Lip 252015
 
Wojewoda Jan Krahelski (źródło zdjęcia Wikipedia)

Wojewoda Jan Krahelski (źródło zdjęcia Wikipedia)

Wchodzimy do kuchni. Za stołem siedzi Pani Florentyna. Od razu widać po twarzy starszej Pani, że rozmowa będzie ciekawa. Pani Florentyna to osoba bardzo sympatycznie nastawiona do życia. Jednak to co urzeka słuchacza to ogromne poczucie humoru – wprost niespotykane.
Pomorsko. Upalny 4 lipiec 2015 roku. Wielkie podziękowania dla Jana Jarosza – wieloletniego mieszkańca Pomorska, który towarzyszył przy rozmowie.

Nazywam się Florentyna Juretko z domu Szotmiller. Moje nazwisko panieńskie Szotmiller jest niemiecko brzmiące, bo moi pradziadkowie i prapradziadkowie ze strony ojca pochodzili z Bawarii. Pamiętam jeszcze moją prababcie, która świetnie znała niemiecki ale gorzej język polski. Gdy starała się mówić po polsku to ją dzieci przedrzeźniały, np.. zamiast chłopiec to klopiec. Ojciec jednak niechętnie wspominał pochodzenie jego rodziny, ponieważ był bardzo cięty zarówno na Niemców jak i na Rosjan. Wszystkich Rosjan zresztą nazywał kacapami. Gdy był zdenerwowany na kogoś to nazywał go kacapem. Była to największa obelga z jego ust. Nawet po wojnie. Szotmiller jest to zlepek dwóch nazwisk. Szot i Miller. Dlaczego dwa razem połączone nazwiska? Skąd się wzięło to bardziej niemieckie niż polskie na nazwisko na dalekich kresach przedwojennej Polski? Tego nie wiem.

Urodziłam się na Białorusi w 1929 roku. W ówczesnym województwie nowogródzkim, w powiecie baranowickim, gminie Niedźwiedzica na kolonii wsi Olchowce. Nasza wieś Olchowce była usytuowana tak samo jak Pomorsko. Tyle samo było do lasu jak w Pomorsku. Taki sam odcinek jak do Brzezia przez las było do małej wioseczki Litówka.

Było nas 11-ścioro rodzeństwa w czym było 10 panienek i jeden chłopak. Ja byłam ostatnia z rodzeństwa – najmłodsza. Byłam takim „znioskiem”. Jak się kura kończy nieść to ostatnie jajka nazywa się „znioski”. Wszyscy też mówili, że Szotmillerowi jako ostatni powinien urodzić się syn a była znowu kolejna dziewczyna. Może coś w tym jest, ponieważ w młodości byłam bardziej skora do psikusów, tak jak chłopcy, niż spokojna jak dziewczyna.

Przed wojną żyło nam się dobrze. Ojciec Jan Szotmiller urodzony w 1880 roku razem z moją mamą Anną urodzoną w 1887 roku mieli 1/3 udziałów w cegielni we wsi Mazurki. Pozostałe 2/3 udziałów miał znany wojewoda Jan Krahelski, którego córka Krystyna Krahelska zginęła w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego. Krystyna Krahelska była poetką i harcerką. Użyczyła wizerunku swojej twarzy do pomnika Syreny nad Wisłą w Warszawie, a także napisała słowa i melodię „Hej chłopcy, bagnet na broń”. Jan Krahelski zgodził się płacić na naszą rodzinę kasę chorych, bo przy takiej liczbie dzieci nie wiadomo kiedy pomoc medyczna będzie potrzebna.
Wojewoda Krahelski zatrudniał robotników a nasz tata sam pracował ze swoją rodziną.

Krystyna Krahelska (źródło zdjęcia Wikipedia)

Krystyna Krahelska (źródło zdjęcia Wikipedia)

Pomnik Syrenki warszawskiej z twarzą poetki (źródło zdjęcia Wikipedia)

Pomnik Syrenki warszawskiej z twarzą poetki (źródło zdjęcia Wikipedia)

Ojciec był taki, że gdzie by go posadził tam będzie siedział i się nie ruszy. Pracował ciężko, bo w cegielni praca była ciężka ale nic nie umiał załatwić. Był postawnym, bardzo dobrze zbudowanym mężczyzną. Z kolei mama była drobniutka. Ważyła tylko 44 kg ale wszędzie weszła i wszystko załatwiła. Nie było praktycznie takiej sprawy, której mama by nie załatwiła. Ojciec zawsze mówił Hanka załatw to, załatw tamto. Mama miała na imię Anna ale wszyscy mówili do niej Hanka.
Tak ojciec pracował w spółce z Krahelskim, aż pewnego razu jedna z sióstr zachorowała i w szpitalu okazało się, że przez te wszystkie lata nie jesteśmy ubezpieczeni. Wtedy leki były bardzo drogie. Mama jakoś swoimi sposobami załatwiła prywatnie potrzebne lekarstwa. Później poszła do wojewody Krahelskiego i go zwymyślała od Żydów smarkatych i oszustów. Tata poszedł do Krahelskiego na drugi dzień. Wojewoda mu powiedział nie gniewam się na Ciebie i zasłużyłem ale tak mnie strasznie sponiewierała Twoja żona. Po tym mama powiedziała nie będziesz już współpracował z Krahelskim. Ziemi jest za tyle, że nam też starczy. Ojciec zaczął szukać nowego miejsca. Znalazł glinę za rzeką Szczarą w wiosce Lachowicze. 12 km od cegielni Krahelskiego. Sam wybudował piec do wypalania cegły i potrzebne zabudowania w cegielni. Długo jednak ojciec nie pracował w swojej cegielni, bo zaraz wybuchła wojna i skończyło się wszystko.

Zawsze mieliśmy też jedną krowę. Dzierżawiliśmy kawałek łąki i trzymaliśmy krowę, żeby było mleko, śmietana i masło.
Przed wojną skończyłam 2 klasy polskiej szkoły i we wrześniu 1939 roku miałam iść do 3 klasy lecz wybuchła wojna.
Pod okupacją sowiecką przez rok chodziłam do rosyjskiej szkoły. Po tym roku pisałam i czytałam lepiej po rosyjsku i białorusku niż po polsku. Chociaż białoruski język jest dużo trudniejszy niż rosyjski, zarówno w mowie jak i piśmie. Niemcy natomiast w szkole mieli założyć sztab ale szkołę spalili i nie było już gdzie chodzić się uczyć. Tak teraz się śmieję, że skończyłam dwie klasy i pół korytarza. Człowiek pisać, czytać i liczyć umie, a niczego więcej się nie zdążył nauczyć.
W 1939 roku we wrześniu weszli Rosjanie. Ja wtedy byłam u starszej siostry Adeli, która mieszkała 6 km od Nieświeża w lesie, w leśniczówce pod miejscowością Stołpce, ponieważ miałam zacząć stamtąd chodzić do szkoły w miejscowości Łań. Jest miejscowość i rzeka Łań. W Stołpcu natomiast była ostatnia stacja kolejowa przed granicą radziecko-polską. Mąż siostry, czyli mój szwagier, był łowczym w lasach u księcia Radziwiłła. Doglądał i dbał o leśną zwierzynę. W nocy 17 września przyszli Ruscy. Jechali czołgami. Nie widziałam, żeby kogoś rozstrzelali. Rewidowali jedynie domy i mieszkania podejrzanych o posiadanie broni albo o współpracę przeciwko Rosjanom. W 1940 roku zaczęły się wywózki na Syberię. Kto miał jakiś majątek był nazywany burżujem i go w pierwszej kolejności wywożono. Taki sam los spotykał pracujących na państwowych posadach np. leśniczych czy pocztowców. Dlatego moja siostrę Adele z rodziną wywieźli, bo szwagier był łowczym. Wrócili z zsyłki latem 1946 roku.
Jeszcze gorszy los spotkał moją drugą najstarszą siostrę, która także w chwili wybuchu wojny była już mężatką i miała dziecko. Wywieźli ich aż do Azji Mniejszej. Najpierw zmarło jej dziecko a potem mąż. O śmierć męża siostra bardzo długo po wojnie się obwiniała, ponieważ dawali im tymczasowe dowody osobiste i ona powiedziała mężowi, że jak weźmie taki dowód, to tak jakby przyjął sowieckie obywatelstwo. Zabroniła mu tego dowodu. A Rosjanie wszystkich tych co nie wzięli dowodów zabrali do więzienia. Kto miał dobre zdrowie to przetrwał do podpisania układu Sikorski-Majski i wyszedł z więzienia, a kto miał słabsze zdrowie ten zmarł w więzieniu. Jej mąż chorował na nerki i nie przeżył tego więzienia. Siostra jeździła do niego do więzienia na wielbłądzie i prosiła władze, żeby go wypuściła. Nic to jednak nie pomogło.

Adam

Lip 192015
 
Pomorsko

Pomorsko

Przedstawiamy artykuł zamieszczony w czasopiśmie Crossener Heimatgrüsse opowiadający o ostatnich dniach wojny w Pomorsku oraz o pierwszych miesiącach pokoju. Niektóre fakty są wstrząsające.

Relacja z wydarzeń
Pomorsko, które kiedyś z około 1100 mieszkańcami pod względem wielkości było na piątym
miejscu wśród wiosek w powiecie krośnieńskim było teraz prawie puste, gdyż resztki ludności
niemieckiej zostały wyrzucony w listopadzie 1946 roku. Niewielu Polaków osiadło we wsi.
Większość gospodarstw zostało porzucone. Tylko niewielka część terenu została zagospodarowana
przez Polaków. Większość ziemi leżała odłogiem i dziczała. Bardzo wielu mieszkańców Pomorska
zginęło podczas inwazji Sowietów na przełomie stycznia i lutego 1945 roku i w następnym okresie
wypędzeń oraz ginęli w Rosji. W trakcie tego strasznego dramatu w tej wysuniętej na wschód
miejscowości naszego powiatu relacja z wydarzeń przedstawia się w następujący sposób:
Według rozporządzenia Wehrmachtu większość pozostałych niemieckich mieszkańców zabrała
swój najpotrzebniejszy dobytek i 30 Stycznia 1945 roku znalazła zakwaterowanie w Nietkowicach i
Będowie. Ale już w nocy 1 lutego radzieckie oddziały zaatakowały w tych wsiach. Zabrali pojazdy,
konie, pieniądze, kosztowności (zwłaszcza zegary), a także skórzane kozaki i buty, także wiele
starszych osób stało boso w śniegu. Nad Pomorskiem i sąsiednimi Dużym i Małym Kwiatowcem
świeciła ognista poświata.
Wielu z nich dostało się przy tym w rejon walk, zostali odcięci i dopiero po kilku dniach dotarli na
miejsce. Cześć z nich przeszła przez lód na Odrze za nienaruszone niemieckie linie na
południowym brzegu. Powracający zastali smutny obraz. Około czterdziestu domostw zostało
spalonych. Wszystkie sklepy spożywcze ( z wyjątkiem od burmistrza Stephana, w którym Rosjanie
zbudowali schron bojowy) leżały w popiele. Zniszczone przez pożar były gospody i sale G.
Klischke i C. Urbanek oraz Laskowo. Zachował się były zamek i zajazdy O. Klischke i O. Kräusel,
jak i obie piekarnie. Wprawdzie wojska radzieckie wkraczając podkładali ogień we wszystkich
domach, ale nie dochodziło często do wybuchu pożaru.
Zapanowała brutalna tyrania wojsk sowieckich wobec tutejszych mieszkańców, wśród których
szczególnie kobiety i dziewczynki w wieku szkolnym musiał cierpieć. Dlatego znaczna część
młodych ludzi ukrywała się w leśniczówce w lesie na północ od wsi. Ale nawet tam nie byli
bezpieczni ponieważ rosyjska artyleria miała w pobliżu stanowiska ogniowe i niemiecki ostrzał z
południowego brzegu rzeki zagrażał leśniczówce. Pomorsko samo zostało również ostrzelane przez
niemiecką stronę a z samolotów zrzucano bomby.
Wskutek tego ludność drugi raz opuszczała wioskę i ciągnęła na północ i wschód do sąsiednich
powiatów, przy czym zawsze wpadali w głęboką nędzę. ( handlarz opałem P. Seifert i jego żona w
tym czasie zostali zabici. W Brzeziu mężczyźni zostali ściągnięci, aresztowani i wywiezieni.
Większa część z nich nigdy nie wróciła. Bardzo młoda dziewczyna Elli Lange przez nieuwagę
radzieckiego żołnierza została zastrzelona. Aresztowania i porwania trwała także później.
Na dużych gospodarstwach w powiecie sulechowskim zostało wielu mieszkańców, wszyscy zdolni
do pracy bez różnicy zostali masowo zatrudnieni. Ale otrzymali jedynie minimalne jedzenie, tak, że
musieli przy niebezpieczeństwie utraty życia zdobywać żywność. Prześladowanie kobiet i
dziewcząt w odległych wioskach nie były aż tak częste. Strasznych cierpień doznawali Ci którzy
przyjeżdżali do Sulechowa. Ale ich pomocnikiem w biedzie był lekarz dr Kaphahn z Krosna. Zmarł
w październiku 1945 roku w Dużym Kwiatowcu.
Gdy front przesunął się dalej na zachód, nastąpił ponowny powrót do Pomorska. Wielu uciekło ze
swoich miejsc pracy przymusowej pod osłoną ciemności, aby wrócić do rodzinnej wsi. Ale zostali
przekazani innym nie wiele lepszym. W zamku Rosjanie ustanowili zarząd administracji rolnej, a
wszyscy byli ściągnięci do pracy w gospodarstwie rolnym, czy ktoś się na tym znał, czy nie. Dla
pracujących w zamku a później w szkole w pierwszej kolejności wydawana była żywność. Nie
zdolne do pracy osoby starsze i dzieci nie otrzymały nic. Ich opór szybko zniknął, a wielu zmarło.
Pielęgniarka w podeszłym wieku Margaret Schellack pomagała gdzie mogła, ale nie mogła
otrzymać żadnych leków .
Nadal byli mordowani przez rosyjskich żołnierzy starcy i kobiety jak Pauline Kringel, Berta Müller,
Paul Lorke, Pauline Schulz, Gustav Krüger i August Krüger, z których troje ostatnich miało ponad
siedemdziesiąt lat. Inni dobrowolnie zrezygnowali z życia, bo nie wierzyli że są w stanie znieść ból.
Rosyjscy cywile dręczyli mieszkańców poprzez ciągłe nocne napady i pobicia.
Zaraz po kapitulacji przybyli już pierwsi Polacy i zajęli niezniszczone domostwa tzn. wzięli je na
własność. 5 czerwca Polacy wypędzili na chybił trafił 30 niemieckich rodzin. Nawet stare i chore
osoby trafiły na bruk, gdzie szybko się załamali i zmarli. Nie wiadomo, kto jeszcze dzisiaj z tych,
trzydziestu rodzin żyje. ( Zmarli min: w lipcu 1945 roku m.in. Herman Schwulke z Königs-
Wurstenhausen i Paul Schwulke z Meklemburgii, na początku września Gustav Boy i Agnes
Schwulke również Königs-Wurstenhausen.)
Większość mieszkańców Pomorska została 5 Listopad 1945 wypędzona. Procedura była nieludzka
jak w czerwcu. O świcie Polacy weszli do domów i zażądali wyprowadzenia się w ciągu dziesięciu
minut. Niewielki dobytek, który mógł być pobieżnie zabrany w pośpiechu ładowano na wózki
ręczne i taczki, niektórzy byli już na wylocie z wioski i tam dobytek został im częściowo
skradziony, więc to trzecie i ostatnie pożegnanie dawnej ojcowizny było także szczególnie
traumatyczne. Pod Będowem zakończyli pierwszy dzień marszu, gdzie miały miejsce nowe
grabieże, szli do Krosna a następnie w kierunku Guben. Po czym byli poddani wielokrotnym
grabieżą i wydalono ich na krótko przed przekroczeniem mostu na Nysie Łużyckiej w Guben do
cegielni Deichower, gdzie zabrano część wszystkich mężczyzn od 15 roku życie i
odtransportowano z powrotem co ponownie spowodowało wiele cierpień. Rozpoczęła się ciężka
przeprawa przez tereny okupowane przez Rosjan a następnie pobyt w obozie, na najbardziej
nędznych warunkach, aż wypędzeni gdzieś znaleźli okazję, aby rozpocząć nowe życie.
W listopadzie 1946 roku ostatnie kilka niemieckich rodzin zostało wygnanych z Pomorska,
ponieważ odmówili opowiedzenia się za Polską(przyjęcia polskiego obywatelstwa). Ale ich
usunięcie odbyło się poprzez wywiezienie pociągami. Nie zostały im zniszczone ani skradzione
rzeczy.
Należy zauważyć, że zmarło 40 mieszkańców Pomorska wywiezionych po1945 do Rosji: chłop
Franz Stobernack, chłop Otto Schön, wysyłany razem z właścicielem statku Otto Stobernackiem i
rzeźnikiem Ernstem Neumannem. Po powrocie zmarł chłop Otto Hoffmann i chłop Paul
Stobernack. Szczęśliwcy , którzy mogli wrócić z Rosji do domu to m.in. Willi i Gerhard Stobernack
i wysłany razem z nimi Fritz Müller. Miejsca pobytu innych wysiedlonych osób nie są znane.
Dziś, mieszkańcy Pomorska są rozrzuceni we wszystkich niemieckich Landach, największa część
żyje w Niederlausitz i okolicach Senftenberger. Wszyscy czekają na dzień powrotu.

Przetłumaczył Adam i Janusz

Lip 112015
 
Źródło zdjęcia pixabay.com

Źródło zdjęcia pixabay.com

Ogiery co roku jakiś czas były w Blumberg
Stacjonowali w restauracji „Alte Schänke” – regularnie z miejscowości wzorowe konie wybierano do Wehrmachtu

Kiedy byłem małym chłopcem, to Reichswehra kiedyś ćwiczyła u nas we wschodniej części powiatu Crossen przekraczanie rzeki. Artyleria pojechała na północny brzeg Odry i symulowała przygotowania artyleryjskie do ataku na śląską stronę rzeki. Potem piechota i kawaleria dokonała zmiany brzegu. Ten oddział prawdopodobnie obejmował także Pułk Ułanów z sąsiedniego miasta Züllichau. Na mnie wrażenie wtedy zrobiły konie, które na długiej wodzy przekraczały za pontonami Odrę. Skąd jednak jednostki Cesarskiej Armii Pruskiej a później Reichswehry i Wehrmachtu wzięły tyle koni? W 1939 r. dywizja piechoty Wehrmachtu głośno i w silny sposób posiadała 1743 koni wierzchowych, 2100 lekkich i 999 ciężkich koni pociągowych. Nawet jako chłopiec mogłem na podstawie przeżyć w mojej rodzinnej miejscowości odpowiedzieć na pytanie o pochodzenie koni: ze stadniny, a zwłaszcza od rolników. Od czasów Reichswehry byłem świadkiem corocznego zabierania źrebaków i roczniaków. Tutaj komisja kupowała wybrane młode konie. Zwierzęta te następnie zabierano z chłopskich stajni wiejskich do Remonteschulen, gdzie były przygotowywane do służby wojskowej. Tak więc, w rodzinnych gospodarstwach w Brandenburgii hodowla koni o zadowalającej jakości była możliwa już za pruskiego króla Fryderyka Wilhelma II. W 1788 roku doprowadził do założenia stadniny w Neustadt nad Dosse. Najpierw próbowano hodować tam rasowe, szybkie i silne konie pełnej krwi angielskiej i arabskiej na potrzeby reprezentacyjne i kawalerii. Położone w niej nadzieje nie doszły do skutku tak jak się tego spodziewano. Dlatego takie rasy ogierów Trakehner, Hannoveraner, Holsteiner i Oldenburger spełniały wymagania rolnictwa. Ogiery z wyżej wymienionych ras, w moich dziecięcych i młodzieńczych latach, każdego roku przez kilka miesięcy stacjonowały w stajni przy gospodzie Wilhelma Keßlera, a później nazwana „Alte Schänke”. 

Mam w pamięci nazwiska stajennych Gräske Müller i Ottenberg. Gräske był z Groß-Blumberg, gdy karczma była jeszcze własnością Wilhelma Keßlera. Stajenni Müller i Ottenberg przyszli zza Odry, tak jak rodzina Voerkel, która prowadziła gospodę pod nazwą „Alte Schänke”. Codziennie rano, niezależnie od pogody, obowiązkiem stajennych znajdujących się w wiosce były przejażdżki konne na dwóch ogierach, aby zapewnić ogierom niezbędny ruch. Ojcowie niezliczonych źrebiąt zachowywali się zwykle dość energicznie i dziko. Dlatego jeździec często miał pełne ręce roboty, aby je ujarzmić. Ogiery po dwóch trzech godzinach wracały do stajni zlane potem i były rzeczywiście spokojniejsze. Oba zwierzęta chciał być wytarte, wyczyszczone i nakarmione. Następnie rozpoczynał się prawdziwy cel ich istnienia – krycie. Klacze rasowe z rują były naturalnie nie tylko we wsi, ale bardzo często wiele kilometrów z okolicy. Ten kto oczekiwał potomstwa (koni) z nie najlepszych matek był na złej drodze. Oprócz niektórych większych rolników, którzy mieli pojecie o koniach to najczęściej drobni rolnicy (biedni) kupowali konie niewiadomego pochodzenia od wędrownych handlarzy, które były „starymi kosiarkami” i mało warte. Tak pamiętam młodego rolnika, który rozpoczął nową hodowlę i kupił niewyrośniętą klacz z oklapłymi uszami rasy Rotschimmel. Po źrebaku można było rozpoznać rasę ojca ale wady miało po matce. Więksi rolnicy mieli klacze czysto rasowe z rodowodem Trakehner. Chcieli silnego konia do pracy w polu, aby mógł ciągnąć nowy, ciężki sprzęt. Ogier rozpłodowy Hannoveraner lub Oldenburger nadawał się do tego w pełni. Tak wyszło, że wałach miał długie nogi i był kościsty z nieproporcjonalnie zbyt dużą głową i krótkim kłębem. Nadawał się do pracy ale nie był piękny. Jeszcze o innych takich „mieszankach” mogę opowiedzieć. Ale to naprawdę nie jest moja sprawa. Raczej chciałem opisać w 1984 roku stadninę, która była częścią życia naszej wsi. Więc napisałem do Rady miasta Neustadt (Dosse) i poprosiłem o wszelkie istniejące informacje o stadninie. Rzeczywiście okazało się daremne. I nawet nie otrzymałem odpowiedzi. Cóż spróbowałem ponownie w zeszłym roku. I oto po kilku dniach dostałem piękny list od kierownika biura z informacją , że przekazał mój list do stadniny. Stamtąd szybko otrzymałem ilustrowaną broszurę, która pochodziła z czasów NRD, ale jej zawartości odzwierciedlała to, czego się spodziewałem. Z przykrością stwierdził, że w znacznym stopniu zaniedbano rozszerzenie działalności stadnin nad Odrą. Niemniej jednak mam nadzieję, że czytelnikom podobały się wspomnienia z czasów gdy jedno- lub dwukonne „silniki owsiane” były tak ważne jak dzisiejsze 75 lub 100 KM pod maską. Być może jeden albo drugi żyjący jeszcze rolnik czytając ten artykuł w myślach zatęskni za czarnym lub brązowym, w tym czasie Liese lub Lotte.

Tłumaczenie artykułu Kurta Kupscha, nieżyjącego już niemieckiego historyka – amatora, który zgłębiał regionalną historię. Artykuł został opublikowany w czasopiśmie Crossener Heimatgrüsse.

Tłumaczenie Adam i Janusz

Lip 052015
 
Zdzisław Kociemba

Zdzisław Kociemba

Powoli mijały dni, tygodnie, miesiące i mimo żalu i nostalgii za utraconą ojcowizną nadszedł czas pracy i urządzania się „na swoim”. Przystąpiono do zagospodarowywania leżących odłogiem ziem. Nim to jednak nastąpiło, zaistniała konieczność przydziału gruntów do poszczególnych gospodarstw.

Dokonała tego wybrana komisja działająca pod przewodnictwem sołtysa. Narzędzie miernicze stanowił tzw. „fajtak” – trójkąt o 2 metrowym rozwarciu ramion. Taśmy mierniczej czy innych przyrządów geodezyjnych nikt wtedy nie uświadczył… Działkom nadano numery i aby było sprawiedliwie ich przydział nastąpił w drodze losowania.

Zagospodarowano w ten sposób ziemie leżące po obu stronach wioski oraz dwie enklawy leśne przy drodze leśnej na Nietkowice i szosie prowadzącej do Podłej Góry. W dalszych latach własność ziemi uregulowało Starostwo Powiatowe w Krośnie Odrzańskim co zostało potwierdzone Aktami Nadania.

Przyszły pierwsze zbiory płodów rolnych. Z ocalałych po szabrze maszyn rolniczych udało się skompletować jedną żniwiarkę, oraz 2-3 kosiarki do trawy które podczas żniw wyposażone w dodatkowy „osprzęt” służyły do koszenia zbóż.

W okresie żniw, wykopków i omłotów, mieszkańcy nawzajem sobie pomagali. W dalszych latach powstało w Sycowicach Kółko Rolnicze, pojawiły się pierwsze ciągniki rolnicze „Zetory”, snopowiązałki i pierwszy kombajn polskiej produkcji „Vistula”.

W latach pięćdziesiątych nastąpiły trudne czasy dla rolników, bowiem zaczęło się wymuszanie oddawania części zbiorów, a w szczególności zbóż. We wsi pojawili się różnego autoramentu agitatorzy na czele z pracownikami Urzędu Bezpieczeństwa.

Namową, groźbami, a nawet wymuszaniem pozbawiali rolników ich plonów. Ubecy posuwali się do poniżających rewizji, przeszukiwania pomieszczeń gospodarczych, strychów, sąsieków, rozkazywali przerzucanie słomy, siana, penetrowali piwnice w sytuacjach gdy mieli podejrzenie, że rolnik zboże ukrywa.

Opornych rolników więzili w swoich aresztach, a rodziny zastraszali, że będą ich dotąd przetrzymywać, aż rodzina zboże odda… . Gdy te represje nie skutkowały, po pewnym czasie aresztowanych wypuszczali. Stosowali więc metody żywcem wzięte z terenów Związku Radzieckiego i podległych mu republik.

Następny etap ciemiężenia rolników to wprowadzenie obowiązkowych dostaw płodów rolnych. Stosownie do wielkości posiadanego gospodarstwa, rolnicy zmuszeni zostali do oddawania państwu żywca wieprzowego lub wołowego, zboża, ziemniaków i mleka. Zapłata za te produkty była śmieszna i w żadnym przypadku nie pokrywała kosztów produkcji.

Jeśli plony były niskie lub padł inwentarz żywy, nikogo to nie obchodziło i rolnik musiał dostawę zrealizować ponieważ groziło to więzieniem. Wprowadzono obowiązkowe ubezpieczenia budynków mieszkalnych i gospodarskich, płodów rolnych i inwentarza żywego. Było to wielkie obciążenie finansowe, więc nierzadko w sycowickich domach gościł poborca zwany „zielonką”, z uwagi na zielony mundur jaki nosili komornicy.

Wszystkie te działania stanowiły swoistą „przygrywkę” do czegoś dla rolników najgorszego, do tego co miało dopiero nastąpić. To najgorsze nosiło nazwę „kolektywizacja”!

Na siłę i bezpardonowo próbowano w Sycowicach założyć spółdzielnię produkcyjną. Partyjni propagandyści, ubecy i wojskowi politrucy nękali mieszkańców Sycowic. Ciągnące się godzinami zebrania, indywidualne rozmowy, papierowa propaganda, obiecywanie wielkiej pomocy w sprzęcie i maszynach rolniczych, zwolnienie od podatków, zapewnienie warunków socjalnych dla dzieci i szkół dla młodzieży, nie przekonały mieszkańców Sycowic i spółdzielnia nie powstała!!

Wobec mojej rodziny zastosowano szczególny szantaż. Grożono, że konsekwencją odmowy podpisania zgody na spółdzielnię produkcyjną będzie usunięcie mnie ze szkoły średniej, a najstarszego brata ze studiów… . Groźby te jednak nie poskutkowały, a ja nie tylko szkołę średnią ukończyłem, ale tak jak i mój brat obaj ukończyliśmy studia wyższe!

Pierwsi osadnicy oprócz pracy na roli zatrudniali się w miejscowej gorzelni przy zwózce ziemniaków, drewna opałowego, nocnym stróżowaniu i innych pomocniczych pracach. Fachową produkcją kierowali przebywający w tym czasie Niemcy, aparatowy Engel i specjalista od słodu Szubert.

Pracownik fizyczny pracujący w gorzelni otrzymywał wynagrodzenie za pracę „w naturze”, czyli w postaci pół litra spirytusu dziennie, natomiast wozak wożący ziemniaki dostawał 2,5 litra spirytusu za dzień pracy. Jak przyszła „wypłata” to pracownik fizyczny tygodniowo dostawał 3,5 litra spirytusu i mógł zrobić z nim co tylko chciał, a im wyższe „stanowisko” to tego spirytusu było odpowiednio więcej…

Spirytus w owych czasach był jak najbardziej „środkiem płatniczym” ponieważ można było za niego kupić wszystko co potrzebne było w gospodarstwie domowym. Za spirytus Ojciec kupił od Rosjan pierwszy motocykl NSU 200 na którym w wieku 14 lat nauczyłem się jeździć.

Po tym były inne motocykle takie jak WFM-ka , Jawa czy van der Simson i ta „motocyklowa pasja” pozostała mi na całe życie. Zaraziła się nią również moja żona, a muszę przyznać, że lubiła jeździć bardzo szybko , a wręcz za szybko, ale nigdy nie spowodowała najmniejszego wypadku czy kolizji.

Żona Barbara pochodzi ze wschodu z Nowogródka, czyli jak większość mieszkańców Sycowic była repatriantką. Pierwsze lata jej życia szczęśliwe nie były. Okupacja niemiecka i rosyjska, a przede wszystkim grasujące bandy różnych nacji które rabowały i mordowały mieszkających tam Polaków.

Nikt nie był pewny życia ale najgorsze były noce, raj dla różnych złodziei i szubrawców. Trzeba było wtedy kryć się w przemyślnych kryjówkach urządzanych w lasach, często w zakonspirowanych ziemiankach, piwnicach a nawet na cmentarzach. W domach pozostawali jedynie staruszkowie i „drobne” dzieci.

Ta niepewność jutra spowodowała, że Mama żony, wtedy kiedy Jej Ojciec był jeszcze w wojsku, pierwszym transportem przyjechała na zachód i osiedliła się pierwotnie koło Świebodzina. Po zwolnieniu Ojca ze służby wojskowej w wyniku wzajemnych poszukiwań cała rodzina odnalazła się i zamieszkała w Nietkowicach które były wioską osadników wojskowych.

Długie życie zawodowe mojej żony to praca w banku, praca odpowiedzialna i stresująca. Pracowała jako kasjer, starszy kasjer, kierownik skarbca cały czas odpowiadając za powierzone Jej środki pieniężne. Praca ta wymagała wysokiej dyscypliny, koncentracji i wyjątkowych predyspozycji. Szczęśliwie przeszła te trudne lata pracy i dziś odpoczywa na zasłużonej emeryturze. Za długoletnią prace w banku została nagrodzona Odznaką „Za Zasługi Dla Bankowości”.

Ojciec mojej żony został powołany w roku 1944 do służby wojskowej w szeregach 2 Armii Wojska Polskiego, gdzie po krótkim przeszkoleniu uczestniczył w działaniach wojennych między innymi w najkrwawszym i najtragiczniejszym epizodzie II Wojny Światowej którym była bitwa pod Budziszynem będąca częścią tzw. operacji łużyckiej.

Bitwa pod Budziszynem jest jednym z mniej znanych epizodów II Wojny Światowej być może dlatego, że Ludowe Wojsko Polskie nieudolnie dowodzone przez gen. Karola Świerczewskiego poniosło tam największe straty.

W bitwie trwającej pięć dni pomijając pojedyncze epizodyczne starcia w ciągu kilku dni następnych, 2 Armia Wojska Polskiego straciła 57% swoich czołgów i dział pancernych, 20% artylerii, 4902 poległych żołnierzy, 2798 zaginionych bez wieści i 10532 rannych co stanowiło 27% wszystkich strat poniesionych przez Ludowe Wojsko Polskie od października 1943 roku do maja 1945.

Los jednak Ojcu mojej żony sprzyjał i wraz z braćmi Witoldem i Stefanem szczęśliwie uszedł z tej masakry z życiem i doczekał końca wojny. Został odznaczony „Medalem Za Udział w Walkach o Berlin”. Po zakończeniu działań wojennych skierowano Go do ochrony wioski osadników wojskowych w Nietkowicach i tutaj się osiedlił. Wraz z nim zamieszkali też Jego bracia Bronisław, Witold, Stefan, Marian i siostra Maria.

Za koniec działań repatriacyjno-przesiedleńczych w Sycowicach należy uznać przełom lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Ostatnimi przesiedleńcami byli reemigranci z Rumunii /miejscowość Bulaj/ i były to rodziny Tyrpinów i Brynorzaków. W tym okresie osiedliły się też rodziny z krakowskiego: Kiszków, Samolejów, Wybrańców, Żabów /Julian i Mieczysław/.

Ostatni etap naszego wspólnego życia na Zachodzie to Czerwieńsk gdzie zamieszkujemy od 1978 roku do dziś. Zmiana miejsca zamieszkania z terenów zza Odry podyktowana była propozycją mojej nauczycielskiej pracy oraz stworzeniem naszym dzieciom dogodnych warunków dojazdu do szkół średnich.

Syn uczęszczał do technikum elektronicznego, a córka do liceum ogólnokształcącego. Po ukończeniu szkół średnich oboje wybrali studia techniczne i uzyskali tytuły magistra inżyniera na Politechnice Zielonogórskiej i Szczecińskiej.

Kiedy ukończyli studia zmieniły się możliwości zatrudnienia w Polsce i oboje nie mogli znaleźć pracy w wyuczonych zawodach/ budowa silników okrętowych, miernictwo budowlane/. Zdobyli więc nowe kwalifikacje i do dzisiaj je wykorzystują w pracy zawodowej. Córka kontynuuje tradycje rodzinne i pracuje w szkole jako nauczyciel matematyki a syn zrobił drugi fakultet: zabezpieczenia antykorozyjne i skoncentrował się na pracach wysokościowych.

Wraz z żoną mamy ogromną satysfakcję z dobrze wychowanych i wykształconych dzieci. Mamy również ogromną satysfakcję z czworga bardzo udanych wnuków, dwóch chłopców od córki i dwojga wnucząt od syna, którzy bardzo ambitnie uczą się i studiują mając przy tym oryginalne zainteresowania takie chociażby jak taniec towarzyski w stylu standardowym i latynoamerykańskim /Jakub/, grafika /Bartłomiej/, pływanie i ratownictwo wodne, harcerstwo /Piotr/ i jazda konna /Karolina/.

 

Wspomnienia udostępnione dzięki życzliwości autora Cezarego Wocha

(opublikowane na sycowice.net oraz w książce autorstwa Cezarego Wocha Drogi do domu)

 

Translate »