Sie 292016
 
Kazimierz Duczmiński

Kazimierz Duczmiński

W 1945 roku powstał specjalny komitet w Jagielnicy i można się było zapisywać na wyjazd do Polski. Były z tym problemy, bo trzeba było mieć odpowiednie dokumenty jak np. z gminy, że nie ma się żadnych zaległości. Jednak wszystko udało się pomyślnie załatwić. Pewnego dnia przyjechał z rzeszowskiego transport Ukraińców, których wysadzili w Nagórzańcach w szczerym polu. A nam podstawili ten skład na stację i zaczęliśmy się załadowywać do wagonów. Z załadunkiem były problemy. Pociąg był długi a rampa do załadunku ledwie obejmowała kilka wagonów, a każdy miał przecież bydło i konie. Ojciec był zaradny. Z wozu wziął deski i zrobił pochylnię. Trzech chłopów weszło do wagonu, krowę złapali za rogi a dwóch z tyłu pchało. Tak po kolei znalazły się w wagonie krowy, konie i reszta dobytku. Inaczej trzeba by było zostawić. Razem z nami jechali Wasilkowscy, Kurpińscy, Zakrzewscy, Świdzińscy i jeszcze inni. Około 12 rodzin.

Z mojej rodzinnej miejscowości zawieźli nas do Hierowa i tam przeładowali na europejski rozstaw osi w wagonach. Wtedy nie jechaliśmy na ziemie zachodnie, odzyskane czy jak to nazwać ale ojciec zapisał się na wyjazd do Polski w Zamojskie. Na początku zawieźli nas aż pod Wałcz (Deutsch Krone) do miejscowości Tuczno. Mieszkali tam jeszcze Niemcy i nasz transport stwierdził, że nie będziemy tam mieszkać, bo ktoś może powiedzieć, że zabraliśmy mu dom czy gospodarstwo. Baliśmy się po prostu reakcji Niemców. W międzyczasie jak nas wieźli to jechaliśmy przez Poznań, gdzie spotkaliśmy mojego kuzyna Bronisława Duczmińskiego. On powiedział stryju na Sulechów, tam jest dużo naszych ludzi, Ty masz konie to weź dorożkę i jedź.

Zorganizowaliśmy się jakieś 12 wagonów z tego Tuczna. Załatwiliśmy, żeby doczepiono nas do jakiegoś innego składu i pojechaliśmy do Sulechowa. Jechaliśmy znowu kilkanaście dni, bo to tu postój, to tam trzeba czekać. W samym Tucznie czekaliśmy chyba 3 albo 4 dni na wyjazd.

Do Pomorska na stację przyjechaliśmy wieczorem 28 listopada 1945 roku. Wagony się otworzyły a

tu las. Nocowaliśmy przy wagonach. Wtedy tej nocy przyjechał także bardzo długi pociąg z Białorusi.

Przyjechała nim między innymi Pani Juretko i Pan Bryćko. Pociąg z Białorusi rozjechał się po okolicy. Kilka rodzin zostało w Pomorsku a inni pojechali do Brodów, Nietkowic, Będowa a nawet jeszcze dalej. Nasze 12 wagonów rozlokowało się w Pomorsku na ulicy Lipowej i Piaskowej.

Ten dom co teraz mieszkam to kupiłem dopiero w 1962 roku. Ojciec dostał gospodarstwo 3 hektarowe i tak powoli gospodarzył. Jak przyjechaliśmy to najlepsze gospodarstwa na ulicy Chrobrego i Lipowej były pozajmowane przez ludzi z poznańskiego, lubelskiego czy warszawskiego.

I tak zaczęło się moje życie w Pomorsku. Umiałem grać na akordeonie to grywałem dla młodzieży na potańcówkach. Nawet 3 czy 4 razy grałem do mszy jeszcze za księdza Hury. Dosyć czynnie brałem udział w życiu Pomorska.

Od razu za biurkiem się nie urodziłem. 1 sierpnia 1946 roku poszedłem do pracy do Świebodzina do Państwowego Przedsiębiorstwa Traktorów i Maszyn Rolniczych, gdzie pracowałem na lokomobili parowej do orania. Była prawa odkładnica i lewa odkładnica. Jedna lokomobila na jednym końcu pola a druga na drugim i jak jedna ciągła linę to orała a później druga ciągła i orała. Jednak ze względu na dojazd, bo musiałem do Świebodzina rowerem dojeżdżać, zacząłem pracować na Odrze. W 1947 i 48 roku pracowałem przy brukowaniu tam na Odrze. Od mostu aż do Brodów. Jedyni z Pomorska którzy jeździli to pracy poza wieś to byli Samborscy Józek i Wojtek oraz ich szwagier Koziewicz (mieszkali na Piaskowej) a tak to wszyscy pracowali w Pomorsku.
W wojsku byłem w latach 1950-53. Po wojsku zacząłem w 1955 roku pracę w Gromadzkiej Radzie Narodowej w Brodach. Później po dwóch latach wybrali mnie na przewodniczącego i tak byłem do 1969 roku przewodniczącym. W 1969 roku powołali mnie do powiatu. Później łączyli gminy. Polikwidowali gromadzkie rady i połączyli w większe gminy. Było to w roku 1973. Tutaj połączyli 4 gromadzkie rady w jedną. Pomorsko, Krężoły, Kije i Cigacice z siedzibą w Sulechowie. Pierwotnie miały być dwie gminy. Krężoły i Cigacice miały połączyć się w jedną a Pomorsk i Kije w drugą. Jednak Kije nie chciały się zgodzić na siedzibę w Pomorsku i partia zadecydowała o powołaniu jednej gminy z siedzibą w Sulechowie. Był spory kto ma być naczelnikiem gminy aż w końcu ja zgłosiłem swoją kandydaturę i powiedzieli mi Kaziu na Ciebie to się zgadzamy i tak zostałem naczelnikiem największej gminy w województwie, która liczyła 21 wsi. Pracowałem jako naczelnik gminy do roku 1975. W 1975 roku zrobili kolejną reorganizację administracyjną i połączono radę miejską Sulechów z gminą podmiejską Sulechów. Wtedy były różne perspektywy i perturbacje. Stanowiskami dzielił „towarzysz”. Dostałem 3 propozycję. Pierwsza to iść na kierownika wydziału handlu, ale tam bym pracował w zasadzie sam. Druga na wicedyrektora Elmetu, gdzie była składnica elektryczna, a trzecia kierownika planowania zatrudnienia i spraw socjalnych, na którą to się zgodziłem. Byłem kierownikiem przez 7 lat aż w 1982 roku poszedłem na emeryturę.

W domu co teraz mieszkam był budynek Gromadzkiej Rady Narodowej, gdy ją przenieśliśmy z Brodów. Później jak przenieśliśmy szkołę ze starego budynku do pałacu to w tym starym budynku szkoły urządziłem Gromadzką Radę. A ja kupiłem ten budynek. Dawałem także śluby, bo w radzie gromadzkiej był też urząd stanu cywilnego.

U mnie w domu za Niemca był sklep i chodzą pogłoski, że w okno sklepowe Ruscy w 1945 roku wsadzili działo. Może być to prawda, bo w dwóch miejscach pod oknem podłoga jest inna. Przedtem zaraz po Niemcach mieszkał tu pan Maksymilian Goleńczak, który miał tu też sklep. Miał dwóch synów. Jeden mieszkał w Zielonej Górze a drugi w Krośnie. W 1954 roku Goleńczakowie wyjechali i o ten dom zaczęła się starać moja siostra, żeby go kupić. Nawet spałem kilka razy, żeby go nie rozkradli ale ludzie byli zazdrośni i nie dała rady go kupić. Miesiąc czasu się starała. Jednak w końcu los tak pokierował, że ja go kupiłem jak przeniosłem Radę Gromadzką. Widocznie ten dom był pisany naszej rodzinie.

Jeszcze muszę wspomnieć o świetlicy w Pomorsku. Została wybudowana rękoma ludzi bez grosza z państwa. Dopiero na zakończenie dostaliśmy 350 tys. złotych. Wszystko zostało wybudowane w czynie społecznym. A w nagrodę dostaliśmy na świetlicę telewizor Wawel i ja dostałem jako przewodniczący 1000 zł nagrody od Ministra.

Ślub wziąłem dopiero w 1957 roku. Mam troje dzieci. Córkę Mariolę (1968) – mieszka w Poznaniu i dwóch synów Romana (1957), który mieszka w Pomorsku oraz Ireneusza (1962), który przeprowadził się do Cybinki. Mam także 4 wnuków i jedną wnuczkę. Rodzice i siostra już nie żyją a moja żona Barbara zmarła w 2014 roku. Mój tata Franciszek zmarł 1965 roku a mam Józefa w 1978.

Zostałem w domu sam. Często odwiedzają mnie dzieci i wnuki.
Teraz na starość wspominam piękne stare czasy, kiedy w Pomorsku była jedność wśród ludzi. To były naprawdę piękne czasy.

 

Sie 212016
 
Pocztówka z Pomorska

Pocztówka z Pomorska

Rosjanie od razu otworzyli też swoją szkołę i nas uczniów cofnęli o klasę do tyłu. Jak ktoś chodził do piątej to szedł wtedy do czwartej klasy. Sowieci uważali, że w Polsce był niski stopień nauczania. Ze starej kadry nauczycieli została tylko Pani Krystyna Sztuliga, żona dyrektora szkoły, która uczyła nas niemieckiego. Resztę nauczycieli wywieziono na Sybir. Nie wywieziono tylko państwa Sztuligów.
Mojego ojca też chcieli wywieźć na Syberię, bo jakiś Ukrainiec twierdził, że ojciec przed wojną miał broń. A po co ojcu karabin jak strzelać nie umiał? Przesłuchiwali go i bili. Kazali się pożegnać z żoną i dziećmi, bo pojedzie na „białe niedźwiedzie”. Jednak dali mu ultimatum, że jak przyniesie broń to darują mu karę. Ale skąd tu wziąć karabin jak się go nie ma? Matka pobiegła do znajomego Żyda, którego nazywaliśmy Szymko i powiedziała ratuj Franka, bo chcą go wywieźć na Sybir za to że przed wojną miał niby karabin. Żyd odpowiedział idź do domu i o nic się nie martw ja to wszystko załatwię. Szymko poszedł na gminę i poświadczył za ojca. Wypuścili tatę i już go więcej nie przesłuchiwali.
Ruscy powywozili gajowych, pocztowców i kolejarzy na Sybir. Nasz gajowy z Ułaszkowców nie pojechał na Syberię bo w 1939 został powołany do wojska i walczył w Kampanii Wrześniowej. Wywieźli też dwóch policjantów. Tą sytuację dobrze pamiętam, ponieważ widziałem jak wieźli ich skutych na wozie konnym.

W 1941 roku, gdy Niemcy zaatakowali ZSSR to Armia Czerwona od razu się wycofała bez żadnego strzału a do naszej miejscowości weszły węgierskie wojska. Madziary. Więc było bardzo spokojnie. Dopiero po paru dniach przyszli Niemcy. Założyli swój urząd a policjantem został niejaki Schulz. Zaczęły się rządy Niemców. Wprowadzono przymusowe dostawy, świnie zaczęto kolczykować, skupywać a w zasadzie odbierać bydło za śmieszne wartości oraz zabierać ludzi na roboty przymusowe do Rzeszy. Kazali ojcu zaprowadzić do rzeźni w Czortkowie krowę za co dostał dwie butelki wódki.

Na początku nie zabierali siłą ludzi na roboty, tylko brali ochotników. Polacy nie chcieli jechać. Jedynie Ukraińcy jechali jako ochotnicy. Myśleli, że będzie tak jak przed wojną. Bardzo dużo ludzi przed wojną wyjeżdżało do pracy do Kanady i przyjeżdżali z pieniędzmi, żeby na przykład się wybudować. Tak było z bratem i siostrą mojego ojca, którzy wyjechali do Kanady ale już nie wrócili i tam poumierali. Ukraińcy dali się nabrać, że w Niemczech będzie jak w Kanadzie. Gdy zaczęli pisać pierwsze listy z robót to skończyły się zapisy ochotników. Zaczęły przychodzić wezwania do wyjazdu ale nikt nie chciał jechać i zrobili wyjazdy na zasadzie rejestracji. Wzywali do urzędu i tam rejestrowali. Po takiej rejestracji każdy musiał jechać. Tak wyjechało dwóch moich kuzynów. Pracowali podczas wojny w Bawarii a jak ich w 1945 roku wyswobodzili Amerykanie to pojechali do Belgii i obaj pracowali w kopalni. Józek, starszy zmarł wcześnie a drugiego, Adolfa, 2 albo 3 lata temu odnalazłem przez Czerwony Krzyż, bo przez cały czas nie miałem z nim kontaktu. Niestety zmarł parę miesięcy temu.

Później Niemcy także robili łapanki i wywozili na roboty. Tak złapali moją matkę z dwoma czy trzema młodymi dziewczynami. Matka była dużo starsza od nich. Niemcy zamknęli je w suterynie a matce powiedzieli przyjdzie córka to ona pojedzie a nie przyjdzie to Ty pojedziesz do Niemiec. Siostra przepłakała całą noc. Rano się ubrała i pojechała za matkę do Niemiec. Moja siostra była na robotach w Austrii – 50 km od Wiednia. Pracowała u bauera, który w tej miejscowości był sołtysem. Tam też poznała swojego przyszłego męża a mojego szwagra. Za czasów Polski Ludowej pojechali kilka razy odwiedzić „swojego” bauera.
Za czasów niemieckiej okupacji nie chodziłem do szkoły.
Rozstrzeliwań w naszej miejscowości nie było ale więzienie było w Czortkowie i na pewno tam były egzekucję, bo świadczyły o tym ślady krwi na murach.
Żydów u nas nie było zbyt wielu. Z jednym żydowskim kolegą siedziałem w szkole w jednej ławce. Niemcy dostali, któregoś dnia „dzień wolności”, a że broni mieli pod dostatkiem to zlikwidowali Żydów w jeden dzień.

Zmorą naszych terenów były bandy UPA. Musieliśmy się ukrywać a Ukraińcy całe wioski palili. Na Boże Narodzenie 1943 roku przybili Polakom na drzwiach kartki z życzeniami Polacy uciekajcie, nie szukajcie szczęścia, bo przy szczęściu to się w ogniu będziecie piekli.

Sami spaliśmy przeważnie u ciotki a wśród sąsiadów i znajomych była pogłoska, że wyjechaliśmy całą rodziną do Niemiec na roboty. Ciotka była wdową, bo wujo, zresztą mój chrzestny, którego nie pamiętam, wcześnie zmarł i wyszła drugi raz za mąż za Grekokatolika. Dlatego u niej było w miarę bezpiecznie. Ciężkie to były czasy. Cztery razy nas obrabowali. Przychodzimy rano do domu a tam wszystko splądrowane. Za trzecim razem zabrali już praktycznie wszystko. Natomiast za czwartym razem matce buty zabrali, bo już nie było co ukraść.

Przybycie Rosjan w marcu 1944 roku pamiętam tak. Przez Ułaszkowce łukiem przepływa rzeka Seret. Na zachodniej stronie rzeki było strome wzgórze z pięknym lasem dębowo-grabowo-jesionowym, gdzie Niemcy się okopali i mieli bardzo dobrą obronę. Do tego spalili most na rzece a sam Seret przez wiosenne górskie roztopy bardzo wezbrał. Rosjanie szturmowali drugi brzeg Seretu wpław lub na pontonach z okrzykiem HURA. Dwa albo trzy razy próbowali forsować rzekę a z zachodniego brzegu Niemcy ich skutecznie odrzucali karabinami maszynowymi. Dopiero przedarli się około 30 km w górę Seretu i zdobyli Ułaszkowce. Na Serecie była też taka mała wysepka, którą Ukraińcy nazywali Zarinok i tam było pochowanych 78 czerwonoarmistów. My podczas tego natarcia byliśmy w domu, ponieważ rosyjska artyleria waliła daleko za naszymi domami. Dopiero, gdy się przedarli w innym miejscu to zaszli Niemców z boku i ich pokonali. Rosjanie zachowywali się przyzwoicie. Było jak w każdym wojsku czy to niemieckim, polskim czy rosyjskim. Zawsze znalazł się jakiś złodziej czy morderca.. Ja o przypadkach gwałtów czy morderstw nie słyszałem.

Ojca 11 maja 1944 roku zabrali do Wojska Polskiego. Nie było tak jak teraz, że listonosz przywozi kartę mobilizacyjną. Wyszedł woźny z obsługi gminy w centrum miejscowości, na bębenku wybił jakiś rytm, żeby wszyscy słyszeli i wykrzyczał jutro rano o 8 wszyscy mężczyźni w wieku 18 do 50 lat mają się stawić ze swoimi tobołkami przed gminą, bo będzie wymarsz do Czortkowa. Na drugi dzień wszyscy się z płaczem i lamentem żegnali.

Do Czortkowa szli razem Ukraińcy i Polacy. Natomiast w Czortkowie podzielili ich według narodowości. Następnie Polaków wywieźli do Sum na szkolenie. A Ukraińców podzielili na 3 grupy. Pierwsza – chorzy, drudzy – starzy a trzecia – zdrowi i młodzi. Trzecią grupę wywieźli do Władywostoku na szkolenie i walczyli później z Japończykami. Pierwszą grupę, gdzie byli głównie cwaniaczki, którzy udawali chorych a nie chcieli walczyć to przeszkolili w dwa tygodnie i pojechali na front. Z kolei drugą grupę wywieźli do Azji Średniej zbierać „krowie placki”. Polaków w Sumach przeszkolono i wysłano na front. Tata walczył pod Puławami i gdy doszedł do Warszawy to był już chory na serce, a do tego miał wiek zwalniający ze służby i go zdemobilizowali. Reszta żołnierzy poczekała aż Wisła zamarznie i poszli aż do Berlina.

 

Adam

Sie 142016
 
Pomorsko

Pomorsko

Wypytując się ludzi w Pomorsku z kim można porozmawiać o historii zawsze padało nazwisko Pana Duczmińskiego. Wszyscy mówią, że to już zdrowo po 80-tce Pan ze znakomitą pamięcią i do tego miły gaduła. Przez wiele lat „szef” gminy. Dlatego bez wcześniejszego umawiania jadę do Pomorska. Pana Kazimierza widzę już z daleka jak krząta się na podwórko. Wchodzę przez furtkę i witam się ze starszym Panem. Uścisk dłoni i Pan Kazimierz na pytanie o rozmowę mówi co ja tam mogę pamiętać ale siądźmy i pogadajmy. Siadamy na schodach wejściowych domu Pana Kazimierza i zaczynamy rozmawiać o starych czasach. Faktycznie Pan Duczmiński ma znakomitą pamięć, wymienia nazwiska jakby je czytał z kartki a wszystko umiejscawia w czasie dokładnymi datami.

Nazywam się Kazimierz Duczmiński. Urodziłem się 4 stycznia 1929 roku w przysiółku Dąbrówka, we wsi Ułaszkowce, w gminie Ułaszkowce, w powiecie czortkowski, w województwie tarnopolskim na terenie dzisiejszej Ukrainy. W przysiółku Dąbrówka było w sumie 22 domy. Wioska Ułaszkowce była bardzo rozciągnięta i składała się z kilku przysiółków jak na przykład: Pod Górą, Góra, Bazyliany czy mój rodzinny przysiółek Dąbrówka. Przez wieś przepływa rzeka Seret. Odwiedziłem moją rodzinną miejscowość w 1988 roku z synem Romkiem i bardzo się zmieniła. Tam gdzie były wspomniane 22 domy, teraz jest 47. Przed wojną wszystkie były kryte słomą a teraz są pokryte blachą albo eternitem. Moja rodzina mieszkała w Ułaszkowcach z dziada pradziada. Miałem starszą siostrę Elżbietę – rocznik 1924.

Moi rodzice Józefa (1902) i Franciszek (1896) zajmowali się rolnictwem. Mieliśmy kawałek pola a do tego ojciec miał dryg do koni i jak to mówią „furmanił”. Woził np. materiały na budowę. Czasy przed wojną pamiętam tak, że była to bieda. Nawet nie bieda a nędza. Nam nie żyło się aż tak źle, bo rodzice mieli tylko dwoje dzieci i ojciec był zaradny. A normalnym stanem rzeczy były rodziny z 5-8 a nawet większą ilością dzieci. W takich rodzinach często było tak, że tylko jedna para butów była dla wszystkich dzieci na zimę. Teraz to co pokazują w telewizji, że ludzie żyją w biedzie to jest nic w porównaniu z Polską przedwojenną. Tamtymi rejonami się nikt nie interesował. Pracy nie było żadnej, tylko rolnictwo a gospodarstwa nie za wielkie. Jak zacząłem chodzić do szkoły to z naszej miejscowości chodziło na początku kilkanaście dzieci a w trzeciej klasie zostałem tylko ja i kolega, bo inni nie mieli w czym chodzić i tak się wykruszali.

Do Pierwszej Komunii Świętej poszedłem przed wojną. Komunia była uroczysta. Szliśmy w świątecznych ubrankach ze świeczką z jednym albo dwojgiem rodziców. Ze mną szedł ojciec. Przyjęliśmy komunię z rąk księdza proboszcza Kazimierza Kozłowskiego, który po całej uroczystości w kościele zaprosił nas na plebanie, gdzie każdy dostał kubek mleka i bułkę. Następnie wróciliśmy do domów. Nie było żadnego balu czy przyjęcia. Po południu zrzuciłem świąteczne ubranie i musiałem iść paść krowy.

Gdy wybuchła wojna w 1939 roku miałem 10 lat i powinienem iść do trzeciej klasy. Wybuch wojny pamiętam tak. Była to niedziela 17 września. Szedłem z moim kuzynem do jego wujka a mojego stryja po gruszki. To był brat mojego ojca i brat jego mamy. Stryjenka nam ugotowała obiad, zjedliśmy i ruszyliśmy z gruszkami do domu. Musieliśmy przejść przez drogę, która prowadziła na Rumunię. Szosa była tak zapchana wozami z ludźmi, którzy chcieli uciec przez Ukrainę na zachód, że musiałem z kuzynem z 20 minut czekać aż znajdzie się luka między wozami i można będzie przebiec na drugą stronę. Później przechodziliśmy koło majątku hrabiego, gdzie stały bardzo długie sterty zboża. Między tymi stertami stał samolot koloru zielonego i polski żołnierz z karabinem. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że Ruscy nas zaatakowali. Uszliśmy dalej ze dwa kilometry i mieliśmy już skręcać w prawo na polną drogę, żeby dojść do domu, gdy spotkaliśmy 7, może 10 polskich żołnierzy na koniach. Wypytali się nas kim jesteśmy i co niesiemy. Więcej nic od nas nie chcieli. Doszliśmy w końcu do domu a moja mama płacze, że coś nam się stało, bo w Ułaszkowcach już pełno Rosjan. Wozy, czołgi, tabory. Ruscy jechali polnymi drogami w kierunku Rumuni, żeby przed Zaleszczykami złapać uciekających polskich żołnierzy. Uciekli chyba tylko ci, którzy byli z przodu resztę wyłapali.

Po chwili na niebie pojawił się polski samolot ale nie ten co stał między stertami zboża tylko inny, puścił serię z karabinu w Rosjan i poleciał nie wyrządzając szkód. Natomiast samolot i żołnierz, którzy stali między stertami zbóż od razu trafili do niewoli. Żadnych więcej walk nie było.

Pamiętam jeszcze taki epizod. Był chyba 15 albo16 września a do mojego wuja przyjechało troje ludzi z centrali czarnym samochodem i uciekali na wschód. Dwóch mężczyzn i kobieta. Wuj im wynajął kwaterę. Byli u niego dzień albo dwa a auto przykryli słomą kukurydzianą. W tą niedzielę 17 września przyszli do mojego ojca, żeby pojechał z nimi koniem do Jagielnicy, bo tam w magazynie i fabryce tytoniu jest dystrybutor i naleją sobie paliwa do kanistrów. Ojciec pojechał z jednym z mężczyzn. Tata dobrze znał fabrykę w Jagielnicy, i gdy czekał na tego mężczyznę ktoś z obsługi fabryki przybiegł i woła Franku uciekaj bo Ruscy idą. Ojciec złapał mężczyznę z karnistami i wrzucił na wóz nie patrząc na to czy zapłacił za paliwo czy nie i galopem jechał do domu. Jeszcze tak szybko z Jagielnicy nie przyjechał jak wtedy.

Pod wieczór przybiegają Ruscy żołnierze na podwórko i szukają samochodu. Ktoś im musiał donieść o tym aucie. Rozrzucili słomę kukurydzianą i chcieli otworzyć auto a ono było zamknięte. Popchnęli auto a tych troje ludzi związali i zabrali ze sobą. Po kilku dniach wrócili ale już bez auta. Zabrali resztę rzeczy co mieli u wuja zostawione i poszli. Kim byli nie wiadomo. Podejrzewamy, że mogła to być żydowska rodzina i uciekali przed Niemcami. Rosjanie nic im nie zrobili. Wrócili jedynie w kufajkach a nie w swoich ubraniach.

Translate »