Gru 122015
 
Pommerzig

Pommerzig

Na Ziemie Odzyskane przybyłem w pierwszych dniach lipca 1945 roku z Poznania. W szpitalu „Przemienienie Pańskie” leczyłem rany wojenne, a przetransportowano nas tu – grupę ok. 15 osób, niedobitków działań wojennych, ze stalagu XI aż z Altengrabow. Byli to jeńcy wojenni z 1939 roku, a także wielu z Powstania Warszawskiego oraz ja z dywizji im. T. Kościuszki – uczestnik bitwy pod Lenino. Tu w Poznaniu zapoznałem się z panem Czesławem Goleńczakiem, który wówczas był milicjantem w Brodach. On mi podsunął myśl, abym jechał na zachód – na Ziemie Odzyskane.

Po przybyciu do wsi Brody zaangażowano mnie do Milicji Obywatelskiej. Po kilku tygodniach zapoznałem się z okolicą i postanowiłem osiąść na stałe we wsi Pomorsko. Wieś Pomorsko – ładnie rozbudowana, niedaleko stacja kolejowa, a w prostej linii 12 km do Zielonej Góry i tyle samo do Sulechowa. Po przybyciu do wsi byłem drugim z kolei osadnikiem, po Maksymilianie Goleńczaku – ojcu Czesława. Tu zastałem ok. ¼ mieszkańców narodowości niemieckiej, którzy pracowali w gospodarstwie warzywno-ogrodniczym zorganizowanym przez Wojska Radzieckie. Celem było zaopatrywanie oddziałów wojskowych w warzywa (kapustę, cebulę, marchew, czerwone buraki, pietruszkę). Gospodarzem tego ogrodnictwa był lejtnant Michaił Hatkin. Do pomocy miał kilku żołnierzy radzieckich i około 10 kobiet będących na robotach w Niemczech, skierowanych po wyzwoleniu do pracy w tej miejscowości. Przy gospodarstwie tym była zorganizowana dobrze prosperująca kuchnia, z której wszyscy robotnicy otrzymywali całodzienne wyżywienie, jak również piekarnia. Po zapoznaniu się z Komendantem Hatkinem, dowiedziałem się w rozmowie z nim, że on również brał udział w walkach z Niemcami na polach bitewnych pod Lenino, gdzie i ja brałem udział. Powspominaliśmy obaj o tych gorzkich dniach i latach wojny, ponieważ od początku wojny tj. od 1941 do 1943 roku służyłem w Armii Czerwonej. Od tej pory komendant traktował mnie jak najbliższego przyjaciela. Pewnego razu u niego zamieniłem z jego kucharką Fridą Sztaborczak kilka słów po niemiecku. Słysząc to komendant zaproponował mi, żebym był jego tłumaczem, na co ja bez namysłu zgodziłem się, ponieważ miałem niewiele do roboty. Po wyrażeniu mej zgody Hatkin wezwał sierżanta Miszkę, który pełnił funkcję zarządcy, nakazując mu ażeby mnie zaprowiantował i uważał na mnie, dodając: smatri Mikołaju Petrowiczu toże zawitie sierżantam. Od tej pory rozpocząłem swe życie bez zmartwień o dzień jutrzejszy, gdyż komendantura mnie we wszystko zaopatrywała (ciepłe posiłki, chleb, cukier, tytoń i wódkę, którą przywożono z gorzelni beczkami).

W swoim czasie wybieram sobie dom, w którym mieszkam do dzisiejszego dnia. Po wprowadzeniu się tu dostałem z magazynu od Hatkina radio, urządziłem się nie najgorzej i żyło się dobrze. Pewnego razu poprosiłem komendanta, żeby mi wyznaczył jakąś kobietę celem pomycia podłogi, powycierania kurzy oraz do poprania bielizny i pościeli. Uzgodniliśmy, że dwa dni w tygodniu będę miał tę pomoc domową. W wyznaczonym dniu Miszka nakazał, oczywiście uzgadniając ze mną, że taka to jutro ma się stawić do pracy do mnie pod nr 60. I tak to się zaczęło. Następnego dnia dana mi pomoc domowa czekała pod drzwiami, zostawiłem jej klucz po wskazaniu, co należy wykonać, a po skończonej pracy może iść do domu. Kiedy wróciłem do domu widać było kobiecą rękę w każdym kącie. Wiosną 1946 r. pomoc domowa myśląc o życiu, bierze się samodzielnie ze swoją matką za pracę w ogrodzie – zasadziły kartofle, nieco warzyw, zaczynając gospodarzyć razem wzięte – była to woda na mój młyn.

Tymczasem władze powiatowe w Krośnie Odrzańskim nakazują mi pełnić funkcję Sołtysa, a w związku z tym wyłania się perspektywa wiele pracy społecznej, często niewdzięcznej. Zaczęli napływać osadnicy, których należało gdzieś osiedlić; tam grupami pojawiają się szabrownicy pod pretekstem osadnictwa; tu znów wołają na akcję milicyjną; a tam Niemcy wywożą co się da po Odrze. W miarę zwiększania się liczby osadników pojawił się problem nadziału ziemi, pastwisk itp. W tym też wprowadzanie osadników, przeprowadzanie, a tu kwestie narzędzi rolniczych. Czas i życie narzucało pracy co niemiara i to bez żadnego wynagrodzenia. Społecznicy nie narzekali na bezrobocie. Po wyjeździe Komendantury, gdzieś tam w okolice Cottbus, wyjechało z nimi też kilka rodzin niemieckich. Pomiędzy pozostałymi Niemcami bywali tez wszechstronnie utalentowani. Niejaki Artur Ridel posiadał na terenie Pomorska wielki warsztat kołodziejski, wyposażony w nowoczesne maszyny, a także lokomobilę parową, którą napędzał gater do cięcia drewna na deski. Z tego to tytułu był on szanowany wśród pozostałych Niemców, jak i Polaków przybywających tu z dnia na dzień więcej i więcej. Pewnego razu w rozmowie z nim, rozmowa zeszła na temat oświetlenia, skąd zdobyć naftę. Tu właśnie Ridel podsuwa myśl, że obok wioski Bródki (7 km od Pomorska) są wojskowe bunkry, a w nich gdzieś tam są zainstalowane dość dużej wydajności prądotwórcze dynama zespolone z motorami Diesla, które miały oświetlać bunkry. Zadałem mu pytanie: skąd zdobędziemy paliwo, a on wskazał palcem na maszynę parową, dodając, że ona będzie napędzać dynamo, a w niej można palić drzewem, którego pełno tu wszędzie. Po paru dniach zorganizowałem grupę chętnych obywateli z wozem oraz dwóch Niemców (w tym Ridla jako znawcę), którzy pojechali po tak cenne trofea. I tak któregoś tam dnia przywieziono nowe maszyny, gdyż nie były one używane. Ridel po kilku dniach pracy doprowadził do rozruchu naszą gotową elektrownię. Jakaż była radość mieszkańców, kiedy zapaliły się lampy w ich domostwach. Tu należy dodać, że wielu z nich pierwszy raz w swym życiu spotkało się z oświetleniem elektrycznym.

  Jedna odpowiedź do “Wspomnienie Mikołaja Zubika cz. VIII – pierwsi osadnicy Pomorska i okolic”

  1. ciekawe, nie wiedziałem

Dodaj komentarz...

Translate »