Cze 082018
 

W poprzednim artykule opisywaliśmy cmentarze w Pomorsku. Teraz przyszła kolej na cmentarz w Brodach.

Ks. Robert Romuald Kufel w swojej książce pt. Cmentarze wyznaniowe do 1945 roku w granicach województwa lubuskiego. Tom III Powiat zielonogórski. Gminy Kargowa, Sulechów i Trzebiechów pisze o cmentarzu tak Powstał na początku XX wieku przy drodze do Nietkowic i służył ludności ewangelickiej. Założony na rzucie zbliżonym do trapezu o powierzchni 0,50 ha był w użyciu do 1945 roku. Dziś jest porośnięty bluszczem i trudny do penetracji.

Po przeczytaniu tej wzmianki o cmentarzu w Brodach z dzieła ks. Kufla i artykułu zamieszczonego na naszej stronie Jak w Brodach powstał cmentarz rodzi się pytanie kiedy powstał właściwie cmentarz? Przedwojenny kronikarz Ernst Möbus szczegółowo opisał z datami rozdzielenie miejsca pochówku mieszkańców Pomorska i Brodów. Jako datę według Ernsta Möbusa można przyjąć okolice roku 1815. Za faktem, że Brody miały swój cmentarz już w XIX wieku a nie dopiero na początku XX przemawia budowa kościoła w Brodach w 1854 roku. Dziwne byłoby gdyby Brody od 1854 roku już jako osobna parafia ze swoim nowym kościołem nie miała własnego cmentarza.
Te ciekawostki jednak trzeba sprawdzić w niemieckich źródłach i archiwach, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości.

Zdjęcia cmentarza wiejskiego pochodzą z książki ks. Roberta Romualda Kufla pt. Cmentarze wyznaniowe do 1945 roku w granicach województwa lubuskiego. Tom III Powiat zielonogórski. Gminy Kargowa, Sulechów i Trzebiechów

 

Adam i Andrzej

Mar 162018
 

Kościół w Nietkowicach

Przedstawiamy sylwetkę powojennego księdza proboszcza w parafii Nietkowice. Organ Urzędowy Kurii Biskupiej opublikował nekrolog z roku 1961 w „Gorzowskich Wiadomości Kościelnych”, który przedstawił nam życiorys księdza. Oraz dwie wzmianki o ważnych wydarzeniach dla parafii Nietkowice w „Gorzowskich Wiadomości Kościelnych” z 1960 roku, do których przyczynił się Ks. Wojciech Gąsior..

NEKROLOG – Śp. Ks. Wojciech Gąsior

W czwartek, dnia 1 grudnia 1960 r. o godz. 6-tej odszedł do wieczności Ks. Wojciech Gąsior, proboszcz parafii Nietkowice w dekanacie Zielona Góra.

Śp. ks. Wojciech Gąsior urodził się dnia 5 grudnia 1914 r. w pierwszych miesiącach wojny światowej w miejscowości Zajezie, należącej do wsi Dąbrowica, parafia Ślęzaki, w powiecie tarnobrzeskim.

Do szkoły powszechnej począł uczęszczać w roku 1921/22 w Ślęzakach. Uczył się bardzo dobrze, to też po ukończeniu szkoły powszechnej rodzice postanowili go oddać do Gimnazjum w Tarnobrzegu, do którego egzamin wstępny zdał z odznaczeniem. Dnia 10. VI. 1933 r. złożył egzamin z postępem bardzo dobrym.

Postanawia poświęcić się służbie Bożej w kapłaństwie. Wielki wpływ na ukształtowanie się powołania kapłaństwa miał Ks. Stanisław Robak, jego pierwszy duszpasterz wychowawca. Ponieważ podanie na teologię złożył za późno, musiał czekać na rok następny. W r. 1934 zostaje przyjęty do seminarium Duchownego w Przemyślu za rektoratu Ks. Jana Grochowskiego. Dnia 25. VI 1939 r. otrzymał święcenie kapłańskie z rąk Ks. Biskupa Fr. Bardy. W czasie studiów teologicznych umiera jego matka, Antonina – 7. IV. 1936 r. Śmierć jej przezył bardzo głęboko.

Placówki wikariuszowskie w diecezji przemyskiej: Rymanów, Krościenko Wyższe k/Krosna, Kombornia, Odrzykoń. W listopadzie 1947 r. na własną prośbę zostaje zwolniony przez ks. Biskupa Bardę do pracy w diecezji gorzowskiej.

W diecezji gorzowskiej pracuje najpierw w Słupsku na stanowisku prefekta szkół średnich. Zostaje także zaangażowany do pracy w Niższym Seminarium Duchownym w Słupsku, gdzie uczy śpiewu i łaciny i prowadzi chór seminarialny. Po jakimś czasie wyrobił w Seminarium dobry zespół śpiewaczy, z którym urządzał koncerty religijne w kościołach całego Pomorza Zachodniego.

W tym też czasie Administrator Apostolski ks. Inf. Nowicki zrobił go diecezjalnym referentem dla spraw muzyki kościelnej. Pracując na tym odcinku organizuje w Słupsku łącznie z Wydziałem Duszpasterskim pierwszy zjazd organistów diecezji. Na tym zjeździe był Ks. Administrator Nowicki oraz zaproszeni z fachowymi referatami: ks. Nowacki z Warszawy i ks. Mizgalski z Poznania. Nieco później zorganizował w czasie wakacji kurs dokształcający dla organistów w Gorzowie, który trwał 4 tygodnie.

Z powodu choroby opuszcza Słupsk a po podleczeniu się otrzymuje w zarząd parafię Trzemeszno Lubuskie dnia 2. II. 1953 r. Tu przeprowadza remont organów, buduje nowy ołtarz M. B. Nieust. Pomocy, przeprowadza misję parafialną i wprowadza Nieustającą Nowennę do M. B. Nieust. Pomocy. Szczególnie wiele troski poświęca dzieciom, wprowadza osobne Msze św. dla młodzieży i dzieci i czyni wiele wysiłków w kierunku rozśpiewania najmłodszych parafian.

Po przejściu bardzo ciężkiej choroby serca, w której nawet lekarze nie robili wielkich nadziei powrotu do zdrowia, obejmuje w lipcu 1957 r. parafię Polichno Stare w dekanacie gorzowskim. W tym czasie była to parafia świeżo utworzona, kościół parafialny był zaniedbany. Śp. Ks. Gąsior z wielką troskliwością doprowadza kościół do porządku. Przeprowadza gruntowny remont dachu, otynkowuje go z zewnątrz, maluje wewnątrz, sprawia nowe metalowe tabernakulum, nowe ornaty, obwodzi murem. Po kilku miesiącach jego pobytu w tej miejscowości kościół wygląda czysto, schludnie. Wykonanie tych wszystkich prac nie było łatwe. Polichno Stare jest maleńką parafią i o każdy grosz jest trudno.

Oprócz tej pracy wiele troszczy się o rozwój życia religijnego sród wiernych. Przeprowadza rekolekcje, często zaprasza obcych kapłanów z kazaniami i nabożeństwami.

Dnia 19. IX. 1959 r. przeniesiony zostaje do Nietkowic, dekanat Zielona Góra. Jest to parafia większa ale do obsługi duszpasterskiej bardzo trudna z powodu wielkiej terenowej rozległości. Zaraz na początku musi przeprowadzić gruntowny remont plebanii i budynków. Przez kilka tygodni mieszka u gospodarza. Myśli o wielu pracach w kościele, który wewnątrz pozostawia bardzo wiele do życzenia. Usuwa w kościele parafialnym po protestanckie balkony. Ma kłopoty z kościołami filialnymi, których jest kilka.

Ostatnio przeprowadza generalny remont organów. W dniu ich poświęcenia jest już bardzo chory, a nazajutrz zostaje z powodu ciężkiej choroby serca zawieziony do Szpitala w Sulechowie, a potem do Szczecina, gdzie umiera świadomie, śmiercią bardzo spokojną.

Śp. Zmarły miał wielkie nabożeństwo do Matki Boskiej od lat dziecinnych. Odziedziczył je po swojej matce.

Był muzykiem. Sprawy śpiewu liturgicznego i muzyki zawsze go żywo interesowały i we wszystkich kościołach, w których pracował przyczyniał się do podniesienia śpiewu kościelnego i gry organowej.

Pogrzeb odbył się w sobotę 3 grudnia 1960 r. Doczesne szczątki Zmarłego przywieziono ze Szczecina do Nietkowic. W pogrzebie wziął udział J. E. Ks. Biskup Ignacy Jeż. Mszę św. żałobną odprawił Ks. Kanonik Michalski Kazimierz dziekan z Zielonej Góry. Kazanie wygłosił Ks. Józef Anczarski Dyrektor Wydziału Duszpasterskiego. Na pogrzebie było 18 kapłanów z dekanatów: zielonogórskiego, gorzowskiego, rzepińskiego, krośnieńskiego. Krótkie przemówienie po Mszy św. wygłosił także J. Ekscelencja Ks. Biskup. Wiernych było bardzo wielu.

Po dokonaniu obrzędów pogrzebowych ciało śp. Ks. Gąsiora odwieziono autem do rodzinnej miejscowości – Zajazia – gdzie zostało złozone na odpoczynek do dnia zmartwychwstania.

Dobry Jezu, a nasz Panie, daj Mu wieczne spoczywanie.

Poświęcenie plebanii i budynku gospodarczego w Nietkowicach.

Staraniem ks. prob. Gąsiora wkrótce po objęciu przez niego parafii dokonano w Nietkowicach generalnego remontu plebanii, przłożono na niej dach i odbudowano zniszczony budynek gospodarzy. Poświęcenia plebanii i budynku gospodarczego dokonał ks. Józef Anczarski, dyrektor Wydz. Duszpsterskiego dnia 29. XII. 1959 r., który też wygłosił na sumie okolicznościowe kazanie.

Poświęcenie organów w Nietkowicach

W niedzielę dnia 30. X. 1960 r. odbyło się poświęcenie odremontowanych organów w parafii Nietkowice. Aktu tego dokonał ks. Józef Anczarski, który też odprawił uroczystą sumę. Okolicznościowe kazanie wygłosił ks. Józef Ferensowicz. Na organach grał miejscowy ks. proboszcz Wojciech Gąsior. Uroczystość poświęcenia organów zgromadziła do kościoła wielką liczbę wiernych.

Mar 052018
 

HURA JAROSŁAW STEFAN
[ГУРА ЯРОСЛАВ СТЕПАН]
(1898–1963)
Źródło: Zbiory ks. B. Pracha.

Otrzymaliśmy od prof. Igora Hałagidy biogram ks. Hury, jaki opracował do słownika biograficznego duchowieństwa greckokatolickiego, nad którym pracuje. Serdeczne podziękowania – będzie to znakomite uzupełnienie naszej dotychczasowej wiedzy, którą poznaliśmy w opisanym tu wcześniejartykule.

Ur. 14 VIII 1898 r. w Wólce Mazowieckiej pow. Hrubieszów, w chłopskiej (12 morgów ziemi) rodzinie Damiana i Emilii z d. Zaremba. Ukończył gimnazjum we Lwowie (18 III 1918 r.). W 1921 r. wstąpił do do Greckokatolickiego Seminarium Duchownego w Przemyślu, które ukończył w 1925 r. Wyświęcony został 15 II 1925 r. przez bp. Jozafata Kocyłowskiego. Przed święceniami ożenił się z Eugenią (z d. Fediw, data urodzenia nieznana) z którą miał troje dzieci: córkę Marią oraz synów Jerzego i Bogdana.

Po święceniach ks. Hura był wikariuszem w Jarosławiu (1925–1926), a następnie administratorem w Miżyńcu (1926–1928) i w Stubnie pow. Przemyśl (1928–1929). W l. 1929–1939 proboszcz w Tehlowie pow. Rawa Ruska, a później administratora parafii w Tudorkowicach pow. Sokal (1939?–1942?), w Krakowcu pow. Jarosław (1942–1944). Przeniesiony na terytorium AAŁ był administratorem w Jaworkach pow. Nowy Targ (10 II 1945–1947). Kapłan był aktywnym działaczem ukraińskim. Sympatyzował z OUN, zaś w czasie okupacji uczestniczył w pracach UCK. W 1945 r. był rozpracowywany z tego powodu przez NKWD.

W trakcie przesiedleń ludności ukraińskiej pozostał na swej parafii. Czynił starania o podjęcie duszpasterstwa w rzymskokatolickiej diecezji tarnowskiej, ale zakończyły się one niepowodzeniem. Ostatecznie w 1947 r. został wywieziony na ziemie zachodnie i północne w ramach akcji „Wisła”. Aresztowany w tym samym roku w Szczecinie (prawdopodobnie oskarżony o udzielanie posług religijnych ukraińskiemu podziemiu) i uwięziony. Zwolniony dzięki staraniom administratora apostolskiego ks. E. Nowickiego.

Po wyjściu na wolność ks. Hura został wikariuszem obrządku łacińskiego w Bobrowicach pow. Krosno Odrzańskie, a następnie administratorem w Nietkowicach w tym samym powiecie (od 13 IX lub – według innych źródeł – 18 VI 1948 r.). Aby objąć to stanowisko musiał rozstać się z żoną i córką, które mieszkały w Gorzowie Wielkopolskim. Nie powrócił już do obrządku wschodniego. Swoją posługę pełnił do 1959 r. Według niesprawdzonych informacji przez krótki okres był wykorzystywany operacyjnie przez bezpiekę jako TW, lecz brak na ten temat dokładniejszych informacji.

Ks. Hura zmarł 6 VI 1963 r. w Gorzowie Wielkopolskim i tam został pochowany. Po śmierci duchownego, jego żona i córka wyjechały do USA. Eugenia zm. w 1992 r. Chicago. Także dwaj synowie w nieznanych okolicznościach znaleźli się za granicą (Jerzy w USA, a Bogdan w Australii). O ich losach nie udało się zebrać żadnych wiadomości.

Sty 222018
 

Ks. Jarosław Stefan Hura

Przedstawiamy sylwetkę pierwszego powojennego księdza proboszcza w parafii Nietkowice. Organ Urzędowy Kurii Biskupiej opublikował nekrolog w nr 9 z roku 1963 w „Gorzowskich Wiadomości Kościelnych”, który przedstawił nam życiorys księdza.

NEKROLOG – śp. Ksiądz Stefan Hura
W czwartek, dnia 6 VI 1963 r. w porze popołudniowej, gdy w Rzymie odbywały się uroczystości pogrzebowe Jana XXIII, a cały świat był pod wrażeniem śmierci i pogrzebu wielkiego Papieża, odszedł do wieczności Ksiądz Stefan Hura, emerytowany proboszcz parafii Nietkowice. Umarł w szpitalu w Gorzowie na zawał serca.
Śp. Ks. Stefan Hura, syn Damiana i Emilii z Zarembów, urodził się w Wólce Mazowieckiej dnia 14 sierpnia 1898 roku. Ojciec jego był księdzem greko-katolickim. Po ukończeniu szkoły podstawowej w miejscowości rodzinnej uczęszczał do C.K. gimnazjum klasycznego i w r. 1916 do Seminarium Duchownego obrządku greko-katolickiego we Lwowie. Dalsze trzy lata studiów teologicznych odbył w Seminarium Duchownym w Przemyślu. Święcenia kapłańskie otrzymał z rąk biskupa Józefa Koczyłowskiego w kościele św. Jana Chrzciciela w Przemyślu dnia 15 lutego 1925 roku.
Po wyświęceniu na kapłana zatrudniony był w następujących miejscowościach:
– w latach 1925-1927 jako wikary w Jarosławiu,
– w latach 1927-1929 jako administrator w Miżyńcu,
– w latach 1929-1930 jako administrator w Stubnie,
– w latach 1930-1939 jako proboszcz w Tehlowie,
– w latach 1939-1944 jako administrator w Tudurkowicach,
– w latach 1944-1946 jako administrator w Jaworkach,
– w roku 1947 za zgodą J. Eminencji Ks. Prymasa Polski przybył do diecezji gorzowskiej i otrzymał w zarząd parafię Bobrowice w dekanacie Krosno. Pracuje tu rok.
– 18 lutego 1948 roku zostaje przeniesiony na stanowisko proboszcza w Nietkowicach, w dekanacie Zielona Góra. Na tej placówce duszpasterskiej pracuje do 6 sierpnia 1959 roku, a następnie przechodzi w stan spoczynku. Jako emeryt przebywa w Gorzowie na terenie parafii św. Krzyża
Życie śp. Ks. Stefana Hury na terenie diecezji gorzowskiej mocno związało się z parafią Nietkowice. Jest to parafia trudna, jedna z trudniejszych w diecezji. Do obsługi duszpasterskiej jest pięć kościołów filialnych: w Będowie, w Brodach, w Pomorsku, w Sycowicach i w Radnicy. Każdy z duszpasterzy wie dobrze, co to znaczy mieć do duszpasterskiej obsługi pięć kościołów filialnych. Ile to trzeba nieustannego trudu, aby we wszystkich kościołach obsłużyć wiernych religijnie, objąć dzieci nauką, utrzymać wszystkie kościoły w należytym stanie materialnym. Każdy z duszpasterzy w diecezji gorzowskiej wie, jak uciążliwe są te niekończące się wyjazdy i jak mocno zdzierają one zdrowie i siły kapłana. Jeśli do tego dodamy, że Ks. Prob. Hura organizować musiał wszystko od początku, i że był sam jeden, zrozumiemy jak ciężkie zadanie miał do spełnienia.
W kronice 10-lecia diecezji śp. Zmarły opisuje te początki w Nietkowicach. Zamieszkał na początku w Brodach, bo w Nietkowicach nie było odpowiedniego miejsca. Kościoły poprotestanckie wyszabrowane, niczego w nich nie było, a w Nietkowicach na dodatek przez uderzenie pioruna zniszczona wieża i czwarta część dachu. Trzeba było doprowadzić wszystkie kościoły do katolickiego stanu używalności, postarać się o każdy obrus, albę, ornat, kapę i kielich. Trzeba było samemu starać się o każdą rzecz, bo nigdzie niczego nie było.
Przez cały czas swego pobytu w Nietkowicach służył wiernym jak mu dopisywały siły, możliwości i czas, którego zawsze było za mało. Dla ożywienia życia religijnego w parafii organizował rekolekcje w każdym roku, przeprowadził także w parafii misje.
Sterany trudami duszpasterskiej służby wiernym, prosi o przeniesienie go w stan spoczynku. Na emeryturę przechodzi 6 sierpnia 1959 r. Mieszkając jako emeryt w Gorzowie, chętnie pomaga w pracy duszpasterskiej w parafii św. Krzyża. Chętnie spowiada i jest zawsze gotów z pomocą na każdą prośbę miejscowego Ks. Proboszcza.
Umarł na zawał serca po krótkim pobycie w szpitalu w Gorzowie. Pogrzeb odbył się w sobotę dnia 8 czerwca 1963 r. Tego dnia rano wprowadzono doczesne szczątki Zmarłego Kapłana z kaplicy cmentarnej do kościoła parafialnego. Mszę św. O pokój jego duszy odprawił O. Prowincjonał Remigiusz Kranc. Po południu tegoż dnia zostały odprawione żałobne nieszpory. Po nieszporach słowo Boże wygłosił Ks. Maziarz, kapłan obrządku greko-katolickiego z Poznania, krewny śp. Ks. Stefana Hury. Po kazaniu odprawili obrzędy pogrzebowe w obrządku greko-katolickim trzej kapłani tego obrządku, a następnie przemówił Ks. Biskup.
Śp. Ks. Stefana Hurę pochowano na cmentarzu parafialnym przy kościele Św. Krzyża, obok grobu jego matki, zmarłej przed kilku miesiącami. W pogrzebie wzięło udział wiele sióstr zakonnych i wielu wiernych.
Wieczny odpoczynek racz Mu dać Panie !

Paź 182017
 

Na tle tablicy miejscowości od lewej stoją: Holger, D., Ilka, ja i Volker. (zdjęcie robiła Regina)

Do jakże miłej niespodzianki doszło w poprzedni weekend 7-8 października 2017. Brody odwiedziła pewna niemiecka rodzina, której przodkowie przed II Wojną Światową zamieszkiwali obecne Brody… Ale może od początku.

Na początku września skontaktował się z nami pewien Polak pracujący i mieszkający w Niemczech – Miłosz informując, że jego kolega D.(prosił żeby nie podawać jego imienia), a właściwie jego przodkowie zamieszkiwali przed wojną w Gross Blumberg (Brody) i chciałby wraz z krewnymi zobaczyć miejscowość swych przodków. Miałaby być to sentymentalna podróż w przeszłość do korzeni rodzinnych. Miłosz poszukiwał więc kogoś, kto zechciałby opowiedzieć i oprowadzić po miejscowości, ale… ktoś posługujący się językiem niemieckim lub angielskim. I tak po wymianie kontaktów zaskoczył mnie, gdy byłem pewnej wrześniowej niedzieli w lesie na grzybach, telefon od Niemca D. (prosił żeby nie podawać jego imienia) i pierwsza rozmowa w języku niemieckim. Choć język ten dawno nieużywany i już zapomniany przeze mnie, to udało nam się jednak umówić na początek października. D. powiedział, że znajdą jakiś hotel w Zielonej Górze i będą od piątku do poniedziałku. Ze względu na pracę powiedziałem, że dysponuję czasem w sobotę po pracy i niedzielą, gdyż w pozostałe dni wracam do domu, gdy jest już ciemno. Umówiliśmy się więc, że w sobotę spotkamy się po pracy w Zielonej Górze i pojedziemy razem do Brodów na wycieczkę.

Jako że życie niesie niespodzianki, przez ostatni miesiąc (czyli od momentu umówienia do chwili przyjazdu gości) wpadła mi bardzo ważna wyjazdowa rodzinna uroczystość, która odbywała się akurat w sobotę. Jadąc na tę uroczystość około południa zadzwonił w sobotę telefon, a w słuchawce usłyszałem niemieckie słowa wypowiadane przez D., że są w Zielonej Górze – dotarli w piątek wieczorem. Pozostało mi wytłumaczyć zaistniałą sytuację informując jednocześnie, że w nocy wracam do domu, więc w niedzielę będę dyspozycyjny. Gdy w niedzielę rano odsypiałem jeszcze sobotni wyjazd obudził mnie SMS z informacją, że za chwilę nastąpi wyjazd z Zielonej Góry na prom w Brodach. Więc zerwany na równe nogi spojrzałem w okno, a tam znów siąpi deszczyk – jak co dzień. Wskoczyłem więc do auta i jazda na prom. Na skrzyżowaniu ulic Czerwieńskiej i 3 Dywizji (w okolicach krzyża) mijałem samochody jadące z promu – patrzałem więc na rejestracje. Wszystkie były „nasze”. Dojechałem do promu, który akurat stał po tej stronie i żadnego auta z „obcymi numerami rejestracyjnymi” nie było, więc wjechałem na prom. Z promu podczas przeprawy przez Odrę zobaczyłem grupkę ludzi stojących na wierzchołku tamy, do której dopływa prom. Po dopłynięciu na drugi brzeg zjeżdżając z promu uchyliłem szybę w drzwiach samochodu i w stronę grupki stojących osób rzuciłem zapytanie: „D.”? I tu powitały mnie uśmiechy na twarzach i potwierdzenie. Zawróciłem więc na drodze – tamie swe auto i wjechałem ponownie na prom, a za mną kilka oczekujących na przeprawę aut – w tym goście z Niemiec. Podczas przeprawy przedstawiliśmy się sobie i tak zaczęła się nasza znajomość w bardzo przyjacielskiej atmosferze. Była to 5-cio osobowa rodzina: D., jego ok. 60-letnia mama i jego kuzyni, którzy na pierwszy rzut oka byli moimi rówieśnikami. Po przyjeździe do Brodów pojechaliśmy najpierw do mojego domu na kawę i ciasto, gdyż siąpiący deszcz deprymował mnie co nieco do rannych spacerów. Tam cichutko (niemalże chodząc na paluszkach) usiedliśmy przy kawie w pokoju do rozmów, gdyż reszta niedzielnych domowych gości (pół-domowników, którzy przyjechali z nami z sobotniej uroczystości) jeszcze spała zmęczona po nocnej podróży, a po pobudce zaczęła się krzątać po domu i kuchni. Tak więc, jak dom codziennie świeci niemalże pustkami, tak tego dnia było w nim aż 10 osób! Ja rozmawiałem z jedną grupą gości w pokoju, a żona z drugą w kuchni.

Ja dzieliłem się z nimi swoimi informacjami o przedwojennych Brodach, a oni opowiadali i pozwolili zeskanować swoje dokumenty rodzinne i materiały, które mieli ze sobą. Po tej wymianie poszliśmy na pieszy spacer po Brodach, gdyż na zewnątrz przestało już padać, a nawet wyszło słońce. Obraz wsi był bardzo niekorzystny po czwartkowym (5 października) przejściu przez nasz region orkanu Ksawery i ciągłych opadach deszczu. Połamane drzewa i leżące odłamane konary drzew, uszkodzone słupy i wszechobecne na drogach kałuże – rozlewiska, gdzie pomiędzy nimi trzeba było przedostawać się wręcz slalomem. Prąd został w wielu domach przywrócony dopiero w sobotę po południu. Kilka dni bez elektryczności to w dzisiejszych czasach tragedia. I w takim krajobrazie „po burzy” odbył się nasz spacer. Jak się okazało goście ci zwiedzali również (pod moją nieobecność) Brody poprzedniego deszczowego dnia. Pewnie zmoknięci i uszargani powrócili do hotelu w Zielonej Górze, by następnego dnia zwiedzać już w moim towarzystwie. Spacerując po Brodach obejrzeliśmy 2 domy – jeden ich pradziadków, którzy mieli w nim sklep – drogerię i drugi wybudowany przez ich dziadków tuż przed wojną. W jednym z nich zostaliśmy miło przyjęci przez ich obecnych mieszkańców, a w drugim nie zastaliśmy nikogo z domowników. W każdym z tych domów mieszkają dziś po dwie rodziny. Zdjęcia tych budynków sprzed lat różnią się znacznie od ich wyglądu obecnego, ale historię ich budowy i wcześniejszych domowników wraz ze zdjęciami opiszę w kolejnych częściach.

Jak udało się dowiedzieć rodzina Rudolfa i Marty opuszczała w 1945 roku Gross Blumberg z czwórką dzieci: Gerhard (ur. 1931), Günter (1936), Helga (1938) i Werner (1940). Najmłodsza z rodzeństwa Regina urodziła się już po wojnie na nowej ziemi w Niemczech w 1947 roku i właśnie to jest ta Pani, którą powitałem na promie dając jej wcześniej ok. 60 lat. No cóż wygląd i kondycja mnie mocno zmyliły. Wszystkie wymienione wyżej osoby żyją, a do Brodów przyjechały ich dzieci, będące dla siebie kuzynami. Liczę, że w komentarzach poniżej podzielą się swoimi wrażeniami z odwiedzin w krainie swych przodków. Dotychczas z tej piątki, która obecnie przyjechała, tylko 2 osoby były wcześniej w Brodach: Regina z mężem z 3-4 lata temu będąc na urlopie gdzieś na terenie wcześniejszego DDR zrobiła sobie wypad do miejscowości swych rodziców i dziadków, oraz jeden z tego kuzynostwa Holger, który był tu jeszcze jako „łepek” z rodzicami i dziadkami pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Co nieco z tamtej wizyty jeszcze pamiętał i opowiadał, lecz nie wszystko udało się zrozumieć. Liczę, że w korespondencji emaliowej uda się jeszcze wiele dowiedzieć. Wspomniał coś o młynie – wiatraku pomiędzy Brodami a Pomorskiem, jakieś przeżycie jego ojca, które nie do końca zrozumiałem, więc wybraliśmy się po południu w to miejsce, gdzie przed laty stał wiatrak. Ponieważ czas był już napięty (około godz. 17-tej) udaliśmy się stamtąd samochodami na przeprawę promową. Po drugiej stronie rzeki czekali już na nas, umówieni wcześniej zarządcy Skansenu Fortyfikacyjnego Czerwieńsk – Paweł i Robert, którzy oprowadzili gości po bunkrach w wale i którzy uraczyli ich widokiem swych zbiorów i opowieści. Ja już tam pożegnałem się z gośćmi i ostatnim kursem promu (kursuje w tym miesiącu do godz. 18-tej) powróciłem do domu, by po spakowaniu „tobołków” do auta odwieźć na dworzec PKP do Sulechowa pozostałych w domu gości – półdomowników, którzy mieli pociąg przed godz. 19-tą.

Cudowna niedziela. Nie wszystko wyszło tak, jak miesiąc wcześniej planowałem, ale to postarałem się wyjaśnić gościom dnia następnego, gdy spotkaliśmy się już w Zielonej Górze po godz. 10-tej. Przy kawie i pączku wymieniliśmy się jeszcze materiałami, adresami, kontaktami i nastąpiło miłe pożegnanie, po którym goście odjechali już dwoma autami do miejsc swego zamieszkania. Tuż po wyjeździe gości, mając już ich adresy, postanowiłem sprawdzić na mapie Niemiec, gdzie mieszkają. I tu doznałem prawie szoku. Każdy z piątki gości mieszka w innym rejonie Niemiec! Każdy przebył drogę, by dotrzeć do miejscowości Brody od ok. 470 do 730 km! Odległość zaś najkrótsza, jaką mają do siebie to ok. 170 km, zaś najdłuższa to 700 km! A przecież każdy z nich ma już własną rodzinę, małżonka, dzieci, rodziców. Każdy z nich jest osobą pracującą, więc w grę wchodzą urlopy. Jak więc udało się im to zgrać, porzucić własne rodziny, by w gronie kuzynostwa rozsianego w dalekich odległościach od siebie wybrać się wspólnie do krainy przodków? Pełen szacunek – ja jestem pod całkowitym wrażeniem. Na dowód załączę mapkę, jaką każdy przebył do Brodów (z rozrysowanymi kreskami w linii prostej).

Na koniec nieskromnie pochwalę się niespodziewanym prezentem, który otrzymaliśmy z żoną od gości. Był to rulonik zrobiony z kartki papieru formatu A3 zawiązaną tasiemką. Po rozwinięciu okazało się, że jest to wykupiony i opłacony przez Nich bilet na obiad do nowej, wystawnej zielonogórskiej restauracji, mieszczącej się przy „deptaku” – już zrealizowany w kolejną niedzielę po wizycie gości. Było cudownie, więc i za pomocą tego medium dziękuję Wam drodzy przyjaciele. Liczę, że jeszcze Was w swym życiu spotkam, być może nie w takim składzie, ale zapraszam Was ze swymi rodzinami również do odwiedzin, a i nawet gdyby Wam przyszło choćby tylko tędy przejeżdżać.

Andrzej

Wrz 012017
 

Przeglądając gazety wyszukaliśmy artykuły, w których pojawiały się często wzmianki, a czasem i i całe artykuły opisujące o tym, co działo się w naszych miejscowościach. Artykuły te pochodzą z Gazety Zielonogórskiej będącej organem wydawniczym KW PZPR.

4 czerwiec – Nauczyciel zginął bohaterską śmiercią

10 sierpień – Sylwetki pionierów”Bibliotekarz z Pomorska” 

11 wrzesień – Mówią działacze

Mamy już poza sobą ważne wydarzenie w życiu chłopskiego samorządu – Centralny Zjazd Kółek Rolniczych. Delegaci wrócili do domów i zajęli się codzienną pracą. Chcieliśmy dowiedzieć się od nich o wrażeniach przywiezionych ze stolicy i zapytać o to, co uważają za najpilniejsze do zrobienia w swojej wsi, w swoim kółku. (…)

STANISŁAW SZCZEPUŁA – rolnik ze wsi Pomorsko w powiecie sulechowskim:

Od razu na początku chcę zaznaczyć, że nie mają racji ci wszyscy, którzy tu u nas we wsi mówili, że pieniądze zbierane na odbudowę Warszawy marnują się, że nic się za nie nie zrobi. Ja znam Warszawę sprzed wojny. Wiem też jak wyglądała zaraz po wojnie. Teraz odbudowaną widziałem pierwszy raz. To jest nie do opowiedzenia. Możecie być spokojni – na to potrzeba było masę pieniędzy i na pewno żaden grosz chłopski nie zmarnował się. Z samego Zjazdu najbardziej utkwiły mi w pamięci dwie sprawy – zapisałem się do głosu , czekałem i nie doczekałem się, bo byłem na liście już czterdziesty. Żałuję. No i potem, jak sekretarz Gomółka zabrał głos pod koniec Zjazdu. Ten człowiek to potrafi gasić rozpalone mózgi! Jak odpowiedział temu delegatowi co krytykował robotników, że tylko na rybki chodzą, to zaraz nam się wszystkim lżej zrobiło. No bo pewnie – robotnik, ten w ciężkim przemyśle, porządnie musi się narobić, na pewno nie mniej niż chłop na roli. A u nas we wsi – najpierw myślimy o kupnie traktora. Chcemy się składać po 1.000 złotych na te 15 procent. Mamy też zamiar budować świetlicę. Zadeklarowanej gotówki i robocizny społecznej uzbierało się już na wartość 70 tysięcy złotych. Mamy zapewnioną pomoc z budżetu powiatowego. To są te dwie rzeczy, o których można mówić, że je kółko zapoczątkowało i doprowadzi do końca. Można by zrobić więcej. Ale nas jest za mało. Ludzie niechętnie zapisują się do kółka. Boją się wciąż jeszcze, że to będzie spółdzielnia. Z tej samej przyczyny nie idzie też zorganizowanie spółki wodnej. A szkoda. Dlatego uważam również za jedno z najpilniejszych zadań tak pokierować całą pracą naszego kółka, żeby sąsiedzi nabrali do nas zaufania jako do organizacji. Siła jest w samorządzie. Ja to dobrze wiem, bo pochodzę z rzeszowskiego, gdzie chłopi byli zorganizowani dobrze i nawet przed wojną za sanacji niejedno potrafili zdziałać. A co dopiero teraz. Trzeba tylko chcieć”

24 wrzesień – Run budowlany

2 październik

Marian Kozerski z Będowa koło Nietkowic wziął za złe Michałowi Kryniewieckiemu, że ten zatrzymał jego owce, które nie pilnowane przez nikogo, wyrządziły szkodę w życie. Przyszedł do Kryniewieckiego nie z zamiarem polubownego załatwienia sprawy, ale z wyzwiskami uwłaczającymi jego godności. Pozerski nie zgodził się z wyrokiem Sądu Powiatowego, który skazał go na 100 zł grzywny, zwrot opłaty sądowej i kosztów. Jednak Sąd Wojewódzki utrzymał w mocy zaskarżony wyrok. (Kas.)

22 październik REJON EKSPLOATACJI DRÓG PUBLICZNYCH w Kożuchowie informuje, że

prom w m. Brody pow. Sulechów będzie nieczynny od dnia 23 października 1959 r. do 15 listopada 1959 r. Przerwa w kursowaniu promu została spowodowana koniecznością budowy przystani na brzegach rzeki. Jednocześnie podaje się do wiadomości, że prom w Bytomiu Odrz. jest nieczynny z uwagi na b. niski stan wody. W Brodach i Bytomiu Odrz. czynne są łodzie przewozowe do przewozu osób. (K-2229)

Sie 252017
 

Adaptacja pałacu w Pomorsku

Przedstawiamy artykuł opublikowany w Gazecie Zielonogórskiej 24 września 1959 roku.

Od dłuższego już czasu we wszystkich wioskach Babimojszczyzny daje się zauważyć ożywienie indywidualnego budownictwa. Miejscowi chłopi wznoszą budynki gospodarcze, obory, chlewy, stodoły, a także domy mieszkalne. Szczególne nasilenie robót budowlanych występuje w Kramsku Nowym i Starym., w Małym i Wielkim Podmoklu, w Klemsku, wokół samego Babimostu, a także i innych wioskach powiatu sulechowskiego.

Oprócz budynków gospodarczych i domów mieszkalnych powstają także nowe obiekty kulturalne: szkoły, domy kultury. W Pomorsku rozbudowuje się i przebudowuje pałac, który w przyszłości pomieści szkołę, w Brodach powstanie niedługo nowa szkoła, w tymże Pomorsku mieszkańcy gromady wznoszą świetlicę.

Mieszkaniec Starego Kramska – Wojciech Kubik powiedział mi, że budowa nowego domu mieszkalnego kosztuje go około 100 tys. zł; 60 tys. zł to kredyt państwowy, resztę sumy zdobył sam. Babimojszczyzna ma wielu gospodarzy, którzy sami potrafią budować i wykańczać wnętrza, nie potrzebują zatrudniać przyjezdnych rzemieślników. W gromadzie Nowe Kramsko w ciągu ostatnich lat oddano do użytku 18 chlewni i obór, 10 budynków mieszkalnych, 10 stodół. Niewiele mniej nowych budynków oddano do użytku w gromadzie Małe Podmokle. Nie gorzej przedstawia się sytuacja w takich wioskach jak Klęsko i wielu innych. Na każdym niemal podwórku tej części powiatu sulechowskiego zauważyć można przygotowaną do budowy cegłę i inne materiały budowlane. Bo też na tym, czego już dokonano, gospodarze nie zamierzają poprzestawać. Ich plany na przyszłość nie są skromniejsze niż dotychczasowe osiągnięcia. (br.)

Zdjęcie: B. Bugiel

Sie 112017
 

Przeglądając gazety wyszukaliśmy artykuły, w których pojawiały się często wzmianki, a czasem i i całe artykuły opisujące o tym, co działo się w naszych miejscowościach. Artykuły te pochodzą z Gazety Zielonogórskiej będącej organem wydawniczym KW PZPR.

14 styczeń – WYBORCO! Odpowiadamy na każdy twój list

Poczta przynosi wiele listów od wyborców z najdalszych zakątków Ziemi Lubuskiej. Listy informują nas o różnych kłopotach i trudnościach, o więcej lub mniej sprawnym przebiegu kampani wyborczej na ich terenie, o niewłaściwie organizowanych zebraniach konsultacyjnych z wyborcami i w ogóle – o wszystkim co wyborców boli. Wiele listów porusza problem doboru kandydatów na radnych. Zdaniem piszącego ten czy ów kandydat nie nadaje się na radnego, bo to człowiek o niskich kwalifikacjach moralnych czy zawodowych, bo to człowiek, który kiedyś wyrządził autorowi listu krzywdę itp.

Obywatelowi Andrzejowi Antończykowi z Nietkowic nie podoba się jeden kandydat do GRN. Pozostali – tak. Jego zdaniem, – jest to człowiek, który nie nadaje się na radnego: Człowiek o „lepkich” rękach, karierowicz, który myśli tylko o swoich materialnych korzyściach.

Drugi list, podpisany „Ludność Karpia” porusza identycznie ten sam problem. Autorowi listu nie podoba się z całej listy wyborczej jeden kandydat. Nie budzi w nim zaufania. Tej jednej kandydaturze poświęcił autor swój krytyczny list, starając się udowodnić swoją rację. Autor listu w konkluzji stwierdza: „Jeszcze raz zapytujemy, jeżeli tacy ludzie są obecni w radach i sami się nadal wybierają do rad, to po co my mamy iść głosować? Po to, aby im upiększać karierę?” Wniosek – całkiem nieoczekiwany.

Obserwator K.J. z Nietkowic również oburza się na kandydata, który jest prawdopodobnie kombinatorem. „ W roku 1957 pisał on wnioski, żeby mu umorzyli dostawę ziemniaków, bo podobno mu w polu wygniły – a wcale tak nie było. Nasypał piwnice i dwa kopce – jeden u szwagra a drugi u siebie (…) Pytamy droga redakcjo czy możemy powierzyć swoje sprawy takiemu nieuczciwemu człowiekowi?”

Obywatel poszukujący praworządności” napisał bardzo nieczytelny list. Trudno zrozumieć, o co mu chodzi. Jeśli go dobrze zrozumiałem, – ma on pretensje do dwóch kandydatów na radnych do GRN. Podobno są to ludzie o wątpliwej reputacji moralnej. Autor kończy swe wywody słowami „ Chętnie podpisałbym się swoim nazwiskiem pod tym listem, ale zdrowy rozsądek mi zabrania. Mam na utrzymaniu rodzinę i strach pomyśleć, co by po tym ze mną zrobili miejscowi kacykowie”.

Wspomniane wyżej listy mają wspólną cechę: Kierują swą krytykę na jedną lub dwie osoby, które ich zdaniem – nie powinny zostać radnymi. Co do reszty kandydatów – nie mają oni zastrzeżeń. Autorzy listów zapominają o ludowym przysłowiu: „Jeszcze się taki nie narodził, co by każdemu dogodził”. Poszukajcie, moi drodzy, w swojej wiosce takiego człowieka, do którego nikt nie będzie miał pretensji. Powtarzam: nikt! Zawsze się ktoś znajdzie, co mu będzie chciał przypiąć jakąś „łatkę”, będzie miał do niego jakieś zadawnione żale, pretensje. Autorzy powyższych listów zapominają, że przecież nie będą głosować na wszystkich kandydatów, ale wybierać! Liczba kandydatów na liście wyborczej jest większa niż liczba mandatów, przypadająca na dany okręg wyborczy. Jeśli np. w danym okręgu wyborczym trzeba będzie wybrać dziesięciu radnych, to na liście jest ich piętnastu. Jeśli autorom listów nie podoba się ten czy ów człowiek na li…ście wyborczej, mogą go skreślić. Większość zadecyduje o słuszności postawienia tej kandydatury.

27 maj – Ratunku!!…

25 maja zginął w Odrze 26-letni Mieczysław Galicki z Brodów (pow. Sulechów). Taki jest tragiczny bilans utonięć zasygnalizowanych nam w ciągu ostatnich trzech dni – siedem młodych istnień wymazano z rejestru żywych. Starsi zginęli na skutek lekceważenia niebezpieczeństwa kryjącego się w miejscach nieprzeznaczonych na publiczne kąpieliska. Natomiast śmierć młodszych jest rezultatem braku opieki ze strony ich rodziców lub opiekunów. Nikt nie jest w stanie – przy najlepszych nawet chęciach – upilnować życia dorosłego człowieka. Zapamiętajcie to sobie! Unikajcie kąpieli w nieznanych wam odosobnionych miejscach! Wiedzcie, że umiejętność pływania nie daje jeszcze pełnej gwarancji zabezpieczenia przed zatonięciem! Uważajcie na dzieci! (Jar.)

5 grudzień – Stary Grzegorz miał rację…

Otrzymaliśmy wyjaśnienie z WZGS Zielona Góra na jeden z ostatnich „Listów starego Grzegorza”. Wiceprezes WZGS tow. Fr. Wachholc pisze m.in. „Zamieszczone uwagi w liście Starego Grzegorza (Gazeta Zielonogórska z dnia 14.11.1958 r.) pod tytułem Kto z kim psy wiesza” odpowiadają prawdzie. Po zbadaniu przyczyn nieodebrania żywca z punktu skupu w dniu 5.11.1958 r, stwierdziliśmy co następuje: Z powodu pomoru, na wniosek powiatowego lekarza weterynarii, punkt skupu żywca w Nietkowicach był i jest nadal zamknięty. Według oświadczenia Zarządu GS Czerwieńsk, kierownictwo oddziału Pow. Przedsiębiorstwa Gospodarki Zwierzętami Rzeźnymi w Zielonej Górze wspólnie z Powiatową i Gromadzką Radą Narodową ustaliło na dzień 5.11.1958 r. skup interwencyjny, nie powiadamiając o tym Zarządu GS Czerwieńsk. Z tych przyczyn Zarząd GS nie delegował pracownika na punkt skupu w Nietkowicach z gotówką i kwitami zakupu. Na wyznaczony dzień skupu interwencyjnego nie stawił się po odbiór żywca również i Pow.Oddz. Przeds. Gospodarki Zwierzętami Rzeźnymi w Zielonej Górze z przyczyn bliżej dla nas nie znanych. W rozmowie z kierownikiem oddziału tego przedsiębiorstwa ustaliliśmy, że wszelkie ustalenia nowych terminów skupu, bądź inne sprawy uzgadniane będą przede wszystkim z zainteresowanymi GS i PZGS, a na pewno fakt, o którym słusznie pisze Stary Grzegorz, nie będzie miał nigdy miejsca. Skup interwencyjny żywca na punkcie skupu w Nietkowicach odbył się dnia 11.11.1958 r. W tej samej sprawie wyjaśnienie przysłał również Zarząd GS Czerwieńsk. W przeciwieństwie do WZGS, Czerwieńsk … obraził się na „starego Grzegorza”, że skierował zarzuty pod adresem GS, zamiast głównego winowajcy – Przedsiębiorstwa Obrotu Zwierzętami Rzeźnymi w Zielonej Górze. Ponieważ pismo WZGS wyjaśnia sprawę od podstaw, możemy tylko poinformować GS Czerwieńsk, że w ostatecznym rachunku rolników mniej obchodzi fakt kto zawinił, lecz to, że wyznaczony spęd rzeczywiście nie doszedł do skutku. Stąd właśnie – o ile jesteśmy zorientowani, pretensje starego Grzegorza skierowane były pod adresem tego GS, na terenie którego miały miejsce zaniedbania. Sądzimy poza tym, że winowajca – Przedsiębiorstwo Obrotu Zwierzętami Rzeźnymi zechce wytłumaczyć się przed rolnikami z Nietkowic z owej „nawalanki” w dniu 5 listopada 1958 r.

10 grudzień – NOWE SZKOŁY w powiecie sulechowskim

Ruch społeczny – budowy tysiąca szkół – rozwija się także wśród społeczeństwa powiatu sulechowskiego. Wiele wysiłku i inicjatywy wkładają miejscowe władze oświatowe. W tym roku wspólnym wysiłkiem państwa i ludności oddano do użytku 3 izby lekcyjne w Karszynie. W Pomorsku, działający od przeszło roku komitet społeczny dysponuje już ponad 30 tys. zł. Czynem społecznym wykonano szereg prac związanych z odbudową niszczejącego dotychczas zamku, do którego zostanie przeniesiona szkoła. Łączny koszt przystosowania zamku do potrzeb szkoły wyniesie około 1.200 tys. zł. Znajdzie w nim pomieszczenie 5 izb lekcyjnych, pokój na pomoce szkolne, pokój nauczycielski, przedszkole, łaźnia i mieszkania dla nauczycieli. Zakończenie prac nastąpi pod koniec przyszłego roku. W Brodach środkami społecznymi i państwowymi wiosną przyszłego roku rozpoczną się prace nad rozbudową tamtejszej szkoły. Nowy budynek szkolny zostanie oddany do użytku we wrześniu przyszłego roku w Klenicy. Również w Sulechowie w przyszłym roku rozpocznie się budowę nowej, siedmioklasowej szkoły. (han)

Sie 052017
 

Przeglądając gazety wyszukaliśmy artykuły, w których pojawiały się często wzmianki, a czasem i i całe artykuły opisujące o tym, co działo się w naszych miejscowościach. Artykuły te pochodzą z Gazety Zielonogórskiej będącej organem wydawniczym KW PZPR.

1956

9 marzec – Pod Krosnem toczy się walka z groźnym zatorem

W nocy z 7 na 8 marca na Odrze koło Krosna powstał groźny zator, długości 16 km. Poziom wody podniósł się na tym odcinku o 1,80 m ponad stan alarmowy. Od korony wału dzieli ją tylko 60 cm. Nad usunięciem zatoru, wczoraj od wczesnych godzin rannych pracowali niestrudzenie saperzy. Sąsiednie wioski, jak Będów, Nietkowice, Brody, gotowe są w każdej chwili do ewakuacji. (…) Poziom wody w Mietkowie, gdzie znajduje się czoło zatoru wynosi 5,58 (stan alarmowy 3,30, a w Krośnie 3,35 (3,30). (Rb.)

10 marzec – Zator pod Krosnem utrzymuje się nadal

W dniu wczorajszym trwały nadal prace przy zlikwidowaniu zatoru na Odrze w rejonie Krosna Odrzańskiego. Czoło zatoru znajduje się na wysokości 502 km biegu rzeki. Wioski: Będów, Nietkowice, Brody są nadal przygotowane w każdej chwili do ewakuacji. Woda w dalszym ciągu utrzymuje się na dotychczasowej wysokości i na razie nie zagraża przekroczeniem korony wału – od której dzieli go kilkadziesiąt cm. Wczoraj rano stan wody na Odrze w tym rejonie wynosił 5,92 m (stan alarmowy 3,70 m) (n.)

5 kwiecień – Jesteśmy wdzięczni za pomoc

Kilka tygodni temu pisaliśmy w naszej gazecie o zlikwidowaniu groźnego zatoru na Odrze w rejonie Nietkowic. Mieszkańcy z gromady Nietkowice, pow. Zielona Góra wdzięczni są dzielnym żołnierzom Wojska Polskiego, którzy w ubiegłym miesiącu brali udział w rozbijaniu tego zatoru. Prezydium Gromadzkiej Rady Narodowej i mieszkańcy Nietkowic składają podziękowanie szefowi wojsk inżynieryjnych i saperom, którzy pod kierownictwem oficera Stacia ofiarnie pracowali przy likwidacji zatoru.

12 czerwiec – Czytelnicy piszą „UPARTY GS” 

18 lipiec – Tragiczny w skutkach pożar

W ub. sobotę, dnia 14 lipca br. wybuchł pożar w zabudowaniu ob. A. Tatarynowicza, mieszkańca wsi Brody (pow. Sulechów), który w tym czasie zajęty był pracą w polu. Ogień zaprószyło pozostawione w domu bez żadnej opieki starszych – 2-letnie dziecko. Pożar zlikwidowano, lecz dziecko zginęło w płomieniach. Wypadek ten powinien być przestrogą dla starszych, że nie należy pozostawiać w domu dzieci bez nadzoru.

1957

9 kwiecień – Walczymy z biernością…

Centralnym zagadnieniem organizacji partyjnej naszego powiatu jest ożywienie jej działalności. Rozwiązanie tego zagadnienia nastręcza wiele trudności. Można jednak osiągnąć je, gdy uda nam się organizacje partyjne zespolić ideologicznie i uaktywnić w pokonywaniu trudności życia gospodarczego naszego terenu. W związku z jego rolniczym charakterem trudności koncentrują się przede wszystkim na wsi. Na czoło wysuwają się: podział ziemi pospółdzielczej (a zależy nam przecież na zagospodarowaniu każdego kawałka ziemi), prawidłowe rozdysponowanie ziemi należącej do PFZ, uregulowanie spraw własnościowych, zakończenie podziału maszyn GOM-owskich, rozwinięcie rzemiosła na wsi, przyspieszenie melioracji, zwiększenie udziału chłopstwa w czynie melioracyjnym, likwidacja starej plagi nienależytego zaopatrzenia wsi w artykuły konsumpcyjne, nawozy sztuczne, materiały budowlane itp.

Powyższych zadań nie rozwiąże się wyłącznie „na szczeblu powiatu”. Konieczne jest bezpośrednie działanie samych chłopów. Tego działania nie uzyska się jednak bez umocnienia autorytetu i przewodniej roli partyjnych organizacji. Inicjatywa i przykład członków partii mogą odegrać decydującą rolę.

KP poczynił już pewne kroki dla przełamania bierności podstawowych organizacji partyjnych. Było to zresztą tematem ostatniego plenarnego posiedzenia Komitetu. Staramy się w działaniu organizacji partyjnych powiązać zadania wytyczone przez program rolny KC z tym, co codziennie wysuwa życie na wsi. (…)

Organizacja nasza posiada autorytet i poważanie tam, gdzie partyjniacy dobrze gospodarują, sumiennie postępują wobec swych sąsiadów. Bezpartyjni zwracają się wówczas o porady w różnych sprawach. Przykładem tak pojętego obowiązku partyjnego może być tow. Białas – sekretarz podstawowej organizacji partyjnej w Nietkowicach. Nie wszędzie jednak członkowie partii mają to na uwadze. Zdarza się nawet, że postępowanie ich oddziałuje ujemnie na otoczenie. Bezpartyjni często zwracają się do partyjnych, by takich ludzi usunąć z szeregów partii. (…) W Wielu wsiach powiatu zielonogórskiego organizacje partyjne nie wyszły jeszcze ze stanu politycznej bierności. (…) Poważne zadania stoją przed nami nawet w lepiej prosperujących organizacjach. Wprawdzie plany działania, które uwzględniają wskazania programu rolnego KC i problemy codziennego życia na wsi są świadectwem poprawy sytuacji. Ale to nie wszystko. Ucieczka od pogardliwie nazywanej przez niektórych „wielkiej polityki” jest szkodliwa. Partia nasza w pracy politycznej z bezpartyjnymi chłopami, nie ukrywając błędów przeszłości, nie może przecież pominąć tego, co już uczyniła dla wsi. Nie możemy pozostawić bez odpowiedzi rozpowszechnianych wersji o bankructwie idei zespołowej gospodarki. Dyskusje na ten temat przekonają chłopów, że błędne były tylko metody budowy spółdzielni produkcyjnych, a nie sama idea. Inne niż w minionym okresie muszą być jedynie drogi jej realizacji.

Wykonanie programu rolnego KC PZPR i NK ZSL oraz bieżących zadań stojących przed każdą wsią, pomoże nam w przywróceniu i umocnieniu przewodniej roli organizacji partyjnych na wsi zielonogórskiej. (Czesław Adamczyk – sekretarz KP PZPR Zielona Góra)

22 lipca – Dekoracja zasłużonych działaczy województwa odznaczeniami państwowymi

Na uroczystej akademii z okazji 13 rocznicy Odrodzenia z-ca Prez. WRN tow. Koleńczuk, w imieniu Rady Państwa, udekorował odznaczeniami państwowymi zasłużonych działaczy naszego województwa. (…)

ZŁOTY KRZYŻ ZASŁUGI otrzymał Jan Szczęsny – felczer Nietkowice pow. Zielona Góra

Lip 232017
 

Sala blumbergowskiego „Alten Schenke” w czasie remontu we wczesnych latach 80-tych

Historia „Alten Schenke” w Groß-Blumberg – Wszyscy gospodarze byli potomkami Schulzów

Po dłuższej przerwie postaramy się wrócić do regularnej publikacji artykułów na naszej stronie internetowej.
Przedstawiamy artykuł Kurta Kupscha opublikowany w „Crossener Heimatgrüße” opowiadający o budynku w Brodach, który przed wojną służył Niemcom jako miejsce spotkań towarzyskich i zabaw. Natomiast po wojnie podobną rolę spełniał dla Polaków jako miejsce spotkań, występów, zabaw tanecznych czy imprez rodzinnych. Niestety ów budynek ostatecznie skończył jako fabryka obuwia zwana potocznie „kapciarnią”, który po pożarze sprzed kilku lat straszy zaroślami i resztkami pogorzeliska. Stąd także nasza prośba. Może ktoś posiada, a na pewno dużo ludzi w swoich albumach rodzinnych ma zdjęcia z lat świetności owego budynku, który tak bardzo przysłużył się Brodom i zechce się nimi podzielić.


Historia „Alten Schenke” w Groß-Blumberg zasługuje by być ukazana w druku, a tym samym zachowana. Na pewno był to jeden z najstarszych budynków w wiosce, a także niezwykle ciekawy architektonicznie. W latach 30-tych dobudowano salę, co pozostało w pamięci rodaków jako centrum towarzyskie (zabaw) także dla sąsiednich miejscowości. W budynkach gospodarskich znajdowała się kiedyś wiejska kuźnia, później stacja hodowlana państwowej stadniny Neustadt/Dosse. Nie powinno pozostać niewypowiedziane to, że gospodarze, chociaż dość szybko się zmieniali (autor poznał jeszcze trzech z nich), ale wszyscy należeli do rozgałęzionej blumbergowskiej rodziny Schulzów. “Schulze” według lokalnych rejestrów kościelnych pojawili się w 1774 roku. Pierwszy Schulze był określony jako grenadier i nazywał się Gottlob. Być może pozostał tu po wojnach Fryderyka Wielkiego nad Odrą. Jego syn Wilhelm Schulze, urodził się w 1801 i w księdze kościelnej został zapisany już jako właściciel gospody i kowal. Nie ma żadnych dokumentów czy kupił „Alten Schenke” lub sam ją wybudował. Zmarł w 1851 roku na zapalenie płuc, mając zaledwie 50 lat. Syn Wilhelma Johann Heinrich Schulze, który żył w latach 1833-98, był rodzicem obecnego byłego Blumberganina, o którym mowa. Ożenił się z Johanne Auguste Lange (przypuszczalnie o przezwisku Mirus). Z siedmiu dzieci tej pary, dwóch chłopców zmarło bardzo wcześnie. Jednak pięć córek było istotnie związanych z historia gospody w dużej wsi. Troszczyli się w takim stopniu, że pomimo wszelakich występujących trudności zajazd pozostał w rodzinie do 1945 roku. Dwie z nich zajmowały się ze swoimi mężami drobnym i kolonialnym handlem w miejscowości: Dohrmann i Zinke. W związku z tym, mogą one być wymienione z nazwiska ich mężów a lata urodzeń w nawiasach: Berta Vietzke (1861), Agnes Kirsch (1863), Anna Dohrmann (1865), Marta Kessler (1872) i Alma Zinke (1879).
Johann Heinrich Schulze nie miał męskiego potomka i przekazał posiadłość jednej z córek. Dlaczego była to druga najstarsza Agnes Kirsch, autor nie ma pojęcia. Jej mąż Johann Heinrich Kirsch zmarł już w 1904 roku a sama przeżyła go zaledwie pięć lat. Jej córka, Käthe, która później wyszła za mąż za (właściciela) kierownika poczty Bruno Voerkela, była jeszcze zbyt młoda, by przejąć gospodę. Tak Wilhelm Kessler zajął się gospodą. Przybył do Groß-Blumberg na przełomie wieków jako stajenny, wziął sobie drugą najmłodszą córkę Schulza – Marthę i mieszkał wraz z żoną na działce, na której stał później dom Kuchlingów (poczta). Był prawnym opiekunem Käthe Kirsch, zarządzana przez niego lub dzierżawiona gospoda i gospodarstwo kupił w 1911 roku za 72 000 marek w złocie. Wilhelm Kessler był prawdopodobnie bardziej rolnikiem niż karczmarzem. Utrzymywał kontakty ze stadniną Neustadt i postarał się o to, że za jego czasów – zawsze były dostępne do rozmnażania dwa wspaniałe ogiery z Prignitz – i tak pozostało aż do 1944 roku. Armia cesarska, a nawet Wehrmacht byli wdzięcznymi odbiorcami dwuletnich młodych koni.
Restauracja Wilhelma Kesslera zajmowała przestronną salę jadalną, która leżała tuż za drzwiami, niektóre przylegające pokoje oraz tylne sąsiednie budynki gospodarcze. Zapewne w latach 1910-1912, prawdopodobnie znacznie więcej, bo mieściła się w niej poczta. W jadalni później tańczono, kiedyś raz się tam znalazłem, odbywały się tam spektakle teatralne. Duży zielony piec kaflowy ogrzewa pomieszczenie. Na stole przed piecem dla gości były do picia ćwiartki lub achtelki wódki, gdzie opowiadano świetne historie lub “wymyślone”. Na środku pokoju stał duży bilard z pięcioma kulami, a na ścianie można zobaczyć uchwyt do kiji bilardowych i tablicę do pisania. Pod oknem było sześć lub osiem stolików, gdzie odbywały się turnieje w skata i Schafskopfturnier (to rodzaj gry w karty). Bar był tak wysoki, że średniej wysokości osoba musiała mocno unosić podbródek i nos. Ale to była przytulna gospoda Wilhelma Kesslera, pod którego nazwą na zewnątrz domu prześwituje jeszcze nazwa Schulze.
W środku światowego kryzysu gospodarczego 1932/33, Wilhelm Kessler zrobił głupstwo. Postanowił dobudować dużą salę do zabudowań gospodarczych, a tym samym pogrążył się w ogromnych długach. Poza tym salą jest dopiero teraz, po tym, jak Polacy podnieśli ją do rangi domu kultury, tj. została oczyszczona. Ale w środku były od początku wielkie bale marynarzy, piosenkarzy i weteranów wojennych. Scena była dla Benno Schmulinsky i jego zespołu w sam raz. Kiedy Benno pogłaskał jak mały Paganinii struny skrzypiec z kokardą, to tańczyło się oszałamiająco na pięknym parkiecie. Ale Wilhelm Kessler stał finansowo bardzo słabo i musiał prawdopodobnie już w pierwszym rok po inauguracji sali opuścić to miejsce. W przerwie znów ktoś wyskoczył z rodziny: George Vietzke, najstarszy syn pierwszej córki Johanna Heinricha Schulza – Berthy. Stracił w wypadku jako elektryk dłoń i stopę, a dzięki dużej kwocie odszkodowania mial dużo pieniędzy pod ręką. Przejął gospodę i wszystko, co należało do niej, ochrzcił ją mając w pamięci swoje zawodowe lata w Berlinie “Zur Molle” i prawdopodobnie nie żyło mu się za dobrze. Bo już w 1935 roku splajtował. W celu ratowania tego, co jeszcze można było uratować, posiadłość rodzinną odziedziczyła Käthe Voerkel, z domu Kirsch, córka Agnes – córki Schulza. Więc rodzina Voerkel otrzymała od Wilhelma Kessler pożyczone pieniądze. Żyli skromnie i oszczędnie i mieli nawet perspektywy na to, co zrobić, gdy wojna dobiegnie końca – chcieli modyfikacji, renowacji i naprawy. Dla nas, “nastolatków” z połowy lat 30., którzy „Alte Schenke” – obecnie nazywają go na pewno solidną firma i prawdziwym klubem tanecznym. W 1945 podczas podpaleń rosyjskich żołnierzy w Groß-Blumberg „Alte Schenke” pozostał w dużej mierze oszczędzony. Karczma jest rzeczywiście trochę z dala od głównej drogi. Ale detonacja wcisnęła część dachu budynku głównego. Wilhelm Kessler w tym czasie już nie żył, a rodzinę Voerkel pochłonęła fala uchodźców i uciekinierów. Nowa polska administracja nie zajęła się uszkodzonym budynkiem. Tak więc w całej restauracji hulał wiatr. W końcu polski rząd zrobił inwentaryzację, które zniszczone i uszkodzone budynki w pierwszej kolejności rozebrać, a które wyremontować. Centralny budynek, który służył Schulzom i ich potomkowie jako budynek mieszkalny i budynki gospodarcze oraz sala pozostały. Kiedy po 1980 roku, rolnik Ernst Becker w październikowym numerze z 1985 „Heimatgrüße” poinformował, że lokal stał się miejscem zebrań. Ściana szczytowa „Alte Schenke” została otynkowana. Odwiedzający i obserwujący mogą tylko w marzeniach zobaczyć ciepły piec kaflowy oraz ćwiartki i achtelki które kiedyś tu pili.

Tłumaczenie Adam i Janusz

Translate »