Sty 182019
 

Będąc ostatnio w Archiwum Państwowy w Zielonej Górze udało natrafić się na archiwalne wspomnienia weteranów II Wojny Światowej, które spisywali w latach 60-,70-, i 80-tych. Wśród nich byli też mieszkańcy naszych wiosek. Przedstawiamy wspomnienia Józefa Kołogreckiego z Pomorska. Pisownia oryginalna.

Kołogrecki Józef Pomorsko, dnia 27 sierpnia 1979r.

66-105 Pomorsko

Przebieg służby wojskowej

W czasie pobytu w ZSSR mieszkałem w miejscowości Neja obłast Jarosławska. Do wojska wstąpiłem 1 czerwca 1943 r. w Sielcach nad Oką. Otrzymałem przydział do drugiej baterii 1 dywizjonu 1 pułku artylerii lekkiej I DP. Po ukończeniu szkolenia uczestniczyłem w bitwie pod Lenino gdzie brałem udział w szturmie na okopy nieprzyjaciela pod dowództwem kpt Ambroziewicza, który był d-cą II plutonu. Po zakończonej bitwie wraz z całą I DP został zluzowany do odwodu. Następnie przeszedłem szlak I DP przez Łuck, Równe, Lublin, Dęblin do Warszawy gdzie brałem udział w wyzwalaniu jej prawobrzeżnej części tj. Pragi. Następnie pod Jabłonną pod obstrzałem nieprzyjaciela przeprowadziłem baterię na stanowiska ogniowe jako d-ca II plutonu. D-cą dyonu był w tym czasie kpt Żachowski a d-cą I plutonu por. Tadeusz Szulc. Następnie brałem udział w wyzwoleniu Warszawy. Potem przez Bydgoszcz wraz z całą I Armią dotarłem do Wału Pomorskiego. W czasie szturmu na bunkry niemieckie pod Jastrowiem w czasie kontrataku Niemców dnia 6 lutego 1945 r o godzinie. 16.30 w walce obronnej na wysuniętym stanowisku baterii zostałem ranny w nogę. Po tym zostałem skierowany do szpitala w Otwocku. Świadkami tej walki byli:

  • kpt Pawłowski – d-ca zwiadu dyonu,
  • kpt Szlachto – z-ca d-cy ds. polit.,
  • kpt Żachowski – d-ca dyonu,
  • mjr Kempicki – szef artylerii pułku

Dowódcą pułku w tym czasie był płk Raskow.

Po wyzdrowieniu 9 lipca 1945 r zostałem zdemobilizowany.

Posiadam następujące odznaczenia:

  • Krzyż Walecznych nadany 21 listopada 1945 r,
  • Krzyż za Lenino – nadany 13.X.1945r,
  • Medal za wyzwolenie Warszawy nadany 1.XI.1946 r – radzieki,
  • Medal za Zwycięstwo – nadany 1.XI.1946 r – radziecki,
  • Medal zwycięstwa i Wolności nadany 9.V.1946 r,
  • Medal za Warszawę – nadany 19.IX.1946 r,
  • Odznaka Grunwaldzka – nadana 20.VII.1946 r,
  • Medal za udział w walkach o Berlin nadany 5.V.1970 r,
  • Medal za zasługi dla obronności kraju – nadany 10.X. 1978 r.

Przebieg pracy po demobilizacji.

Po wyjściu ze szpitala i demobilizacji wyjechałem do ZSRR miejscowość Neja w Jarosławskiej obłastii gdzie pracowałem w internacie polskiej szkoły gdzie byłem instruktorem wojskowym /wojnrukiem/ i wychowawcą starszej grupy. W 1946 r powróciłem do kraju i osiedliłem się w Pomorsku gdzie byłem sołtysem komisarycznym a do moich obowiązków należało prowadzenie meldunków osadników, wydawanie zboża do siewu i ziemniaków do sadzenia na skrypty dłużne. Od 1948 r pracowałem w charakterze strażnika na poczcie w Zielonej Górze przez okres 6 lat. Obecnie nigdzie nie pracuję ze względu na wiek i stan zdrowia.

Józef Kołogrecki


Sty 112019
 

Stanisław Pikuła

Będąc ostatnio w Archiwum Państwowy w Zielonej Górze udało natrafić się na archiwalne wspomnienia weteranów II Wojny Światowej, które spisywali w latach 60-,70-, i 80-tych. Wśród nich byli też mieszkańcy naszych wiosek. Przedstawiamy wspomnienia Stanisława Pikuły z Brodów. Pisownia oryginalna.

 

 

Pikuła Stanisław

Brody 30 pocz. Pomorsko

gm Sulechów

Urodziłem się w 1921 r 16-X w Chomęciska-Duże gm Stary-Zamość pow. Zamość w rodzinie chłopskiej małorolnej. Tam skończyłem szkołę podstawową i do 1938 r tam żyłem i pomagałem w gospodarstwie rodzicom a 1938 roku rodzice kupili mało gospodarstwo z parcelacji państwowej w wojew. Tarnopolskim pow Zborów i tam wyjechałem wraz z rodzicami i resztą za poszukiwaniem trochę chleba bo rodzina dorastała a była dość liczna. Tam zaraz zacząłem się uczyć zawodu rolniczego w w Pys Rolniczym. Po klęsce wrześniowej zostaliśmy internowani do Z.S.S.R. Na Ural do Krasnouralska i tam pracowałem przy różnych pracach i trochę uczyłem się nowych zawodów nierolniczych ale ja miałem zawsze we krwi pracować na ziemi. Na początku 1942 r z Uralu przyjechaliśmy do Kujbyszowskiej Obłaści Wiacko Polański rejon i tam pracowałem w Kołchozie i prowadziłem kołchozowe ogrodnictwo. W 1943 r w maju wraz z moim bratem Leonardem zostaliśmy zmobilizowani do wojska z tamtej ostatniej miejscowości. Po przybyciu do Sielc nad Oką i po dokonaniu różnych zabiegów organizacyjnych zostałem wraz z bratem przydzielony na podoficerską szkołę dywizyjną. Po skończeniu szkoły i zdaniu pomyślnie egzaminu zostaliśmy przydzieleni do 1. pułku 3 bat. 8 komp. Jako kaprale na dow. drużyn małych moździerzy a jako zastępca dowódcy plutonu i tak ruszyliśmy na front. Po rozmaitych marszach i przemarszach zbliżając się do linii frontowej. Z rozkazu do-cy pułku zostałem przydzielony do plutonu wartowniczego przy magazynach Dywizyjnych. Po krótkim tam pobycie poprosiłem się o powrotne skierowanie mnie do Kompanji bo tam był mój brat jak i inni koledzy z którymi zżyłem się bardzo i było mi tam bardzo dobrze i prośba została przyjęta. Podczas bitwy pod Lenino przed Przejsamą Mireją został ranny nasz d-ca plutonu i dalej ja przejąłem dowodzenie plutonem. Po zdobyciu linji obronnych nieprzyjaciela piechoty wdarliśmy się w głąb pozycji nieprzyjacielskich aż pod linje obronne artylerii i tam zaczęło się jeszcze straszniejsze piekło bo i straciłem kilku chłopców i wyczerpały się zapasy amunicji no i całkowicie z naszej kompanji pozostało nas bardzo mało. W tak gorącym ogniu brat został śmiertelny strzał w piersi podskoczyłem do niego zobaczyłem, że został przestrzelony na wylot rozdarłem umundurowanie i zacząłem bandażowanie i zabandażowałem gdy chciałem się podnieść znad bandażującego to zobaczyłem dwa niemieckie bagnety przy moim ciele i tak skończyła się nasza i moja radość że już jesteśmy niedaleko od Polski. Wzięty do niewoli przebywałem wraz z innymi naszymi niewolnikami w miejscowościach Oszszy, Borysowie a później w niemieckich lagrach jenieckich w Altengauże na różnych pracach i w różnych miejscowościach. Po kapitulacji Niemiec zostałem oswobodzony przez armię amerykańską i zaraz powróciłem do kraju. Po powrocie do kraju pojechałem w rodzinne strony w zamiarze odwiedzin bo tam zostało dwóch braci już żonatych do 1938 roku niestety ich nie zastałem, obaj zginęli w bombardowaniu w 1939 roku. Tam trochę przebywałem u moich wujków i pod jesień 1945 roku tu przyjechałem na ziemie odzyskane i zająłem gospodarstwo pełnorolne bo to mnie zawsze pociągało. W 1946 roku założyłem rodzinę i do tej pory tu żyję i pracuję z czego jestem ja do tej pory zadowolony. Tu w Brodach w 1946 roku wstąpiłem do P.P.R i wielu innych organizacji społecznych za które wielokrotnie zostałem pochwalany i odznaczany, z czego również jestem dumny i zadowolony.

Brody 20-I-1980

Stanisław Pikuła

Pan Stanisław Pikułą był nam ostatnim znanym żyjącym weteranem II Wojny Światowej. Zmarł 20 maja 2015 roku.

Lip 202018
 

Antoni Stawera

Kiedy kilka lat temu pierwszy raz czytaliśmy własnoręcznie napisany życiorys Antoniego Stawery po zdaniu A kiedy zaczęli banderowcy mordować naród Polski zostałem złapany w sierpniu 1943 roku w Ujściu i przez nich rozstrzelany, gdzie kula przeszyła mój prawy bok na wylot przeszły nas ciarki. Młodość i wojenne losy Pana Antoniego na pewno się nadaje na scenariusz filmu.

Urodziłem się dnia 11.07.1923 roku w Ujsciu pow. Kostopol Z.S.R.R. Pochodzę z rodziny chłopskiej. Gdy ukończyłem 7 lat zacząłem uczęszczać do Szkoły Powszechnej w Ujściu. Po ukończeniu 4 klasy mając 12 lat zostaję sierotą bez ojca i matki, pod opieką starszego brata do chwili ukończenia 16 lat. Z powodu bardzo ciężkich warunków życia zmuszony byłem iść do pracy do majątku Dziedzica. Pracowałem tam do wybuchu wojny w 1939 roku. Od 1940 do 1941 roku pracowałem w kołchozie w Ujściu, w 1941 roku po napadnięciu hitlerowców na Związek Radziecki Niemcy zagarnęli kołchoz w Ujściu i utworzyli majątek, gdzie zmuszony byłem pracować jako rolnik. W 1943 roku banderowcy zniszczyli majątek niemiecki, a ja pozostaję bez pracy i nadal żyję u brata. A kiedy zaczęli banderowcy mordować naród Polski zostałem złapany w sierpniu 1943 roku w Ujściu i przez nich rozstrzelany, gdzie kula przeszyła mój prawy bok na wylot. Ciężko ranny zostaję leczony przez sanitariusza. Po wyzwoleniu przez Armię Radziecką w 1944 roku od faszyzmu, zostaję powołany dnia 28 kwietnia 1944 roku na Wołyniu w szeregi Armii Radzieckiej w zapasny pułk 911 na Uralu w Gorod Mołotow. Po trzymiesięcznym przygotowaniu bojowym i przysiędze otrzymaliśmy rozkaz na front Finlandii. Po dwóch tygodniach nastąpiła kapitulacja, otrzymaliśmy rozkaz przejścia przez Pereszejek do Norwegii. W ciężkich bojach w Norwegii przeszedłem do Zalewu Murmańsk. Po wyzwoleniu Norwegii 1 Armia 1 Batalion 911 Pułk powrócił do Z.S.R.R. w Rybińsk, gdzie dalsze przechodziliśmy ćwiczenia bojowe, po których zostaliśmy wysłani na front zachodni na tereny Polski. W 1945 roku będąc na terenie Polski zachorowałem na żołądek i skierowany do mitsambatu polowego szpitala, gdzie po trzech tygodniach i wypisaniu zostałem przydzielony do dziewiętnastej brygady czołgów jako desant czołgowy I Frontu Białoruskiego i skierowany na pierwszą linię frontu, wyzwalając wsie i miasta doszedłem w ciężkich bojach do przedmieścia Berlina. Dnia 28 kwietnia 1945 roku kiedy nasze czołgi toczyły walki na przedmieściach Berlina zostałem ciężko ranny w prawą nogę w biodro i przewieziony do szpitala na tyły frontu i podjęto natychmiastową operację, a następnie przewieziony do szpitala Moskwa Sokolniki 1385. Po trzykrotnych operacjach i podleczeniu, zostałem skierowany na dalsze leczenie do szpitala w Jarosławiu i ponownie operowany. Po pewnym czasie zostaję przewieziony do szpitala w Rostowie Jarosławskiej Obłasti. Po dłuższym leczeniu i wypisaniu ze szpitala zostałem uznany przez komisję lekarską za inwalidę II grupy 75 procent niezdolny do pracy i skierowany na wyjazd do Polski. Po przyjeździe do Polski zostałem powołany na komisję w Ostrowie Wielkopolskim, gdzie komisja uznała jedynie 45 procent utraconego zdrowia, ponieważ nie chciałem się zgodzić odwołałem się do Poznania na komisję lekarską. Komisja w Poznaniu mało wzięła pod uwagę moją krzywdę i chorzenia przyznała mi 55 procent utracenia i zaliczyła do III grupy inwalidów. Mając trudne warunki życia więc 28 sierpnia 1946 roku zgłosiłem się do Urzędu Ziemskiego w Poznaniu, gdzie skierowano mnie do pow. Konin, miejscowość Borowiec Stary i przydzielono mi gospodarstwo rolne o powierzchni 12 ha. Na gospodarce pracować nie mogłem, gdyż rany stale się odnawiały. Więc zostałem przewieziony do szpitala w Koninie gdzie zostałem operowany. Po powrocie ze szpitala do domu po niedługim czasie zostałem ponownie zabrany do tego szpitala i poddany dwóm operacjom. Po jakimś czasie noga dalszy ciąg bolała a rany się odnawiały, więc skierowano mnie do szpitala w Poznaniu. Szpital Przemienienia Pańskiego, gdzie lekarze uznali ostomilitus kości i poddano dwóm operacjom. Po tych ciężkich operacjach i długim czasie leczenia wróciłem na tą samą gospodarkę. Ponieważ stan zdrowia mi jednak nie pozwalał pracować na roli a żona była z małym dzieckiem zmuszony byłem gospodarstwo zdać na Skarb Państwa i 7 X 1949 roku wyjechałem na Ziemie Zachodnie do miejscowości Brody pow. Sulechów. Urząd Ziemski w Krośnie Odrz. Przydzielił mi gospodarstwo rolne 3,50 ha. Z renty, która wynosiła  280 zł miesięcznie III grupy wyżyć nie mogłem, zmuszony byłem pracować w tej gospodarce, co przyczyniło się ponownie do otwarcia ran. W związku z tym zabrano mnie do szpitala  Krośnie Odrz. i ponownie operowany. Po powrocie ze szpitala i pogorszeniu zdrowia oddałem ziemię 1,015 ha przez notariusza w Zielonej Górze na Skarb Państwa. Po zagojeniu nogi choruję na żołądek i dostaję ataki nerek co stwierdzono przez lekarzy dwustronną kamicę nerek, a do tego wywiązały się inne choroby: serce, isjasz w nodze i zapalenie korzonków nerwowych. Na wymienione choroby leczę się przez parę lat w Ośrodku Zdrowia w Sulechowie a następnie w Brodach i w sanatoriach Sielanka w Kudowie, sanatorium Wojskowe w Ciechocinku, sanatorium Wacław Świeradów Zdrój i w tym roku znowu sanatorium Wojskowe w Ciechocinku.

Brody, dnia 20 XII 1974

Sie 182017
 

Przedstawiamy artykuł opublikowany w Gazecie Zielonogórskiej 4 czerwca 1959 roku.

W dniu 1 czerwca 1959 r. około godz. 13 w Nietkowicach pow. Zielona Góra wydarzył się tragiczny w skutkach wypadek, w którym bohatersko zginął na posterunku swej pracy młody nauczyciel miejscowej szkoły podstawowej ob. Kazimierz Pluto.

W dniu tym z okazji Międzynarodowego Dnia Dziecka ob. Pluto wraz z uczniami wyruszył na wycieczkę do lasu w pobliżu którego przepływa kanał wpadający do Odry.

W trakcie zabawy kilkoro dzieci odłączyło się od grupy i podeszło do kanału. Nauczyciel widząc to, podążył za dziećmi, aby zabrać je do głównej grupy. W chwili, kiedy dzieci wracały, uczeń klasy II Albert Lebel pośliznął się i wpadł do kanału (głębokość kanału sięgała do 3 metrów). Obywatel Pluto spostrzegłszy to bez chwili namysłu skoczył za chłopcem, którego uratował, sam zaś utonął, ponosząc bohaterską śmierć w obronie życia dziecka.

Ob. Pluto był dobrym i ofiarnym nauczycielem i wychowawcą. Kochał swój zawód i dziatwę. Cieszył się autorytetem wśród miejscowego społeczeństwa.

O nauczycielu Kazimierzu Pluto mieliśmy okazję już poczytać w lekturze wspomnień pani Haliny Węgrzyn.

Lut 262017
 

Edith w 70-tą rocznicę opuszczenia Brodów (rok 2015)

W końcu, w 1946 roku Georg Scholz i Siegfried Storm wrócili do domu z rosyjskiej niewoli. Teraz to naprawdę było zbyt ciasno dla 11 osób. Musieliśmy znaleźć sobie nowe miejsce do życia. Od rolnika Haberechta otrzymałyśmy pokój z małą komórką, którą mogliśmy używać jako kuchni. A więc babcia, mama i ja. Mogłam także dalej chodzić do Ahrensdorf do szkoły. Były dwa pomieszczenia, w jednym klasy 1 – 4 a w drugim klasy 5 -8. Naszym nauczycielem w klasach 1-4 była panna Schwarz a w klasach 5-8 nauczyciel Jäger. W 1953 przeskoczyłam 2 klasy i dostałam się do 8. Ale w południe po szkole, miałam problem gdzie się podziać. Habrechtowie byli w polu, babcia w gospodarstwie w Sputendorf a mama w pracy na cmentarzu w Stansdorf. Tak więc nie mogłam iść do domu.
Mogę dziękować Bogu że poszłam do Geishirtów jako niania. Jeden chłopiec Klaus 3 lat, a Paul był nadal w wózku. Nie było to dla mnie łatwe, bo sama też byłam jeszcze małym szkrabem. Rodzina mówiła o mnie bardzo dobrze. Byłam dobrze traktowana, dostawałam jedzenie a wieczorem jedzenie, które mogłam zabrać do domu. Tak mogłyśmy się we trzy posilić. Na święta lub na specjalne okazje dostawałam nową sukienkę lub cokolwiek do ubrania. Zostałam tam aż skończyłam szkołę. Gdzie zadania były również trudne. Około 1950 roku szukałyśmy we trójkę nowego domu. Samotna staruszka mieszkała w domu. Były tam dwa pokoje, jeden dla Pani Kielemann i jeden dla nas oraz wspólna kuchnia. Nie było bardzo przestronnie, ale dostaliśmy piwnicę do prania, stajnię, gdzie można było trzymać kozę, króliki, kury i gęsi. Za podwórzem był ogród, który mogliśmy uprawiać. No i na podwórku był także prawdziwy wychodek, z którego był nawóz .
W 1952 roku zacząłem praktykę jako ekspedientka w pierwszym sklepie HO w Ludwigsflde. Dwa lata praktyk zawodowych bardzo szybko minęły. Moja mama dostała pracę w zakładzie przemysłowym w Ludwigsdelde. Teraz życie było trochę łatwiejsze. Po mojej praktyce pracowałam jako ekspedientka, a zdając dodatkowe kursy i szkolenia zdobyłam kwalifikacje na kierownika sprzedaży. Funkcję tą praktykowałam w wielu branżach od tekstyliów, sprzętu sportowego do artykułów papierniczych.
Moja młodość była już wtedy przyjemna, z przyjaciółmi i dobrą zabawą. Poznałam mojego męża, w czerwcu 1957 r. zaręczyliśmy się, a w maju 1959 wzięliśmy ślub. Teraz moje życie zaczęło się we dwoje. W dniu 7.08.1960 urodziła się nasza córka Angela. A 10.07.1961 przenieśliśmy się jako nowa rodzina Ziermann do AWG-mieszkania (to nazwa spółdzielni mieszkaniowej, która istnieje do dzisiaj) w Ludwigsfelde. Otworzył się nowy rozdział w moim życiu. Moja mama i babcia pozostały aż do 1964 w Ahrensdorf. Potem także one dostały AWG-mieszkanie w Ludwigsfelde. Po krótkiej przerwie w pracy, gdy dziecko poszło do żłobka i przedszkola to ponownie pracowałam jako sprzedawca, a także jako kierowniczka sprzedaży. 21.04.1967 roku urodził się nasz syn René. Po roku urlopu macierzyńskiego, zaczęłam pracę w domu towarowym Flink jako asystentka w biurze i w 1972 roku z całym personelem przeniesiono nas do nowo wybudowanej hali na Clara Zetkin Str., gdzie pracowałam do mojej emerytury w sierpniu 1990 roku.
Około roku 1965 wynajmowaliśmy tutaj w Ludwigsfelde ogród, który następnie w 1970 roku kupiliśmy i mieliśmy własną ziemię. Nasza babcia była bardzo dumna, że teraz znowu mamy coś na własność. Niestety, jej radość była krótka. Zmarła 21.12.1969 roku. Zbudowaliśmy garaż z pokojem mieszkalnym, i mieliśmy duży ogród (1045 m2), gdzie uprawialiśmy owoce, warzywa i kwiaty. Wkładaliśmy w to wiele pracy, ale było też dużo radości z tego. Także dla mojej matki i babki. Mogliśmy sobie pozwolić nawet na samochód, małym Trabantem robiliśmy z dziećmi piękne wyjazdy urlopowe. Także dzieci otrzymały staranne wykształcenie, Angela skończyła studia, aby zostać nauczycielem, René studiował i został inżynierem. Byliśmy dumni. W 1987 przejęliśmy weekendową(rekreacyjną) działkę ciotki Marty w Ziegenhals. Nie potrafiła jej już sama utrzymać. Po jej śmierci stała się naszą największą radością w lecie. To nasza oaza od maja do września. Możemy cieszyć się latem z naszą mamą i wieloma przyjaciółmi.
Działkę w Ludwigsfelde przekazaliśmy naszej córce Angeli, aby mogła wybudować swój dom. Mieszka tam teraz z dwójką dzieci Nancy i Svenem. Nasz syn René poznał bardzo miła i kochającą żonę pochodzącą z Rosji i mieszka w Berlinie.
Oboje z mężem Erwinem staramy się jak najlepiej wykorzystać życie na emeryturze. Również trochę podróżujemy. Mamy nadzieję, że będziemy mogli przeżyć jeszcze wiele wspaniałych lat z rodziną.

Lut 192017
 

Edit ze swoją mamą Margarete i mężem Erwinem

Przedstawiamy wspomnienia Niemki Edit Ziermann, córki Margarete Lehmann, której wspomnienia już publikowaliśmy. Obie Panie urodziły się w przedwojennym Groß-Blumberg.

Ja, Edit Ziermann urodzona 1 listopada 1938 roku w Groß-Blumberg w powiecie krośnieńskim, jako córka Willego Lehmanna i jego żony Margarete Lehmann z domu Möbus. Moje dzieciństwo było sielsko-wiejskie. Moim ulubionym miejscem był warsztat stolarski mojego ojca. A tam ostrużyny drewna, duże i małe wióry. Kiedy miałam 2 lata, mój ojciec mógł mnie ostatni raz trzymać na kolanach, ponieważ został powołany do Wehrmachtu . Już 1 stycznia 1943 przyszła wiadomość, że zginął pod Stalingradem. Więc dorastałam z mamą i dziadkami, bez ojca . Bywałam często u dzieci z sąsiedztwa u Schulzów lub Kirschów, a latem był obowiązek wypędzania gęsi na odrzańskie wały, to był czas pilnowania.
Ale nas też dosięgło straszne cierpienie wojny. 31 stycznia 1945 moi dziadkowie i matka razem spakowali najcenniejszy dobytek oraz mienie i załadowali na zaprzęg konny od Kirschów. Nasz siedemdziesięcioletni dziadek, który był już bardzo chory, Edith i Brigitte Kirsch i ja mogłyśmy jechać z nimi na wozie. Moja babcia – 64 lata, matka – 32 lata, a także ludzie od Kirschów biegli obok wozu. Było bardzo zimno, z dużą ilością lodu i śniegu . Nasz woźnica, dziadek Kirsch (Fimmel) był zaniepokojony, żeby konie się nie zmęczyły i nie pośliznęły. Ale poszło dobrze i przyjechaliśmy w nocy po kilku przystankach do Gubina na Odrą. Wyruszyło też bardzo wielu mieszkańców Groß-Blumberg z saniami lub ręcznymi wózkami. Był śnieg i zamarzła Odra, to Hitler kazał wysadzić mosty na Odrze, wielu próbowało przyjść przez Odrę po lodzie, ale przyszła odwilż, a nurt Odry stał się ich grobem. Gdy zniknął śnieg to Ci z sankami nie mogli dalej iść. To wszystko było straszne.
Odyseja zakończyła się 1 marca 1945 roku w Ahrensdorf. W miejscowości Ahrensdorf dostaliśmy miejsca noclegowe. Moja matka i ja zostaliśmy przyjęci przez rodzinę Storm/Lüdtke a babcia i dziadek znaleźli schronienie u sąsiadów Raufuß. Obie rodziny podzielił się z nami mimo, że były to duże rodziny i było bardzo ciasno. Tutaj w Ahrensdorf doświadczyłam nawet nalotu i ataku na zakład Deimlera w sąsiednim Ludwigsfelde. A także wkroczenia Armii Czerwonej. Dla nas dzieci żołnierze nie byli źli, ale moja matka i inne kobiety musiały się chować. Z końcem maja skończyła się wojna i można było wracać do domu. I my też biegliśmy co sił w nogach, matka, babcia dziadek i ja. Tylko z najważniejszym bagażem. Storm zaproponował nam, że powinniśmy najpierw zobaczyć nasz dom. A pozostałe rzeczy możemy później sprowadzić. I to był dobry pomysł. Oczywiście cieszyliśmy się, że jesteśmy znowu w domu. Rozpoczęły się zaraz uprawy na polach, zbieranie jagód i owoców w ogrodach i urządzaliśmy się. Ale nasze zadowolenie było krótkotrwałe. Armia Czerwona miała duży obóz konny w Groß-Blumberg, które sprowadzili z Meklemburgii. Do tego odprowadzenia transportu koni zostali wciągnięci wszyscy obecni mężczyźni i kobiety. Nawet moja matka. Po odejściu Rosjan Polacy tu rządzili. Polacy byli rozgoryczeni wojna i dawali to po sobie poznać – nie byli mili dla Niemców. Był wrzesień, chcieliśmy coś zebrać ze żniw, ale niestety. Z końcem września, kazano nam znowu opuścić dom. To było bardzo fatalne, od mojej matki nie mieliśmy żadnych oznak życia, czy jest jeszcze w Niemczech lub już w Rosji albo czy w ogóle jeszcze żyje. Babcia, dziadek i ja mieliśmy półgodziny na spakowanie najważniejszych rzeczy, oczywiście pierzyny i coś do jedzenia załadowaliśmy na taczkę a nadzorca pilnował czasu, szybko, szybko. Miałam swoją walizkę z moimi osobistymi rzeczami nadal w pokoju, długo musiałam błagać, żeby ponownie wejść do domu, ale byłam dzieckiem i zamiast cennej walizki, wzięłam dużą lalkę a walizkę zostawiłam. Polacy nie mieli litości, musieliśmy iść na miejsce zbiórki. Stamtąd był horror do Frankfurtu nad Odrą. Byliśmy kijami wypędzeni i wielokrotnie okradzeni. Kto miał walizkę był natychmiast kompletnie ogołocony obojętnie co miał w środku. Worki zostały rozdarte i okradzione, co im się podobało.
Moja babcia miała najważniejsze dokumenty i zdjęcia w małej torbie, która kilka razy wysypywali. Na szczęście byłam bardzo zwinna i co wiatr rozwiał to z powrotem pozbierałam. Polacy mieli też wóz drabiniasty i od czasu do czasu podwozili starych i słabych, ale mój dziadek, choć bardzo słaby, to obawiał się, że mogą go gdzieś zostawić i straci kontakt z nami. Z tego powodu zawsze trzymał mnie za rękę, żebym go nie zostawiła. Nawet gdy musieliśmy odpocząć to byłam z nim. Noce spędzaliśmy pod gołym niebem lub w stodołach.
Ponadto, musiałam nosić moją wielką lalkę, bo moja babcia miała zbyt wiele rzeczy na taczce na tak wiele kilometrów. Byliśmy z ponaglającymi za plecami Polakami jak z polnym kamieniem na ramionach. Poza tym była również zdenerwowana, że nie wzięłam mojej walizki. Kiedy przekroczyliśmy we Frankfurcie Odrę, Polacy nas zostawili. Teraz mogliśmy po raz pierwszy wziąć głęboki oddech. I dalej iść po krajowych drogach. Wypędzony z nami był także wujek Bernhard ze swoją dużą rodziną: żona, 4 własnych dzieci i dwie dziewczyny jego szwagierki, która także jak moja matka i jego teściowie musieli iść z Rosjanami. Tak więc 10 osób i my troje, i wszyscy byli głodni. Teraz zaczęło się wielkie żebractwo. Najbardziej zaczął chodzić od drzwi do drzwi mój kuzyn Heinz, jedni coś dali inni nie, gdy doszliśmy do naszych ludzi to zostało to podzielone. Spaliśmy głównie w stodołach lub w stogach siana. W nocy w stodole mój kuzyn Günter ukrył moja lalkę i musiałam dalej iść bez niej. I tak dotarliśmy wychudzeni i zawszeni 24.10.1945 znowu do Ahrensdorf prosząc tam o pomoc. Zapomnieliśmy o wszystkim złym, gdy nam powiedziano, że moja matka w drodze od Rosjan była już w Ahrensdorf. Ona i Marta Weizert, matka dwóch dziewczynek Renate i Heather, które szły z wujkiem Bernardem w czasie naszej wędrówki dowiedziały się, że nie ma powrotu do Blumbergu. Były jeszcze na kartoflisku kiedy ja byłam już w jej ramionach. Moja matka i ja zostaliśmy u Stormów. Babcia i dziadek u Lüdtke, Lieschen Storm ze swoimi synami Dieterem i Wolfgangiem i siostrą Friedchen z synem Horstem oraz my obie. Tak więc 9 osób. Na niewielkiej przestrzeni. Ale rodzina zrobiła wszystko, co możliwe, aby zintegrować się z nami. Ja miałam bardzo źle wyglądającą ropną wysypka na całym ciele, nic dziwnego, niedożywienie, zła higiena i wszy. Ale babcia Storm zabrała mnie do lekarza do Lichterfelde i zapłaciła jedzeniem. Na moje pierwsze Boże Narodzenie w Ahrensdorf dostałam nową sukienkę. Granatową z białym kołnierzykiem, wiedziałam dokładnie, że była uszyta ze starej sukni od babci Storm. I dostałam lalkę własnej roboty, wprawdzie miała twardą głowę ale oczy były z materiału. To była radość.
Z drugiej strony, mój dziadek miał ochotę w Boże Narodzenie na ciasto z kruszonką. Gdy je dostał to powiedział: moja matka i ja powinniśmy iść na pasterkę, a on położył się, żeby trochę odpocząć i zasnął na wieki. Kiedy wróciliśmy do domu to odszedł z tego świata.

Lis 062016
 

Stanisław Naosad

Stanisław Naosad

Przez mój niski wzrost wszyscy myśleli, że mogą mnie pobić, oszukać albo się ze mnie naśmiewać. W Brodach było około 200 rodzin i z każdej rodziny był przynajmniej jeden chłop. Chłopy chcieli zawsze ze mnie się pośmiać albo pobić, bo ja taki mały i myśleli, że im nie dam rady. Jednak kilka razy pokazałem, że się nie boję i każdemu mogę dać rady. Później żony nas trzymały, żeby nie doszło do bójki. Taki byłem zadziorny.

W Brodach żyłem z handlu warzywami. Jeździłem do miasta i tam je sprzedawałem. Nieraz tak było, że jakiś większy chłop ode mnie przychodził do wozu i brał jak swoje. Ja mu mówię kładź tu 2 złote! I kładli, bo wiedzieli że nie ma żartów ze mną.

Miałem też taką przygodę, że jeździłem na rynek i kiedyś jak wracałem to zatrzymało mnie 6 wysokich młodych chłopaków. Mówią ojciec jedziesz z rynku i masz pieniądze a my idziemy na balety to daj na 2 litry wódki, a jak nie dasz to wszystko zabierzemy i do dupy nakopiemy. Ja miałem ponad 900 zł „grubych” pieniędzy, bo jakbym miał drobne to bym im dał. Dwóch trzymało konia, dwóch stanęło z jednej strony woza a dwóch z drugiej strony. A ja klęczałem na wozie na worku. Gdybym stał to bym im wszystkim dał rady. Wziąłem odważnik i dwóch znokautowałem tym odważnikiem a jeden uderzył mnie i wybił zęby. Dałem radę jednak się wyrwać i ruszyłem koniem. Wtedy wybili mi żeby, a zęby miałem naprawdę ładne, równiutkie. Później ludzie długo się mnie pytali, gdzie Stasiek masz swoje zęby? Po jakimś czasie okazało się, że czterech z tych chłopaków to byli synowie mojego znajomego z pracy w cegielni.

Ludziom dużo pomagałem i często nie brałem zapłaty za to. Niektórzy to wykorzystywali i chcieli jeszcze. A teraz jak już nie mogę pomóc to się na mnie tak dziwnie patrzą. Ja się cieszę jak z kimś mogę porozmawiać, bo to lepsze niż samotność.

Niestety z handlu i z rolnictwa nie mogłem zapewnić odpowiedniego bytu rodzinie i poszedłem do pracy na budowie. Jak to mówią nie chcesz nosić za młodu teczki, będziesz nosił woreczki. I tak było. Przez 6 lat byłem pomocnikiem murarzy na budowie. Przynosiłem im materiał, żeby mogli murować a oni ciągle krzyczeli, że mało i mało. Później przestała mi się podobać ta robota, bo ci murarze mnie zaczęli wykorzystywać. Chcieli, żebym przynosił im materiał a do tego jeszcze za nich murował. Oni mieli tylko robić poprawki. Przeniosłem się na stanowiska stróża. Po jakimś czasie żałowali, że nie mają już takiego pomocnik, bo ci nowi nie dawali rady tak jak ja. Często wołali dajcie nam z powrotem tego małego.

Do tej pory ciężko pracuję. Mam konia i jeszcze kawałek pola sobie obrabiam.
Mój sąsiad kiedyś powiedział nikt się tak nie narobił jak Naosad.

Przez całe życie lubiłem śpiewać. Zarówno w wojsku jak i w kościele. A teraz jakoś na starość głos mi zachrypł i nie mogę śpiewać. W kościele siedzę i nie śpiewam. Nieraz było tak, że w kościele ludzie nie chcieli za bardzo śpiewać, to śpiewał ksiądz, organistka i ja. A ja jeszcze bym chciał sobie tak pośpiewać jak dawniej a nie mogę.

Kiedyś mój ojciec powiedział matka co ty pleciesz, jemu rower i kapelusz. Teraz na starość te słowa się sprawdzają, bo lubię także jeździć rowerem po okolicy. Jak kogoś spotkam to zagadam ale już mało jest ludzi w moim wieku a młodzi mają swoje sprawy.

Moja żona zmarła w 2005 roku, ojciec zmarł w wieku 72 lat a matka mając 81 lat. Brat Czesław zmarł w 1997 roku a brat Gienek w 2015. Siostra Anna zmarła na gruźlicę w 1948 roku mając zaledwie 33 lata. Mam 3 córki: Dankę, Alicję i Jadzię. Z córką Alicją i jej rodziną mieszkam nadal w Brodach. Doczekałem się także 10 wnuków i 4 prawnucząt.

Podsumowując moje życie: szkoły nie skończyłem, przed wojną ciężko pracowałem, w czasie wojny służyłem za jedzenie, po wojnie też ciężko pracowałem, wojsko było moją przygodą życia, a po wojsku w Brodach to też tylko ciężka praca i rodzina. A teraz jestem na rencie i w końcu mi się dobrze żyje ale samemu, bo moja żona zmarła.

 

Opowiem jeszcze o zamieszkach w Zielonej Górze w maju 1960 roku, gdzie zostałem przez przypadek dowódcą. Było to dokładnie 30 maja 1960 roku a zamieszki dotyczyły obrony Domu Katolickiego, który wskutek decyzji ówczesnych władz zlikwidowano przekazując budynek na inne cele. Akurat przyszedłem do pracy na budowie na 15. Milicja i strajkujący rzucali w siebie nawzajem kamieniami. Milicja czasami puściła petardy albo gaz łzawiący, żeby nas rozgonić. Milicjanci byli poubierani w hełmy i mieli tarcze. Ja wtedy powiedziałem mężczyzną dość, tak to my im nie damy rady. Musimy tak jak w wojsku kanonadą. Na moją komendę, na trzy cztery razem, razem… Za każdym „razem” wszyscy w tym samym momencie rzucali kamieniami. Kamienie z bruku leciały jakby się chmura oberwała. Milicjanci się wycofali do komendy, mimo że ich było z 200 a nas może 150. Kobiety szykowały nam kamienie a my rzucaliśmy.

Później dużo ludzi z zamieszek zostało aresztowanych. Jeden drugiego wsypał. Ludzie podostawali wyroki po 1 rok więzienia. Po jakimś czasie się dowiedziałem, że mnie też szukali. Tego dowódcy co dawał komendę. Rozmawiałem z milicjantem-dzielnicowym w Zielonej Górze i powiedział, że szukają tego co dowodził, bo ta jego komenda skutkowała i on by posiedział ale 3 lata w więzieniu. Udało mi się uniknąć aresztowania, bo nikt mnie tam nie znał, ponieważ byłem z wioski. Inni co byli z Zielonej Góry to zostali złapani. Przyjeżdżali do domu i zabierali. A mi się udało. Uciekłem, już nie pamiętam gdzie, ale gdzieś ręce umyłem, żeby nie było śladów, ponieważ zaraz po zamieszkach milicja chodziła po ulicach i sprawdzała kto ma brudne ręce od kamieni.
Nawet kilka lat temu w Gazecie Lubuskiej był artykuł, że poszukują świadków i uczestników tych zamieszek, bo będą dawać medale z okazji rocznicy ale na co mi tam medale.

Adam

Paź 302016
 

Stanisław Naosad

Stanisław Naosad

Po wojnie wrócił mój brat Czesław z robót przymusowych, gdzie dostał porządnie w kość i zaczął się dla mnie ciężki czas. Cała rodzina myślała, że brat osiedli się na wschodzie albo zachodzie Polski. Jednak on wrócił do rodzinnego domu. Powiedział, że woli jeść same kartofle niż niemiecką kiełbasę.
Brat był dużo większy ode mnie. Był wyższy i ważył 96 kg a ja mam zaledwie 161 cm wzrostu i ważyłem wtedy 72 kg. Brat mnie często bił mimo że byliśmy już dorośli. Ojciec sam się bał Czesława i nie mógł stanąć w mojej obronie. Do tego w domu była bieda, bo na piachach nic nie rosło. Praca była ciężka a jedzenie słabe więc skąd tu było wziąć siłę, żeby przeciwstawić się bratu.

Z tym moim wzrostem to chyba jakieś fatum. Już tutaj na zachodzie w Brodach miałem źrebaka 11-miesięcznego czyli taki jeszcze nie duży i taki już został. Więcej nie urósł. Chociaż kobyła była duża.

Dlatego postanowiłem zgłosić się do wojska na ochotnika, bo tak mnie nie chcieli wziąć nawet do wojska. Wreszcie w 1949 roku mogłem wyrwać się z domu od brata.
Na komisji poborowej zapytałem się porucznika czy potrzebują w wojsku takich małych kajtków jak ja i do tego z krzywymi nogami. A porucznik na to Naosad ale kąt dobrze trzymacie.
Trafiłem do szkółki pod Wrocław, gdzie poznałem dwóch kolegów, przez których się zakochałem i przyjechałem do Brodów. Byli to Kazik Łukowski i jego późniejszy szwagier Józek Pluto.
Służyliśmy w jednej jednostce, gdzie ja byłem kucharzem. W sumie było nas 3 kucharzy ale niekiedy tak przypadło, że sam musiałem gotować dla 1800 żołnierzy.
Dzięki ćwiczeniom w wojsku i porządnym jedzeniu przy wojskowym kotle nabrałem sił. Ważyłem wtedy 85 kg i czułem, że jestem naprawdę silny. Na zdjęciu z wojska widać jak kucharz wygląda.

Wracając do moich dwóch kolegów to Kazik Łukowski był wyższy ode mnie i sprawniejszy w gimnastyce. W naszej grupie Kazik zawsze prowadził zajęcia z gimnastyki albo czasami ja go zastępowałem. Z Kazikiem byliśmy obrotni i zawsze umieliśmy się ustawić w wojsku.
Raz z Kazikiem się posprzeczaliśmy. Kazik myślał, że jest większy ode mnie i mi przyłoży ale się nie dałem i to ja go położyłem „na deskach”. Później Kazik mówił, że był pijany i dlatego nie dał mi rady, ale dalej byliśmy kolegami.
Natomiast Józek Pluto nie był taki obrotny jak my. Zajęcia gimnastyczne nie wychodziły mu tak dobrze ale za to umiał kombinować.
Lubiłem służbę w wojsku. Ćwiczenia, musztrę i alarmy bojowe.
W wojsku lubiłem się wygłupiać. Jak trzeba było na alarm zbiegać z 3 piętra to na schodach spod moich podkutych butów aż iskry szły. Widział to wszystko kapitan Piotrowski i na apelu powiedział Naosad wystąp, ty już nie będziesz tak biegał szybko, bo się zabijesz na tych schodach. A ja naumyślnie tak biegłem, żeby aż ogień szedł spod butów.
Umiałem też dowodzić i nieraz na musztrze dowódca mówił
Naosad wystąp i dalej prowadź to bractwo, bo ja już na was patrzeć nie mogę, jak kozy chodzicie. Dalej ja prowadziłem musztrę. Później w wojsku proponowali mi, żebym został oficerem ale ja się zakochałem i ciągnęło mnie do Brodów.
Ze względu na mój wzrost zawsze szedłem w wojsku na końcu kolumny i Kazik z Józkiem postanowili znaleźć mi dziewczynę i zabrali mnie na przepustkę do Brodów.
Kazik chciał mnie wyswatać ze swoją starszą siostrą Stefą. Jednak była ona starsza ode mnie 5 lat i jakoś nie przypadliśmy sobie do gustu. W Brodach poznałem natomiast sąsiadkę Kazika Łukowskiego Anielę Ciborek i się wzajemnie w sobie zakochaliśmy. Aniela była piękną dziewczyną i podobała się też Kazikowi oraz innym chłopakom w tym prokuratorowi i dwóm lotnikom. Jednak Aniela wybrała mnie. Może koledzy mieli do mnie pretensje, że zabrałem im sprzed nosa fajną dziewczynę ale to była młodość. Później w dorosłym życiu dalej się kolegowałem z Kazikiem. Od 1950 roku zacząłem regularnie przyjeżdżać do Brodów na przepustki a po wojsku przeprowadziłem się na stałe i ożeniłem się z Anielą.

Po wojsku pojechałem także do domu rodzinnego i tam brat Czesiek chciał mnie znowu pobić ale tym razem się nie dałem i oddałem mu tak, że musieli go cucić.
Później ojciec zmarł jak miał 72 lata i wszyscy zjechaliśmy się do rodzinnego domu na pogrzeb. Rodzina żartowała, że ten z zachodu jest taki mały ale matka powiedziała, że jak przyłożył bratu to trzeba było go cucić. Brat ze wstydu chciał się schować pod stół a reszta rodziny już nie żartowała. Czesiek mówił, że to było jak dziećmi byliśmy ale ja miałem wtedy 21 a on 27 jak mu przyłożyłem, więc co to były za dziecinne lata.

Paź 232016
 

Stanisław Naosad

Stanisław Naosad

Te wspomnienia przeleżały w przysłowiowej szufladzie ponad dwa lata. Dlaczego?

Jest ciepłe popołudnie 15 sierpnia 2014 roku. Wielkie święto zarówno kościelne jak i państwowe.
Byłem wcześniej umówiony na rozmowę. Wchodzę do domu Pana Stanisława Naosada. Jednak dziarski siwy Pan chce się rozmyślić i nie chce rozmawiać kwitując wszystko słowami o czym będziemy rozmawiać, ja taki stary a ty taki młody. Nie ma o czym. Z pomocą przychodzi jednak córka Pana Stanisława i zaczynamy rozmawiać. Na początku trochę o współczesnym życiu a później już o historii.

W tle gra telewizor, gdzie na kanale sportowym pokazywana jest walka bokserska. Pan Stanisław zaczyna rozmowę od słów o widzisz, boks to jest to co lubię oglądać i na czym się znam. Gdybym miał warunki fizyczne to bym był kiedyś bokserem, a tak mam tylko 161 cm wzrostu i zawsze miałem kompleks, że jestem niski. Ale nigdy się też nie dałem. Zawsze jak ktoś mnie zaczepił to się postawiłem. Rosłem do 13 roku życia. Później przestałem rosnąć i taki wzrost mi został. Bóg nie dał mi wzrostu ale dał długie życie i piękną żonę, która niestety już zmarła.

Nazywam się Stanisław Naosad i urodziłem się 1 stycznia 1928 roku we wsi Skudzawy, w gminie Skrwilno, w powiecie rypińskim. A dzisiaj Skudzawy leżą w województwie kujawsko-pomorskim. Były to tereny przygraniczne, na których mieszkało sporo Niemców. Było niekiedy tak, że jedna kolonia wsi była zamieszkała przez Polaków, a druga przez Niemców.
W domu było nas 3 braci i jedna siostra. Starszy brat Czesław był rocznik 1922, siostra Anna 1925, najmłodszy brat Gienek 1935..
Rodzice mieli około 5 hektarów ziemi, lecz była to ziemia VI klasy i mało co na niej rosło.
Żyło nam się bardzo ciężko. Nie było fabryk ani innych zakładów, gdzie można by było pracować. Bieda była straszna. My dzieci musieliśmy dużo pomagać w polu, żeby jakoś związać koniec z końcem. Na naszych nieurodzajnych polach zboże szybciej dojrzewało przez co wcześniej robiliśmy żniwa niż w innych miejscowościach i przez to mogliśmy najmować się do pracy przy żniwach u innych aby wspomóc nasz domowy budżet.
W zimę nakopaliśmy torfu, który później sprzedawaliśmy. Można zażartować, że w stodole było więcej torfu w sąsieku niż snopków namłóconych. Do tego ojciec palił tabakę i uprawiał trochę tytoniu a ja mu pomagałem to pozwalał mi nieraz sprzedać tabakę, żebym miał coś swoich pieniędzy.
Ojciec „za Wilhelma” był 10 lat w Niemczech, gdzie pracował zarobkowo. Później sprzedawał już w Polsce Niemcom warzywa. Znał bardzo dobrze niemiecki a znajomi przezywali go nawet szkop, bo miał taki niemiecki akcent jak mówił po polsku.
Do szkoły chodziłem tylko przez dwie zimy, bo w 1939 roku wybuchła wojna i podczas niemieckich rządów nie chodziłem do szkoły. Do szkoły chodziłem tylko w zimę kiedy nie było prac w polu. A tak to głównym moim zajęciem było pasienie krów. Od 1939 roku zacząłem pracować w niemieckim gospodarstwie za darmo. 5 lat tak pracowałem, żeby tylko mieć co zjeść.
We wrześniu 1939 roku miałem 11 lat i pamiętam uciekające nasze polskie oddziały a niemiecki Wehrmacht je gonił. Na niebie latały pojedyncze polskie samoloty a za to niemieckie bombowce leciały grupkami w stronę Warszawy z wielkim charakterystycznym dudnieniem. Z daleka można było usłyszeć nadlatujące niemieckie bombowce.
Natomiast 10 km od nas stał oddział kawalerii i porucznik mówi musimy uciekać a jeden ze zwykłych żołnierzy powiedział nie po to szable ostrzyłem, żeby teraz jej nie wypróbować i pojechali z szablami na czołgi. Polacy oczywiście wtedy przegrali ale Hitler później przyjechał na defiladę i chciał, żeby Polacy wstępowali do Wehrmachtu ale Polacy nie chcieli u “Gebelsów” walczyć. Pod koniec wojny Niemcy brali nawet mój rocznik. Mnie jednak nie wzięli, bo brali tych co podpisali volkslistę
Gdy maszerowali niemieccy żołnierze to śpiewali dużo piosenek. Ja nie rozumiałem co oni śpiewają i zapytałem się ojca, bo znał niemiecki. A on mi mówi, że oni śpiewają Hitler złoty nauczył roboty, a Śmigły-Rydz nie nauczył nic.

W październiku 1939 roku nasze tereny włączono do III Rzeszy jako okręg Gdańsk-Prusy Zachodnie.
Jako że mieszkaliśmy na terytorium przygranicznym to w 1939 roku doszły na słuchy, że mają mordować Polaków w naszych okolicach. W związku z tym ojciec za stodołą przygotował taki mały schron. Przykrył go gałęziami. Do środka przyniósł bety a uzbrojeni byliśmy w siekierę i widły. Ludność niemiecka poprosiła o pomoc wojskową, żeby się z nami Polakami rozprawić ale Hitler się na to nie zgodził, bo nie chciał spowalniać swoich wojsk w marszu naprzód. A sami cywile bali się nas. W tym schronie ukrywaliśmy się 2 a nawet 3 miesiące.
Inne rodziny zbierały się po dwie lub trzy i tak wyczekiwali. Ojciec jednak tego nie chciał. Miał trochę doświadczenia z wojska, ponieważ walczył w I Wojnie Światowej i w wojnie polsko-bolszewickiej.

Zostaliśmy włączeni do Rzeszy ale nas Polaków obowiązywało bardziej rygorystyczne prawo. Były przypadki rozstrzeliwań Polaków. Często za błahostki, jak za spóźnienie do pracy.
Niemcy wywozili także Polaków na roboty przymusowe. Brata Cześka wywieźli i przez 5 lat był na robotach. Dostał tam porządnie w kość. Ojca i siostrę też wywieźli ale nie na długo. Siostra pracowała przymusowo w fabryce w Elblągu, szyjąc niemieckie ubrania wojskowe. Powróciła do domu po kapitulacji Niemiec. Natomiast ja już byłem zapędzony w stodole, z której brali na roboty ale udało mi się uciec.
Później Niemcy z wiosek zganiali Żydów do miast powiatowych i stamtąd pędzili ich pod Warszawę, gdzie ich wykańczali.

W 1945 roku wyzwolili nas Rosjanie. Tylko przez jedną noc była strzelanina. Więcej walk nie było. Niemcy się szybko wycofali. Chociaż mówili że 500 Niemców zginęło.
Pamiętam też takie zdarzenie. Jak Niemcy weszli to metalowy krzyż z figurą też metalową przewrócili i zakopali. Natomiast my tuż przed wyzwoleniem wiedzieliśmy, że zaraz Ruscy wejdą i poszliśmy w nocy odkopać ten krzyż a tu nagle Ruscy się pojawiają. Stanęli nad nami i mówią ach Bóg, ach Bóg, cóż Germańcowi przeszkadzał?

Adam

Paź 092016
 

Margarete Lehmann w wieku 100 lat

Margarete Lehmann w wieku 100 lat

To miały być 3-4 dni, a następnie powrót z maszynami. A trwało to całe 7 tygodni. Zawsze 4 konie były połączone ze sobą a my dostaliśmy lejce w ręce i poszliśmy w nieznane. Z dala od rodziców i dzieci. Nasz pierwszy postój był w Kostrzynie, a nasza kwatera do spania była pod gołym niebem. Położyłam się koło dziadka Fimmels. Rano patrzę a to miejsce było puste. Uciekł potajemnie w nocy i doszedł do domu. Niektórzy mężczyźni, którzy też później próbowali uciekać, zostali częściowo schwytani albo wpadali na miny.
Potem szliśmy dalej wzdłuż Odry. Jeszcze dobrze pamiętam przez jakie duże miasta przechodziliśmy: Eberswalde, Bad Freienwalde, Wriezen i przez Schrfheide w kierunku Demmin. Kilka kilometrów za miastem przeszliśmy przez małą, romantyczną miejscowość Vorbein, gdzie wszystkie małe domy z muru pruskiego były pokryte słomą, co było dla nas czymś nowym.
Potem szliśmy do Duwir i tam osiągnęliśmy nasz cel. W zaledwie 14 dni przeszliśmy drogę 400 km. Z Groß-Blumberg(Brody) w Brandenburgii nad Odrą do Meklemburgii. Spaliśmy tylko pod gołym niebem. Przyprowadziliśmy konie do ogrodzonego pastwiska, a my byliśmy zakwaterowani w gospodzie w dużej sali na słomie. Leżeliśmy bardzo blisko siebie jak sardynki ale z dachem nad głową. Nasz posiłek składał się tylko z kawałka suchego chleba i grubej kaszy, więc nas również dręczył głód. Rosjanie w domu piekli, gotowali i dusili, ponieważ po raz pierwszy chyba usłyszeli o wieprzowinie, którą jedli codziennie ale tylko oficerowie.
Ale to co nas zaskoczyło po drodze, to to że spotkaliśmy wiele osób z ręcznymi wózkami z odrobiną swojego dobytku. Wszyscy pochodzili z Pomorza; szeptali do nas, że nie możemy wrócić do domu. Polak teraz wszystkich wygania. Z jedzeniem było tak źle, że byliśmy zmuszeni do żebrania.
Ja i Martha Weizerm – bratowa mojego brata Bernharda poszliśmy szukać jedzenia i przybyłyśmy do ustronnego gospodarstwa. Przy bliższej rozmowie z gospodynią zdziwiła się i powiedziała bardzo cicho
w naszym sąsieku są 2 dziewczyny i myślę, są one także z Groß-Blumberg(Brody).
Wspięłyśmy się po drabinie i okazało się, że obie dziewczyny są córkami Steinbachów, dziewczyny z „kolorowych taksówek”. Radość była wielka kiedy spotkałyśmy kogoś z ojczyzny. Mogłyśmy przynajmniej o czymś porozmawiać. Wiedziały, że moi rodzice i Edith, a także Bernhard z rodziną i obie córki Marthy są jeszcze w Brodach. Niektóre zwierzęta zostały zabrane. Więc mieliśmy już nieco mniej zmartwień. Ale co będzie z nami – to było pytanie. Musiałyśmy wytrwać i pocieszać jedna drugą. Zawsze miałyśmy złe myśli. Co z nami zrobią? Zabiorą nas do Rosji albo pozwolą odejść? Myśli miałyśmy też zajęte naszymi krewnymi w domu.
Po 5 tygodniach, które musieliśmy spędzić na tym gospodarstwie, Rosjanie wycofali się pod osłoną nocy i zostawili nas swojemu losowi. Ubranie zniszczone, prawie bez obuwia na nogach, zero higieny osobistej, całkowicie ubrudzona i prawie umierająca z głodu.
Byłyśmy wolne i mieliśmy silną wolę aby przetrwać, wędrowaliśmy dalej. Najpierw 30 km do Greifswaldu. Stamtąd przejechaliśmy pociągiem towarowym do Neubrandenburg, gdzie przenocowaliśmy w budynku stacji. Co dalej? Nie wiem z czego się faktycznie żyło. Tylko strach był naszym towarzyszem. Szliśmy na piechotę w kierunku Berlina. Nasza gromadka już się tak rozeszła, że tylko Weizers Martha, ja i bliscy Bernharda byliśmy razem. Bernhard przyprowadził nas w Stralau do knajpki na rogu, którą żeglarz znał. Ten lokal miała Else Pfeifer z domu Hoffmann. Była siostrzenicą dziadka Rademacher, teścia naszego Otta. Tam mogliśmy się pierwszy raz umyć, dostać coś do jedzenia i przenocować. Moja odzież była rozdarta od góry do dołu, od tygodni się nie myłam. Jedyną rzecz jaką miałam to koński koc.
Wstaliśmy bardzo wcześnie i dalej wędrowaliśmy przez zbombardowany Berlin w kierunku Ahrensdorf, mając nadzieję, że znajdziemy tam naszych krewnych. Przyszliśmy tam wieczorem – mnie przyjęli znowu rodzina Strom. Pani Strom dała mi świeże ubranie. Jeden raz się ktoś o mnie zatroszczył. Przenocowaliśmy i następnego dnia poszłyśmy do Thyrow, też znowu do ludzi, u których już byliśmy.
To była podróż, która rozpoczęła się w dniu 3 czerwca 1945 roku w Groß-Blumberg(Brody) a skończyła w lipcu 1945 roku w Ahrensdorf. Teraz zaczęły się okropne dnie i noce ze strachem i czekaniem. Co stało się z rodzicami i Edith? Czy kiedykolwiek znowu razem się spotkamy?

Tłumaczenie Adam i Janusz

Translate »