Lis 062016
 
Stanisław Naosad

Stanisław Naosad

Przez mój niski wzrost wszyscy myśleli, że mogą mnie pobić, oszukać albo się ze mnie naśmiewać. W Brodach było około 200 rodzin i z każdej rodziny był przynajmniej jeden chłop. Chłopy chcieli zawsze ze mnie się pośmiać albo pobić, bo ja taki mały i myśleli, że im nie dam rady. Jednak kilka razy pokazałem, że się nie boję i każdemu mogę dać rady. Później żony nas trzymały, żeby nie doszło do bójki. Taki byłem zadziorny.

W Brodach żyłem z handlu warzywami. Jeździłem do miasta i tam je sprzedawałem. Nieraz tak było, że jakiś większy chłop ode mnie przychodził do wozu i brał jak swoje. Ja mu mówię kładź tu 2 złote! I kładli, bo wiedzieli że nie ma żartów ze mną.

Miałem też taką przygodę, że jeździłem na rynek i kiedyś jak wracałem to zatrzymało mnie 6 wysokich młodych chłopaków. Mówią ojciec jedziesz z rynku i masz pieniądze a my idziemy na balety to daj na 2 litry wódki, a jak nie dasz to wszystko zabierzemy i do dupy nakopiemy. Ja miałem ponad 900 zł „grubych” pieniędzy, bo jakbym miał drobne to bym im dał. Dwóch trzymało konia, dwóch stanęło z jednej strony woza a dwóch z drugiej strony. A ja klęczałem na wozie na worku. Gdybym stał to bym im wszystkim dał rady. Wziąłem odważnik i dwóch znokautowałem tym odważnikiem a jeden uderzył mnie i wybił zęby. Dałem radę jednak się wyrwać i ruszyłem koniem. Wtedy wybili mi żeby, a zęby miałem naprawdę ładne, równiutkie. Później ludzie długo się mnie pytali, gdzie Stasiek masz swoje zęby? Po jakimś czasie okazało się, że czterech z tych chłopaków to byli synowie mojego znajomego z pracy w cegielni.

Ludziom dużo pomagałem i często nie brałem zapłaty za to. Niektórzy to wykorzystywali i chcieli jeszcze. A teraz jak już nie mogę pomóc to się na mnie tak dziwnie patrzą. Ja się cieszę jak z kimś mogę porozmawiać, bo to lepsze niż samotność.

Niestety z handlu i z rolnictwa nie mogłem zapewnić odpowiedniego bytu rodzinie i poszedłem do pracy na budowie. Jak to mówią nie chcesz nosić za młodu teczki, będziesz nosił woreczki. I tak było. Przez 6 lat byłem pomocnikiem murarzy na budowie. Przynosiłem im materiał, żeby mogli murować a oni ciągle krzyczeli, że mało i mało. Później przestała mi się podobać ta robota, bo ci murarze mnie zaczęli wykorzystywać. Chcieli, żebym przynosił im materiał a do tego jeszcze za nich murował. Oni mieli tylko robić poprawki. Przeniosłem się na stanowiska stróża. Po jakimś czasie żałowali, że nie mają już takiego pomocnik, bo ci nowi nie dawali rady tak jak ja. Często wołali dajcie nam z powrotem tego małego.

Do tej pory ciężko pracuję. Mam konia i jeszcze kawałek pola sobie obrabiam.
Mój sąsiad kiedyś powiedział nikt się tak nie narobił jak Naosad.

Przez całe życie lubiłem śpiewać. Zarówno w wojsku jak i w kościele. A teraz jakoś na starość głos mi zachrypł i nie mogę śpiewać. W kościele siedzę i nie śpiewam. Nieraz było tak, że w kościele ludzie nie chcieli za bardzo śpiewać, to śpiewał ksiądz, organistka i ja. A ja jeszcze bym chciał sobie tak pośpiewać jak dawniej a nie mogę.

Kiedyś mój ojciec powiedział matka co ty pleciesz, jemu rower i kapelusz. Teraz na starość te słowa się sprawdzają, bo lubię także jeździć rowerem po okolicy. Jak kogoś spotkam to zagadam ale już mało jest ludzi w moim wieku a młodzi mają swoje sprawy.

Moja żona zmarła w 2005 roku, ojciec zmarł w wieku 72 lat a matka mając 81 lat. Brat Czesław zmarł w 1997 roku a brat Gienek w 2015. Siostra Anna zmarła na gruźlicę w 1948 roku mając zaledwie 33 lata. Mam 3 córki: Dankę, Alicję i Jadzię. Z córką Alicją i jej rodziną mieszkam nadal w Brodach. Doczekałem się także 10 wnuków i 4 prawnucząt.

Podsumowując moje życie: szkoły nie skończyłem, przed wojną ciężko pracowałem, w czasie wojny służyłem za jedzenie, po wojnie też ciężko pracowałem, wojsko było moją przygodą życia, a po wojsku w Brodach to też tylko ciężka praca i rodzina. A teraz jestem na rencie i w końcu mi się dobrze żyje ale samemu, bo moja żona zmarła.

 

Opowiem jeszcze o zamieszkach w Zielonej Górze w maju 1960 roku, gdzie zostałem przez przypadek dowódcą. Było to dokładnie 30 maja 1960 roku a zamieszki dotyczyły obrony Domu Katolickiego, który wskutek decyzji ówczesnych władz zlikwidowano przekazując budynek na inne cele. Akurat przyszedłem do pracy na budowie na 15. Milicja i strajkujący rzucali w siebie nawzajem kamieniami. Milicja czasami puściła petardy albo gaz łzawiący, żeby nas rozgonić. Milicjanci byli poubierani w hełmy i mieli tarcze. Ja wtedy powiedziałem mężczyzną dość, tak to my im nie damy rady. Musimy tak jak w wojsku kanonadą. Na moją komendę, na trzy cztery razem, razem… Za każdym „razem” wszyscy w tym samym momencie rzucali kamieniami. Kamienie z bruku leciały jakby się chmura oberwała. Milicjanci się wycofali do komendy, mimo że ich było z 200 a nas może 150. Kobiety szykowały nam kamienie a my rzucaliśmy.

Później dużo ludzi z zamieszek zostało aresztowanych. Jeden drugiego wsypał. Ludzie podostawali wyroki po 1 rok więzienia. Po jakimś czasie się dowiedziałem, że mnie też szukali. Tego dowódcy co dawał komendę. Rozmawiałem z milicjantem-dzielnicowym w Zielonej Górze i powiedział, że szukają tego co dowodził, bo ta jego komenda skutkowała i on by posiedział ale 3 lata w więzieniu. Udało mi się uniknąć aresztowania, bo nikt mnie tam nie znał, ponieważ byłem z wioski. Inni co byli z Zielonej Góry to zostali złapani. Przyjeżdżali do domu i zabierali. A mi się udało. Uciekłem, już nie pamiętam gdzie, ale gdzieś ręce umyłem, żeby nie było śladów, ponieważ zaraz po zamieszkach milicja chodziła po ulicach i sprawdzała kto ma brudne ręce od kamieni.
Nawet kilka lat temu w Gazecie Lubuskiej był artykuł, że poszukują świadków i uczestników tych zamieszek, bo będą dawać medale z okazji rocznicy ale na co mi tam medale.

Adam

  Jedna odpowiedź do “Wspomnienia Stanisława Naosada cz. III – na co mi medale…”

  1. Barwne zycie tego Pana bylo. Dobrze , ze dal sie namowic na wspomnienia. Zycze zdrowka,a swoja droga komendantowi medal Sie nalezy i juz !

Dodaj komentarz...

Translate »