Lip 072014
 
Halina Paszkowska

Halina Paszkowska

Sybiracka opowieść część 1
Kazach wysypał z woreczka na ziemię z trudem zebrane przez nas na ściernisku połamane kłosy i na naszych oczach końskimi kopytami wbijał je w ziemię. Upadłyśmy na kolana błagając go aby pozwolił zebrać nam ziarno, a on kazał wynosić się precz…!
Maj 2012 roku. Nietkowice.

Nazywam się Halina Paszkowska i urodziłam się jako jedynaczka 1 sierpnia 1933 roku w Warszawie. W 1937 roku wyjechaliśmy na wschód na Polesie, do miejscowości Smolarnia w powiecie Mikoszewicze w województwie Łuniniec. Smolarnia była niewielką osadą składającą się z 5 domów. Ojciec Julian Szatiłło ukończył kurs dla gajowych i rozpoczął pracę w tym zawodzie.

Kiedy w 1939 roku wybuchła wojna i na Polesie wkroczyła Armia Czerwona, Matka przeczuwając nadciągające nieszczęścia zaproponowała abyśmy wyjechali do siostry Ojca do Skarżyska. Ojciec jednak który był człowiekiem spokojnym i dla wszystkich niezwykle życzliwym odpowiedział, że nikt nam nic nie zrobi ponieważ nikomu nie szkodzi, zajmuje się tylko lasem, to jakoś przeżyjemy.

W czasie jakiegoś służbowego szkolenia skradziono mu ubranie cywilne i do domu wracał w mundurze gajowego. Sowieci wzięli go za uciekiniera z wojska i osadzili w areszcie. Sytuacja była groźna, ponieważ taki areszt mógł się zakończyć wyrokiem śmierci.

Ojciec był dobrym człowiekiem którego wszyscy lubili i szanowali. W pobliskiej miejscowości liczącej 300 domów mieszkańcy składali podpisy pod petycją do sowieckich władz o Jego uwolnienie. Po dwóch tygodniach zwolniono Ojca, ale wolnością nie cieszył się zbyt długo, bo zaledwie 3 dni.

Czwartego dnia o świcie, 10 lutego 1940 roku do naszego domu weszli sowieci i nakazali natychmiastowe opuszczenie mieszkania. Ojca posadzili na krześle, a obok Niego stało dwóch uzbrojonych sołdatów. Matka obudziła mnie i powiedziała, że musimy się pakować bo „wyjeżdżamy do cioci”.

Byłam mała, ale bardzo mnie to wszystko dziwiło. Kiedy Matka musiała wyjść na dwór, sołdaci nie opuszczali Jej ani na chwilę. Kilku z nich przeszukiwało dom być może w poszukiwaniu broni którą Matka wiedziona przeczuciem oddała wcześniej do nadleśnictwa.

Zapakowali nas do sań i ruszyliśmy w mroźną noc do najbliższej stacji kolejowej. Było do niej ze 3 kilometry, ale kluczyliśmy po innych wsiach zabierając kolejne rodziny. Za saniami pobiegł nasz podwórzowy pies ale kiedy zorientował się, że odjechaliśmy zbyt daleko, usiadł na śniegu i rozpaczliwie i żałośnie zawył. Pewnie przeczuwał, że więcej już się nie zobaczymy.

Nie pamiętam jak nazywała się ta stacja, ale po dotarciu do niej zapakowali nas do bydlęcych wagonów, zamknęli drzwi od zewnątrz i transport ruszył. Ludzie płakali bo nie wiedzieli gdzie nas wiozą, panowało przerażenie i wielka niepewność co z nami będzie.

Transport zatrzymywał się raz dziennie, otwierano drzwi, podawano wodę, a jak jej nie było to śnieg. Wypuszczano na zewnątrz tylko kilka osób i cały czas nadzorowano ich pod bronią. W tym czasie ludzie ci starali się zdobyć trochę drewna do żelaznego piecyka który stał na środku wagonu. Jednak nie zawsze w miejscu gdzie stawał transport było drewno.

Sowieci z obawy czy nie została powiększona i czy nikt nie uciekł, sprawdzali każdorazowo wielkość wyrąbanej w podłodze dziury która służyła do załatwiania potrzeb fizjologicznych. Powoli mijały dni i tygodnie, a my jechaliśmy lasami których końca nie było widać.

Kiedy byliśmy już u kresu podróży transport kolejowy zatrzymał się i przesadzono nas na sanie. Nie było dróg, a kolumna sań jedne za drugimi, przemieszczała się zamarzniętymi korytami rzek. Straszna to była podróż, pod płozami sań trzaskał pękający lód i myśleliśmy, że to nasze ostatnie godziny. Dotarliśmy jednak do miejsca przeznaczenia którym były drewniane baraki stojące na skraju lasu.

Od następnego dnia zaczęła się mordercza praca przy wyrębie drzew. Tatuś przy temperaturze sięgającej -50 st. C codziennie chodził po kilka kilometrów do miejsca ścinki. Obowiązywały normy. Jak ktoś je wykonał dostawał 400 gram kiepskiej jakości chleba, jak ktoś ich nie wykonał, tylko 200 gram. Mama ze względu na problemy z sercem nie pracowała i zajmowała się tylko mną, a więc nie dostawała żadnego przydziału chleba.

Tatuś nie był nawykły do ciężkiej fizycznej pracy i normy na ogół nie wyrabiał. Póki mieliśmy jeszcze resztki żywności z Polski głodu nie było, z chwilą jednak kiedy żywność ta skończyła się, zaczęliśmy głodowanie.

W pobliżu był kołchoz, ale aby się do niego dostać trzeba było mieć specjalne pozwolenie którego i tak nikt nie wydawał. Ludzie chodzili tam nocą wymieniając na żywność wszyto co mieli: kołdry, swetry, ubrania, pościel itp. Jeśli „przemytnicy” zostali złapani, zabierano im wszystko co mieli ze sobą.

Ludzie zaczęli umierać z głodu, z wyczerpania, z zimna, często „zasypiali” pod drzewami w czasie wykonywania katorżniczej pracy. Sowieccy nadzorcy z lekceważeniem i pogardą wyrażali się o Polakach. Jeden z nich mawiał: „ja to bym wszystkich Polaków wystrzelał jak sobaki”.

W 1941 roku sowieci zrobili zebranie i powiedzieli zesłańcom, że mają starać się o rosyjskie obywatelstwo i otrzymają rosyjskie paszporty . Po powrocie do baraków rozległ się straszny płacz i zapanowało niesamowite przygnębienie. Czyżbyśmy Polski, ukochanej Ojczyzny nie mieli nigdy już oglądać?

Chwyciłam za grzebień i ojcowską bibułkę do papierosów i na tym „instrumencie” odegrałam „Jeszcze Polska nie zginęła…”…. , po czym strasznie się rozpłakałam wołając do Rodziców: „ ja chcę do Polski, ja chcę do Polski…”. Rodzice przytulali mnie i powtarzali, że teraz pojechać tam nie możemy…. .

Pomimo tej beznadziejnie ciężkiej sytuacji mój Tatuś nie zapominał o tym aby mnie uczyć. Nauczył mnie pisania i czytania, a również liczenia. Jednym z najważniejszych „przedmiotów’ była jednak historia Polski. Kiedy trafiłam później do ochronki, dano mnie od razu do drugiej klasy, chociaż nigdy wcześniej do szkoły nie chodziłam.

W między czasie w związku z napaścią Niemiec na Związek Radziecki zmieniła się sytuacja polityczna i Sowieci zaczęli mieć inne problemy. Wszyscy zesłańcy zostali zwołani ponownie i ku ich zaskoczeniu zakomunikowano im, że wybuchła wojna z Niemcami i że: „Jesteście wolne grażdaniny, ujeżdżajcie kuda chatitie”.

Nie ukrywam, że byliśmy tym faktem bardzo uradowani ponieważ sądziliśmy, że wrócimy do Polski. Nie wiedzieliśmy wtedy jak bardzo się myliliśmy. Część z naszych została, ale nas załadowano do pociągu i tydzień po tygodniu wieziono przez lasy, góry Uralu i stepy, do południowo wschodniej Azji, do Kazachstanu.

Na jednej ze stacji której nazwy nie pamiętam nakazano opuszczenie pociągu przez wszystkich mężczyzn którym polecono pobranie wiader i udanie się po prowiant. Kiedy mężczyźni oddalili się, pociąg ruszył i z zawrotną prędkością zaczął oddalać się od stacji.

Nie wiem jaki był tego cel takiego postępowania, czy wykolejenie pociągu i zmasakrowanie kobiet i dzieci, a samotnych mężczyzn zabranie do katorżniczej pracy, czy nastraszenie nas, trudno mi cokolwiek powiedzieć.

Ja z Mamusią siedziałam na jednej desce trzymając się żelaznego okna, ludzie płacząc powychodzili spod prycz i zgromadzili się na środku wagonu, piec się przewrócił i tak pędziliśmy przez pół dnia.

W końcu pociąg zatrzymał się na dość dużej stacji. Pewien staruszek którego nie zabrano po prowiant chodził po wagonach w poszukiwaniu biało czerwonej flagi którą jak twierdził należy wywiesić po to aby pokazać, że tu są Polacy.

Po wywieszeniu flagi wokół pociągu pojawiło się mnóstwo rodaków którzy pytali „skąd i dokąd jedziecie?”, ale my niestety nic nie mogliśmy odpowiedzieć, bo sami nie wiedzieliśmy co z nami będzie dalej.

Polacy mówili, że stoją na tej stacji już trzy dni i postąpiono z nimi dokładnie w taki sam sposób jak z nami z tym, że w końcu mężczyźni do nich dołączyli. Oni również zastanawiali się jaki był cel rozdzielenia rodzin. Przeważała opinia, że chcieli nas wywieźć na „białe niedźwiedzie” czyli po drodze uśmiercić i pozbyć się „kłopotu”. Dlaczego do tego nie doszło, nikt z nas nigdy się nie dowiedział.

W między czasie nasi mężczyźni kiedy wrócili na stację zaczęli dopytywać się co się stało z ich rodzinami, zaczęli chodzić po lokalnych komendanturach z tym jednoznacznym pytaniem. Na nasze szczęście z niezrozumiałych dla nas powodów zawrócono transport i po trzech dniach podróży byliśmy znowu razem. Chciałabym zwrócić uwagę na to, że trasę którą przebyliśmy w ciągu pół dnia, pokonaliśmy z powrotem w ciągu trzech dni… .

Ruszyliśmy w dalszą drogę, a kiedy zatrzymywał się pociąg podchodzili nieznani nam ludzie i dawali co mogli: trochę chleba, zbożową kawę, czy wrzącą wodę którą nazywali „kipitok”. Nasza podróż do Kazachstanu przerywana postojami w różnych nieraz przypadkowych miejscach trwała 9 tygodni . Część drogi przebyliśmy statkami czyli „parachodami”, a na końcu naszej niewolniczej podróży dotarliśmy do kołchozu „Turmus” w rejonie Czajan do których było około 8 kilometrów. Razem z Mamusią i Tatusiem zamieszkałam tam z dwoma polskimi i jedną żydowską rodziną.

 

Wspomnienia udostępnione dzięki życzliwości autora Cezarego Wocha

(opublikowane na sycowice.net oraz w książce autorstwa Cezarego Wocha Drogi do domu)

  2 komentarze do “Halina Paszkowska cz. I – Panienko Najświętsza, powróć nas z Sybiru do Ojczyzny Naszej!”

  1. Jest: „(opublikowane na sycowice.net.pl oraz w książce autorstwa Cezarego Wocha Drogi do domu)”
    Powinno być: „(opublikowane na sycowice.net oraz w książce autorstwa Cezarego Wocha Drogi do domu)”

  2. Dziękuję za czujność. Poprawiłem mój błąd. Pozdrawiam

Dodaj komentarz...

Translate »