Maj 022015
 
Nietkowice

Nietkowice

Drugi szkolny budynek znajdował się niedaleko. Piętrowy obiekt o pałacowym charakterze z pięknymi szerokimi schodami. Obok pomieszczeń zajętych przez szkołę, była tam również siedziba Nadleśnictwa i mieszkanie nadleśniczego – Pana Mariana Majorka. Pałac, albo też dwór, jak nazywano ten obiekt, był położony centralnie w stosunku do pozostałych bardzo obszernych zabudowań gospodarczych, takich jak magazyny, stajnie i kuźnia, zlokalizowanych na rozległym terenie na planie czworoboku. Stanowił siedzibę i część składową majątku ziemskiego przedwojennego właściciela. Wokół było dużo zieleni, drzew i wolnej przestrzeni, na której odbywały się różne zabawy i uroczystości szkolne. Otoczenie tego budynku było wspaniałe, choć mocno zaniedbane. Cała posiadłość i otaczający ją park w okresie swojej świetności była ogrodzona. Prowadziły do niej trzy bramy wjazdowe, wykute z prętów o pięknych ornamentowych wzorach. Główna brama wjazdowa i brama wejściowa, tak jak i pozostałe bramy były osadzone pomiędzy solidnymi słupami murowanymi, wykończonymi czworobocznymi stożkami, na szczycie których znajdowały się betonowe kule. Od bramy głównej, aż pod wejście do pałacu, prowadził dość długi podjazd, wysadzany starymi kasztanowcami. Po wojnie, widoczny na zdjęciu budynek parterowy był zrujnowany, pozostały tylko szkielety murów. W latach następnych teren został uporządkowany. Cegły, podobnie jak z innych zrujnowanych i zburzonych budynków z terenu Nietkowic, były wywożone koleją na odbudowę zniszczonej Warszawy – zgodnie z hasłem: CAŁY NARÓD BUDUJE SWOJĄ STOLICĘ” Jako ciekawostkę dodam to, że i w przypadku tej szkoły, w jej pobliżu znajdował się również drugi cmentarz niemiecki, niemalże przylegający do bramu wyjazdowej z parku od strony zachodniej. Dziś teren ten obejmuje istniejący aktualnie cmentarz, jednak brak na nim śladów z przeszłości, teren został uporządkowany. Za „moich czasów” były tam groby i grobowce zachowane w dobrym stanie. Na wprost głównego wejścia z szerokimi kamiennymi schodami rosło potężne drzewo, wokół którego były ławeczki. Miło było spędzać wolny czas w cieniu tego drzewa. Najbliższa okolica umożliwiała wszelkiego typu gry i zabawy, także szkolne zawody sportowe. Sąsiedztwo sosnowych lasów dodawało szczególnych uroków i zapachów. Właśnie tam odbywały się często zajęcia z wychowania fizycznego, poznawania topografii terenu czy zabaw w tzw. „podchody”, prowadzonych przez Pana Antoniego Biernackiego. Do naszych ulubionych zabaw z piłką należała gra „w dwa ognie”, ” w „siatkówkę” i w „palanta”. Poza tym – nie tylko w szkole – graliśmy w tzw. „kiczkę” /albo inaczej „klipę”/, „wojnę” i „chłopa”. Do tych gier piłka była zbędna, wystarczył kawałek patyka lub kamyka. Ulubioną grą chłopców był „cymbergaj”. W budynku, który teraz wspominam odbywały się lekcje dla klas starszych. Przez krótki okres wykorzystywane było również jego piętro, jednak ze względu na stan techniczny, zwłaszcza stropów, zaprzestano prowadzenia tam lekcji. Pomieszczenia klasowe były przestronne i widne. Tylko w jednym, w którym okna były po stronie zachodniej, było zbyt ponuro. Słońce pojawiało się tam po południu tj. wtedy kiedy w zasadzie lekcje już się skończyły. To pomieszczenie w roku szkolnym 1958/59 zajmowała VII klasa, stąd dobrze pamiętam tamtą atmosferę. Nam to jednak nie przeszkadzało, ponieważ nasze gorące i żywiołowe temperamenty radziły sobie ze wszystkim. Dwa mniejsze pomieszczenia przy wejściu, po prawej stronie, zajmowało kierownictwo szkoły i nauczyciele /pokoje nauczycielskie/. Zlokalizowanie klas w dwóch budynkach stanowiło duże utrudnienie zarówno dla nauczycieli jak i uczniów, zwłaszcza w zimie. W trakcie przerw międzylekcyjnych musieliśmy się przemieszczać z budynku do budynku, przy czym znaczna część drogi prowadziła wąską ścieżką przez wspomniany już cmentarz, wydeptaną wśród krzaków i zarośli. W roku, w którym rozpoczęłam „legalną” naukę, nauczycielką młodszych klas i opiekunem mojej klasy była `Pani Natalia Kisiel. Kierowniczką szkoły była wówczas Pani Michalina Jurewicz. W kolejnych latach niektórzy nauczyciele odchodzili inni przychodzili. Ale byli też tacy, którzy przez cały 7-letni okres „mojej” szkoły pracowali z nami zawsze, to nasi wychowawcy. Byli to mądrzy, życzliwi ludzie, powołani do wychowywania zarówno tych zdolnych , jak i tych ociężałych. Ci najlepsi, a było ich wielu, nauczyli mnie jednego: możesz nie wiedzieć, ale musisz wiedzieć, jak się dowiedzieć. To ciągle jest we mnie. Wspominam ich z wielkim sentymentem, serdecznie i bardzo ciepło. Byli to:

– Pani Janina Sawlewicz – Pani od języka polskiego, przez jakiś czas była też kierowniczką szkoły. Pamiętam doskonale jej niewysoką, drobną sylwetkę. Wspaniała osoba, spokojna, życzliwa, cierpliwa i wyrozumiała. W znakomity sposób starała się skierować nasze zainteresowania na piękno polskiej literatury w różnych jej formach, proza, poezja, dramat. Mickiewicz i Wilno, skąd pochodziła, to były bliskie jej sercu tematy. Prowadziła z nami szkolny teatrzyk, w którym mogliśmy próbować swoich sił „aktorskich”. Pamiętam, że graliśmy „Balladynę” Słowackiego, w której grałam rolę Aliny oraz „Świteziankę” Mickiewicza. Naszymi występami były urozmaicane szkolne akademie, a także święta państwowe oraz inne lokalne uroczystości. Z przedstawieniami wyjeżdżaliśmy też do okolicznych szkół.
Pod wpływem i pieczą Pani Sawlewicz jeden z uczniów mojej klasy – Franek Kolasiński, kilkakrotnie brał udział w różnych konkursach recytatorskich, zdobywając liczne nagrody.
Poniżej zamieszczam zdjęcie „aktorów” naszej szkoły, wykonane w czasie jakiejś uroczystości szkolnej

 

Foto z przedstawienia „Książę i żebrak” Królem jest moja siostra Krysia, królewną Urszula Lebel, obok Hela Kisiel i Cecylia Andrzejewska , po drugiej stronie Janka Szyluk, Krysia Majewska i Ludka Kmita

Foto z przedstawienia „Książę i żebrak” Królem jest moja siostra Krysia, królewną Urszula Lebel, obok Hela
Kisiel i Cecylia Andrzejewska , po drugiej stronie Janka Szyluk, Krysia Majewska i Ludka Kmita

– Pani Alicja Sammler /panieńskie nazwisko Szrefel/, uczyła nas języka rosyjskiego. Wysoka, z pozoru wyniosła, zachowująca się zawsze z wielką godnością i elegancją. Budziła w nas respekt i posłuszeństwo. Lekcje z Nią przebiegały w skupieniu i uwadze. Poza nauką rosyjskiego, objętego programem, uczyła nas też śpiewania rosyjskich piosenek, grając na mandolinie i bałałajce. Było wówczas radośnie i wesoło. Mieliśmy do Niej wielki szacunek i uznanie. We wczesnej młodości, wraz z rodziną, była przez kilka lat na Syberii. Bywało, że czasem opowiadała nam, jakie mieli tam ciężkie życie.

– Pan Antoni Biernacki – Pan od matematyki, fizyki, chemii, śpiewu, w-fu. i często prac ręcznych. Przez jakiś okres był kierownikiem szkoły. Młody, stanowczy, wymagający, ale z charakteru łagodny. Najczęściej widać Go było z dziennikiem w ręku, dużą drewnianą ekierką i takim też kątomierzem. Bardzo dbał i starał się o to żeby lekcje w-fu były urozmaicone różnymi grami, zabawami na boisku i w tzw, „terenie”. Lubiliśmy to bardzo, było wesoło i fajnie. Przygotowywał nas na różne zawody sportowe, ale też i artystyczne występy okolicznościowe i akademie. Uczył nas śpiewu piosenek patriotycznych, partyzanckich i ludowych. Był naszym dyrygentem i dyrygował zawsze „na trzy”. Sztandarową piosenką była „Hej żeglujże żeglarzu”.

– Pani Gabriela Ostrycharczyk – była wychowawczynią przez 2 lata tj. 1954/55 i 1955/56, uczyła nas biologii i geografii. Była jedną z młodszych nauczycielek również sympatyczna i miła.

Halina Węgrzyn

Dodaj komentarz...

Translate »