Jedzenia też nie było. Człowiek żył, bo musiał żyć. Skończyłam tylko 4 klasy szkoły i pracowałam na gospodarstwie rodziców i w lesie. Rodzice nie dbali o to czy dziecko chodzi do szkoły czy nie.

W czasie wojny i przed wojną pracowałam w nadleśnictwie. Czasy wojny wspominam bardzo źle. Nie było co jeść. Nie było gdzie kupić jedzenia. W sklepach nic nie było. Kryzys jak diabli. We wrześniu 1939 roku nie pamiętam, żeby jakoś brutalnie Niemcy weszli do mojej miejscowości ale z czasem zaczęli mordować Żydów. Pamiętam taką sytuację, jak poszłam nazbierać z koleżanką trawy dla bydła na łąki. Byłyśmy na łące, gdy patrzymy, a wałem idą Niemcy. Krzyczą do nas, żebyśmy podeszli do nich. Ze strachu, aż się trzęsłyśmy ale tylko nas wylegitymowali. Gdy szedł Żyd i Niemcy go zaczęli kontrolować to od razu go zabijali. A w naszej wiosce było bardzo dużo Żydów. W czasie wojny był straszny głód. W nadleśnictwie pracowałam przy wiklach (wiklina). Ścinaliśmy je sierpami i łupaliśmy kleszczami, a na wiosnę sadziłam lasy. Dzięki pracy w nadleśnictwie nie wywieźli mnie na roboty przymusowe. Gajowy powiedział Niemcom, że jestem niezbędna w pracy w lesie i mnie zostawili w spokoju. Zabrali tylko moich dwóch braci na roboty. Jednego brata na tych robotach Niemcy zabili.

Pod koniec wojny pamiętam, że do nas na wioskę uciekło bardzo dużo ludzi z Krakowa, bo bali się, że zbombardują miasto. Uciekali przed bombardowaniem ale Rosjanie wkroczyli i Kraków ocalał. Nie pamiętam, żeby Rosjanie u nas jakoś źle się zachowywali. Nie mordowali ani nie gwałcili. Kilka lat po wojnie wyjechałam na zachód. Do Nietkowic, a później Brodów.

Na zachód przyjechałam na przełomie 1952/53 roku. Pamiętam że była wtedy bardzo ciężka zima. Przyjechałam do brata do Nietkowic. 12 czerwca 1953 roku wzięłam ślub z Władysławem Galińskim z którym w małżeństwie byłam ponad 30 lat. Całe życie ciężko pracowałam. Do tej pory jestem aktywna fizycznie. Nie widzę na jedno oko dlatego czytanie albo oglądanie telewizji jest dla mnie trudne. Wolę prać, sprzątać, gotować a nawet drzewa narąbać.

Niestety bohaterka tych krótkich wspomnień zmarła 5 czerwca 2017 roku mając niespełna 97 lat.

Mar 152019
 

Taryfa opłat i regulamin przeprawy promowej w Gross Blumberg (obecnie BRODY) z roku 1835! Ciekawe wydanie dwujęzyczne.

ZBIÓR PRAW dla Państw Królestwa Pruskiego

Taryfa opłaty przewoźnego za przewóz w Blumberg z dnia 30 lipca 1835.

(TABELA WYSOKOŚCI OPŁAT)

Ogólne postanowienia.

  1. Powyższe daniny opłacają się jakikolwiek jest stan wody, bez względu na jej wysokość, również gdy jest droga na lodzie, której przynależyte utrzymanie należy do starań exakcyi; wszakże mieszkańcy miejscowi i przechodnie osoby piesze mogą jej bezpłatnie używać.
  2. Na prywatnych promach dominij i gminy w Gross Blumberg niewolno obcych osób, zwierząt i rzeczy za pieniądze przewozić.
  3. Wóz lub pojazd uważa się za ładowny, gdy prócz obroku na dni najwięcej trzy i prócz przewoźnika jeszcze jedna znajduje się na nim osoba.
  4. W poborze tej daniny, w karaniu defrandacyj, w postępowaniu przeciw oskarżonym stosować się należy do postanowień regulaminu poborowego z 8 lutego 1819

Uwolnienia.

  1. Ekwipaże i zwierzęta, należące do dworów Król. Domu, tudzież do Król. Stadnin
  2. Komenderowani wojskowi, zwołani rekruci, furgony i zwierzęta należące do armii lub do wojsk na pochodzie, podwody wojenne i dostawy wojenne.
  3. Publiczni urzędnicy i ich pojazdy i zwierzęta w podróżach służbowych, gdy tamci są w stanie wylegitymować się jako tacy świadectwami upoważniającymi lub papierami służbowemi; zaś policyanci i celnicy bez takowej legitymacyi, skoro mają na sobie przepisany uniform.
  4. Transporta, przedsiębrane na bezpośredni rachunek skarbu.
  5. Poczty orydynacyjne, włącznie prędkich poczt, publiczni gońce i sztafety, i próżno od nich wracające zaprzęgi lub zwierzęta.
  6. Fury posiłkowe z okazyi pożarów ogniowych i klęsk podobnych, fury gminne i wojenne, także fury xięży i kościelnych w czynnościach urzędowych.

Berlin, dnia 30 lipca 1835

FRYDERYK WILHELM

Źródło: księga „Sachregister zur deutsch-polnischen Gesetzsammlung für die … , 1835”

Sty 112019
 

Stanisław Pikuła

Będąc ostatnio w Archiwum Państwowy w Zielonej Górze udało natrafić się na archiwalne wspomnienia weteranów II Wojny Światowej, które spisywali w latach 60-,70-, i 80-tych. Wśród nich byli też mieszkańcy naszych wiosek. Przedstawiamy wspomnienia Stanisława Pikuły z Brodów. Pisownia oryginalna.

 

 

Pikuła Stanisław

Brody 30 pocz. Pomorsko

gm Sulechów

Urodziłem się w 1921 r 16-X w Chomęciska-Duże gm Stary-Zamość pow. Zamość w rodzinie chłopskiej małorolnej. Tam skończyłem szkołę podstawową i do 1938 r tam żyłem i pomagałem w gospodarstwie rodzicom a 1938 roku rodzice kupili mało gospodarstwo z parcelacji państwowej w wojew. Tarnopolskim pow Zborów i tam wyjechałem wraz z rodzicami i resztą za poszukiwaniem trochę chleba bo rodzina dorastała a była dość liczna. Tam zaraz zacząłem się uczyć zawodu rolniczego w w Pys Rolniczym. Po klęsce wrześniowej zostaliśmy internowani do Z.S.S.R. Na Ural do Krasnouralska i tam pracowałem przy różnych pracach i trochę uczyłem się nowych zawodów nierolniczych ale ja miałem zawsze we krwi pracować na ziemi. Na początku 1942 r z Uralu przyjechaliśmy do Kujbyszowskiej Obłaści Wiacko Polański rejon i tam pracowałem w Kołchozie i prowadziłem kołchozowe ogrodnictwo. W 1943 r w maju wraz z moim bratem Leonardem zostaliśmy zmobilizowani do wojska z tamtej ostatniej miejscowości. Po przybyciu do Sielc nad Oką i po dokonaniu różnych zabiegów organizacyjnych zostałem wraz z bratem przydzielony na podoficerską szkołę dywizyjną. Po skończeniu szkoły i zdaniu pomyślnie egzaminu zostaliśmy przydzieleni do 1. pułku 3 bat. 8 komp. Jako kaprale na dow. drużyn małych moździerzy a jako zastępca dowódcy plutonu i tak ruszyliśmy na front. Po rozmaitych marszach i przemarszach zbliżając się do linii frontowej. Z rozkazu do-cy pułku zostałem przydzielony do plutonu wartowniczego przy magazynach Dywizyjnych. Po krótkim tam pobycie poprosiłem się o powrotne skierowanie mnie do Kompanji bo tam był mój brat jak i inni koledzy z którymi zżyłem się bardzo i było mi tam bardzo dobrze i prośba została przyjęta. Podczas bitwy pod Lenino przed Przejsamą Mireją został ranny nasz d-ca plutonu i dalej ja przejąłem dowodzenie plutonem. Po zdobyciu linji obronnych nieprzyjaciela piechoty wdarliśmy się w głąb pozycji nieprzyjacielskich aż pod linje obronne artylerii i tam zaczęło się jeszcze straszniejsze piekło bo i straciłem kilku chłopców i wyczerpały się zapasy amunicji no i całkowicie z naszej kompanji pozostało nas bardzo mało. W tak gorącym ogniu brat został śmiertelny strzał w piersi podskoczyłem do niego zobaczyłem, że został przestrzelony na wylot rozdarłem umundurowanie i zacząłem bandażowanie i zabandażowałem gdy chciałem się podnieść znad bandażującego to zobaczyłem dwa niemieckie bagnety przy moim ciele i tak skończyła się nasza i moja radość że już jesteśmy niedaleko od Polski. Wzięty do niewoli przebywałem wraz z innymi naszymi niewolnikami w miejscowościach Oszszy, Borysowie a później w niemieckich lagrach jenieckich w Altengauże na różnych pracach i w różnych miejscowościach. Po kapitulacji Niemiec zostałem oswobodzony przez armię amerykańską i zaraz powróciłem do kraju. Po powrocie do kraju pojechałem w rodzinne strony w zamiarze odwiedzin bo tam zostało dwóch braci już żonatych do 1938 roku niestety ich nie zastałem, obaj zginęli w bombardowaniu w 1939 roku. Tam trochę przebywałem u moich wujków i pod jesień 1945 roku tu przyjechałem na ziemie odzyskane i zająłem gospodarstwo pełnorolne bo to mnie zawsze pociągało. W 1946 roku założyłem rodzinę i do tej pory tu żyję i pracuję z czego jestem ja do tej pory zadowolony. Tu w Brodach w 1946 roku wstąpiłem do P.P.R i wielu innych organizacji społecznych za które wielokrotnie zostałem pochwalany i odznaczany, z czego również jestem dumny i zadowolony.

Brody 20-I-1980

Stanisław Pikuła

Pan Stanisław Pikułą był nam ostatnim znanym żyjącym weteranem II Wojny Światowej. Zmarł 20 maja 2015 roku.

Lip 202018
 

Antoni Stawera

Kiedy kilka lat temu pierwszy raz czytaliśmy własnoręcznie napisany życiorys Antoniego Stawery po zdaniu A kiedy zaczęli banderowcy mordować naród Polski zostałem złapany w sierpniu 1943 roku w Ujściu i przez nich rozstrzelany, gdzie kula przeszyła mój prawy bok na wylot przeszły nas ciarki. Młodość i wojenne losy Pana Antoniego na pewno się nadaje na scenariusz filmu.

Urodziłem się dnia 11.07.1923 roku w Ujsciu pow. Kostopol Z.S.R.R. Pochodzę z rodziny chłopskiej. Gdy ukończyłem 7 lat zacząłem uczęszczać do Szkoły Powszechnej w Ujściu. Po ukończeniu 4 klasy mając 12 lat zostaję sierotą bez ojca i matki, pod opieką starszego brata do chwili ukończenia 16 lat. Z powodu bardzo ciężkich warunków życia zmuszony byłem iść do pracy do majątku Dziedzica. Pracowałem tam do wybuchu wojny w 1939 roku. Od 1940 do 1941 roku pracowałem w kołchozie w Ujściu, w 1941 roku po napadnięciu hitlerowców na Związek Radziecki Niemcy zagarnęli kołchoz w Ujściu i utworzyli majątek, gdzie zmuszony byłem pracować jako rolnik. W 1943 roku banderowcy zniszczyli majątek niemiecki, a ja pozostaję bez pracy i nadal żyję u brata. A kiedy zaczęli banderowcy mordować naród Polski zostałem złapany w sierpniu 1943 roku w Ujściu i przez nich rozstrzelany, gdzie kula przeszyła mój prawy bok na wylot. Ciężko ranny zostaję leczony przez sanitariusza. Po wyzwoleniu przez Armię Radziecką w 1944 roku od faszyzmu, zostaję powołany dnia 28 kwietnia 1944 roku na Wołyniu w szeregi Armii Radzieckiej w zapasny pułk 911 na Uralu w Gorod Mołotow. Po trzymiesięcznym przygotowaniu bojowym i przysiędze otrzymaliśmy rozkaz na front Finlandii. Po dwóch tygodniach nastąpiła kapitulacja, otrzymaliśmy rozkaz przejścia przez Pereszejek do Norwegii. W ciężkich bojach w Norwegii przeszedłem do Zalewu Murmańsk. Po wyzwoleniu Norwegii 1 Armia 1 Batalion 911 Pułk powrócił do Z.S.R.R. w Rybińsk, gdzie dalsze przechodziliśmy ćwiczenia bojowe, po których zostaliśmy wysłani na front zachodni na tereny Polski. W 1945 roku będąc na terenie Polski zachorowałem na żołądek i skierowany do mitsambatu polowego szpitala, gdzie po trzech tygodniach i wypisaniu zostałem przydzielony do dziewiętnastej brygady czołgów jako desant czołgowy I Frontu Białoruskiego i skierowany na pierwszą linię frontu, wyzwalając wsie i miasta doszedłem w ciężkich bojach do przedmieścia Berlina. Dnia 28 kwietnia 1945 roku kiedy nasze czołgi toczyły walki na przedmieściach Berlina zostałem ciężko ranny w prawą nogę w biodro i przewieziony do szpitala na tyły frontu i podjęto natychmiastową operację, a następnie przewieziony do szpitala Moskwa Sokolniki 1385. Po trzykrotnych operacjach i podleczeniu, zostałem skierowany na dalsze leczenie do szpitala w Jarosławiu i ponownie operowany. Po pewnym czasie zostaję przewieziony do szpitala w Rostowie Jarosławskiej Obłasti. Po dłuższym leczeniu i wypisaniu ze szpitala zostałem uznany przez komisję lekarską za inwalidę II grupy 75 procent niezdolny do pracy i skierowany na wyjazd do Polski. Po przyjeździe do Polski zostałem powołany na komisję w Ostrowie Wielkopolskim, gdzie komisja uznała jedynie 45 procent utraconego zdrowia, ponieważ nie chciałem się zgodzić odwołałem się do Poznania na komisję lekarską. Komisja w Poznaniu mało wzięła pod uwagę moją krzywdę i chorzenia przyznała mi 55 procent utracenia i zaliczyła do III grupy inwalidów. Mając trudne warunki życia więc 28 sierpnia 1946 roku zgłosiłem się do Urzędu Ziemskiego w Poznaniu, gdzie skierowano mnie do pow. Konin, miejscowość Borowiec Stary i przydzielono mi gospodarstwo rolne o powierzchni 12 ha. Na gospodarce pracować nie mogłem, gdyż rany stale się odnawiały. Więc zostałem przewieziony do szpitala w Koninie gdzie zostałem operowany. Po powrocie ze szpitala do domu po niedługim czasie zostałem ponownie zabrany do tego szpitala i poddany dwóm operacjom. Po jakimś czasie noga dalszy ciąg bolała a rany się odnawiały, więc skierowano mnie do szpitala w Poznaniu. Szpital Przemienienia Pańskiego, gdzie lekarze uznali ostomilitus kości i poddano dwóm operacjom. Po tych ciężkich operacjach i długim czasie leczenia wróciłem na tą samą gospodarkę. Ponieważ stan zdrowia mi jednak nie pozwalał pracować na roli a żona była z małym dzieckiem zmuszony byłem gospodarstwo zdać na Skarb Państwa i 7 X 1949 roku wyjechałem na Ziemie Zachodnie do miejscowości Brody pow. Sulechów. Urząd Ziemski w Krośnie Odrz. Przydzielił mi gospodarstwo rolne 3,50 ha. Z renty, która wynosiła  280 zł miesięcznie III grupy wyżyć nie mogłem, zmuszony byłem pracować w tej gospodarce, co przyczyniło się ponownie do otwarcia ran. W związku z tym zabrano mnie do szpitala  Krośnie Odrz. i ponownie operowany. Po powrocie ze szpitala i pogorszeniu zdrowia oddałem ziemię 1,015 ha przez notariusza w Zielonej Górze na Skarb Państwa. Po zagojeniu nogi choruję na żołądek i dostaję ataki nerek co stwierdzono przez lekarzy dwustronną kamicę nerek, a do tego wywiązały się inne choroby: serce, isjasz w nodze i zapalenie korzonków nerwowych. Na wymienione choroby leczę się przez parę lat w Ośrodku Zdrowia w Sulechowie a następnie w Brodach i w sanatoriach Sielanka w Kudowie, sanatorium Wojskowe w Ciechocinku, sanatorium Wacław Świeradów Zdrój i w tym roku znowu sanatorium Wojskowe w Ciechocinku.

Brody, dnia 20 XII 1974

Cze 082018
 

W poprzednim artykule opisywaliśmy cmentarze w Pomorsku. Teraz przyszła kolej na cmentarz w Brodach.

Ks. Robert Romuald Kufel w swojej książce pt. Cmentarze wyznaniowe do 1945 roku w granicach województwa lubuskiego. Tom III Powiat zielonogórski. Gminy Kargowa, Sulechów i Trzebiechów pisze o cmentarzu tak Powstał na początku XX wieku przy drodze do Nietkowic i służył ludności ewangelickiej. Założony na rzucie zbliżonym do trapezu o powierzchni 0,50 ha był w użyciu do 1945 roku. Dziś jest porośnięty bluszczem i trudny do penetracji.

Po przeczytaniu tej wzmianki o cmentarzu w Brodach z dzieła ks. Kufla i artykułu zamieszczonego na naszej stronie Jak w Brodach powstał cmentarz rodzi się pytanie kiedy powstał właściwie cmentarz? Przedwojenny kronikarz Ernst Möbus szczegółowo opisał z datami rozdzielenie miejsca pochówku mieszkańców Pomorska i Brodów. Jako datę według Ernsta Möbusa można przyjąć okolice roku 1815. Za faktem, że Brody miały swój cmentarz już w XIX wieku a nie dopiero na początku XX przemawia budowa kościoła w Brodach w 1854 roku. Dziwne byłoby gdyby Brody od 1854 roku już jako osobna parafia ze swoim nowym kościołem nie miała własnego cmentarza.
Te ciekawostki jednak trzeba sprawdzić w niemieckich źródłach i archiwach, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości.

Zdjęcia cmentarza wiejskiego pochodzą z książki ks. Roberta Romualda Kufla pt. Cmentarze wyznaniowe do 1945 roku w granicach województwa lubuskiego. Tom III Powiat zielonogórski. Gminy Kargowa, Sulechów i Trzebiechów

 

Adam i Andrzej

Mar 162018
 

Kościół w Nietkowicach

Przedstawiamy sylwetkę powojennego księdza proboszcza w parafii Nietkowice. Organ Urzędowy Kurii Biskupiej opublikował nekrolog z roku 1961 w „Gorzowskich Wiadomości Kościelnych”, który przedstawił nam życiorys księdza. Oraz dwie wzmianki o ważnych wydarzeniach dla parafii Nietkowice w „Gorzowskich Wiadomości Kościelnych” z 1960 roku, do których przyczynił się Ks. Wojciech Gąsior..

NEKROLOG – Śp. Ks. Wojciech Gąsior

W czwartek, dnia 1 grudnia 1960 r. o godz. 6-tej odszedł do wieczności Ks. Wojciech Gąsior, proboszcz parafii Nietkowice w dekanacie Zielona Góra.

Śp. ks. Wojciech Gąsior urodził się dnia 5 grudnia 1914 r. w pierwszych miesiącach wojny światowej w miejscowości Zajezie, należącej do wsi Dąbrowica, parafia Ślęzaki, w powiecie tarnobrzeskim.

Do szkoły powszechnej począł uczęszczać w roku 1921/22 w Ślęzakach. Uczył się bardzo dobrze, to też po ukończeniu szkoły powszechnej rodzice postanowili go oddać do Gimnazjum w Tarnobrzegu, do którego egzamin wstępny zdał z odznaczeniem. Dnia 10. VI. 1933 r. złożył egzamin z postępem bardzo dobrym.

Postanawia poświęcić się służbie Bożej w kapłaństwie. Wielki wpływ na ukształtowanie się powołania kapłaństwa miał Ks. Stanisław Robak, jego pierwszy duszpasterz wychowawca. Ponieważ podanie na teologię złożył za późno, musiał czekać na rok następny. W r. 1934 zostaje przyjęty do seminarium Duchownego w Przemyślu za rektoratu Ks. Jana Grochowskiego. Dnia 25. VI 1939 r. otrzymał święcenie kapłańskie z rąk Ks. Biskupa Fr. Bardy. W czasie studiów teologicznych umiera jego matka, Antonina – 7. IV. 1936 r. Śmierć jej przezył bardzo głęboko.

Placówki wikariuszowskie w diecezji przemyskiej: Rymanów, Krościenko Wyższe k/Krosna, Kombornia, Odrzykoń. W listopadzie 1947 r. na własną prośbę zostaje zwolniony przez ks. Biskupa Bardę do pracy w diecezji gorzowskiej.

W diecezji gorzowskiej pracuje najpierw w Słupsku na stanowisku prefekta szkół średnich. Zostaje także zaangażowany do pracy w Niższym Seminarium Duchownym w Słupsku, gdzie uczy śpiewu i łaciny i prowadzi chór seminarialny. Po jakimś czasie wyrobił w Seminarium dobry zespół śpiewaczy, z którym urządzał koncerty religijne w kościołach całego Pomorza Zachodniego.

W tym też czasie Administrator Apostolski ks. Inf. Nowicki zrobił go diecezjalnym referentem dla spraw muzyki kościelnej. Pracując na tym odcinku organizuje w Słupsku łącznie z Wydziałem Duszpasterskim pierwszy zjazd organistów diecezji. Na tym zjeździe był Ks. Administrator Nowicki oraz zaproszeni z fachowymi referatami: ks. Nowacki z Warszawy i ks. Mizgalski z Poznania. Nieco później zorganizował w czasie wakacji kurs dokształcający dla organistów w Gorzowie, który trwał 4 tygodnie.

Z powodu choroby opuszcza Słupsk a po podleczeniu się otrzymuje w zarząd parafię Trzemeszno Lubuskie dnia 2. II. 1953 r. Tu przeprowadza remont organów, buduje nowy ołtarz M. B. Nieust. Pomocy, przeprowadza misję parafialną i wprowadza Nieustającą Nowennę do M. B. Nieust. Pomocy. Szczególnie wiele troski poświęca dzieciom, wprowadza osobne Msze św. dla młodzieży i dzieci i czyni wiele wysiłków w kierunku rozśpiewania najmłodszych parafian.

Po przejściu bardzo ciężkiej choroby serca, w której nawet lekarze nie robili wielkich nadziei powrotu do zdrowia, obejmuje w lipcu 1957 r. parafię Polichno Stare w dekanacie gorzowskim. W tym czasie była to parafia świeżo utworzona, kościół parafialny był zaniedbany. Śp. Ks. Gąsior z wielką troskliwością doprowadza kościół do porządku. Przeprowadza gruntowny remont dachu, otynkowuje go z zewnątrz, maluje wewnątrz, sprawia nowe metalowe tabernakulum, nowe ornaty, obwodzi murem. Po kilku miesiącach jego pobytu w tej miejscowości kościół wygląda czysto, schludnie. Wykonanie tych wszystkich prac nie było łatwe. Polichno Stare jest maleńką parafią i o każdy grosz jest trudno.

Oprócz tej pracy wiele troszczy się o rozwój życia religijnego sród wiernych. Przeprowadza rekolekcje, często zaprasza obcych kapłanów z kazaniami i nabożeństwami.

Dnia 19. IX. 1959 r. przeniesiony zostaje do Nietkowic, dekanat Zielona Góra. Jest to parafia większa ale do obsługi duszpasterskiej bardzo trudna z powodu wielkiej terenowej rozległości. Zaraz na początku musi przeprowadzić gruntowny remont plebanii i budynków. Przez kilka tygodni mieszka u gospodarza. Myśli o wielu pracach w kościele, który wewnątrz pozostawia bardzo wiele do życzenia. Usuwa w kościele parafialnym po protestanckie balkony. Ma kłopoty z kościołami filialnymi, których jest kilka.

Ostatnio przeprowadza generalny remont organów. W dniu ich poświęcenia jest już bardzo chory, a nazajutrz zostaje z powodu ciężkiej choroby serca zawieziony do Szpitala w Sulechowie, a potem do Szczecina, gdzie umiera świadomie, śmiercią bardzo spokojną.

Śp. Zmarły miał wielkie nabożeństwo do Matki Boskiej od lat dziecinnych. Odziedziczył je po swojej matce.

Był muzykiem. Sprawy śpiewu liturgicznego i muzyki zawsze go żywo interesowały i we wszystkich kościołach, w których pracował przyczyniał się do podniesienia śpiewu kościelnego i gry organowej.

Pogrzeb odbył się w sobotę 3 grudnia 1960 r. Doczesne szczątki Zmarłego przywieziono ze Szczecina do Nietkowic. W pogrzebie wziął udział J. E. Ks. Biskup Ignacy Jeż. Mszę św. żałobną odprawił Ks. Kanonik Michalski Kazimierz dziekan z Zielonej Góry. Kazanie wygłosił Ks. Józef Anczarski Dyrektor Wydziału Duszpasterskiego. Na pogrzebie było 18 kapłanów z dekanatów: zielonogórskiego, gorzowskiego, rzepińskiego, krośnieńskiego. Krótkie przemówienie po Mszy św. wygłosił także J. Ekscelencja Ks. Biskup. Wiernych było bardzo wielu.

Po dokonaniu obrzędów pogrzebowych ciało śp. Ks. Gąsiora odwieziono autem do rodzinnej miejscowości – Zajazia – gdzie zostało złozone na odpoczynek do dnia zmartwychwstania.

Dobry Jezu, a nasz Panie, daj Mu wieczne spoczywanie.

Poświęcenie plebanii i budynku gospodarczego w Nietkowicach.

Staraniem ks. prob. Gąsiora wkrótce po objęciu przez niego parafii dokonano w Nietkowicach generalnego remontu plebanii, przłożono na niej dach i odbudowano zniszczony budynek gospodarzy. Poświęcenia plebanii i budynku gospodarczego dokonał ks. Józef Anczarski, dyrektor Wydz. Duszpsterskiego dnia 29. XII. 1959 r., który też wygłosił na sumie okolicznościowe kazanie.

Poświęcenie organów w Nietkowicach

W niedzielę dnia 30. X. 1960 r. odbyło się poświęcenie odremontowanych organów w parafii Nietkowice. Aktu tego dokonał ks. Józef Anczarski, który też odprawił uroczystą sumę. Okolicznościowe kazanie wygłosił ks. Józef Ferensowicz. Na organach grał miejscowy ks. proboszcz Wojciech Gąsior. Uroczystość poświęcenia organów zgromadziła do kościoła wielką liczbę wiernych.

Mar 052018
 

HURA JAROSŁAW STEFAN
[ГУРА ЯРОСЛАВ СТЕПАН]
(1898–1963)
Źródło: Zbiory ks. B. Pracha.

Otrzymaliśmy od prof. Igora Hałagidy biogram ks. Hury, jaki opracował do słownika biograficznego duchowieństwa greckokatolickiego, nad którym pracuje. Serdeczne podziękowania – będzie to znakomite uzupełnienie naszej dotychczasowej wiedzy, którą poznaliśmy w opisanym tu wcześniejartykule.

Ur. 14 VIII 1898 r. w Wólce Mazowieckiej pow. Hrubieszów, w chłopskiej (12 morgów ziemi) rodzinie Damiana i Emilii z d. Zaremba. Ukończył gimnazjum we Lwowie (18 III 1918 r.). W 1921 r. wstąpił do do Greckokatolickiego Seminarium Duchownego w Przemyślu, które ukończył w 1925 r. Wyświęcony został 15 II 1925 r. przez bp. Jozafata Kocyłowskiego. Przed święceniami ożenił się z Eugenią (z d. Fediw, data urodzenia nieznana) z którą miał troje dzieci: córkę Marią oraz synów Jerzego i Bogdana.

Po święceniach ks. Hura był wikariuszem w Jarosławiu (1925–1926), a następnie administratorem w Miżyńcu (1926–1928) i w Stubnie pow. Przemyśl (1928–1929). W l. 1929–1939 proboszcz w Tehlowie pow. Rawa Ruska, a później administratora parafii w Tudorkowicach pow. Sokal (1939?–1942?), w Krakowcu pow. Jarosław (1942–1944). Przeniesiony na terytorium AAŁ był administratorem w Jaworkach pow. Nowy Targ (10 II 1945–1947). Kapłan był aktywnym działaczem ukraińskim. Sympatyzował z OUN, zaś w czasie okupacji uczestniczył w pracach UCK. W 1945 r. był rozpracowywany z tego powodu przez NKWD.

W trakcie przesiedleń ludności ukraińskiej pozostał na swej parafii. Czynił starania o podjęcie duszpasterstwa w rzymskokatolickiej diecezji tarnowskiej, ale zakończyły się one niepowodzeniem. Ostatecznie w 1947 r. został wywieziony na ziemie zachodnie i północne w ramach akcji „Wisła”. Aresztowany w tym samym roku w Szczecinie (prawdopodobnie oskarżony o udzielanie posług religijnych ukraińskiemu podziemiu) i uwięziony. Zwolniony dzięki staraniom administratora apostolskiego ks. E. Nowickiego.

Po wyjściu na wolność ks. Hura został wikariuszem obrządku łacińskiego w Bobrowicach pow. Krosno Odrzańskie, a następnie administratorem w Nietkowicach w tym samym powiecie (od 13 IX lub – według innych źródeł – 18 VI 1948 r.). Aby objąć to stanowisko musiał rozstać się z żoną i córką, które mieszkały w Gorzowie Wielkopolskim. Nie powrócił już do obrządku wschodniego. Swoją posługę pełnił do 1959 r. Według niesprawdzonych informacji przez krótki okres był wykorzystywany operacyjnie przez bezpiekę jako TW, lecz brak na ten temat dokładniejszych informacji.

Ks. Hura zmarł 6 VI 1963 r. w Gorzowie Wielkopolskim i tam został pochowany. Po śmierci duchownego, jego żona i córka wyjechały do USA. Eugenia zm. w 1992 r. Chicago. Także dwaj synowie w nieznanych okolicznościach znaleźli się za granicą (Jerzy w USA, a Bogdan w Australii). O ich losach nie udało się zebrać żadnych wiadomości.

Sty 222018
 

Ks. Jarosław Stefan Hura

Przedstawiamy sylwetkę pierwszego powojennego księdza proboszcza w parafii Nietkowice. Organ Urzędowy Kurii Biskupiej opublikował nekrolog w nr 9 z roku 1963 w „Gorzowskich Wiadomości Kościelnych”, który przedstawił nam życiorys księdza.

NEKROLOG – śp. Ksiądz Stefan Hura
W czwartek, dnia 6 VI 1963 r. w porze popołudniowej, gdy w Rzymie odbywały się uroczystości pogrzebowe Jana XXIII, a cały świat był pod wrażeniem śmierci i pogrzebu wielkiego Papieża, odszedł do wieczności Ksiądz Stefan Hura, emerytowany proboszcz parafii Nietkowice. Umarł w szpitalu w Gorzowie na zawał serca.
Śp. Ks. Stefan Hura, syn Damiana i Emilii z Zarembów, urodził się w Wólce Mazowieckiej dnia 14 sierpnia 1898 roku. Ojciec jego był księdzem greko-katolickim. Po ukończeniu szkoły podstawowej w miejscowości rodzinnej uczęszczał do C.K. gimnazjum klasycznego i w r. 1916 do Seminarium Duchownego obrządku greko-katolickiego we Lwowie. Dalsze trzy lata studiów teologicznych odbył w Seminarium Duchownym w Przemyślu. Święcenia kapłańskie otrzymał z rąk biskupa Józefa Koczyłowskiego w kościele św. Jana Chrzciciela w Przemyślu dnia 15 lutego 1925 roku.
Po wyświęceniu na kapłana zatrudniony był w następujących miejscowościach:
– w latach 1925-1927 jako wikary w Jarosławiu,
– w latach 1927-1929 jako administrator w Miżyńcu,
– w latach 1929-1930 jako administrator w Stubnie,
– w latach 1930-1939 jako proboszcz w Tehlowie,
– w latach 1939-1944 jako administrator w Tudurkowicach,
– w latach 1944-1946 jako administrator w Jaworkach,
– w roku 1947 za zgodą J. Eminencji Ks. Prymasa Polski przybył do diecezji gorzowskiej i otrzymał w zarząd parafię Bobrowice w dekanacie Krosno. Pracuje tu rok.
– 18 lutego 1948 roku zostaje przeniesiony na stanowisko proboszcza w Nietkowicach, w dekanacie Zielona Góra. Na tej placówce duszpasterskiej pracuje do 6 sierpnia 1959 roku, a następnie przechodzi w stan spoczynku. Jako emeryt przebywa w Gorzowie na terenie parafii św. Krzyża
Życie śp. Ks. Stefana Hury na terenie diecezji gorzowskiej mocno związało się z parafią Nietkowice. Jest to parafia trudna, jedna z trudniejszych w diecezji. Do obsługi duszpasterskiej jest pięć kościołów filialnych: w Będowie, w Brodach, w Pomorsku, w Sycowicach i w Radnicy. Każdy z duszpasterzy wie dobrze, co to znaczy mieć do duszpasterskiej obsługi pięć kościołów filialnych. Ile to trzeba nieustannego trudu, aby we wszystkich kościołach obsłużyć wiernych religijnie, objąć dzieci nauką, utrzymać wszystkie kościoły w należytym stanie materialnym. Każdy z duszpasterzy w diecezji gorzowskiej wie, jak uciążliwe są te niekończące się wyjazdy i jak mocno zdzierają one zdrowie i siły kapłana. Jeśli do tego dodamy, że Ks. Prob. Hura organizować musiał wszystko od początku, i że był sam jeden, zrozumiemy jak ciężkie zadanie miał do spełnienia.
W kronice 10-lecia diecezji śp. Zmarły opisuje te początki w Nietkowicach. Zamieszkał na początku w Brodach, bo w Nietkowicach nie było odpowiedniego miejsca. Kościoły poprotestanckie wyszabrowane, niczego w nich nie było, a w Nietkowicach na dodatek przez uderzenie pioruna zniszczona wieża i czwarta część dachu. Trzeba było doprowadzić wszystkie kościoły do katolickiego stanu używalności, postarać się o każdy obrus, albę, ornat, kapę i kielich. Trzeba było samemu starać się o każdą rzecz, bo nigdzie niczego nie było.
Przez cały czas swego pobytu w Nietkowicach służył wiernym jak mu dopisywały siły, możliwości i czas, którego zawsze było za mało. Dla ożywienia życia religijnego w parafii organizował rekolekcje w każdym roku, przeprowadził także w parafii misje.
Sterany trudami duszpasterskiej służby wiernym, prosi o przeniesienie go w stan spoczynku. Na emeryturę przechodzi 6 sierpnia 1959 r. Mieszkając jako emeryt w Gorzowie, chętnie pomaga w pracy duszpasterskiej w parafii św. Krzyża. Chętnie spowiada i jest zawsze gotów z pomocą na każdą prośbę miejscowego Ks. Proboszcza.
Umarł na zawał serca po krótkim pobycie w szpitalu w Gorzowie. Pogrzeb odbył się w sobotę dnia 8 czerwca 1963 r. Tego dnia rano wprowadzono doczesne szczątki Zmarłego Kapłana z kaplicy cmentarnej do kościoła parafialnego. Mszę św. O pokój jego duszy odprawił O. Prowincjonał Remigiusz Kranc. Po południu tegoż dnia zostały odprawione żałobne nieszpory. Po nieszporach słowo Boże wygłosił Ks. Maziarz, kapłan obrządku greko-katolickiego z Poznania, krewny śp. Ks. Stefana Hury. Po kazaniu odprawili obrzędy pogrzebowe w obrządku greko-katolickim trzej kapłani tego obrządku, a następnie przemówił Ks. Biskup.
Śp. Ks. Stefana Hurę pochowano na cmentarzu parafialnym przy kościele Św. Krzyża, obok grobu jego matki, zmarłej przed kilku miesiącami. W pogrzebie wzięło udział wiele sióstr zakonnych i wielu wiernych.
Wieczny odpoczynek racz Mu dać Panie !

Translate »