Kwi 262015
 
Nietkowice
Nietkowice

Pod koniec marca napisała do nas wiadomość Pani Halina Węgrzyn (z domu Szczur), która urodziła się oraz spędziła dzieciństwo i wczesną młodość w Nietkowicach. Pani Halina będąc już na zasłużonej emeryturze często udaje się w sentymentalne podróże w przeszłość. Ma znakomitą pamięć do nazwisk, faktów i dat. Jedną z takich podróży do swoich szkolnych lat postanowiła się z nami podzielić.

Moja „przygoda” ze Szkołą Podstawową w Nietkowicach zaczęła się, gdy miałam zaledwie 5 lat. Urodziłam się w marcu 1946 roku, jako jedno z pierwszych dzieci urodzonych w Nietkowicach, od czasu zakończenia wojny.Naukę w szkole podstawowej próbowałam rozpocząć już w 1951 roku, kiedy to „wędrowałam” śladami starszej o 2 lata siostry Krysi, rozpoczynającej właśnie naukę w tej szkole. Nieodparta chęć zdobywania wiedzy była we mnie tak silna, że po wyjściu Krysi z domu, wymykałam się ukradkiem i szłam za Nią, chowając się za drzewami, żeby mnie nie dostrzegła i nie zawróciła do domu. Takim sposobem docierałam do szkoły już po rozpoczęciu lekcji. Z trudem mogłam otworzyć sobie drzwi, ponieważ klamka znajdowała się zbyt wysoko. Jak już tego dokonałam „wsuwałam się ” po cichu do klasy, siadałam w ostatniej ławce, wyciągałam zeszyt, jakieś ołówki i czułam się bardzo poważna.
Często jednak moje „wejście” było zauważone i niestety ku mojemu wielkiemu niezadowoleniu byłam wypraszana z klasy, a siostrę zobowiązywano do odprowadzenia mnie do domu. Ona nie była z tego zadowolona również, bo przeze mnie musiała opuszczać lekcje. Trwało to przez jakiś czas i podobne sytuacje się powtarzały. W końcu otrzymałam stanowczy zakaz przychodzenia na lekcje, argumentowany tym, że przeszkadzam nauczycielowi w prowadzeniu zajęć.
Wówczas nauczycielem był Pan Wacław Jankowiak, który nauczał w młodszych klasach. Nie przypominam sobie, aby moje zachowanie było naganne i mogło sprawiać kłopoty, wprost przeciwnie starałam się siedzieć cicho i uważnie. Tylko raz jeden i chyba ten fakt zaważył o moim losie, zdarzyło się, że wykonywałam jakieś rysunki w zeszycie i do korekty tej „twórczości” użyłam gumki. Była taka zielona, nazywana ”kartoflanką” i bardzo się kruszyła („myszki” wówczas nie było). Następnie chciałam z kartki usunąć jej resztki, wówczas stało się coś przeze mnie niezamierzonego, dmuchając wydałam dźwięk podobny do …. gwizdania! Pan Jankowiak bardzo się na mnie zdenerwował, zwymyślał od „smarkaczy” i „maluchów” gwiżdżących na lekcjach. Przeprowadził rozmowę z rodzicami i zobowiązał ich do bezwzględnego przestrzegania zakazu przebywania mnie w szkole. Tak mocno to przeżyłam, że do dziś pamiętam i zawsze będę o tym pamiętać. Czy zakaz był przestrzegany – chyba jednak nie, moja przebiegłość w wymyślaniu sposobów dotarcia do szkoły nie miała końca. Dążenie do zdobywania wiedzy było nie do pokonania. W tej sytuacji w następnym roku szkolnym 1952/53, już za zgodą grona pedagogicznego, jako 6-latka, rozpoczęłam „legalną” naukę, która zakończyła się ukończeniem VII-ej klasy w roku szkolnym 1958/59.
W tamtym czasie szkoła mieściła się w dwóch budynkach. Jednym z nich był stary budynek znajdujący się w pobliżu obecnej szkoły, w której niestety nie miałam sposobności uczenia się, ponieważ wówczas dopiero ją budowano . W tym budynku stawiałam pierwsze kroki, bo tu odbywały się lekcje dla młodszych klas. Teren wokół nie był przystosowany do szkolnych potrzeb, nie było żadnego boiska ani placu. Zabawy w czasie przerw odbywały się po prostu na drodze obok szkoły. Po drugiej stronie drogi znajdował się poniemiecki cmentarz. Były tam murowane grobowce i groby z żelaznymi krzyżami, przeważnie ogrodzone metalowymi płotkami. Wiosną kwitły tu białe konwalie i niebieskie przylaszczki. Była tam też budowla nazywana przez nas, o zgrozo – „trupiarnia” ! Od niej właśnie zaczynała się spora górka, bardzo przydatna – zwłaszcza w zimie. Zjazd z niej na sankach i wszystkich innych możliwych sprzętach był znakomity, ale też niebezpieczny. Na dole bowiem znajdowała się zbudowana z desek wysoka, stojąca na betonowym fundamencie wieża, służąca do rozciągania i suszenia węży strażackich. Często zjazd z górki kończył się boleśnie na ścianie tej wieży. Niewielkie podwórko należące do budynku było zaniedbane, z ruinami zabudowań gospodarczych, porośnięte krzakami i chwastami. Była to tzw. „stara szkoła”, dziś jest tam stołówka szkolna.
Wielką atrakcją było wówczas i to, że w dość bliskim sąsiedztwie szkoły mieszkała rodzina Pana Michała Akułowicza. We własnym domu, przez jakiś okres, prowadził on wiejską gospodę. Tam też można było kupić różne słodycze. Największym powodzeniem wśród dzieci cieszyły się lizaki tzw. koguciki. Czerwone, przeźroczyste, kosztowały 0,60 zł i smakowały wybornie. Były też cukierki „Raczki”, których smak do dziś pamiętam. Biegaliśmy po nie w czasie przerw między lekcjami.

Halina Węgrzyn

Dodaj komentarz...

Translate »